Archiwum

Archive for the ‘Bóg’ Category

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Zmiana

Dziś obchodzone jest w Kościele święto nawrócenia św. Pawła. To wyjątkowy święty, bo jak żaden inny żyjący za czasów Chrystusa, może być dla nas dziś żyjących, świadkiem własnego nawrócenia. Paweł z początku zagorzały przeciwnik chrześcijaństwa, gorliwy Żyd, prześladowca wyznawców i samego Chrystusa, nagle radykalnie się zmienia.

Co się takiego stało? Spotkał osobiście Chrystusa!

Jakie to musiało być spotkanie? Ile było w nim mocy Bożej? Jak bardzo dotkliwie musiał odczuć i usłyszeć w duszy głos Jezusa, żeby natychmiast stracić swoją moc, potęgę nienawiści, żeby upaść, on młody, silny, kondycyjnie sprawny mężczyzna, oślepnąć, potem pościć fizycznie, zamilknąć, poświecić całą swoją energię, wolę, jaźń, myśli, chęci, na modlitwę, rozmowę z Bogiem! Odnalazł nagle dystans do samego siebie i swoich żądz, które nim kierowały.

Paweł podkreślał i akcentował mocno to, że wszystko to, co mu się przydarzyło, jest efektem zjawiska nadprzyrodzonego, cudu, czegoś niezwykłego. On, pobożny i gorliwy faryzeusz, który nie miał bezpośredniego kontaktu z Jezusem, nawet chyba specjalnie tego kontaktu nie szukał, żyjący z dala od „sprawy Jezusa”, wiedzący o niej tylko tyle, ile dowiedział się od przesłuchiwanych przez siebie wyznawców Jezusa, których prześladował okrutnie; nagle, niespodziewanie, spotkał się z Tym, którego miał w nienawiści. Nie ma w Dziejach Apostolskich mowy, że Paweł miał jakieś wątpliwości prześladując wyznawców Jezusa, wtedy jeszcze nie chrześcijan, ale żydów, którzy zaczęli głosić dziwne poglądy, zaczęli sprzeciwiać się prawu. Ówczesny judaizm nie był dzisiejszym judaizmem rabinicznym, nie miał Talmudu, nie cytował komentarzy, egzegezy i wykładni. To było wiele judaizmów, plątanina szkół, sekt, grup, które łączyło to, że miały wspólny fundament, na który składały się:
– wiara w Jednego Boga
– przyjęcie Biblii jako Objawionego Słowa Bożego, ze szczególnym akcentem na Pięcioksiąg
– świadomość wspólnej przynależności do Narodu Wybranego, z którym (a nie z żadnym innym!) Bóg Jedyny zawarł przymierze. Znakiem widocznym tego było obrzezanie, czyli brak napletka u mężczyzn tego Narodu, któremu Bóg dał specjalne prawa, ale i nałożył obowiązki inne niż dla innych ludów,
– obecność na Ziemi Obiecanej, wyrażająca się istnieniem Świątyni w Jerozolimie.

Patrząc z tej perspektywy, to pierwsi wyznawcy Jezusa spełniali te wszystkie kryteria przynależności do judaizmu, a dodatkowo twierdzili tylko, że Jezus był Mesjaszem. Nie jest jasnym (Dzieje Apostolskie o tym milczą), dlaczego akurat judaizm faryzejski uparł się na prześladowanie tej drobnej ilościowo, młodej grupy wyznawców, której przywódca już nie żył i w zasadzie, według wszelkich praw socjologii, powinna ona rozsypać się i odejść w zapomnienie. Nie wiadomo dlaczego Szaweł z Tarsu akurat się tak bardzo uwziął na nich.

I nagle stał się cud. Zjawisko nieracjonalne, niewytłumaczalne, bo nic nie wskazywało na to, że będzie miało ono miejsce. Zjawisko, po którym już nic nie było tak samo, jak przed nim. Punkt zwrotny i to zwrotny całkowicie, nie do pojęcia, zawrócenie w przeciwnym kierunku, nawrócenie
na drodze do Damaszku! Szaweł przemienia się w Pawła. Już sama radykalna zmiana imienia wskazująca na zmianę duchową, spotykana i w naszej literaturze: Kmicic-Babinicz, Gustaw-Konrad, była znamienna. Słowo „paulos” po grecku oznacza: mały, lichy, mikry, drobny. A w rzeczywistości Paweł to największy znany Boży atleta, ten, który chrześcijaństwu nadał kształt obowiązujący do dziś, wielki architekt Kościoła, wizjoner i tytan pracy, ten który podkreślał nieustannie swoją bezradność wobec tego, co go spotkało. On jest tylko „płodem poronionym”, „niewolnikiem”, „mikrym paulosem”, sam z siebie nic niemogącym wykrzesać. Gdyby nie cud, nie spotkanie, jakiego zaszczyt miał doznać, to pewnie do końca swojego życia ćwiczyłyby się w pogłębianiu nienawiści do Chrystusa i Jego wyznawców a swoich braci Żydów, jeżdżąc po Judei, Galilei, Samarii, Syrii, Dekapolu, Arabii i okolicach. Zapewne robiłby to solidnie, systematycznie i z całą gorliwością, z całym przekonaniem. Bo taki był. Solidny, systematyczny, przekonany, zorganizowany, sprawny i umiejący posługiwać się różnymi technikami. To nie był Piotr, zmieniający bez przerwy zdanie, wahający się, stojący na uboczu, na wszelki wypadek oglądający się za siebie.

Paweł miał również odwagę, żeby przyznać się: że to tak naprawdę nie ja jestem sprawcą tej przemiany, ja jestem tylko narzędziem, wybranym przez Kogoś innego. Mówił: to nie ja, to Ten, który stanął na Drodze do Damaszku i powalił mnie na kolana. Jakże wiele w tym wyznaniu skruchy, bo ten który dobrze jeździł konno, był kimś mocno uprzywilejowanym. Nauczyciel z Nazaretu i Jego uczniowie chodzi pieszo. Jezus tylko raz pozwolił sobie na osiołka, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Rzymscy legioniści, panowie Ziemi Obiecanej chodzili piechotą. Tylko wybrani mieli przywilej jazdy konnej.

Kojarzy mi się mocno dzisiejszy dzień z Psalmem 116 nazywanym Dziękczynieniem uratowanego od śmierci.
Bo czy ten fizyczny upadek Szawła nie był zbawienny dla Pawła?! Czy nie uchronił jego duszy od śmierci?! Czasem trzeba nam przewrócić się na kolana, zakrztusić się piachem na drodze, zamilknąć, oślepnąć, by przejrzeć i zobaczyć to, czego usilnie szukamy a nie znajdujemy.

Wróć, duszo moja, do swego spokoju, *
bo Pan dobro ci wyświadczył.
Uchronił bowiem moją duszę od śmierci, *
oczy od łez, nogi od upadku.
Będę chodził w obecności Pana *
w krainie żyjących.

Zło nie lubi ciszy.

Benedykt XVI w wydanej przed dwunastu laty adhortacji „Verbum Domini” pisał: „Milczenie Boga jest przedłużeniem Jego poprzednich słów”(VD 21). Co to znaczy? Jeśli wydaje Ci się, że Bóg milczy, to znaczy, że wzywa Cię do tego, byś przypomniał sobie i przemyślał słowa, które powiedział do Ciebie wcześniej. Ziarno zostało już wrzucone w ziemię, teraz musi w Tobie obumrzeć. Czekało na pęknięcie łuski i wykiełkowanie. Może to milczenie jest w Tobie hałasem, tego wyczekiwanego przez Boga rozdarcia? Może do tej pory łuska wokół tego, co najlepsze w Tobie, była zbyt twarda, by usłyszeć coś istniejącego poza nią, choćby ciszę?

Jak wygląda Twoja modlitwa przed Bogiem? Czy przeważa w niej cicha Twoja obecność, czy gadulstwo i kolejne próby zwrócenia na siebie uwagi? Bo jeśli Bóg nie zadziała jak dobra wróżka, nie będzie przysłowiowym Amazonem, czy InPostem, to się na Niego śmiertelnie obrazisz? Ile w tej pozie jest z Ciebie autentycznie? Bo jeśli większa część, to może trzeba zastanowić się, jaka jest ta wiara, którą deklarujesz? W co wierzysz? Jak traktujesz Boga? Jeśli sam sobie jesteś bogiem, to dlaczego, kiedy okazuje się, że sobie nie radzisz, nagle szukasz innego Boga? Dlaczego dopiero wtedy? Dlaczego stałość w uczuciach umiemy okazywać właściwie tylko sobie? Albo sobie hołdujemy, albo siebie gnoimy? Uwielbiamy być stali, tacy sami, niezmienni, bez chęci poprawy czegokolwiek w nas, bez chęci rozwoju intelektualnego, duchowego, moralnego. Za to innych chcemy i lubimy zmieniać nagminnie, notorycznie, bo wciąż nie odpowiadają naszym gustom i standardom!
Może trzeba przeżyć w życiu takie pęknięcie, by zorientować się, że żyję w hałasie, który rozsadza mi głowę, zagłusza myśli, otumania, zniewala duszę i ciało? Może trzeba doznać zawrotów głowy, uderzyć twarzą w beton ze zmęczenia hałasem, by poczuć, że hałas boli?


Czasem najlepszym rozwiązaniem jest cisza, która nastaje po upadku. Czy stając na krawędzi życia, podświadomie nie dążymy do niej; gdy już wszystko utraci sens i znaczenie, a my szukamy tylko spokoju… tej ciszy… w nagłej śmierci, na własne życzenie? Tylko czy taka cisza, jest Twoim pragnieniem; czy może raczej przymusem, gwałtem, na który jedynie Cię stać?
Może upajanie się własnym upadkiem, pochlebianie sobie bohaterstwem, które z odwagą przejścia przez życie nie ma nic wspólnego, jest tylko najmarniejszą wersją egoizmu, jest rozpaczą, do której nie mamy odwagi się przyznać? „Rozpacz to najwyższa forma miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. W każdym człowieku ukryte jest jakieś ziarno rozpaczy, ponieważ w każdym z nas jest pycha, która rozwija się, rozkrzewia w chwasty i bujne kwiaty żalu nad samym sobą, gdy tylko zawodzą nas nasze własne możliwości. A ponieważ te możliwości nieuchronnie nas zawodzą, wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu poddani zniechęceniu i rozpaczy. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad nami, oraz to, że nie jesteśmy w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach. Człowiek prawdziwie pokorny nie umie […] popaść w rozpacz, ponieważ w pokornym człowieku nie ma już miejsca na użalanie się nad sobą”. Pokora jest cnotą, jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej człowieka.

Może, zamiast ulegać pokusie hałasu, skusisz się dziś, by znaleźć pokorną ciszę w sobie?… w Adoracji, Medytacji, Kontemplacji czy Modlitwie Jezusowej.

Poszukasz smaku życia i miłości w Tym, który jest samym życiem i miłością doskonałą. Jest wierny Ojcu. Bo „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2Tm. 2,13) Stworzył nas z miłości, na Swój obraz i podobieństwo.
Skoro miłość Boga objawiona w Chrystusie posuwa się tak daleko, to może zdołamy choć trochę pojąć, że rzeczywiście nie ma ona granic. Bóg nie kocha mnie za to, kim jestem, lecz jestem dlatego (istnieję), że Bóg mnie kocha. Miłość Boga jest bezinteresownym darem. Nie mogę jej utracić, ponieważ nie zawdzięczam jej żadnym własnym osiągnięciom. Rzeczywiście przekracza ona wszelkie ludzkie wyobrażenie. Jest większa niż nasze serca i większa niż nasza wina. Może nam pomóc zrozumieć, że nawet mając prawdziwe poczucie winy, możemy zbliżyć się do Boga i mieć pewność Jego akceptacji. Samoakceptacja to akt wiary. Jeżeli Bóg kocha mnie, ja również muszę siebie zaakceptować. Nie mogę być bardziej wymagający niż Bóg, czy nie tak?”
W Nim więc cała nadzieja!
Nauczyć się wytrwałości w akceptacji ciszy: takiej samej, z jaką codziennie włączasz laptopa, komputer czy smartfona. Kto Ci człowieku wmówił, że na jedno masz czas, a na drugie już nie? Kogo słuchasz?
„We współczesnym świecie cisza jest rzadkim luksusem i nie każdy może ją znieść, ale ma nieocenioną wartość, której nie można nabyć za żadne pieniądze, żadną potęgą czy inteligencją. Łaska bycia w ciszy i prostocie z Bogiem jest skarbem nieocenionym, który zapewnia wszystko inne, przynajmniej niektórym duszom”.

Cytaty zaczerpnięto z:
Thomas Merton w liście do siostry Elaine M. Bane OSF

Thomas Merton – „Piękno pustyni”

Peter G. van Breemen SJ – „Jak chleb który łamiemy”

Przebudzenie

13 października 2021 Dodaj komentarz

Wczorajsza niespodziewana wizyta małej sikorki na balkonie, uzmysłowiła mi, że zima za pasem. Przeminął już prawie kolejny rok. Za chwilę następna Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata i Adwent. Życie mija równie szybko. Szczególnie widać tę szybkość w statystykach o wypadkach. Carpe diem — pisał Horacy. Być nieśmiertelnym, to marzenie wielu. Wtedy może wreszcie zdążę zrobić wszystko, co zaplanowałam. Tyle że to ułuda.

A gdyby tak wykonać plan minimum przed czasem? Odwrócić zależność życia od czasu i na początek zająć się nieśmiertelnością? Zrobić wszystko, to co niezbędne, by mieć świadomość zbliżającej się nieśmiertelności w obecności Boga? Bo skoro i tak nikt nie zdąża i na kolejnym pogrzebie dowiem się, że zmarły nie zdążył z tym, czy z tamtym…? Może odwrócenie logiki pozwoli mi przestać pędzić za nieosiągalnym, skupić się bardziej na obecnej chwili, na sobie i myśli o bliskich kochanych?! Bo jeśli okaże się, że jutro nie nadejdzie dla mnie? Może dość zmarnowałam życia, może trzeba zacząć żyć „tu i teraz”! Bóg w swoich planach na miliardy lat, zawarł już nieśmiertelność. Tylko czy ja popieram te plany? To przecież był Jego najlepszy dar dla człowieka. Bo śmierci Bóg nie uczynił! Więc dlaczego tak łatwo i hojnie albo bezmyślnie żegnamy zmarłych słowami: „Bóg tak chciał…” Jaki obraz Boga noszę w sobie?

Dlaczego ten Bóg będący miłością i miłosierdziem, jest we mnie często bogiem lęku, tyranem, bezdusznym egoistą, głodnym uczuć buntownikiem… Może zatrzymam się przez chwilę i pomyślę, kto i w jaki sposób, tak bardzo spaczył ten obraz Boga we mnie? Bo tak jakoś jesteśmy bardzo plastyczni w budowie, a może delikatni i idealnie ukształtowani Bożą ręką, że często odbija się w nas, na naszej duchowej skórze, każdy nacisk, kopniak czy kuksaniec psychiczny, dodany przez kogoś w życiu. Te wycelowane w serce i duszę są najgorsze, bo pozornie niewidoczne, ale bolą najdłużej, często przez całe życie, zmieniając nas mimowolnie w cierpiących, obolałych inwalidów psychicznych i uczuciowych, bezdusznych twardzieli, egoistów, maniaków sportu, jedzenia, wyglądu…

Zadziwiające jest to, że czasem taki jeden „niewinny kuksaniec”, jest w stanie wywrócić kilkadziesiąt następnych lat naszego życia do góry nogami. Bo człowiek mimo danego mu rozumu i wolnej woli, często nie umie z tych darów korzystać należycie. Szukamy doskonałości tam, gdzie jej na pewno nie ma. W zamian za to znajdujemy często śmierć: fizyczną i duchową. Bo śmierć ma podwójny charakter! Może więc zamiast pędzić, zatrzymam się na chwilę i pomyślę, co mogę zrobić jeszcze dziś w blasku Bożej miłości i miłosierdzia, by uciec śmierci, by żyć!

Czy muszę codziennie po pracy, lecieć pędem na siłownię, do kosmetyczki, na basen, by katować się kolejny raz do granic wytrzymałości, bo inaczej nie jestem w stanie siebie zaakceptować, bo kilogram dodany do wagi będzie porażką, bo w pracy koleżanki powiedzą, że się opuściłam, bo wymarzona sukienka w rozmiarze, który pozostał na wieszaku w sklepie, musi być moja? Kiedyś znalazłam takie stwierdzenie:


Logika światowego powodzenia polega na urojeniu; na tej dziwnej pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Dziwne to istnienie, doprawdy, żyć zawsze w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość!

Thomas Merton — Siedmiopiętrowa góra

Może wiec warto wreszcie pomyśleć o sobie, a nie żyć opiniami innych. Czy kiedykolwiek pytałam Jezusa o to, jak mnie widzi? Czy próbowałam powyrzucać ze swojego życia te zbędne opakowania po czyichś krzywdzących opiniach i zajrzeć w najbardziej skryte wnętrze samej siebie? Co tam znalazłam? Czy mój Bóg jest bogiem bezosobowym, bogiem filozofów, bogiem kultu śmierci duchowej, bogiem bezmyślnych, zazdrosnych, którzy manipulują moim życiem, zaśmiecając je swoimi pomysłami?

Przecież prawdziwy Bóg jest Bogiem życia, jest jego dawcą. Jest na tyle hojny, że postanowił przypieczętować nasze uzdrowienie ofiarą z życia własnego, jedynego syna! Ten Bóg jest osobowy, jest realny i dostępny codziennie na Eucharystii, pod postacią chleba i wina.

Jezus śmierć nazywa snem. W Ewangelii można znaleźć liczne przykłady na przebudzenie z tego stanu. Może spróbuję dziś przed snem przebudzić się z letargu, zajrzeć w głąb siebie, poszukać Bożych odcisków palców na duszy, zerwać wszystkie niechciane opakowania, uczynione czyjąś ręką, by zaczerpnąć świeżego powietrza pełną piersią, by przestać się dusić czyimiś rękoma.

Dla wybranych, którzy widzieli cuda przebudzenia ze śmierci, Jezus nie jest pośmiewiskiem. Bo śmierć nie ma mocy, jeśli uwierzę, że On jest w stanie przywrócić stan pierwotny mojej duszy. To przecież tak niewiele… uwierzyć, by usłyszeć z Jego ust sercem: Twoja wiara Cię uzdrowiła! Komu wierzysz bardziej na słowo?

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton. Domysły współwinnego widza, s.139.

W drogę razem z synem marnotrawnym…

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Ludomir Sleńdziński, Obraz Jezusa miłosiernego (1954)

„Wiedz, ile razy przychodzisz do Mnie uniżając się i prosisz o przebaczenie, tyle razy wylewam cały ogrom łask na twą duszę, a niedoskonałość twoja niknie przede Mną, a widzę tylko twą miłość i pokorę; nic nie tracisz, a wiele zyskujesz…”

Dz. 1293

Jak rozumiesz Miłosierdzie Boże? Czy jest to dla Ciebie tylko wypowiadanie magicznej formułki, a kiedy nie zadziała, obrażasz się i odchodzisz? Czy nadużywanie Twojej wolności, bo przecież Bóg jest miłosierny, i tak mi przebaczy? Czy może puste, bezmyślnie wypowiadane słowa, wyuczone na lekcji religii, dziesiątki lat temu? By zrozumieć lepiej Miłosierdzie Boże spróbujmy prześledzić przypowieść o miłosiernym ojcu i synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32). Znasz pewnie mniej więcej treść tej przypowieści, więc nie będę jej przytaczać. Skupię się na wyjaśnieniach.

Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo młodszy syn zawinił wobec ojca i brata… bo nie znasz realiów tamtych czasów. Otóż nie do pomyślenia i wbrew zwyczajowi żydowskiemu było dzielić majątek za życia ojca. To znaczy, że młodszy syn miał tyle poważania i szacunku dla ojca, co mrówka wagi. Stał się buntownikiem. Popełnił straszną niegodziwość moralną, równoznaczną z pozbawieniem wszelkiej godności i uśmierceniem ojca. To starszy syn miał za zadanie dzielić ten majątek, dopiero po fizycznej śmierci ojca. Więc jemu też dołożył zniewagę. Zlekceważony ojciec spienięża część należną młodszemu synowi, która stanowiła ⅓ całego majątku. Reszta przypadnie starszemu. Kiedy młodszy wyjechawszy roztrwonił wszystko i zaczął cierpieć głód, pomyślał o powrocie do domu. Dopiero wtedy, gdy wszystko stracił i doświadczony przez udręki chciał nawet żywić się odpadkami z paszy dla świń, które przecież były zwierzętami nieczystymi. Postaw się w jego sytuacji… Wszystko przegrane, nie masz nic: domu, pracy, pieniędzy, przyjaciół, załapujesz się do najbardziej parszywej roboty, a głód jest tak dokuczliwy, że pragniesz jeść ze śmietnika, ale Twoje wychowanie, Twoja duma nie pozwala Ci na to. Chciałbyś(-ałabyś), żeby ktoś zaproponował Ci coś do jedzenia, nawet przysłowiowy „chleb dla konia”, ale tu nic się takiego nie wydarza. Możesz umrzeć z głodu i nędzy albo wrócić do domu, do Ojca, może się zlituje nad Tobą i przygarnie? To ostatnia szansa, ostatnia deska ratunku. Młodszy syn też tak pomyślał. Chciał nawet przyznać się do winy, wyrazić prawdziwą skruchę, mówić o swoim grzechu, chciał wrócić na prawach sługi, najemnika. Przygotował nawet mowę. Niespodziewanie, ojciec zauważa go z daleka i wybiegając naprzeciw łamie konwenanse, bo starszemu człowiekowi nie przystawało biegać z podkasaną tuniką. Rzuca się na szyję synowi, obejmuje go i całuje. Syn zaskoczony reakcją ojca pragnie natychmiast usprawiedliwić się, czuje się niezręcznie, bo to ojciec przejmuje inicjatywę, przerywa mu przygotowaną mowę i przyjmuje go po królewsku do domu. Niezwłocznie przynoszą mu najlepszą szatę, wkładają pierścień na rękę i sandały na nogi. Najlepsza szata oznacza przywrócenie godności, pierścień jest własnością rodową, a sandały oznaką domownika. Tak więc w jednej chwili otrzymuje ponownie wszystko, czym wzgardził odchodząc z domu z majątkiem. To nic, że ręce i stopy, i cała sylwetka w łachmanach, umorusana błotem i kurzem z drogi… Ten brud zawsze można zmyć później. Tu najważniejsze jest zrozumienie swojego grzechu, błędu i godności dziecka, które jest wciąż kochane. Tu istotą jest odkrycie miłości i godności własnej w oczach Boga. Ten syn powrócił do domu, aby dać wyraz skrusze, bo na tym polega różnica między wyrzutami sumienia a skruchą. Wyrzuty sumienia są monologiem, a on postanowił porozmawiać, wejść w dialog z ojcem.

Czy wychodząc z domu wziąłeś(-aś) pod uwagę taki powrót? Straciłeś(-aś) dobre imię, ale Twoje pragnienie powrotu może stać się silnym bodźcem do „pokuszenia się” o jeszcze jeden „start”. Czy masz odwagę w sobie, by jak młodszy syn, poznawszy własne przewinienia i grzechy, zawrócić z drogi, do domu Ojca? Tu spotkaniem na drodze będzie konfesjonał. Dziś jest na to spotkanie, najlepszy dzień na świecie! Czy jest w Tobie tyle uczciwości, śmiałości i autentyczności, by szczerze żałować przed Nim wypowiadając słowami swoją winę? Bo jeśli tak, to bądź przygotowany(-a) na Jego przywitanie Ciebie, jak w przypowieści. Wszystko, co otrzymasz (najlepsza szata, pierścień i sandały) teraz będzie darem, za który można tylko dziękować! Bóg przebacza łatwo i chętnie, tylko nam niełatwo przychodzi przyjąć to przebaczenie. Nierzadko lubimy, pomimo wybaczenia, wracać do myśli o odpuszczonym grzechu i rozdrapywać przyschnięte rany. To taka nasza ludzka przypadłość, by być przekornym, zawsze mieć coś w zanadrzu, co będzie nieposłuszeństwem… A Bóg kocha tak samo przed, w trakcie i po grzechu. Jest niezwykle subtelny i delikatny. Stopniowo niekiedy przywraca wzrok duszy. Potrzebuje dyskrecji i czasu oddalenia, od ciekawskich oczu wielu… potrzebuje znaleźć Cię na drodze…

Miłosierdzie zawsze łączy się z Miłością, bo same bez siebie istnieć nie potrafią!

„Miłość i Miłosierdzie Moje nie zna granic.”

Dz. 718

Pan przychodzi w powiewie, łagodnie…

Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.

1 Krl 19, 9a.11-13a

Ile razy, jak często w życiu codziennym przechodzimy przez różnego rodzaju kryzysy, załamania, zniechęcenia… jak prorok Eliasz. Ile razy z całych sił pragniemy kogoś odmienić, uratować czyjeś życie, przekonać do czegoś, co będzie dobre dla drugiego człowieka. Ile razy uciekamy przed osądem innych, ironią, hejtem, ignorancją i głupotą fałszywych przyjaciół. Ucieczka nie zawsze jest jedynym dobrym rozwiązaniem. Jest odruchem, po który sięga każdy człowiek. Kiedyś usłyszałam takie słowa…

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem! Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Eliasz ratował się ucieczką na pustynię, a następnie udał się na górę Horeb, na której spotkał się z Bogiem i doświadczył Jego szczególnej opieki.

Bóg często przychodzi niepostrzeżenie by spotkać się ze zniechęconym, poranionym i zamkniętym pod grubą maską udawanej uprzejmości, człowiekiem. Bóg nie rezygnuje z człowieka, nawet gdy on już prawie często zrezygnował z wiary, modlitwy i oczekiwania na łaskę, na cud. Zamiast pouczania Bóg proponuje spotkanie. Zamiast wyrzutów, awantur i poniżania – bliskość. Zamiast surowości, kar – łagodność. Tak Bóg wyciąga z kryzysu.

Wichura, trzęsienie ziemi i pożar dla niektórych mogą być atrybutami objawiającego się Boga. Dla tych, którzy noszą w sobie obraz boga tyrana. Ale równie dobrze można w tych zjawiskach zobaczyć wewnętrzne stany duszy człowieka. Poraniony, zdruzgotany, pozostawiony na pastwę losu, często wyśmiany, zamykając się asekuracyjnie w swoim wyimaginowanym świecie, jak w skorupie, zakładając kolejne maski, skupia się tylko na swojej krzywdzie, której kiedyś doznał. To szukanie wewnątrz swojego świata winnych i rozliczanie ich zaocznie, niczego nie zmieni. Będzie tylko kontynuacją przeżywania wyroku i dręczeniem siebie samego. To co składa się na historię człowieka jest niezmienne. Zdarzyło się i nikt nie jest już w stanie tego zmienić. Przeszłość jest zamknięta, jest zapisem jak głos na taśmie po zmarłym. To co człowiek przyjmuje za dopust Boży, jest w rzeczywistości iluzją złego ducha. Bóg niczego nie dopuszcza poza współpracą z człowiekiem, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo dając mu wolną wolę. Obrazy z przeszłości, wspomnienia, które wciąż każą żebrać o uczucia, miłość, pochwały i akceptację, stają się często schematem, z którego trudno się wyzwolić. Usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest pewną formą ucieczki od odpowiedzialności za przyszłość, która jawi się jako obietnice Boga. Przeszłość nie jest dla człowieka wyrokiem, ale wyzwaniem! Wyzwaniem by powyrzucać ze swojej pamięci papierki po dawnych, często niechcianych prezentach od życia, które skrzętnie kolekcjonujemy po to, by móc wciąż rozkoszować się własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak bibeloty. Może warto spróbować otworzyć zaciśnięte dłonie, wypuścić zawartość i poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ!

Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Może przyszedł już czas na porządki i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań zbieranych latami, które przywiązały, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i poczucie przegranej. Są jak pustynia, na której rosną tylko kaktusy. SĄ PUSTYNIĄ! Człowiek ma zawsze tę jedną chwilę do przeżycia i może, jeśli tylko zechce, zaangażować się. Ponosimy skutki decyzji, ale równocześnie mamy świadomość, że przeszłość jest już niezmienna. Zawsze jednak można zmienić swój stosunek do niej. Coś może zyskać inny sens, bo człowiek po latach odkryje, że jednak w tym co się mu przytrafiło, był Bóg. Bóg nie jest tylko dobrą wróżką od spełniania natychmiast marzeń w życiu. A jak już nie będzie spełniał, to obrażony wyrzucisz go jak zbędny mebel albo poszukasz zamiennika?

Pomaganie, Ręce, Wspinaczka, Ratowanie, Człowiek

Wciąż powracające wspomnienia, są echem tęsknoty Boga.

On wciąż czeka na Twoje siedem chlebów i ryby, by je rozmnożyć. Kroczy delikatnie i prawie bezszelestnie w Twoim życiu, nie narzucając się, bo nie jest tyranem. Tęskni za człowiekiem, bo kocha. Kocha tak bardzo, że gotów był poświęcić własnego jedynego syna, by utrzymać z człowiekiem łączność, by dać mu w prezencie życie wieczne. Człowiek pozwalając sobie na notorycznie powracające wspomnienia dręczy sam siebie, zwalając całą winę na niewinnego Boga. Powracające wspomnienia są sygnałem, czerwonym światłem, że Bóg zaczyna tęsknić mocniej, że człowiek oddala się od Niego. Wystarczy ten jeden krok w stronę Boga, ta jedna decyzja o pozostawieniu przeszłości, by złapać Boga za rękę, jak Piotr kroczący w jednej chwili po wodzie, a w następnej wołający wystraszony i tonący, bo Bóg stoi tuż obok i czeka. Dał człowiekowi przecież wolną wolę. Być może okaże się po zdjęciu wszystkich masek, że człowiek wreszcie odzyska własną wolność na tyle, by usłyszeć szelest płaszcza przechodzącego Pana. To spotkanie spowoduje z pewnością porzucenie niesmaku samego siebie.

„Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament” (Jl 2,12b)

4621f030d74c5b594ca0a2d65bed6bed3c89e218

Wielki Post skłania nas do wielu refleksji. Wielki Post daje nam możliwość ponownego spojrzenia na swoje życie, swoiste rekolekcje życiowe. Są różne drogi podążania do Zmartwychwstania. Przed nami ostatnia prosta ale…jeszcze nie jest za późno!

Jedno muszę zaznaczyć na początku. Nawrócenie nie trwa chwili, ono trwa tak naprawdę całe życie. To nie jest moment, w którym Anioł trzepnie ciebie swoim skrzydłem i powie: Ej! To już!

Nie jest to takie hop siup albo jakby niektórzy powiedzieli hip hop 😉

Każdy z nas wie, że w życiu przechodzimy wzloty i upadki, przez swoistą sinusoidę naszych wyborów. Jedne są dobre, drugie słabsze a trzecie całkowicie złe. Najczęściej dopiero po pewnym czasie okazuje się, które nasze wybory znajdują się w jednej z tych grup. Sama nie raz wybierałam źle, sama gdzieś zakopywałam się w takie miłe i przyjemne ale jednak bagienko. W moją wygodę, bo przecież życie wygodne, to życie najlepsze. Nasze nawrócenie zaczyna się na etapie, kiedy dostrzegamy złe strony tej wygody. I chcemy coś zmienić. Najlepiej by było, jakbyśmy chcieli z niego powstać całkowicie i znaleźć się na żyznej glebie. Niestety w naszych poszukiwaniach trafiamy na tę glebę skalistą, na drogę usłaną cierniami. To nie błąd, tylko nasze poszukiwania. Jednak konsekwencje trwania w tych „glebach” sprawiają, że z czasem zaczynamy wątpić. Zależy ile czasu spędzamy w tych cierniach i skałach. Czasem potrzeba się porządnie potłuc by zrozumieć, że robimy coś nie tak.

Dlatego zwabię ją i wyprowadzę na pustynię i przemówię do jej serca” (Oz 2)

Pustynia, miejsce, gdzie cisza wydaje się za głośna a pragnienie wody większe niż po biegu w maratonie. Naszą pustynią jest codzienność. Tyle tylko, że my pragniemy Słowa, a jest ono niestety bardzo trudno osiągalne w zgiełku i hałasie, którego doświadczamy. Dzięki trudnej sytuacji, w jakiej aktualnie się znajdujemy, osobiście znalazłam więcej czasu dla Pana Boga. Codzienne czytanie i chłonięcie Pisma Świętego rozdziałami. Słowo proroka Ozeasza w moim życiu już się objawiło. Kolejny ważny krok na drodze nawrócenia.

Teraz zaś oto uwalniam cię z więzów, jakie masz na swych rękach” (Jr 40)

Na czym polega owo uwolnienie? Może to jakieś nasze postanowienia wielkopostne, typu: mniej komputera, mniej słodyczy, a może przede wszystkim mniej złości, zgryźliwości, chamstwa, zła?

Wyzbycie się tego, co nas najbardziej trzyma z dala od Pana Boga. Może są to nasze zniewolenia, nasze własne więzienia? Pomyśl nad tym.

Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czego żąda od ciebie Pan.” (Mi 6)

Skoro mamy wyzbyć się tego, co w nas nieodpowiednie to należy zastąpić to dobrem. Może warto pomyśleć jakie dobro wobec innych jest dla nas najtrudniejsze do wykonania. W tym musi się ukazać nasza odwaga i pełne zaufanie Panu Bogu. On poprowadzi. Przecież powiedziane jest „(…) bo swoim aniołom nakazał w twej sprawie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rekach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.” (Ps 91)

Ja zaś bardzo chętnie poniosę wydatki i nawet siebie samego wydam za dusze wasze” (2 Kor 12)

…ale my to już wiemy, że Jezus na krzyżu wydał samego siebie za nas. Wziął te grzechy. Nic już z tym nie zrobisz, bo…ON to zrobił!

Oto ja po raz trzeci zamierzam do was przybyć, a nie będę was obciążał. Nie szukam bowiem tego, co wasze, ale WAS SAMYCH” (2 Kor 12)

Czyż nie jest to piękna obietnica? Szukałam was a nie naszych rzeczy, spraw, przymiotów. On szukał nas. Ciebie i mnie, mamę, tatę, ciocię, szwagra, sąsiadkę spod dwunastki, księdza z parafii obok, polityka partii XYZ. Każdą osobę, która odpowie na głos Chrystusa. Odpowiedz, nie bój się!

<<Ciesz się i raduj, Córo Syjonu, bo już idę i zamieszkam pośród ciebie>>- wyrocznia Pana. Wówczas liczne narody przyznają się do Pana i będą ludem Jego, i zamieszkają pośród ciebie, a ty poznasz, że Pan Zastępów mnie posłał do ciebie.” (Za 2)

Widzisz do czego prowadzi odpowiedź na wołanie Pana Boga, na fakt, że On ciebie pragnie, chce ciebie i ciebie przygarnia? On cie ukochał miłością odwieczną!

Ty natomiast poszedłeś śladami mojej nauki, sposobu życia, zamierzeń, wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości, prześladowań, cierpień” (2 Tm 3)

Pamiętaj, że jeżeli upadniesz na którymś z powyższych etapów, zawsze możesz wejść na te drogę z powrotem. Pan ciebie nie odrzuci. On cię przygarnie z jeszcze większą miłością, bo sam jest Miłością. Jest tylko jedno ale … To ty musisz znów chcieć Chrystusa w swoim życiu! Najprostszą drogą jest ta poprzez spowiedź.

https://www.youtube.com/watch?v=nhj4aGA7u0o

Dobrze sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” (Mt 25)

Miłość w czasach pandemii

1 kwietnia 2020 1 komentarz

love-699480_1920

Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy». Mt 22, 34-40

Cały świat jest opanowany koronawirusowym szaleństwem i światowej pandemii, co wywołuje u ludzi morze najróżniejszych emocji, a zalew informacji ze wszystkich stron tylko potęguję panikę i strach. W takich sytuacjach ludzie reagują najróżniej i najczęściej pokazują się z tej gorszej, mrocznej strony. Wielu ludzi wierzących oburza się na restrykcyjne ograniczenia dotyczące ilości gromadzących się osób, m.in. w kościołach, tym bardziej, że zbliża się najważniejsze dla nas chrześcijan święto – Wielkanoc.

Jednak warto pamiętać o najważniejszym z przykazań – o przykazaniu miłości. To z tej Miłości Chrystus umarł za nas na krzyżu, to Niej Bóg przyjął ciało człowieka, choć ani jednego ani drugiego wcale nie musiał. I ja proszę – kochajcie się i okazujcie sobie miłość. To bardzo potrzebne, zwłaszcza w czasach pandemii. Zamiast pisać petycje do premiera o złagodzenie restrykcji (nieważne, że ona nic nie da, skoro była odgórna decyzja z Watykanu, a jaki wpływ na Watykan ma premier Polski?). Zamiast wojować i narzekać – kochajmy się i okażmy tą miłość siedząc w domach. Nie roznoś zarazków, Ogranicz ryzyko zarażenia – i swoje, i bliskich, i nieznanych. Właśnie w imię przykazania miłości, bo w końcu Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Przeczytaj Pismo Święte, którego (może Cię zaskoczę) wcale nie musisz mieć fizycznie w domu – w Internecie znajdziesz on-line w różnych tłumaczeniach. Zadzwoń na Skype czy innej aplikacji z kamerką do bliskich ludzi i wypijcie wirtualną herbatę. Zadzwoń – nieważne czy rozmawiacie ze sobą często czy nie. Poświęć czas na rozwój. Naucz się czegoś nowego, np. obsługi maszyny i szyć maseczki. Nadrób zaległości, jeżeli chodzi o nieprzeczytane książki czy nieobejrzane filmy. Po prostu kochaj – innych i siebie. Narzekaniem i jojczeniem nic nie zmienisz – możesz tylko popsuć humor nie tylko sobie, jak i innym. Miłość może zmienić wszystko. Nawet w czasach zarazy. Szczególnie w czasach zarazy.

Proszę jeszcze raz – KOCHAJ.

 

 

Miłość nie jest kochana

4 października 2019 Dodaj komentarz

Kiedy w XII wieku św. Franciszek biegał po ulicach Asyżu, krzycząc, że Miłość nie jest kochana patrzono na niego jak na człowieka niespełna rozumu. Od tego czasu minęło już kilka wieków, ale czy dziś słowa Świętego nie są nadal aktualne?

Życie św. Franciszka jest nam bardzo dobrze znane – bogaci rodzice, świat u stóp, ale jedno głębokie pragnienie Go zmieniło. Czytając Ewangelię popatrzmy na apostołów, słuchali Jezusa, ale tylko byli obok Niego. W momencie próby jeden się wyparł, inny zdradził, reszta nie przyszła na Golgotę. Nazywali Go Nauczycielem, ale dopiero po Zmartwychwstaniu oszaleli z miłości na punkcie Boga, spotkali Zmartwychwstałego, Boga żywego. Od tego spotkania zaczynają się dziać cuda w naszym życiu. Św. Franciszek gdy modlił się w kościele San Damiano usłyszał głos Zmartwychwstałego: Idź! Odbuduj mój kościół! Nie zastanawiał się długo, zrozumiał dosłownie słowa, które usłyszał i zbudował kościół, ale dobrze wiemy, że Bóg odbudował Kościół jako wspólnotę życiem biedaczyny z Asyżu.

Św. Mateusz pisze: Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Franciszek szybko zrozumiał, że dobra tego świata są niczym wobec dobra jakie może dać tylko Bóg, dlatego wielu młodych z zachwytem patrzyło na ogromne bogactwo jakie miał w sobie, bo był inny, bo był radykalny, bo swoim życiem świadczył, że Bóg istnieje.

Czy my, ludzie XXI wieku, którzy mamy wszystko, czego nam potrzeba, a nawet więcej potrafilibyśmy wyjść na ulice i pytać ludzi Dlaczego Miłość nie jest kochana budząc ich z uśpienia? Czy umiemy zrezygnować z siebie dla Miłości?