Archive

Archive for the ‘Bóg’ Category

Pokora

25 czerwca 2017 Dodaj komentarz

unsplash_52cd2d19237cd_1

„Szedł kiedyś Makary od bagna do celi niosąc liście i spotkał na drodze diabła, który trzymał sierp. Diabeł zamierzył się na niego sierpem, ale go nie mógł uderzyć. I powiedział: Wielką krzywdę mi wyrządzasz Makary, a nie mogę cię pokonać! Przecież wszystko, co ty robisz, ja także robię. Ty pościsz, a ja nigdy nie jadam; Ty czuwasz, a ja w ogóle nie sypiam. Jest tylko jedna rzecz, którą mnie przewyższasz” – „Jaka” – zapytał Ojciec Makary. A diabeł odrzekł: „Twoja pokora. To przez nią ja ciebie nie mogę pokonać”.

Zastanówmy się dziś czym jest pokora, co ona oznacza i czy potrafimy być pokorni.  Pokora, to umiejętność odniesienia zwycięstwa nie przez obalenie przeciwnika, lecz przez jego pozyskanie. Tysiące razy piękniejszym zwycięstwem jest przekonanie wroga, by w dalszej walce stanął w moim szeregu i walczył o wartości najwyższe, niż powalenie go na ziemię i tryumfalne postawienie swej stopy na jego głowie. Tam, gdzie jest zniszczenie, zwycięstwo jest połowiczne. Pełne ma miejsce jedynie wówczas, gdy przeciwnik staje się przyjacielem. Zamordowanie wroga, to tylko ocalenie siebie. Przemiana wroga w przyjaciela, to ocalenie siebie i ocalenie wroga. Sukces jest pełny. Takie zwycięstwo umie odnieść jedynie pokora. Ona zgodzi się na szereg sytuacji przegranych, na cierpienie, poniżenie, byle tylko przekonać przeciwników o ich niewłaściwej postawie.

I chciałbym aby taka właśnie pokora była w naszym życiu. Pokora, to nie kompleks niższości, to nie bojaźliwe zajmowanie ostatniego miejsca. Ale pokora to też umiejętność przyznania się do błędu, nie zakrywanie go, nie pokazywanie, że zawsze jestem najlepszy, ale ja też potrafię się pomylić, zgrzeszyć. Warto kształtować swoje sumienie pod tym kątem. Warto iść do konfesjonału z pokorą a nie z myślą „przecież to nie moja wina, ja nie zgrzeszyłem, to Kościół ma za wysokie wymagania”.

Szatan bardzo trafnie ocenił w czym tkwi siła Makarego. On sam potrafi naśladować wiele naszych cnót. Szatan jest odważny, potrafi być sprawiedliwy i umiarkowany. Potrafi stosować długomyślność, wdzięczność i usłużność. Nie potrafi jednak być pokornym. Brak zaś pokory uniemożliwia mu zdobycie mądrości. Prawdziwa mądrość jest zawsze pokorna. Konsekwencją tego jest fakt, że nie może kochać. Pokora stanowi istotny składnik mądrej miłości.

Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. To nie człowiek ustalił wielkość bramy do owczarni, to Bóg ustalił jej granice i pokazał człowiekowi jak się tam dostać – pokorą. Inne drogi może i prowadzą do owczarni ale nas do niej nie zaprowadzą.

Można całymi dniami wołać „Pan jest pasterzem moim nie brak mi niczego” ale wiara bez uczynków jest martwa! Wiara bez uczynków jest martwa! Ale aby zacząć spełniać uczynki musimy przyoblec się w pokorę. Czyli, zrozumieć, że mój wróg, który chce mnie pokonać ma stać się moim przyjacielem. To co złe ma stać się dobre! To co złe ma zrozumieć, że jest złe i chcieć stać się dobrym! Ale co zrobić aby pokazać komuś w sposób pokorny, że robi źle?

Pracowała w kuchni. Prawie codziennie wracała nie tylko zmęczona, ale i przybita. Gotuje dobrze i lubi swój zawód. Skąd zatem zniechęcenie na jej twarzy? Przyczynę ujawnia w jednym zdaniu: „Pracowałam w tym zakładzie pięć lat i nigdy nie zrobiłam nic dobrze. Przez tyle lat ani kierowniczka kuchni, ani dyrektor zakładu nie zdobyli się na jedno słowo pochwały czy uznania”. Zabrakło akceptacji. Czuła się obco. Zmieniła miejsce pracy. Dziś nadal stoi przy kuchennym piecu. Pracuje jeszcze więcej niż poprzednio. Wraca jednak do domu z uśmiechem na twarzy. Tak zwierzchnicy, jak i goście przy stolikach cieszą się jej pracą. Została zaakceptowana. Już się nie czuje obco. Z radością wyznaje: „To mój drugi dom”.

Aby pokazać komuś cokolwiek trzeba go zaakceptować, potrzeba akceptacji! Ale takiej, która da poczucie bezpieczeństwa i sprawi radość wewnętrzną, która będzie promieniować na zewnątrz. Akceptacja jest potrzebna człowiekowi do życia, tak jak świeże powietrze do oddychania. Bez akceptacji człowiek się dusi. Dotykamy tajemnicy dobroci ludzkiego serca. Nie ten jest dobry, kto dużo daje, lecz ten, kto potrafi akceptować innych. Dobroć to sztuka przyjmowania drugiego człowieka takim, jakim on jest.

Pamiętam doskonale  jak kilka lat temu próbowaliśmy „nawrócić kolegę” nie było to proste, nie akceptował tego wszystkiego, Kościoła. I po prostu go zaakceptowaliśmy, i wtedy wydarzyło się coś niezwykłego, gdy sam chciał chodzić z nami do kościoła. Poczuł się tam bezpiecznie i spojrzał na Boga naszymi oczami. Oczami otwartymi w sakramencie pokuty i oczyszczonymi przez Eucharystię, ale to nie dałoby rady, gdybyśmy bez pokory nie uklękli i się nie modlili!

Bywają ludzie, którzy w poświęceniu dla drugich spalają się aż do granic możliwości, a mimo to nie są mile widziani w otoczeniu i sami czują się w nim obco. Umieją dawać, ale nie umieją przyjmować. Ta druga sztuka jest ważniejsza. Przyjąć drugiego człowieka, to przyjąć stworzony przez Boga nowy, jedyny i niepowtarzalny świat. Taka akceptacja otwiera wielkie możliwości twórczego rozwoju tak dla akceptowanego, jak i akceptującego. To możliwość wzajemnego ubogacenia.

To jest sposób działania zostawiony przez Jezusa: czynem, słowem i modlitwą. Nie odwrotnie, najpierw czynem! Potem słowem i modlitwą! Jeśli potrafisz połączyć czyn, słowo i modlitwę to potrafisz z pokorą dawać innym miłość! Bo pokora to droga do Boga, innej drogi nie ma!

 

Krótka historia o tym jak mój brat został…ojcem!

18582001_827677584048100_3475183200072670121_n.jpg

fot. o.Mateusz Stachowski OFMConv, Franciszkanie TV

Niedawno popełniłam tekst o duchowej adopcji, o tym jak ja zostałam ..mamą. Tą duchową. Dziś, już na spokojnie po wszystkim co się działo ostatnio moim życiu, chciałabym napisać o tym, jak mój brat został ojcem.

Dwa tematy , bardzo podobne. Rodzicielstwo. Jednak każde trochę w przenośni. Moje macierzyństwo wynika z podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. A z czego wynika ojcostwo mojego brata?

Otóż, od 8 lat mój brat zagłębia się w duchowość franciszkańską, w pisma św. Franciszka z Asyżu. Bracia Mniejsi Konwentualni (łac. Ordo Fratrum Minorum Conventualium, skrót: OFMConv, pot. franciszkanie, franciszkanie konwentualni, franciszkanie czarni). Przebył roczny postulat, roczny nowicjat oraz 6 letnie studia teologiczne. Tydzień temu przyjął święcenia kapłańskie. U franciszkanów nie ma czegoś takiego jak pojęcie „ksiądz”, jest „ojciec”.. i takim sposobem mój brat został ojcem J

Niezwykła uroczystość, bardzo wzruszająca. Po sobotnich święceniach, otwierając torebkę znalazłam całe mnóstwo zużytych chusteczek. Moja wrażliwość tym razem przybrała miarę armagedonu- ale…chyba miałam powody, co nie? J

W każdym razie, widząc brata, który leżąc krzyżem oczekuje na najważniejsze święcenia, najważniejszy dar, do którego przygotowywał się już dość dług czas, jest uczuciem nie do opisania. A gdy już jego przyjaciel, współbrat w zakonie, ubrał go w ornat… Magdalena rozryczała się na dobre (uspokoiłam się mniej więcej do czasu udzielania Komunii). Ale przeżyliśmy, dumni z brata i syna.

Dzień później nie było lepiej, Msza prymicyjna. Panie Boże, nie pozwolisz mi chyba płakać przez najbliższe 3 lata! Błogosławieństwo w domu, procesja z domu do kościoła (jakieś 15 minut), przywitanie (no ok, to mogłoby trwać krócej) i Ona- Msza! Twój brat dotyka Chrystusa, rękoma, które wcześniej zostały pobłogosławione, wyświęcone a dziś, zwyczajem błogosławieństwa prymicyjnego- ucałowane. Po najważniejszej części czyli Mszy, czekała cześć rekreacyjna pryz stole i przy tańcach (jeżeli chcesz dobrze bawić się na weselu, prymicjach czy innej rodzinnej imprezie- zabierz ze sobą Białorusina! Albo przynajmniej zatańcz z nim. Nogi będą Cię boleć przez najbliższy tydzień 😀 )

The end…

…przy każdej możliwej okazji, kiedy widzę mojego brata powtarzam mu cztery słowa..

JESTEM Z CIEBIE DUMNA!

 

*na zdjęciu (od lewej):  dk. Daniel Śliwiński (już od wczoraj kapłan), o.Bartłomiej M. Ewertowski – mój brat i o.Robert Wołyniec (proboszcz parafii św. Franciszka z Asyżu w Ostródzie)

Proście, a będzie Wam dane

IMG_20170505_152531_179.jpg

To już było lata temu, w październiku, a raczej u jego końca. Młodzież z naszej parafii miała tej dość pochmurnej soboty uporządkować opuszczone groby na cmentarzu. Było ich wiele (tak grobów jak i młodzieży). Przygotowaliśmy się do tego bardzo – mieliśmy łopatki, grabki, worki na śmieci, wiadra i szmatki. Chcieliśmy, aby do wieczora wszystkie zaniedbane groby były ładnie uporządkowane.

Tylko po co ja piszę w maju o przygotowaniach do listopadowego święta Wszystkich Świętych? Mogłabym się wymówić tym, że pogoda podobna (u mnie mgły, deszcze i przenikające do kości zimno, czasem tylko słonko wyjrzy).

Piszę to wszystko, bo chodzi mi o PROŚBĘ. A raczej jak prosimy i jak otrzymujemy to, czego tak bardzo pragniemy.

Już kiedyś o tym pisałam przy okazji historii o małym kiwi i Panu Bogu. Tutaj jest LINK, jeśli nie czytaliście tego wpisu, a przyznaję, trochę popadając w pychę, że mi się udał.

Wracając do mojej opowieści: jesteśmy na cmentarzu, godziny przedpołudniowe, wszyscy gotowi do pracy, powoli zaczynamy. Jeden grób wystarczyło uwolnić od chwastów i delikatnie pograbić ziemię na nim – zrobione! Drugi trzeba było przemyć, ponieważ był cały zakurzony i piasek utworzył kupki naokoło niego – zrobione! Trzeci trzeba było całkiem wykarczować i… No właśnie. Po zeschniętych kwiatkach nie było śladu, ale została pustka – jasnobrązowa ziemia i tyle.

Wtedy pomyślałam, że brzydko wygląda taki pusty grób, byłoby cudownie, jakby się znalazło kilka gałązek jakiegoś iglaka, żeby przykryć ziemię.

– Dzień dobry! – Przywitała nas idąca alejką pani.

– Dzień dobry! – Odpowiedziałam i zauważyłam, że w dłoni kobieta trzyma reklamówkę (co wcale mnie nie zdziwiło, ale jest ważne).

– Nie potrzebujecie przypadkiem gałęzi świerku? Zabrałam z domu za dużo, a skończyłam pracę przy grobie. Szkoda, żeby się zmarnowały – wyjaśniła nam pani, a ja zamarłam.

GAŁĘZIE IGLAKA. No nie wierzę! Albo raczej wierzę i nie mogę wyjść z podziwu, jak szybko Pan zadziałał!

Jak możecie się domyślić, dar przyjęliśmy z radością i kilka chwil później ziemia została przykryta zielonymi gałązkami.

Podeszliśmy do kolejnego grobu, całego pokrytego wysoką trawą. Zabraliśmy się do wyrywania, jednak korzenie siedziały tak głęboko w ziemi, że ręce tylko ślizgały nam się po zielonych liściach i wyrywały zaledwie jedną piątą tego, co trzeba było.

– Wiecie co? – Zwróciłam się do moich towarzyszy. – Przydałby się jakiś nóż. Nikt z was żadnego nie wziął? – Zobaczyłam tylko, że potrząsają głowami w zaprzeczeniu i westchnęłam.

Złapałam kolejną kępę trawy i poczułam coś twardego. Nie zgadniecie.

NÓŻ!

Mały, wyglądający jak taki do obierania warzyw, z drewnianą rączką. No po prostu cud! Był trochę zardzewiały, ale jak zaczęłam nim ciąć trawę, to nie musiałam wkładać w to aż tyle wysiłku. Pomyślałam – Pan Bóg dzisiaj chce nam pomóc, i to bardzo.

Później, gdy już połowa grobów została wyczyszczona, umyta i przykryta gałęziami świerku, pomyślałam, że przydałyby się jeszcze osoby do pomocy. Od razu pomyślałam o znajomym, który mieszkał niedaleko, nazwijmy go Daniel – silny i pracowity, to wszystkie chwasty wyrywałby raz-dwa!

Nie minęło dziesięć minut jak usłyszałam za sobą:

– Daniel! Jednak jesteś!

Możecie sobie teraz wyobrazić moją minę! Odwróciłam się i zobaczyłam Daniela – ale nie mojego kolegę, tylko brata jednej z dziewczyn, które sprzątały z nami na cmentarzu.

Moja pierwsza myśl: mogłam sprecyzować mówiąc też nazwisko.

Moja druga myśl: PANIE BOŻE, ZADZIWIASZ MNIE!

Tego dnia wysprzątaliśmy wszystkie opuszczone groby na cmentarzu. Wróciliśmy do domu zmęczeni, ale szczęśliwi. I od tego dnia, a minęło już kilka lat, żyję w przekonaniu, że Pan Bóg spełnia każdą prośbę, którą do niego kierujemy. Niekiedy trzeba na to chwilkę poczekać, a czasem dzieje się to błyskawicznie.

Ave!

Drogą, prawdą i życiem – MIŁOSIERDZIEM

23 kwietnia 2017 Dodaj komentarz

Wielu rodziców mówi do swoich dzieci wchodzących w dorosłość „abyś nigdy nie cierpiał(a) z miłości, znajdź sobie takiego/taką, która Cię nie zrani”… Piękne słowa i pokazują troskę o swoje dzieci. No właśnie. I teraz pytanie czy można cierpieć z miłości? Czy warto cierpieć dla miłości? Czy warto cierpieć bo kogoś się kocha?

Jezus pokazał, że z miłości można cierpieć, pokazał, że warto cierpieć dla miłości i, że warto cierpieć jeśli się kogoś kocha. Jezus na krzyżu wycierpiał wiele (rozważaliśmy to w Wielki Piątek) Jego ból był tak wielki, że aż trudno to sobie wyobrazić. Ale Jezus cierpiał do końca, do końca czyli aż do śmierci cierpiał dla miłości… Miłość cierpi dla miłości, Bóg cierpi za ludzi, za ludzi, których kocha. Powinny teraz pojawić się uśmiechy na naszej twarzy! Bo żadne stworzenie, żadne bóstwa tego nie zrobiły dla swego ludu, zrobił to natomiast Bóg, Miłość.

Żaden człowiek nie chce cierpieć, nikt nie chce wydać się na cierpienie za kogoś kogo nie lubi, nie ufa mu. Nie chce cierpieć za kogoś kto źle nam życzy… Jezus potrafił… Cierpiał za nas. I dalej cierpi… 22 lutego 1931 roku Jezus przyszedł do siostry Faustyny Kowalskiej, do prostej zakonnicy, która gdy ktoś czytał jej dzienniczek wie, że spowiadała się z nawet nie swoich przewinień! Tak kochała Jezusa, że przepraszała Go za grzechy innych! Jezus przyszedł do niej i zostawił jej Swój testament… A właściwie przypomniał go… Testament Bożej miłości, napisany krwią na krzyżu! Bo Jezus umierając na krzyżu nadal nas kocha, nadal pragnie nas i nadal cierpi za nas…

1111117660

Każdy mój, Twój, nasz grzech mówi Jezus rani Jego serce. Ale mimo największych grzechów zapisał w testamencie, że odpuści je nam! Jezus odpuści nam grzechy! To jest coś nie ludzkiego! Jak można zabójcy swojej rodziny odpuścić grzechy? Jak można uzależnionemu od alkoholu odpuścić przewinienia? Jak można odpuścić grzech aborcji kobiecie? To nie jest ludzkie! Tak, to prawda bo Jezus jest Bogiem! Jezus jest Bogiem, który mówi Ja jestem drogą, prawdą i życiem!

  1. Drogą, która prowadzi do oczyszczenia duszy
  2. Prawdą, która prowadzi po bezpiecznej ścieżce
  3. I życiem, które daje moje miłosierdzie!

Czy jest coś piękniejszego? I Jezus mówi dalej, że „Tym, którym odpuścicie grzechy są im odpuszczone” daje ludziom sakrament, który pozwala zanurzyć się w oceanie miłosierdzia! Można w to nie wierzyć i być jak Apostoł Tomasz, można uwierzyć dopiero przy bezpośredniej interwencji Boga! Ale „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”

Biczowanie, cierniem ukoronowanie, droga krzyżowa, obnażenie z szat, przybicie do krzyża, śmierć na krzyżu…. To zrobili żołnierze… A Ty jak zraniłeś Jezusa? Jakie grzechy ranią Jezusa?

I powiem Ci coś Jezus uśmiecha się do Ciebie, błogosławi Ci i mówi idź do spowiedzi i przyjmij mnie do swego serca. I żeby tego było mało mówi:

Sprowadź do serca mego wszystkich grzeszników, dusze kapłańskie i zakonne, dusze pobożne i wierne, pogan i tych, którzy mnie jeszcze nie znają, dusze braci odłączonych od Kościoła, dusze ciche i pokorne, dusze małych dzieci, dusze, które wysławiają moje miłosierdzie, dusze, które są w więzieniu czyśćcowym, dusze oziębłe i całą ludzkość. A gdy już te dusze sprowadzi do swego serca przez koronkę do Mego Miłosierdzia zanurz je w oceanie Mej nieogarnionej miłości!


Hebrajskie słowo, które tłumaczymy jako miłosierdzie (rachamim), ma swój źródłosłów w czasownikowym rdzeniu racham, oznaczającym w pierwszym rzędzie poruszenie spowodowane miłością. Od czasownika racham pochodzi rzeczownik rechem, oznaczający łono matki. Z tego powodu również racham zaczęto wiązać z macierzyństwem. Od słowa rechem wywodzi się zaś rzeczownik rachamim, który w Starym Testamencie występował tylko w liczbie mnogiej, wyrażając dosłownie… wnętrzności. Chodziło o obrazowe pokazanie, że pewne uczucia wywołują niejako poruszenie w człowieku całego jego wnętrza.

Czasem mówi się, że kiedy ktoś się zakocha, to czuje motyle w brzuchu. W tym wypadku chodziłoby o coś znacznie zwielokrotnionego, podniesionego do n-tej potęgi.

Nam może wydawać się dziwne, że słowo, które tłumaczymy w przekładach jako miłosierdzie po hebrajsku ma tak naturalistyczne znaczenie, ale w językach semickich bardzo często pojęcia abstrakcyjne wyrażane są rzeczownikami odnoszącymi się do konkretnego przedmiotu lub części ciała. Na przykład słowo jad oznacza rękę, ale też opiekę, pośrednictwo lub kierownictwo (Wj 2,19; 35,29; 38,21; Rdz 42,37); Słowo af odnosi się zarówno do nozdrzy, jak i do gniewu (Rdz 24,47; 27,45). Gniew Boga to dosłownie nos Boga. Jaki tu można widzieć związek, czyli co ma piernik do wiatraka? Wytłumaczenie jest bardzo proste – kiedy ktoś się gniewa, to jego nozdrza się rozszerzają. Centralnym rysem miłosierdzia Boga jest natomiast fakt, iż wypływa ono z Jego wnętrzności. Pierwszym elementem miłosierdzia jest głębokie współczucie płynące z ludzkiego lub Bożego wnętrza, jako reakcja na ludzką nędzę, nieszczęście. Podobne zjawisko obserwujemy w języku greckim, w którym czasownik splanchnidzesthai oznacza wzruszyć się, zlitować się, a rzeczownik splanchna (dosłownie wnętrzności), występujący niekiedy z dopełniaczem eleous lub oiktirmón; oznacza wnętrzności miłosierdzia, czyli serdeczną litość, serdeczne miłosierdzie.

 

Nowy Testament, zachowując dawne, ogólne pojęcie miłosierdzia, nadał mu treść o wiele bogatszą, rozszerzającą jego zakres. Miłosierdzie w Nowym Testamencie wyraża się bowiem w osobie i działaniu Jezusa Chrystusa. On podejmuje się realizacji zbawczego planu Ojca i całkowicie go wypełnia. Miłosierdzie nowotestamentalne jest rozumiane uniwersalnie, nikt nie jest z niego wyłączony, chyba że sam sprzeciwia się łasce pochodzącej od Boga. To miłosierdzie jest okazywane przede wszystkim w przebaczaniu przez Boga grzechów, chociaż Jego opatrzność dotyczy wszystkich spraw ludzi, a nawet całego świata.

Miłosierdzie czynione przez Chrystusa zawsze prowadzi do ocalenia człowieka, a także do jego wewnętrznej przemiany. Jezus najpierw wybawia od zła fizycznego, następnie uzdrawia ducha. Nowy Testament podkreśla znaczenie miłosierdzia jako przymiotu, któremu ludzkość zawdzięcza zbawienie i uświęcenie dokonane przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Typowym przykładem zbawczego charakteru miłosierdzia Jezusa jest przypowieść o synu marnotrawnym. Obraz miłosierdzia znany ze Starego Testamentu zostaje tutaj pogłębiony. Chociaż słowo „miłosierdzie” nie występuje bezpośrednio w tekście paraboli, to jednak jego istota zostaje wyrażona przez wskazanie przyczyny skłaniającej ojca do przebaczenia synowi. Zostaje to podkreślone przez użycie wyrażenia „poruszenie wnętrzności”, będącego odpowiednikiem hebrajskiego racham. W tej przypowieści miłosierdzie przybiera kształt miłości doskonałej – agape, która jest zdolna do pochylenia się nad każdym człowiekiem.

Zostałam mamą

17474725_1668388356510966_736198926_n.jpgKrótka historia o tym jak zostałam mamą.

Adoptowałam dziecko, nie wiem jak ma na imię, bo jego imię jest wypisane na dłoniach Pana Boga. Modlę się, by mi go nikt nie zabrał, by nie dopadły go ręce złych ludzi, by nikt go nie zabił. Chcę je chronić. Mogę zrobić tylko jedno -modlić się.

Czy jestem złą matką, sądząc, że modlitwa załatwi wszystko? Może i tak, może niejeden z was tak pomyśli, może powie, że kolejna katoliczka uzewnętrznia się swoim zamiłowaniem do dewocyjnych zachowań. Dla mnie to nie jest to takie zachowanie, a mój obowiązek bronienia słabszych. Mój brat też mnie bronił przed starszymi chłopakami, też stawał w mojej obronie nie raz i w tym nikt niczego złego nie widział. Bo to nie jest stricte katolicka sprawa, ale jakże podobna do obrony nienarodzonych.

Ale ja jestem z tego dumna. Z tego, że mogłam zostać mamą…duchową. Duchową adopcje podjąć można każdego dnia. Wymiar symboliczny ma ta podjęta 25 marca w uroczystość Zwiastowania, ponieważ od tego czasu równe dziewięć miesięcy kończy się 25 grudnia czyli w Boże Narodzenie.

A Ty co zrobiłeś w obronie nienarodzonych?

Być (nie)przyjacielem

serce-125937Ostatnimi czasy wiele było we mnie jadu, byłam zgorzkniała wobec innych, stanowczo ich odtrącałam, nawet kiedy wprost do nich nie mówiłam, grzeszyłam myślami wykazując tym samym jakieś braki. Doszłam do tego po przypomnieniu sobie pewnego fragmentu, który znając już dużo wcześniej, dopiero teraz wywarł na mnie piętno.

Mowa o fragmencie Ewangelii św. Mateusza pod sam koniec rozdziału piątego, w którym jest zawarte osiem błogosławieństw. Rozdział ten zwieńczają słowa:

„Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”

(Biblia Jerozolimska, Poznań 2006)

Najbardziej trafiają do mnie słowa aby miłować tych którzy nas prześladują oraz, że celnicy robią podobnie miłując tylko tych, którzy są dla nich dobrzy. Faktycznie, to żadna zasługa. Nie ma co czekać na brawa z nieba i tekst Pana Boga: Tak Magdaleno, jesteś prawa i wejdziesz do mego królestwa. Kto na takie słowa liczył… może już teraz zacząć od nowa drogę ku chwale Ojca.

Być prześladowanym za wiarę. Odważysz się? Zacznij od najbliższego podwórka. Jesteś w stanie przyznać się kumplowi, ze odmawiasz codziennie modlitwę poranną, wieczorną, że masz różaniec w plecaku? Pochwalisz się swojej kumpeli, że nie pójdziesz w piątek na imprezę, bo jesteś katoliczką i piątek zawsze celebrujesz jako dzień śmierci Jezusa? Powiesz w pracy, że weekend spędzisz nie wylegując się w leżaku tylko na rekolekcjach, weekendzie skupienia? A odważysz się zaprosić kogokolwiek  twojego środowiska, by poszedł z tobą do kościoła na adorację, mszę, na chwilę modlitwy? Powiem szczerze – ja nie.

Nie sprawia mi już problemu mówienie o tym, że uczestniczę w tygodniu we mszy, że podoba mi się nabożeństwo do MB Nieustającej Pomocy w jednej z parafii mojego miasta, że odmawiam różaniec, że jeździłam na rekolekcje oazowe, że wiara jest dla mnie priorytetem, że nie zgadzam się z pewnymi, wbrew mojemu katolickiemu wychowaniu, rzeczami, które dzieją się we współczesnym świecie. Ale nie mam w sobie jeszcze chyba tyle odwagi, by zaprosić kogoś prosto w oczy do wspólnej modlitwy. A tym bardziej swojego wroga.

Może odbiegłam trochę od tematu, ale jednak ma to jakiś związek. Na pewno z byciem prześladowanym za wiarę. Boimy się przyznać do naszego Niebieskiego Ojca przed drugim człowiekiem. Boimy się jego słów, boimy się reakcji, boimy się zranienia, odrzucenia czy też niezrozumienia. Najczęściej przemilczymy wszystkie „wiarowe” kwestie.

Może zabrzmi to zbyt dosadnie, ale czyż takie argumenty nie przemawiają do nas najbardziej? W Ewangelii św. Łukasza jest wyraźnie powiedziane (przy scenie ukrzyżowania Jezusa): Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”(por. Łk 23,34), a w Dziejach apostolskich „Panie, nie licz im tego grzechu” (por. Dz 7,60). Możemy nasze czyny porównać do grzechu, w zasadzie nie przyznając się do naszego Boga, w pewien sposób łamiemy pierwsze przykazanie z Dekalogu. Zastępując Boga innymi rzeczami (kłamstwem, imprezami, brakiem wiary) zastępujemy go bożkami. Prosta kalkulacja.

Pan Bóg nawołuje nas wszystkich, zachęca choć w zasadzie i nakazuje „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz” (por. Kpł 19,2+). A świętym można być spełniając proste „zobowiązania”. Przyznając się do wiary i żyjąc nią.

Już jutro usłyszymy słowa o nawracaniu się, o życiu Ewangelią, o głoszeniu jej. Tak, jutro zaczyna się okres około 40 dniowego postu. Wielkiego Postu. Czas, w którym kolejki do konfesjonału szczególnie się powiększają, w którym w kościele rozdawane są skarbonki na jałmużnę wielkopostną, króluje kolor fioletowy, popiół, nabożeństwa dróg krzyżowych czy gorzkich żali. To jednak wciąż za mało, by zyskać coraz bliższą drogę do zbawienia. Miłość nieprzyjaciół. Hasło roku brzmi „Idźcie i głoście”. Bardzo dobrze wpisuje się w czas wielkiego postu. Więc idźmy i głośmy miłość nieprzyjaciołom, dajmy się prześladować, dajmy się uświęcić, a przynajmniej starajmy się to robić. Jeżeli wierzymy w życie wieczne, to czemu by nie zacząć układać sobie właśnie tej drogi. Jest jedno „ale”… nie słuchać siebie ale słuchać głosu Boga. To On nas tam doprowadzi, to On da nam nowe życie, to On jest żywą wodą, to On zbawia. Nie Józek, Halinka czy Zenobiusz. On, Jezus Chrystus, Pan i Zbawca, Początek i Koniec, Alfa i Omega.

„Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali i bez zarzutów w niczym nie wykazując braków” (Jk 1,4)

Wolisz stać się przyjacielem czy nieprzyjacielem? Wszystko zależy od tego czy dasz się prowadzić Temu, który jest Drogą, Prawdą i Życiem.

Jaki nektar Ty przynosisz do swojego ula?

Chciałbym abyśmy dziś zamienili się w pszczołę :). Nich każdy z nas stanie się pszczołą. Każda pszczoła wylatuje ze swojego ula, oblatuje go dookoła i wraca z nektarem. My też dziś wylećmy ze swojego ula. Wylećmy z zapatrzenia w siebie, z indywidualizmu i spójrzmy na swoje życie jak pszczoła z góry. Spójrz na swoje życie z daleka i z każdej strony. Jakie jest Twoje życie? Jak ono wygląda? Czy możesz powiedzieć sobie właśnie dziś, teraz, że jesteś szczęśliwy? Możesz powiedzieć sobie, że Twoje życie jest wspaniałe? I czy potrafisz odpowiedzieć sobie kto jest Twoim panem? Wyleć dziś z tego ula i wróć do niego z tym co najcenniejsze. Z Bogiem albo mamoną…

  • Z Bogiem, który chce przynieść do Twojego ula spokój i radość. Z Bogiem, który przyniesie do Twego ula porządek i wniesie miłość.
  • Z mamoną, która da Ci rozproszenie, która zabierze Ci czas na bezsensowne patrzenie w telefon. Z mamoną, która zabierze Ci czas i gdy się obejrzysz będziesz stać przed trumną.

Od Ciebie właśnie dziś, teraz zależy jaki nektar przyniesiesz do swojego ula. Czasem trzeba wyjść, zapytać samego siebie co chcę do niego przynieść, a może nie co ale Kogo. Kogo zaprosić do tego ula? Do swojego życia?

I dziś Jezus daje nam dwie możliwość wyboru, nie ma trzeciej. Dziś musimy wybrać! Musimy wybrać „nektar” naszego życia. Bo chrześcijanin to taka pszczoła, która musi przynosić nektar. Bez nektaru będzie niepotrzebna i nie będzie utrzymywać swojego ulu. I każdy człowiek, a tym bardziej chrześcijanin musi zadać sobie pytanie jaki nektar przynoszę do swojego ulu, do swojego życia?

Nektar, który pszczoły przynoszą do swojego ula jest ściśle określony przez królową, przez ich „przywódcę”, który przewodzi im i ten nektar zamienia w coś dobrego. I my chrześcijanie mamy Boga. I to Jemu przynosimy ten nektar a on tworzy z niego „coś dobrego” Dlatego teraz zastanów się jaki nektar Ty przynosisz Bogu i co On może z niego uczynić?

Jestem pewien, że jeśli dziś odwiedzasz kościół, spowiadając się, przyjmując Ciało Chrystusa i modląc się przynosisz Bogu wspaniały nektar, który przemieni go w obfite Błogosławieństwo.

Ale jak pszczoły tak i my mamy pewne „przeszkody” na drodze zbierania tego nektaru…

Mamona, bo o niej mowa zabiera nam właściwe spojrzenie na nektar, który powinniśmy zbierać. Mamona odwraca nam wzrok od właściwego nektaru a często wiedzie nas do innego przewodnika, który wybiera inny „nektar”.

„Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Służyć mamonie to de facto czynić z pieniądza bożka, któremu oddaje cześć i do zdobycia którego angażuje całą moją witalność i talenty. Nie służę Bogu ale mamonie. Wydaje mi się, że to pieniądz służy mnie ale w istocie jest zupełnie odwrotnie. Wartość swojego życia uzależniam od ilości posiadanych pieniędzy, społecznego prestiżu i znaczenia. Im więcej posiadam, tym bardziej jestem niespokojny i niespełniony. Bo nie w ilości posiadanych dóbr leży moje spełnienie jako człowieka ale  w relacji do Boga dla którego zostałem uczyniony. Służyć Bogu to właściwie lokować swoje talenty i energię życiową. Im bardziej służę Bogu tym bardziej jestem, im bardziej służę mamonie tym mniej jestem i tym bardziej jestem posiadany  przez to, co wydaje mi się posiadam i czego jestem panem.

Służyć Bogu to przede wszystkim ufać mu całym sercem. Niemożliwe jest by Mu służyć  bez ufności w nim pokładanej.

Jezus dziś mówi nam abyśmy zbytnio nie troszczyli się o dobra materialne. Zbytnio, nie znaczy w ogóle. Ten kto kocha troszczy się o zapewnienie także i bytu materialnego swoim ukochanym. Tej troski jednak nie wolno nam odrywać od zaufania Bogu. Jezus mówi nam coś jeszcze równie ważnego a właściwie najważniejszego. „Troszczcie się najpierw o królestwo Boże i jego sprawiedliwość, a wszystko inne będzie wam przydane”. Jeśli zatroszczymy się o sprawiedliwość, miłości i dobro, Bóg dostarczy nam wszelkich środków do dobrego życia.

Już za moment rozpocznie się Wielki Post… I jaki on będzie? Znów 40 dni nudów? A jak przeżyję teraz te ostatnie dni zabawy? Może pokażę Jezusowi jak Go kocham i zostanę dziś 5 minut dłużej po Mszy Świętej i spojrzę mu prosto w oczy i powiem: Chce służyć Tobie, nie mamonie, nie facebookowi, nie komputerowi, chce służyć temu, który może dać Mi szczęście, radość, który będzie ze mną gdy skończy mi się Internet i nie będzie prądu, chce służyć temu, który będzie dostępny nawet po 22, który będzie miał dla mnie czas nawet w trumnie….