Strona główna > powołanie, świadectwa > „Wiem, Komu zawierzyłam swoje życie”

„Wiem, Komu zawierzyłam swoje życie”

Wołał mnie Pan na swoją służbę bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem. Urodziłam się w 1953 roku w wielodzietnej, zwyczajnej rodzinie na Podlasiu. Dzieciństwo moje było bardzo szczęśliwe. Bóg miał w naszej rodzinie swoje najważniejsze miejsce. Każdego dnia rano i wieczorem klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy. Mama pozostała dla mnie wzorem świętej kobiety i matki. Budowałam się zawsze jej głęboką wiarą. Wiara przekazana przez mamę pomaga mi w każdym dniu życia w klasztorze. Niedziele w naszym domu były dniem świętym, z obowiązkowym uczestnictwem we Mszy Św. Starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym rodzeństwem i mądrze nas wychowywało, karcąc i ucząc uczciwości, szacunku do rodziców i sąsiadów. Czasami żyliśmy bardzo skromnie, ale zawsze było rodzinnie, radośnie i szczęśliwie. Gdy miałam 14 lat zmarł nagle nasz tata. Jego śmierć jeszcze bardziej złączyła nasza rodzinę. Wszyscy pomagali mamie w różnych pracach.
Gdy miałam 5 lat, starsza o 11 lat siostra wstąpiła do klasztoru. Zapamiętałam ten dzień, bo wszyscy w domu bardzo płakali. Nie rozumiałam wówczas tego wydarzenia. Nie znałam sióstr zakonnych, bo nigdy nie pracowały w naszej parafii. Siostra rzadko przyjeżdżała do domu, bo przed Soborem Watykańskim II (1962-1965) siostry zakonne nie mogły korzystać z urlopów i wyjazdów do domów rodzinnych. Tylko w wyjątkowych sytuacjach (ciężka choroba lub śmierć rodziców i rodzeństwa) odwiedzały swoją rodzinę. Często pisaliśmy do siostry listy i z wielką niecierpliwością czekaliśmy na odpowiedź. Siostra miała poczucie humoru, pracowała jako katechetka i czasami barwnie opisywała różne historie ze swojego życia zakonnego. Mama z babcią i starszą siostrą jeździła do klasztoru na uroczystości obłóczyn i ślubów zakonnych siostry, a po przyjeździe opowiadała nam swoje przeżycia. Słuchaliśmy wszyscy jej opowiadań z wielkim zainteresowaniem.
W wieku 7 lat rozpoczęłam naukę w szkole podstawowej. Ze starszym rodzeństwem, koleżankami i kolegami chodziłam do szkoły. W starszych klasach, lubiłam wracać nieraz ze szkoły sama. Modliłam się wtedy różaniec.
Gdy byłam w klasie piątej, czasami myślałam o tym, by tak jak moja siostra być siostrą zakonną, ale wstydziłam się mówić o tym komukolwiek. Gdy kończyłam klasę VII, zmarł nagle nasz tata. Siostra przyjechała na pogrzeb w towarzystwie innej siostry. Widok dwóch sióstr zrobił na mnie wielkie wrażenie. Byłam wtedy już w sercu pewna, że także będę zakonnicą. Tęskniłam już wówczas za klasztorem, byłam niezadowolona, że muszę czekać jeszcze rok i obowiązkowo chodzić do kl. VIII. Gdy ukończyłam szkolę podstawową napisałam list do siostry: przyjeżdżaj po mnie natychmiast. Najtrudniej było mi powiedzieć o tym mojej mamie, wiedziałam, że będzie bardzo przeżywać. Gdy jej powiedziałam, długo płakała…Dziś wiem, że były to łzy bólu i radości zarazem. Krawcowa uszyła mi czarną sukienkę, mama kupiła potrzebne rzeczy. Kochana mama na pożegnanie powiedziała mi płacząc: Dziecko, jak ci będzie za ciężko, wracaj do domu. Dziś dziękuję jej za wolność jaką mi pozostawiła w wyborze mojej drogi życiowej, za zaufanie jakim mnie wówczas obdarzyła i za jej radość z mojego szczęścia. Starsze rodzeństwo było bardzo przeciwne mojej decyzji. Wszelkimi sposobami starali się odciągnąć mnie od niej. Stwierdzili, że jedna zakonnica w rodzinie wystarczy. Doradzali mi, bym skończyła jakąś szkołę ponadpodstawową. Im bardziej mi odradzali, tym większy miałam żar w sercu i pewność, że to moja droga, że muszę „tam” jechać. Nie da się tego opisać. W czasie długiej podróży do klasztoru siostra powiedziała mi, że w klasztorze będę mogła kontynuować naukę. Ucieszyłam się z tego bardzo.
Rozpoczęłam formację zakonną w postulacie, następnie odbyłam dwuletni nowicjat i w wieku 18 lat złożyłam pierwszą profesję zakonną. Chciałam uczyć się i pracować z dziećmi w domach prowadzonych przez Zgromadzenie (4 sierocińce prowadzone przez Zgromadzenie w latach 50-tych władze komunistyczne bezprawnie zamieniły na zakłady wychowawcze dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie). Siostry w nich pracujące, musiały mieć odpowiednie kwalifikacje pedagogiczne.
Przełożona prowincjalna chciała wysłać mnie najpierw do Liceum Pielęgniarskiego, lecz warunkiem przyjęcia, postawionym przez dyrekcję szkoły było zdjęcie habitu i kontynuacja nauki „na cywila”. Nie zgodziłam się na to. Były to czasy reżimu komunistycznego. Ze względu na przynależność sióstr do Zgromadzenia i noszony strój zakonny nie przyjmowano ich do szkół państwowych. Pogłębiałam więc swoją wiedzę religijną w 3–letnim Studium Katechetycznym. Dopiero w roku 1974 Opole zaczęło przyjmować zakonnice do LO wieczorowego. Z Katowic, 2 razy w tygodniu jeździłam z dziesięcioma siostrami po wiedzę do Opola. Po roku, już bez przeszkód przeniosłyśmy się do LO w Katowicach.
Po 6–latach formacji, złożyłam śluby wieczyste (na zawsze) 30 VIII 1977 r. Gdy byłam w nowicjacie, najmłodszy brat rozpoczął naukę w Niższym Seminarium Duchownym Ojców Oblatów. Po maturze wstąpił do ich Zgromadzenia. Po święceniach kapłańskich i przygotowaniach, wyjechał na misje do Kamerunu. Dla mamy był to wielki cios. Jeszcze nie zdążyła się nacieszyć jego kapłaństwem a on wyjechał aż do Afryki. Korespondencja zwrotna trwała 3 miesiące. O rozmowach telefonicznych nie było wówczas mowy. Na urlopy przyjeżdżał co 3 lata.
Mama zawsze bardzo dużo modliła się za nas ”trójkę” a szczególnie za brata misjonarza. Gdy spędzałam moje urlopy w rodzinnym domu, gdy mama żyła, często budził mnie w nocy szept jej modlitwy i szelest różańca. Mówiła sąsiadkom: To, że poszli służyć Bogu to mało. Muszę im wymodlić łaskę wytrwania do końca.
Korespondencja z bratem misjonarzem, jego przyjazdy na urlopy, literatura misyjna, zrodziły w moim sercu tęsknotę za pracą na misjach. Długo nad tym myślałam. Mając 34 lata zwróciłam się do Rady Generalnej Zgromadzenia z prośbą o wyjazd na misje. Niestety, zgromadzenie moje nie ma placówek misyjnych i taki wyjazd okazał się niemożliwy. Nie ustawałam w modlitwie w tych intencjach.
Od dnia wstąpienia do klasztoru, przez pierwsze 25 lat pracowałam z dziećmi (chłopcami) w Zakładzie Wychowawczym. Po maturze podnosiłam moje kwalifikacje zawodowe z zakresu pedagogiki. Ukończyłam 4–letnie studia magisterskie z pedagogiki opiekuńczo–wychowawczej. Następnie Studia Podyplomowe z Organizacji i Zarządzania w Pomocy Społecznej i różne inne specjalizacje potrzebne do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. W wolnych chwilach zajmuję się historią mojego Zgromadzenia.
Byłam inwigilowana przez Służbę Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze SB chcieli mnie podstępnie i perfidnie wciągnąć do współpracy. Do dziś dziękuję Bogu za to, że zesłał mi wtedy swoje Światło, że nie dałam się zastraszyć funkcjonariuszom UB i byłam szczera wobec moich przełożonych, a przełożonym dziękuję za zaufanie jakim mnie wówczas obdarzyły. Pracowałam w placówkach Zgromadzenia (domach dla dzieci), pełniąc w nich różne funkcje.
Z okazji zbliżającego się srebrnego jubileuszu kapłaństwa brata miałam to szczęście odwiedzić go na jego misji w Kamerunie. Była to moja podróż życia. Z bratem przejechałam Kamerun wzdłuż i w szerz, odwiedzając po drodze misje na których pracują polscy misjonarze i misjonarki z różnych zgromadzeń. Miesiąc tam spędzony był najpiękniejszym czasem w moim życiu. Chłonęłam wszystko jak gąbka i zapisywałam głęboko w sercu. Ciężko mi było pakować się i wracać do Polski. Po powrocie ponownie zwróciłam się do Rady Generalnej z prośbą o możliwość utworzenia placówki misyjnej w Afryce i wzięcia mnie pod uwagę jako ochotniczki do tej pracy. Lecz i tym razem misyjny zapał musiałam ostudzić, ale nic nie dzieje się bez woli Bożej. W intencjach misyjnych Kościoła, misjonarzy i misjonarek ofiarowałam Bogu moje dalsze życie. Przez wszystkie lata kapłańskiego i misjonarskiego życia mojego brata staram się być jego „bankiem modlitwy”. Brat po 30-tu latach pracy misyjnej, ze względu na stan zdrowia w roku 2012 wrócił do Europy. Pracuje w Polskiej Misji Katolickie we Francji.
Dwa lata temu przypadkowo na portalu społecznościowym facebook znalazłam informacje dotyczące DDAK. Włączyłam się w jego piękną misję. Mam już kilku kapłanów „zaadoptowanych” na stałe, za których modlę się każdego dnia. Otrzymałam też miłą wiadomość, że moja siostra brat i ja zostaliśmy także „zaadoptowani” i objęci stałą modlitwą.
Po 46 latach spędzonych w klasztorze (2014 r.) dziękuję Mojemu Bogu za łaskę powołania i każdego dnia proszę, by mi dopomógł wytrwać w nim do końca. Nie mam żadnej wątpliwości, że idę dobrą drogą, a Zgromadzenie, w którym jestem, jest moim Zgromadzeniem. Wierzę, że jestem na swoim miejscu. W czasie minionych lat w Zgromadzeniu, Pan Bóg przeprowadził mnie przez wiele różnych trudnych sytuacji i nadal prowadzi przez radość i przez ból, przez to, co piękne, ale i przez to co trudne, na drodze mego życia zakonnego. Każdego dnia pokazuje mi swoją ogromną miłość i miłosierdzie i pozwala mi doświadczać swojej żywej obecności na modlitwie i w szarej codzienności. Wiem, Komu zawierzyłam swoje życie i wiem, że na Niego mogę zawsze liczyć. Wierzę Bogu jak dziecko, Jego Miłość jest wierna i wieczna.

s. Karina Domagała CSSH

Reklamy
Kategorie:powołanie, świadectwa
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: