XII Niedziela Zwykła

mphotoSøren Kierkegaard – duński filozof, protestant, choć raczej na drodze wiary chadzający własnymi ścieżkami – zachęca w swoich dziełach do tego, aby Pismo Święte czytać w taki sposób, jakby się nie znało końca opowieści. Wejść w przeżycia chwili biblijnych bohaterów, wniknąć w ich egzystencjalne dramaty. W ten sposób patrzy na Apostołów, którzy nie wiedzą kim jest Jezus, domyślają się, zmagają się z myślą czy dobrze zrobili idąc za Nim. W ten sposób mówi o Maryi, której wprawdzie Anioł zwiastował wieść radosną, ale nie informował innych ludzi w Izraelu o tym, że należy darzyć Maryję szacunkiem. Tylko Ona wiedziała, że jest Matką Boga, a jej życie było bardzo ciężką próbą, bo wokół nikt tego nie pojmował. Tak patrzy na Abrahama, który idąc na Górę Moria, aby zabić swego syna, nie wie przecież, że to się okaże tylko próbą. Idzie, myśli, przeżywa, cierpi.

I tak sobie pomyślałem, że w ten sposób można spojrzeć na dzisiejszą Ewangelię. Jezus mówi o wzięciu jakiegoś krzyża na każdy dzień… Ale jakiego krzyża? W chwili, gdy to wypowiada jest to przecież narzędzie do zabijania skazańców. Dopiero potem śmierć Jezusa nada interpretację tym słowom, taką, jaka nam się automatycznie nasuwa, gdy słuchamy tego w kościele. Mówi o tym, aby Go naśladować, ale przecież nikt jeszcze nie wie jak On skończy. Może okaże się oszustem, może się wygłupi, może przekreśli całe swoje życiowe dzieło jakimś nierozsądnym postępowaniem, może nie warto za nim iść i lepiej szukać sobie wzorców do naśladowania wśród tych, którzy już pomarli i ich dzieło ukończone? Gdy zadaje pytanie o to kim jest, to nie powinna dziwić różnorodność odpowiedzi. A każda odpowiedź na to „kim jest”, to tak naprawdę przypuszczenie, domysł, nadzieja… Ale nie ma stuprocentowej pewności nawet ten, który z wiarą mówi, że Jezus jest Mesjaszem.

Jak to się ma do naszego życia? My znamy treść Ewangelii. Wiemy, że Jezus jest Mesjaszem, że Krzyż to jego pokorne przyjęcie Męki, oddanie się ofiarne za innych aż do śmierci. Wiemy, że jest to faktycznie dobry wzór do naśladowania. Ale wiemy to tylko teoretycznie… Historie biblijne są skończone, ale moje życie trwa, moja relacja z Chrystusem trwa, moje życie religijne to wciąż tylko nadzieja i wiara, a nie pewność (mogę mieć „pełne przekonanie”, ale to trochę coś innego niż pewność).

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie o krzyżu, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Nie wiem co mnie czeka. Nie wiem jakie historie się wydarzą, jak ciężki będzie mój krzyż. To wszystko, co nazwałbym krzyżem w moim życiu wydaje mi się często absurdalne, niezrozumiałe, niesprawiedliwe… tak samo dziwne, jak mówienie żywego Jezusa o „wzięciu krzyża” Apostołom.

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie o naśladowaniu Go, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Bo w jaki sposób to naśladowanie Jezusa przełoży się na moje życie? Kiedy naśladowanie jego będzie na przykład sprzeczne z tym, co wybrałbym „po ludzku” w różnych sytuacjach. Chcę pewności jutra i poukładania sobie wszystkiego – to moja walka o „zachowanie mego życia” takim, aby mi na w miarę odpowiadało. Bo z drugiej strony nie wiem, gdzie takie życie oparte o naśladowanie Jezusa mnie doprowadzi.

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie, że jest Mesjaszem, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Mówi, że jest Zbawicielem i wierzę, że Zbawił świat, tak jak podaje mi Pismo Święte. Ale historia mojej drogi do zbawienia wciąż trwa, wciąż nie znam zakończenia. Nie tylko dotyczy to życia po śmierci, ale wszystkich moich trudności. Czy Pan na pewno mnie z tego wybawi? W tej mojej nadziei zostanę ośmieszony czy spełni się to w co wierzę?

Otrzymuję z zewnątrz tyle sprzecznych znaków – prorok, Eliasz, Jan Chrzciciel – różnie mówią ludzie…

Czym jest to wszystko, czego zakończenia nie znam? Co dalej w niedokończonej księdze mojego życia i mojego odniesienia do Boga? Mogę zaufać i powiedzieć, że Jezus jest Mesjaszem. Czyli Tym, który mnie wybawi u kresu życia. Tym, za którym pójdę z moim krzyżem. Choć dziś nie widzę w tym pełnego sensu, to i tak będę go naśladować, chociaż nie wiem co z tego wyniknie. Bo z drugiej strony, jeśli się pomylę, cóż stracę? Że przeżyłem życie dobrze, ofiarnie i sprawiedliwie?

Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego „Z nich zaś (wiara, nadzieja, miłość) największa jest miłość”? Dlatego, że kiedy wszystko się spełni, to nie będziesz potrzebować wiary, bo karty zostaną odkryte. Nie będziesz potrzebować nadziei, bo nie będziesz miał już w czym jej pokładać – wszystkie Twoje nadzieje zostaną zweryfikowane i spełnione. A miłość zostanie, bo będzie istotą relacji łączącej Cię na wieki z Bogiem i wspólnotą zbawionych. Jednak dziś nadal „trwają te trzy: wiara, nadzieja, miłość”. Pisarz jeszcze nie ukończył swojego dzieła…

 

Kornel Matusewicz

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: