Strona główna > pielgrzymki, świadectwa > Moje pielgrzymkowe życie….

Moje pielgrzymkowe życie….

Jasna Góra

Okres wakacyjny to szczególny okres różnego rodzaju pielgrzymek – szczególnie tych związanych z Maryją, na której cześć całe mnóstwo świąt i wspomnień w miesiącu sierpniu, a szczególnie z Matką Boską Częstochowską – szczególnie ukochaną przez Polaków. I w moim życiu pojawiło się kilka-kilkanaście pielgrzymek. I właśnie o nich chciałabym co nieco napisać….

Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Na początku maja, dokładnie miesiąc po swoich 9. urodzinach, po raz pierwszy do swojego serca przejęłam Pana Jezusa do swojego serca w I Komunii Świętej. Krótko później przyszedł sierpień, kiedy to Papież Jan Paweł II przyjechał do Polski na pielgrzymkę (jak później się okazało swoją ostatnią do swojej Ojczyzny). Moi Rodzice sami chcieli pojechać, przy okazji stwierdzili, że jestem na tyle duża i dojrzała, że mogę jechać z Nimi na spotkanie w Krakowie. Więc pojechałam. Co prawda nie pamiętam zbyt wiele z tamtego wyjazdu – pamiętam nocną podróż pociągiem, długi „spacer” na krakowskie błonia, drżący głos Papieża (choć ni w ząb nie pamiętam co mówił), Jego zielony Ornat, rodzinne jedzenie kanapek za billboardem czy chociażby to, że z mamą siedziałyśmy na ogrodzeniu i oglądałyśmy Eucharystię przez lornetkę pożyczoną przez nieznanych współpielgrzymkowiczów. W te same wakacje po raz pierwszy pojechałam na swoją rowerową pielgrzymkę. Tym razem do Matki Częstochowskiej – na Jasną Górę. To już przeżyłam mocniej, głębiej… Przeżyłam zdecydowanie większy wysiłek, zwłaszcza jako dzieciak, który nie miał bladego pojęcia do czego służą przerzutki w rowerze, które nigdy wcześniej nie zrobiło na bicyklu tak długiego dystansu… A do tego podróż z Tatą (Mama została z Bratem)….. Ale to był też dużo większy wysiłek duchowy – pokonać ból fizyczny, pokonać chęć poddania się (za czym przemawiały zadrapane kolana i łokcie), ale dojechałam po raz pierwszy myśląc o Maryi jako o własnej Matce prosząc ją pod chwilami „Mamo, przytul, mam dość…”. Podczas drogi jako grupa rowerowa mijaliśmy się czasami z grupami pieszych pielgrzymów, z którymi spotkaliśmy się u Miriam na błoniach. Wtedy też po raz pierwszy zamarzyłam o pójściu na pieszą pielgrzymkę na Jasna Górę. Ale jednak zanim na nią poszłam minęło trochę czasu…

Następna pielgrzymka miała w moim życiu miała miejsce w 2005 roku. Tym razem jako 12-latka jechałam na rowerze, ale tym razem do Babci – na Górę św.Anny. Znowu z moim Tatą jako organizatorem całego przedsięwzięcia. Tym razem jako najmłodsza, ale jednak już jako zdecydowanie dojrzalsza osoba, która dość mocno jak na swój wiek przeżyła śmierć Jana Pawła II. Dojechałam i już wiedziałam, że tam będę wracać, że mnie tam będzie ciągnąć… I ciągnie – już od 10 lat z małymi przerwami jeżdżę do Babci, często nadal jako najmłodsza….

Jednak o marzeniu pójścia na pieszą pielgrzymkę nie zapomniałam. Poszłam bodajże w 2007 lub 2008 roku, kiedy już byłam wystarczająco dojrzała, by iść na nią bez Rodziców. Wróciłam z pęcherzami na stopach, po wielu momentach płaczu – z bólu, radości, wysiłku… Ale dotarłam do Mamy… 3 lata później poszłam kolejny raz… I jak na razie ostatni… Teraz do pieszych pielgrzymek dyskwalifikowały mnie problemy zdrowotne, ale na szczęście do rowerowych już nie…

Na pielgrzymkach rowerowych byłam 9 razy – raz na Jasnej Górze, 8 na Górze św.Anny. Na pieszej byłam tylko 2 razy. Po raz ostatni u Babci byłam w te wakacje…

Góra św.Anny wita!

Co mi dała każda z tych pielgrzymek? Po każdej z nich stawałam się o wiele bardziej dojrzała w wierze, a także życiowo… Wracałam zawsze silniejsza, bliższa Boga… Każda z nich nauczyła mnie czegoś innego, czegoś nowego, każda przyniosła inne owoce… Przede wszystkim nauczyły mnie tego, że pielgrzymka to wysiłek fizyczny. To niesienie swojej intencji czy problemów wśród bólu, łez i potu… To wyrzeczenia… Pielgrzymki autokarowe czy samochodowe dla mnie nie to samo (choć bywałam na takich). Taka wydaje mi się bardziej wycieczką, atrakcją… Pielgrzymka to rekolekcje w drodze. A właśnie takie najlepiej przeżywam na rowerze. W kameralnej grupie, kiedy mogę spokojnie, we własnym tempie odmówić różaniec, bez śpiewów z pokazywaniem, bez konferencji, w większej ciszy… Tak, takie śpiewy mnie czasem drażnią. Nie lubię modlitwy na zawołanie, kiedy wszyscy każą, bo tak się modli stuosobowa grupa. Czy to takie wychowanie w domu cyklistów? Może doświadczenie? Może sentyment? Wiem jedno… Pielgrzymki zmieniają życie, światopogląd… Dlaczego rower? Bo jest bliższy memu sercu, mej duchowości… Bo wtedy mogę bardziej zbliżyć się do Miriam, do św.Anny, do Boga… Owocem ostatniej pielgrzymki jest nowenna pompejańska, na którą w końcu się odważyłam… Każda modlitwa ma owoce, w szczególności ta połączona z wysiłkiem podjętym podczas pielgrzymowania…

To tylko takie moje przygody związane z pielgrzymkami, moje przemyślenia… Często przejawia się tu słowo „dojrzałość”, a właśnie dzięki nim dojrzałam do wiary, doznawałam nawróceń, poprawionych relacji z wieloma ludźmi… A o ile bogatsze jest spotkanie na Eucharystii z kimś, z kim spędziło się kilka dni wysiłku w dążeniu do Ojca podczas pielgrzymki…

To ja podczas którejś z wizyt u Babci.

To ja podczas którejś z wizyt u Babci.

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: