Archiwum

Archive for the ‘ciekawe postacie’ Category

„Bóg nas nie opuści”

gorettiTymi słowami pocieszała matkę po śmierci ojca, Maria Goretti- święta dziewica i męczennica Kościoła Katolickiego. To dziś obchodzimy jej wspomnienie, dlatego tez tekst poświęcony je osobie. Choć powody są też inne.

17 maja, kilka lat temu przyjmowałam sakrament bierzmowania, określany przez wielu sakramentem pożegnania z kościołem. Dla mnie był to początek, niewątpliwie pięknej katolickiej drogi. Jak to się stało, ze akurat Maria Goretti miała stać się moją patronką i to jej imię miałam przybrać przy sakramencie? Prosto. Wymyśliłam sobie, że skoro mam na imię Magdalena to fajnie iść za swoją pierwszą patronką i również mieć gdzieś w zanadrzu imię Maria. A po za tym na jednych z rekolekcji oazowych padł temat imion na bierzmowanie i tak po konsultacjach z Martą (pozdrawiam ją serdecznie!) miałyśmy obie przyjąć imię Maria, tylko ja jeszcze nie miałam na myśli konkretnej Marii. Ona miała i to dzięki niej poznałam bliżej Marię Goretti- świętą Marię Goretti.

„Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: „Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.”
(za: brewiarz.pl)

Czego uczy mnie historia Marii?

Dopiero teraz, po latach widzę, jak wielki wpływ na moje życie ma Maria. Jestem pewna (w zasadzie doszłam do tego wniosku dzisiaj), że przez ostatnie 3 lata miała swój wielki wpływ na kształtowanie mojej osobowości i mojego charakteru. A przede wszystkim na budowaniu fundamentów wartości na skale a nie na piachu. Ówczesny świat, pełen rządz, przedmiotowego traktowania, pogonią za szczęściem cielesnym, potrzebuje takich obrońców godności i wartości. Obrońców takich jak Maria Goretti. Ona miała zaledwie 11 lat kiedy postanowiła sprzeciwić się swemu napastnikowi, tym samym sprzeciwiła się szatanowi, a co bardziej go rozjuszyć może jak tylko życie zgodnie z przykazaniami Bożymi? Jest bardzo dobrym wzorem nie tylko w obronie czystości ale także w obronie wielu wartości, których niestety coraz mniej młodych ludzi posiada. Są zagubieni w świecie materialnych dóbr, których chcą chełpić się coraz bardziej, a to prowadzi do zguby:

„Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.” (por Mt 6,24; Biblia Tysiąclecia)

A wiec czego uczy mnie jej historia? Walki o czystość, bycia pokorną, dobrą, szlachetną, bezinteresowną, stanowczą. Uczy mnie wybaczenia KAŻDEMU bez względu na czyn, jakim zawinił mi czy mojemu najbliższemu środowisku. Uczy mnie bycia sobą i bycia wiernym swoim wartościom.

Zachęcam do poznania historii Marii, chociażby oglądając film „Maria Goretti ( reż. Giulio Base rok 2003 )

 

Krótka historia o tym jak mój brat został…ojcem!

18582001_827677584048100_3475183200072670121_n.jpg

fot. o.Mateusz Stachowski OFMConv, Franciszkanie TV

Niedawno popełniłam tekst o duchowej adopcji, o tym jak ja zostałam ..mamą. Tą duchową. Dziś, już na spokojnie po wszystkim co się działo ostatnio moim życiu, chciałabym napisać o tym, jak mój brat został ojcem.

Dwa tematy , bardzo podobne. Rodzicielstwo. Jednak każde trochę w przenośni. Moje macierzyństwo wynika z podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. A z czego wynika ojcostwo mojego brata?

Otóż, od 8 lat mój brat zagłębia się w duchowość franciszkańską, w pisma św. Franciszka z Asyżu. Bracia Mniejsi Konwentualni (łac. Ordo Fratrum Minorum Conventualium, skrót: OFMConv, pot. franciszkanie, franciszkanie konwentualni, franciszkanie czarni). Przebył roczny postulat, roczny nowicjat oraz 6 letnie studia teologiczne. Tydzień temu przyjął święcenia kapłańskie. U franciszkanów nie ma czegoś takiego jak pojęcie „ksiądz”, jest „ojciec”.. i takim sposobem mój brat został ojcem J

Niezwykła uroczystość, bardzo wzruszająca. Po sobotnich święceniach, otwierając torebkę znalazłam całe mnóstwo zużytych chusteczek. Moja wrażliwość tym razem przybrała miarę armagedonu- ale…chyba miałam powody, co nie? J

W każdym razie, widząc brata, który leżąc krzyżem oczekuje na najważniejsze święcenia, najważniejszy dar, do którego przygotowywał się już dość dług czas, jest uczuciem nie do opisania. A gdy już jego przyjaciel, współbrat w zakonie, ubrał go w ornat… Magdalena rozryczała się na dobre (uspokoiłam się mniej więcej do czasu udzielania Komunii). Ale przeżyliśmy, dumni z brata i syna.

Dzień później nie było lepiej, Msza prymicyjna. Panie Boże, nie pozwolisz mi chyba płakać przez najbliższe 3 lata! Błogosławieństwo w domu, procesja z domu do kościoła (jakieś 15 minut), przywitanie (no ok, to mogłoby trwać krócej) i Ona- Msza! Twój brat dotyka Chrystusa, rękoma, które wcześniej zostały pobłogosławione, wyświęcone a dziś, zwyczajem błogosławieństwa prymicyjnego- ucałowane. Po najważniejszej części czyli Mszy, czekała cześć rekreacyjna pryz stole i przy tańcach (jeżeli chcesz dobrze bawić się na weselu, prymicjach czy innej rodzinnej imprezie- zabierz ze sobą Białorusina! Albo przynajmniej zatańcz z nim. Nogi będą Cię boleć przez najbliższy tydzień 😀 )

The end…

…przy każdej możliwej okazji, kiedy widzę mojego brata powtarzam mu cztery słowa..

JESTEM Z CIEBIE DUMNA!

 

*na zdjęciu (od lewej):  dk. Daniel Śliwiński (już od wczoraj kapłan), o.Bartłomiej M. Ewertowski – mój brat i o.Robert Wołyniec (proboszcz parafii św. Franciszka z Asyżu w Ostródzie)

„Hineni”

11 listopada 2016 Dodaj komentarz

 

Nie tak dawno, bo w zeszłą niedzielę, wraz z moim narzeczonym słuchaliśmy tej piosenki. Jechaliśmy do Trzebnicy, do leśnego kościółka, a w drodze towarzyszyła nam najnowsza płyta Leonarda Cohena. Dlaczego dzisiaj o nim?

Leonard zmarł 7 listopada, jednak aż do wczoraj nikt o tym nie wiedział. Mówi się, że rok 2016 jet rokiem tragedii i śmierci ważnych dla popkultury osób. Być może – prawdą jest też to, że na każdego z nas przyjdzie kiedyś czas. Nie jesteśmy nieśmiertelni. Wszyscy wrócimy do domu, z którego wyszliśmy. Co jednak w takim razie wyróżniało pana Cohena od innych?

On wiedział, że zbliża się jego koniec.

Kiedy ktoś jest śmiertelnie chory, to wie, że za niedługo pożegna się z życiem. Jednak zdrowy człowiek nigdy nie wie, kiedy przyjdzie na niego czas. Leonard Cohen w chwili śmierci miał 82 lata. Dużo; niektórzy do takiego wieku nie dożywają. Jednak był zdrowy, dalej pielęgnował swoje poczucie humoru. Trzy tygodnie przed śmiercią wydał nowy album „You Want It Darker”. Tytułowa piosenka znajduje się na początku tego wpisu, polecam włączyć i przesłuchać jeśli jeszcze tego, Drogi Czytelniku, nie zrobiłeś. Jest to piosenka wyjątkowa, nie tylko z racji swojej mrocznej atmosfery. Jest wyjątkowa, bo w niej piosenkarz mówi Bogu, że jest gotowy.

Tytuł artykułu nie jest przypadkowy. Hineni w języku hebrajskim oznacza zwrot „Oto jestem”, który wypowiadali Mojżesz, Abraham i Samuel na wezwanie Boga. Tego samego słowa używa w swojej piosence pan Cohen. Łączy to z tekstem „I’m ready, my Lord” – „Jestem gotowy, mój Panie”. Ilu z nas umiałoby wyrzec te słowa w tej chwili?

Dzisiaj życzę Wam tego, abyście pogodzili się ze swoim przeznaczeniem jeszcze zanim Pan wezwie Was do siebie. Leonard Cohen to zrobił, na wielką skalę pokazał, że jest gotowy by odejść. Nie musiał długo czekać – trzy tygodnie i wrócił do Domu Pana. Oby i nam dane było tak przeżywać nasz koniec.

Ave!

57ac3862-42ef-43db-89c8-25c8fc4d2285.jpg

Daj mi Panie prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość- uroczystość Świętego Franciszka z Asyżu

4 października 2016 Dodaj komentarz

indeksJan Bernardone urodził się w Asyżu w roku 1182. Po lekkomyślnie spędzonej młodości nawrócił się i wyrzekłszy się dóbr ojcowskich, postanowił naśladować Chrystusa. Prowadził życie ewangeliczne, umiłowawszy w szczególny sposób ubóstwo. Wszystkim głosił miłość Bożą. Założył Zakon Braci Mniejszych i Zakon Sióstr Klarysek, a także Trzeci Zakon dla ludzi świeckich. Dał początek działalności misyjnej wśród niewiernych. Pod koniec życia otrzymał stygmaty ran Chrystusa. Zmarł w Porcjunkuli 3 października 1226 roku. Kanonizował go 16 lipca 1228 roku papież Grzegorz IX. Natomiast papież Jan Paweł II ogłosił go 29 listopada 1979 roku patronem ekologów.

Kim właściwie jest św. Franciszek? Kim dla mnie jest owy święty? Pytanie skierowałam, można powiedzieć do źródeł, czyli kapłanów, franciszkanów, którzy regułą św. Franciszka żyją na co dzień. Przeczytajcie ich wypowiedzi.

Święty Franciszek od zawsze imponował mi tym, że bezkompromisowo i jednocześnie z miłością do innych „rozwalał system”. Nie spotkałem się jak dotąd w swoim życiu z postacią równie szaloną, co również niesamowicie mocno stąpającą po ziemi. Tak naprawdę ludzie w każdym wieku, i też reprezentujący różne stany życia, mogą w tym świętym- w jego życiorysie zobaczyć siebie. Życie Franciszka czasami może być lustrem, w którym mogę zobaczyć swoje własne życie. Moje wybory, jakich dokonuję w życiu, mogę skonfrontować z sytuacjami z życia Franciszka, w których on dokonywał istotnych wyborów dla jego życia. Słowem, święty Franciszek jest dla mnie wielką księgą, którą mogę wiele razy czytać, a i tak znajdę tam coś nowego i świeżo inspirującego.  A dlaczego zdecydowałem się pójść w życiu franciszkańską drogą? No cóż, chyba właśnie dlatego, że znaleźli się na mojej drodze tacy ludzie, którzy mnie nauczyli „czytać” Pana Boga oczami św. Franciszka… a jest to niesłychanie inspirujące i pociągające! Jak raz spróbujesz, będziesz chciał cały czas tego doświadczać!
~o. Łukasz, 12 lat w Zakonie~

Św. Franciszek to przede wszystkim brat, który inspiruje do zastanowienia się nad życiem, co w nim jest najważniejsze. W jego całkowitym oddanie się Panu Bogu i zjednoczeniu z Nim w życiu modlitwy, pokazuje mi, że być franciszkaninem, zakonnikiem, kapłanem to nie tylko wybór zewnętrzny Pana Boga, ale to nieustanne obcowanie z Nim na modlitwie, z Jego słowem i sakramentami, które nam zostawił. Wreszcie św. Franciszek to niedościgniony wzór do naśladowania, pokazujący, że kluczowe w życiu człowieka jest stanięcie pod krzyżem i wsłuchiwanie się w głos Ukrzyżowanego, który mówi nam, co mamy czynić!
~o. Tomasz, 16 lat w Zakonie~

Św. Franciszek – vir catholicus… To dla mnie duchowy Ojciec, a za razem czytelny i aktualny znak umiłowania Chrystusa i Kościoła katolickiego. Wstąpiłem do Zakonu pociągnięty przykładem Jego ewangelicznej miłości i radykalizmu.
~o. Krzysztof, 18 lat w Zakonie~

Franciszek jest dla mnie człowiekiem eucharystycznym, bo wiele mówi o szacunku dla Ciała i Krwi Pańskiej. Zaleca szacunek dla duchownych ze względu na ich posługę względem Eucharystii i sam pokazuje w praktyce pokorę, której uczy Jezus Eucharystyczny, zajmując ostatnie miejsce przy stole eucharystycznym.
~o.dk. Bartłomiej, 8 lat w Zakonie~

XII Niedziela Zwykła

mphotoSøren Kierkegaard – duński filozof, protestant, choć raczej na drodze wiary chadzający własnymi ścieżkami – zachęca w swoich dziełach do tego, aby Pismo Święte czytać w taki sposób, jakby się nie znało końca opowieści. Wejść w przeżycia chwili biblijnych bohaterów, wniknąć w ich egzystencjalne dramaty. W ten sposób patrzy na Apostołów, którzy nie wiedzą kim jest Jezus, domyślają się, zmagają się z myślą czy dobrze zrobili idąc za Nim. W ten sposób mówi o Maryi, której wprawdzie Anioł zwiastował wieść radosną, ale nie informował innych ludzi w Izraelu o tym, że należy darzyć Maryję szacunkiem. Tylko Ona wiedziała, że jest Matką Boga, a jej życie było bardzo ciężką próbą, bo wokół nikt tego nie pojmował. Tak patrzy na Abrahama, który idąc na Górę Moria, aby zabić swego syna, nie wie przecież, że to się okaże tylko próbą. Idzie, myśli, przeżywa, cierpi.

I tak sobie pomyślałem, że w ten sposób można spojrzeć na dzisiejszą Ewangelię. Jezus mówi o wzięciu jakiegoś krzyża na każdy dzień… Ale jakiego krzyża? W chwili, gdy to wypowiada jest to przecież narzędzie do zabijania skazańców. Dopiero potem śmierć Jezusa nada interpretację tym słowom, taką, jaka nam się automatycznie nasuwa, gdy słuchamy tego w kościele. Mówi o tym, aby Go naśladować, ale przecież nikt jeszcze nie wie jak On skończy. Może okaże się oszustem, może się wygłupi, może przekreśli całe swoje życiowe dzieło jakimś nierozsądnym postępowaniem, może nie warto za nim iść i lepiej szukać sobie wzorców do naśladowania wśród tych, którzy już pomarli i ich dzieło ukończone? Gdy zadaje pytanie o to kim jest, to nie powinna dziwić różnorodność odpowiedzi. A każda odpowiedź na to „kim jest”, to tak naprawdę przypuszczenie, domysł, nadzieja… Ale nie ma stuprocentowej pewności nawet ten, który z wiarą mówi, że Jezus jest Mesjaszem.

Jak to się ma do naszego życia? My znamy treść Ewangelii. Wiemy, że Jezus jest Mesjaszem, że Krzyż to jego pokorne przyjęcie Męki, oddanie się ofiarne za innych aż do śmierci. Wiemy, że jest to faktycznie dobry wzór do naśladowania. Ale wiemy to tylko teoretycznie… Historie biblijne są skończone, ale moje życie trwa, moja relacja z Chrystusem trwa, moje życie religijne to wciąż tylko nadzieja i wiara, a nie pewność (mogę mieć „pełne przekonanie”, ale to trochę coś innego niż pewność).

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie o krzyżu, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Nie wiem co mnie czeka. Nie wiem jakie historie się wydarzą, jak ciężki będzie mój krzyż. To wszystko, co nazwałbym krzyżem w moim życiu wydaje mi się często absurdalne, niezrozumiałe, niesprawiedliwe… tak samo dziwne, jak mówienie żywego Jezusa o „wzięciu krzyża” Apostołom.

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie o naśladowaniu Go, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Bo w jaki sposób to naśladowanie Jezusa przełoży się na moje życie? Kiedy naśladowanie jego będzie na przykład sprzeczne z tym, co wybrałbym „po ludzku” w różnych sytuacjach. Chcę pewności jutra i poukładania sobie wszystkiego – to moja walka o „zachowanie mego życia” takim, aby mi na w miarę odpowiadało. Bo z drugiej strony nie wiem, gdzie takie życie oparte o naśladowanie Jezusa mnie doprowadzi.

Zatem, gdy Jezus mówi do mnie, że jest Mesjaszem, to nachodzą mnie te same wątpliwości. Mówi, że jest Zbawicielem i wierzę, że Zbawił świat, tak jak podaje mi Pismo Święte. Ale historia mojej drogi do zbawienia wciąż trwa, wciąż nie znam zakończenia. Nie tylko dotyczy to życia po śmierci, ale wszystkich moich trudności. Czy Pan na pewno mnie z tego wybawi? W tej mojej nadziei zostanę ośmieszony czy spełni się to w co wierzę?

Otrzymuję z zewnątrz tyle sprzecznych znaków – prorok, Eliasz, Jan Chrzciciel – różnie mówią ludzie…

Czym jest to wszystko, czego zakończenia nie znam? Co dalej w niedokończonej księdze mojego życia i mojego odniesienia do Boga? Mogę zaufać i powiedzieć, że Jezus jest Mesjaszem. Czyli Tym, który mnie wybawi u kresu życia. Tym, za którym pójdę z moim krzyżem. Choć dziś nie widzę w tym pełnego sensu, to i tak będę go naśladować, chociaż nie wiem co z tego wyniknie. Bo z drugiej strony, jeśli się pomylę, cóż stracę? Że przeżyłem życie dobrze, ofiarnie i sprawiedliwie?

Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego „Z nich zaś (wiara, nadzieja, miłość) największa jest miłość”? Dlatego, że kiedy wszystko się spełni, to nie będziesz potrzebować wiary, bo karty zostaną odkryte. Nie będziesz potrzebować nadziei, bo nie będziesz miał już w czym jej pokładać – wszystkie Twoje nadzieje zostaną zweryfikowane i spełnione. A miłość zostanie, bo będzie istotą relacji łączącej Cię na wieki z Bogiem i wspólnotą zbawionych. Jednak dziś nadal „trwają te trzy: wiara, nadzieja, miłość”. Pisarz jeszcze nie ukończył swojego dzieła…

 

Kornel Matusewicz

Biblijna historia w osobach: Rut

Hugues Merle "Rut w polu"

Hugues Merle „Rut w polu”

Wydarzenia, które chcę pokrótce dziś opisać są historią jednej z wielu kobiet opisanych w Piśmie Świętym, która zawarta jest w Księdze Rut. Jest to opowieść o Moabitce, która po śmierci męża wyemigrowała do Moabu, a następnie powróciła ze swoją teściową do Judy. Tam poślubiła Booza, krewnego swojego zmarłego męża, zgodnie z prawem lewiratu (stanowiło ono, że starszy brat miał obowiązek poślubić bezdzietną wdowę po zmarłym bracie). Z tego małżeństwa urodził się Obed, który był dziadkiem Dawida. Tak też Rut stała się prababką króla Dawida.

Początek Księgi Rut opowiada o smutnych wydarzeniach dla Noemi, która po śmierci męża i swoich dwóch synów wróciła do Moabu a wraz z nią synowe: Orpa, która w ostateczności wróciła do swego kraju oraz Rut, która została z teściową, co wyraża w słowach:

„Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż:
gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę,
gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam,
twój naród będzie moim narodem,
a twój bóg będzie moim Bogiem.
Gdzie ty umrzesz, tam ja umrę
i tam będę pogrzebana.
Miech mi Pan to uczyni
i tamto dorzuci,
jeśli co innego niż śmierć
oddzieli mnie od ciebie!” (Rt 1, 16b-17)

Rut, poprzez przebywanie z rodziną Noemi, nawraca się, przyjmuje wiarę w jedynego Boga. Tak też staje się patronką pogan poszukujących Boga. Było skromna, pracowita i pokorna. Choć wielu z nas może uważać Rut za nieprzyzwoitą poprzez jej zachowanie względem Booza, to stała się wzorem dla wielu kobiet w relacjach teściowa-synowa.

Osobiście odnajduję w Rut kobietę odważną. Kobietę, która stawiła czoła wszelkim przeciwieństwom, które spotkały ją w całym życiu. Jest też pod tym względem dla mnie wzorem, a potwierdzają to słowa:

„Nie lękaj się więc, moja córko; wszystko, co powiedziałaś, uczynię dla ciebie, gdyż wie każdy mieszkaniec mego miasta, ze jesteś dzielną kobietą” (Rt 3, 11)

Kategorie:ciekawe postacie

Dzielny mężczyzna

swjozefSkoro była mowa o dzielnej niewieście, to nie można pomijać faktu, iż dzielny mężczyzna również znajduje swoje miejsce na przestrzeni lat i jest to bardzo poważne miejsce. Sama znam kilku takich mężczyzn, jak ten, o którym dziś piszę. Sama dziękuję Bogu, że są jeszcze tacy mężczyźni, jak bohater dzisiejszego artykułu.

Nie chodzi tu o książętach na białych rumakach, którzy z niezwykłą werwą pędzą do swojej wybranki, aby to jej obiecać królestwo i prosić ją o rękę. Jest tu mowa raczej o mężczyznach, którzy w pewien sposób wyszli naprzeciw losowi, by dokonać zmian na lepsze. Dawid, Abraham, Mojżesz… i św. Józef.

Choć na kartach Pisma Świętego niewiele napisane jest o nim samym, to można wnioskować o jego dobrym i mężnym życiu przez pryzmat życia Jezusa oraz Maryi.

Józef był człowiekiem sprawiedliwym (Mt 1, 19), a więc Maryja wybierając go na swojego małżonka wiedziała, że może temu człowiekowi zaufać i powierzyć siebie w ręce osoby, która zadba o bezpieczeństwo Jej i Jej dziecka. Tak też się stało. Józef jest także do końca posłuszny woli Bożej, nie sprzeciwia się lecz trwa w Bogu.

Józef był człowiekiem, który potrzebował czasu by dojrzeć do sytuacji, w której się znalazł. Nie robił nic, czego by wcześniej nie przemyślał, nie przemodlił. Postępował mądrze i uczciwie szczególnie wobec Maryi, traktując ją jak kobietę, jak człowieka a nie jak przedmiot. Z chwilą narodzin Jezusa Jego więź z Maryją wzrasta, a więc jeszcze bardziej staje się dojrzały.

Pomimo tego, że Józef nie jest ‘oficjalnym’ ojcem Jezusa, obdarza Go wielką miłością i otacza bezpieczeństwem. Jest także dobrym opiekunem i wychowawcą. Najprościej rzecz ujmując jest dobrym przykładem dla współczesnych ojców.

Święty Józef, to wzór człowieka, którego tak bardzo poszukują kobiety ale przede wzór bycia dzielnym mężczyzną dla współcześnie żyjących mężczyzn. Zbierając wszystkie cechy, które on posiada stworzymy nie tyle ideał, ale mężczyznę silnego a jednocześnie wrażliwego i czułego.