Archiwum

Archive for the ‘Ignacy Loyola’ Category

Wakacyjne rozstania

Dobiegają końca wakacje i przyszedł czas na zakończenie cyklu artykułów o św. Ignacym Loyoli. Mam nadzieję, że choć trochę i w miarę zrozumiały sposób udało mi się przybliżyć postać i reguły Ćwiczeń duchownych, stworzonych przez św. Ignacego. Jeśli udało mi się kogoś z Was namówić w ramach wakacyjnego wypoczynku, choćby na przeczytanie „Opowieści Pielgrzyma”, to Bogu niech będą dzięki. Jeśli nie, będę dalej próbować innym razem. Zmiany zawsze zaczynają się od pierwszych, maleńkich kroczków.

Doświadczenie uczy nas, że tam, gdzie napotyka się na liczne przeszkody, można zazwyczaj spodziewać się większych owoców.

… jak mawiał Ignacy.

Rozpoczynając ten cykl dwa miesiące temu, obiecałam opowiedzieć o mojej przyjaźni z Ignacym. Wszystko zaczęło się z końcem lata 2016 r. Jak to mówią stał się cud, a może rzeczywiście się stał… (dziś wiem, że się stał 😀). Mój świat wewnętrzny nagle stanął na głowie i ruszyła lawina dziwnych zbiegów okoliczności (a może raczej łask), by w ciągu tygodnia zacząć zdzierać ze mnie maski nagromadzone latami, zacząć kruszyć mury, którymi się odgrodziłam, by stopniowo zacząć uwalniać od przywiązań. Nie powiem, bolało bardzo, ale i paradoksalnie zaczęłam zdrowieć. Odbyłam spowiedź generalną i próbowałam korzystania z pierwszego w życiu kierownictwa duchowego. Po kilku tygodniach pewnego rodzaju walki, z której ja niewiele jeszcze rozumiałam, a spowiednik nie wiele mógł wyjaśnić, bo niewiele rozumiałam, usłyszałam od niego o rekolekcjach ignacjańskich. (I nie był to jezuita!).

Początkowo próbowałam znaleźć informacje i poczytać: co to za Fundamenty i Tygodnie? A kiedy dotarłam do warunków owocnego uczestnictwa w rekolekcjach i zobaczyłam, że muszę zdecydować się na całkowite milczenie, na brak dostępu do telewizji, radia, internetu (to jeszcze było do przeżycia) i telefonu (niemożliwe, niewykonalne) przez okres pełnych pięciu dni stwierdziłam kolokwialnie: „porąbało go!” i na długie trzy miesiące odsunęłam myśl o rekolekcjach od siebie. Najbardziej zabolała wizja braku kontaktu z bliskimi, zastanawianie się jak sobie poradzą beze mnie? A jeśli coś się stanie? A jeśli będą potrzebować rady, pomocy? A jeśli ktoś umrze, zachoruje? I wymyślałam bez przerwy, przez te trzy miesiące setki nowych powodów, dla których muszę zrezygnować…

Aż wreszcie nowe pomysły wyczerpały się i zrozumiałam zmęczona walką ze samą sobą przerażoną, że wreszcie chyba dorosłam do rekolekcji ignacjańskich. Na wszelki wypadek zapisałam się na Fundament w styczniu – na lipiec, wmawiając sobie samej, kolejno… że to lato, wakacje, dzieci w domu, brak infekcji, ciepło… ale tak naprawdę to był dodatkowy okres na przemyślenia, na oswojenie się z myślą i poszukiwania jeszcze kilku wymówek, czekania na to, co się może jeszcze wydarzyć, bo wtedy zawsze przecież można się jeszcze wycofać. Nic się nie wydarzyło! Nic, co mogłoby pokrzyżować plany.

Za to chwilę przed wyjazdem, wszystko sprzysięgło się przeciwko. Wszystkie błahostki urosły nagle do rozmiarów wieloryba… a to żelazko zaczęło wysiadać, a to walizka się skurczyła, a to nagle żołądek odmawiał posłuszeństwa, i napięcie rosło jak temperatura za dnia, na środku pustyni. Przecież wybierałam się na pustynię! (Wtajemniczeni wiedzą, że właśnie ta cisza jest niezbędna, by w trakcie rekolekcji wyjść samotnie na pustynię serca i poszukać siebie i Boga, nauczyć się Go słyszeć i słuchać). Po następnych kilku wyjazdach mogę powiedzieć, tak jest zawsze! Zawsze coś przeszkadza, utrudnia, komplikuje, odciąga, do ostatniej chwili. Kiedy przejdzie się przez furtę domu zakonnego i zamknie drzwi, nagle to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i odczuwa się tylko błogi pokój. A z ciszą można się zaprzyjaźnić tak bardzo, że zostaje naszą najlepszą powierniczką i to tak miłą, że już godzinę po rekolekcjach tęskni się za nią, do następnych rekolekcji, za rok. Nie wiem, czy inni mają tak samo, ale u mnie to wejście po rekolekcjach w codzienność, w normalny świat, okupione jest przez kilka dni bólem uszu, z powodu hałasu. To jest ta istotna różnica. Cisza wcale nie jest męcząca, nie dobija, nie przeszkadza, nie zagłusza. To hałas, w którym żyjemy nieustannie każe tak myśleć i zakrzykuje wszystkie nasze myśli skierowane przeciwko sobie. W ciszy można się zatrzymać, pobyć, pomyśleć, zagłębić się, mieć czas na przyjrzenie się tym wszystkim rzeczom, o których chcielibyśmy porozmawiać z Bogiem, czasem również wykrzyczeć je lub wypłakać, ale w codzienności nie mamy czasu i zagonieni, zaszczuci, zapominamy o tym, co chcieliśmy przemyśleć, odkładamy to w nieskończoność. Gnamy nie wiadomo gdzie i po co, by przy końcu czyjegoś życia, gdy przyjdzie nam stanąć nad grobem bliskiej czy znajomej osoby, niejako z przymusu zwanego przyzwoitością, dopiero wtedy znaleźć czas na refleksję o tym, czego nie zdążyliśmy zrobić. Za późno! Szkoda, że zaraz potem, przestępując bramę cmentarza, znów wpadamy w wir, dajemy się bezwiednie wciągnąć i manipulować, żyjąc pod presją czasu. Żyjemy często bezrefleksyjnie.

Po kilku takich szybkich wizytach na cmentarzu przyjdzie kiedyś czas na spacer, może w listopadzie, na przejście nostalgicznie alejką, by odgarnąć liście i poczytać napisy na nagrobkach. Czy zdążysz ze wszystkimi sprawami nim odczytasz tam swoje imię i nazwisko, rok urodzenia, datę śmierci? I ze zdziwieniem usłyszysz, „oh patrz jak się szybko zwinął”, „nawet nie zdążył pożyć”, „nawet nie zdążyła uporządkować wszystkich spraw”, „zmarła nawet nie wiadomo kiedy”? I to nie będzie sen!

Dziś, po pięciu latach wspólnego kroczenia z Ignacym wiem, że nie zamieniłabym tego czasu za nic w świecie, na coś innego. To on uczy mnie smakowania wartości życia, pomaga odnaleźć samą siebie, zrywać kolejne maski, zdejmować ciężary noszone latami, uczy mnie właściwego spojrzenia na życie i doceniania rzeczy ważnych, smakowania życia i dokonywania właściwych wyborów. Wciąż mnie tego uczy! A przede wszystkim uczy mnie nie bać się rozmawiać, spotykać się z Bogiem, być przed Nim szczerą, autentyczną, odczuwać realnie Jego obecność i nie wstydzić się przed Nim własnych słabości.

Dziś wiem, że nie jestem produktem ubocznym, kimś gorszym, wybrakowaną wersją samej siebie. Nie muszę walczyć o prestiż, o dowartościowanie siebie, rywalizować o względy, bo mam pewność, że jestem wartościowym człowiekiem, że uczę się kochać, być wdzięczną, nadawać wartość własnemu życiu, odnajdywać i pielęgnować otrzymane talenty, rozdawać je ludziom.
Bo Miłość jest największą wartością człowieka. Miłość jest rozdawaniem siebie, bez liczenia strat i zysków.

Chcę wspomnieć o jeszcze jednej refleksji poruszanej na Ćwiczeniach duchownych. Często jest tak, że poranieni, zgorzkniali i zagniewani na drugiego człowieka, nie potrafimy przełamać się i zdobyć na rozmowę, próbę przebaczenia, zrozumienia siebie i intencji krzywdzącego. Najłatwiej przychodzi nam wtedy przerzucać ten gniew, noszony w sobie często latami, na Boga i winić Go za wszystkie krzywdy i niepowodzenia w życiu. Czujemy się wtedy niejako usprawiedliwieni, bo przecież to nas skrzywdzono.

Heraklit z Efezu mówił:

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Tylko ze względu na to, że po pewnym czasie ta rzeka nie jest już tą samą rzeką… Woda i ryby z tamtych lat już dawno przepłynęły. Konary zbutwiały, zgniły i rozsypały się. Zmieniła się roślinność, zmienił się nurt, brzegi zyskały nowe żłobienia, wiry zmieniły miejsce a piasek oczyścił się i wygładził dno i kamienie. Jest to zupełnie nowa rzeka, nowa rzeczywistość. Wiec tak naprawdę nie chodzi tu jak mylnie często interpretuje się, o odwrócenie się plecami do winowajcy, a o ponowne zwrócenie się do niego sercem, mając nadzieję, że czas, który upłynął był błogosławionym czasem na poprawę, zrozumienie błędów i zastanowienie się jak je naprawić, jak się zmienić. Jest to czas drugiej szansy, może ostatniej, na pojednanie.

Życzę wszystkim odwagi w pokonywaniu lęków przeszłości i odwagi w odnajdywaniu samych siebie i Boga, pod rękę z Ignacym. On zna właściwy kierunek drogi, poprowadzi. Wystarczy tylko zacząć współpracować z łaską.

Rozeznawanie duchów

Pojęcie „rozeznawania duchów” brzmi co najmniej dziwnie i na pierwszy rzut oka kojarzy się z egzorcyzmami, okultyzmem lub innymi wywołującymi strach praktykami. Rzadko komu przywodzi na myśl św. Pawła, Orygenesa czy Ojców Pustyni, chociaż to oni jako pierwsi umieszczali w listach i innych pismach rzetelne informacje na ten temat. Jeszcze rzadziej kojarzy się z psychologią czy filozofią, mimo że to m.in. w nich należy szukać rozwinięcia tematu. Tytułowe rozeznawanie duchów ma bowiem długą i pasjonującą historię. Co więcej, walka duchów – czy chcemy tego, czy nie – wciąż trwa, a jej polem staje się każde kolejne ludzkie życie. I tylko czasem, bardzo wyraziście można zauważyć skutki tej walki, bo z reguły jesteśmy mistrzami kamuflażu. Ostatnie słowo w tej kwestii jeszcze nie padło. Świat wciąż oczekuje na paruzję. By dowiedzieć się więcej, wróćmy do postaci św. Ignacego Loyoli i zagłębijmy się w jego regułach rozeznawania duchów, które po dziś dzień stanowią podstawę wielu wytrawnych ćwiczeń duchownych.

Dla Ignacego wszystko zaczęło się podczas monotonnej kuracji w sierpniu 1521 r. w rodzinnej posiadłości – Loyoli. W czasie rekonwalescencji roztrzaskanej armatnią kulą nogi, nudził się strasznie i z braku innych zajęć często przyglądał się własnym myślom i uczuciom. Pozornie nic wielkiego nie odkrył, bo stwierdził tylko, że „jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym” Głębokie intuicje miewają jednak skromne początki. Nowość kryła się nie w treści, ale w metodzie. Co takiego odkrył Ignacy Loyola? Jak sam mówi w Autobiografii, odkrył działanie duchów w swoim wnętrzu, tj. wewnętrzne poruszenia i ich decydujący wpływ na życie. Oczywiście sam Ignacy znacznie później zrozumiał głęboki sens tych pierwszych duchowych doświadczeń. To niepozorne odkrycie okazało się pierwszym krokiem na drodze, która doprowadziła do radykalnego przewrotu w jego życiu: do nawrócenia.

Chcąc z pożytkiem wejść w lekturę tekstów Ćwiczeń duchownych Ignacego, konieczne jest powielenie jego drogi, to znaczy, że trzeba odkryć realność duchowych poruszeń we własnym wnętrzu. W przeciwnym razie lektura rozczaruje i zmęczy. Tekst Ćwiczeń duchownych trzeba czytać ze świadomością. Wielkie odkrycia nie zawsze znajdują łatwe zastosowanie. Podobnie było w życiu Ignacego i zapewne będzie w naszym! Pierwsze próby rozeznawania duchów nie uczyniły z niego duchowego mistrza czy specjalisty od trudnych wyborów. Jedną z pierwszych decyzji, która dotyczyła obrony czci Najświętszej Maryi Panny, „podjęła” za niego…samica muła, której dosiadał 😉 Rozbrajająca szczerość, z jaką o tym później opowiadał, z pewnością doda otuchy tym, którzy z tematem rozeznawania zmagają się od dawna, tracąc czasem cierpliwość do samych siebie. Jednak ma za zadanie też przestrzec, wszystkich „w gorącej wodzie kąpanych”. Mistrzem rozeznawania duchów staje się stopniowo, z ogromnym poszanowaniem praw duchowego wzrostu i pod kierunkiem doświadczonych kierowników, jeśli nie samego Boga. To jest stopniowy proces. Studiując więc reguły, trzeba uwzględniać wewnętrzną logikę Ćwiczeń duchownych.

W uproszczeniu można powiedzieć, że pierwsza seria reguł dotyczy walki duchowej, która toczy się w obszarze dobra i zła, zaś druga seria – już samego dobra. Logika Ignacego jest więc odzwierciedleniem klasycznej drogi duchowej doskonałości i prowadzi od oczyszczenia przez oświecenie, ku zjednoczeniu z Bogiem. Reguły rozeznawania duchów Pierwszego Tygodnia mają za cel doprowadzenie człowieka do życia w łasce uświęcającej, czyli w wolności od grzechu. Utrzymaniu człowieka w tym stanie służą teksty Ignacego o różnych duchach, o pocieszeniu i strapieniu duchowym oraz o różnych sposobach postępowania w tych stanach. Ignacy cierpliwie wyjaśnia sprawy proste, powoli przechodząc do coraz trudniejszych i złożonych. Co więcej, on uczy tego, czego doświadczył sam. Dlatego obowiązkową lekturą uzupełniającą do reguł rozeznawania powinna być Autobiografia Ignacego. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mistrzów duchowości, on nie ukrywa własnych błędów i nie chroni się za jakąś wypracowaną metodą. Jest szczery do bólu. Jedną z takich poruszających ilustracji do reguł może być moment duchowego udręczenia skrupułami w Manresie. Był tak zdesperowany, że gotów był pobiec „za szczenięciem, żeby od niego otrzymać pomoc”, gdyby tylko Bóg zalecił mu takie lekarstwo, na jego skrupuły. To strapienie było tak dojmujące, że często nachodziła go gwałtowna pokusa, by odebrać sobie życie i w taki sposób przerwać wewnętrzne męki. Po takim przykładzie inaczej czyta się reguły o cierpliwości w znoszeniu strapienia i pokornym oczekiwaniu na pocieszenie.

W ignacjańskich opisach nie brak barwnych i dobitnych określeń na zachowanie „nieprzyjaciela” człowieka, czyli ducha złego. Ignacy porównuje je kolejno do taktyki kobiecej mściwości, do zachowań uwodziciela lub wodza wojsk oblężniczych. Niewątpliwie jest to echo wcześniejszych doświadczeń Ignacego, dworzanina i żołnierza, które przemyślane z psychologiczną wnikliwością, tym razem służą jako wyjaśnienie wewnętrznych poruszeń. Praktyczna lekcja, którą dają te reguły, dotyczy roli samoświadomości i wiedzy na własny temat oraz podejścia do własnych słabości.

Druga seria reguł rozeznawania duchów dotyczy walki duchowej w obszarze samego dobra. Człowiek Pierwszego Tygodnia Ćwiczeń – czyli oczyszczony z przywiązania do grzechu – powołany jest do głębszego poznania Boga i zjednoczenia z Nim przez naśladowanie Jezusa Chrystusa. Wyższy poziom oznacza jednak wyższy stopień trudności, dlatego reguły stają się subtelniejsze, a działanie duchów bogatsze i bardziej zróżnicowane. Po frontalnych bitwach Pierwszego Tygodnia, gdzie zło i dobro były jasno i wyraźnie określone, teraz mamy do czynienia z wojną podjazdową, w której nie zawsze wiadomo, kto swój, a kto wróg. Zły duch wyrzucony za drzwi wraca z siedmioma gorszymi od siebie, gdzie w logice zła gorszy znaczy bardziej podstępny, chytry, przewrotny, cyniczny itp. Myśl Ignacego wraca do tych samych tematów, np. działania dobrego i złego ducha, do pocieszenia i strapienia, ale odsłaniając nowe i ukryte do tej pory znaczenia.

Cel działania różnych duchów radykalnie się różni, ale ich metody działania chwilami niebezpiecznie się nakładają. Śladami dobrego ducha są wciąż te poruszenia wewnętrzne, które pociągają człowieka do większej miłości Boga i życia Ewangelią. Pojawia się nowy rodzaj pocieszenia: „pocieszenie bez przyczyny uprzedniej” Zaś znakiem obecności ducha złego są te poruszenia, które hamują człowieka na drodze wzrostu lub przynajmniej mu przeszkadzają. Jest to możliwe między innymi dlatego, że zły duch zna i stosuje techniki kamuflażu i „przemienia się w anioła światłości”, który „idzie razem z duszą pobożną (stopniowo i delikatnie zmieniając tor drogi), a potem stawia na swoim”. Na tym etapie drogi można łatwo ulec zaślepieniu i poddać się bezwiednie działaniu złego ducha, które choć nie prowadzi wprost do zła lub grzechu, to owocuje pozorem dobra lub jego zaniedbaniem. Barwnym przykładem z Autobiografii może być wizja tajemniczego węża z wielką ilością błyszczących punktów, która dawała Ignacemu wiele pociechy i estetycznych doznań, ale nic ponadto. Dopiero po swojej najważniejszej mistycznej wizji nad rzeką Cardoner, Ignacy rozpoznał, że było to pocieszenie szatańskie i choć wizja ta nawiedzała go jeszcze później wiele razy i przez długi czas, to „na znak pogardy odpędzał ją kosturem”.

U Ignacego nie brak też rozeznawania w sprawach prozaicznych, dotyczących jedzenia i picia, snu i wypoczynku, nauki i pracy itp. To dzięki takiej pokornej praktyce, zapewne związanej z codziennym rachunkiem sumienia, nauczył się rozpoznawać nie tylko podstępy złego ducha, ale i złe skłonności własnej natury. Potomek Loyolów był bowiem w gorącej wodzie kąpany i co pomyślał, od razu wcielał w życie. Tej gwałtowności swojej natury zawdzięczał początkowe przesadne praktyki ascetyczne. Zgubnych skutków zdrowotnych stosowanych głodówek i wyczerpania fizycznego doświadczał już do końca życia. Dlatego, kiedy później zaleca uważne badanie przebiegu myśli, ich początku, środka i zakończenia, to wie, o czym mówi. Może nawet przy spisywaniu tych reguł, zniszczony przesądnymi postami żołądek podpowiadał mu, że duchowe treści należy trawić dłużej i dogłębniej badać, by nieopatrznie nie zatruć własnej duszy. Wszelki pośpiech jest synonimem niepokoju i zamieszania, czyli oznak działania złego ducha.

W jednym ze współczesnych komentarzy do reguł rozeznawania duchów – a dokładniej do następstw pocieszenia bez przyczyny uprzedniej – można przeczytać, że „należałoby się upewnić, czy zmiany, jakie zaszły i utrzymują się u człowieka, nie są raczej wynikiem gratyfikacji jego społecznej roli lub obrazu samego siebie, aniżeli bezpośrednim skutkiem działania łaski Bożej” Autor tego komentarza Luigi M. Rulla oraz jego współpracownicy i uczniowie od kilkudziesięciu już lat potwierdzają niepokojącą statystykę, że aż 60-80% osób zaangażowanych w realizację powołania zakonnego lub kapłańskiego stymulowanych jest przez własne nieuświadomione potrzeby, a nie przez wartości powołania. Sztuka rozeznawania duchowego Drugiego Tygodnia ma więc wciąż wielkie zadanie i warto, by posłużyła się przy tym nowoczesnymi technikami, pozwalającymi lepiej dotrzeć do osoby, którą świetnie funkcjonujące mechanizmy obronne, utrzymują w stanie błogiej niewiedzy.

Na koniec warto dotknąć jednego z najważniejszych problemów związanych z rozeznawaniem duchowym, tj. kwestii pewności i nieomylności nabytej wiedzy. Z praktycznego punktu widzenia problem jest oczywisty: chcemy mieć pożytek z przyglądania się sobie, by podejmować trafne i nieomylne decyzje w życiu. Jeśli więc słyszymy o regułach rozeznawania duchowego, to oczekujemy, że te zasady będą całkowicie sprawdzone i pewne. Tę palącą potrzebę i towarzyszący jej niepokój można wyczytać nawet w poważnych, naukowych opracowaniach tego tematu. Paradoksalnie, poszukując pewności w rozeznawaniu duchowym, możemy rozminąć się z prawdą.
Spróbujmy spojrzeć na nierozwiązywalny dylemat z perspektywy św. Ignacego, który w praktyce pokazał, jak przy użyciu rozeznawania duchów dochodzić do prawdy, ale niekoniecznie drogą weryfikowanej naukowo pewności. Dobitnie widać to w sposobie, w jaki pisze on Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, dokument o ogromnym znaczeniu nie tylko dla jezuitów, ale wielu innych zgromadzeń zakonnych. Otóż każdy ich punkt był owocem racjonalnego namysłu i duchowego rozeznawania wszystkich racji za i przeciw. Następnie taki punkt Ignacy przedkładał na modlitwie samemu Bogu i od Niego oczekiwał znaku potwierdzenia. Znakiem było ustalone uprzednio pocieszenie. Takim sposobem, w sercu jednego człowieka zapadły decyzje o formie życia i pracy wielu tysięcy ludzi. Trudno o lepsze potwierdzenie praktycznego personalizmu Ignacego. Co więcej, Ignacy również ufał rozeznawaniu współbraci. Bo choć Konstytucje pełne są ściśle określonych norm postępowania, to jednocześnie otwarte pozostają na możliwe modyfikacje i doprecyzowania ze strony konkretnego człowieka: prawowitego przełożonego. Ignacy głęboko wierzył, że człowiek wolny od nieuporządkowanych przywiązań i szczerze miłujący Boga – a takim powinien być przełożony – jest najlepszym źródłem rozeznawania woli Bożej.

Czerpiąc m.in. z artykułu.

Poruszenia duchowe

Kochać i odnajdywać Boga we wszystkim, do czego przyłożę rękę.

Być może dane było Ci drogi czytelniku(-czko) zetknąć się z określeniem „poruszenia duchowe”. Nie bez przyczyny rozpoczęłam cytatem, który jest pewną wskazówką. Ile razy zdarzyło Ci się płakać w czasie filmu, użalać się nad czyimś losem, współczuć komuś po stracie, przeżywać z kimś chorobę tak mocno, że wydawało Ci się, że masz takie same objawy, współodczuwasz…? Ile razy zastanawiałeś(-aś) się, dlaczego spotykają Cię same utrapienia a innym się powodzi? Czy nie spotkało Cię nigdy głębokie odczucie smutku, takiego żalu jakby świat miał się za chwilę skończyć? A może wędrując w czasie wakacji, ujrzałeś(-aś) nagle tak piękny widok, że zaparło Ci dech w piersi i pomyślałeś(-aś), że mógłbyś/mogłabyś patrzeć nań przez resztę życia? Bóg, który jest nieustannie przy Tobie też tak współodczuwa Twoje troski i kochając Cię bezgranicznie, pokazuje Ci rozwiązania, bo chce trochę ułatwić Ci życie.

Bóg objawia swoją wolę na różne sposoby. Najczęściej czyni to za pośrednictwem poruszeń wewnętrznych. Wiadomo, nie zrobi wszystkiego za Ciebie ale i nie pozostawia Ciebie bez pomocy. Spotykasz ludzi, którzy nagle podpowiadają Ci rozwiązania, są jak posłańcy, dobre Anioły, nagle coś się samo rozwiązuje, ni stad ni zowąd rodzi się w Twojej głowie pomysł i już wiesz, że to jest najlepsza myśl, najrozsądniejsze wyjście z sytuacji. Czy zdarzyło się również Tobie mieć takie natchnienia, w stosunku do bliźnich? Co z nich wynikło: dobro a może zło? Każdy z nas podlega poruszeniom duchowym. Czasem to czego szukasz, widać dopiero w dłuższej perspektywie spojrzenia, czasem wymaga to od Ciebie poprawy ostrości widzenia poprzez modlitwę, poświęcenia bezinteresownie czasu, umiejętności, może również dóbr, ale przykładając właśnie te ręce do wszystkiego co dobre i ma zapach Boga, jesteś pewny(-a), że będąc Jego posłańcem, roznosisz wokół nie tylko Jego zapach ale i miłość.

Poruszenia nie odnoszą się tylko do sfery racjonalnej, ale obejmują również wyobrażenia, fantazje, uczucia. Ignacy Loyola mówiąc o poruszeniach, zwraca uwagę na przepływ różnych myśli, wyobrażeń, skojarzeń, a także uczuć, takich jak miłość, lęk, pokój, smutek, radość. Jedne z tych poruszeń zapalają, jednoczą, uspokajają, wyjaśniają, a inne przeciwnie, oziębiają, dają odczucie samotności, ciemności i niepokoju. Wszystkie mają jednak wpływ na Ciebie: pozytywny lub negatywny, na Twoje życie wiary, nadziei i miłości. Są impulsami skłaniającymi Ciebie do działania, odczuwalnymi i przeżywanymi na płaszczyźnie: przed decyzją.


W Ćwiczeniach Duchownych poruszenia pozytywne Ignacy nazywa pocieszeniem, a negatywne – strapieniem. Dokładnie opisują te doświadczenia i pomagają w ich rozeznaniu reguły o rozeznawaniu duchów. (O tym spróbuję wspomnieć za tydzień, na koniec cyklu wakacyjnego.)

Wszystkie te poruszenia trzeba odczuć, czyli doświadczyć ich uczuć, stać się ich świadomym w swoim życiu, poznać je czyli zrozumieć to, czego dana osoba doświadcza i co oznaczają te poruszenia, jakie jest ich źródło, cel, charakterystyka; a następnie przyjąć dobre, a złe odrzucić. W przeżywaniu poruszeń bardzo ważne jest ich odczucie, doświadczenie, uświadomienie sobie i właściwe zrozumienie. Jest to warunkiem wstępnym ale i nieodzownym rozeznania i poznawania woli Bożej.
Ignacy, opisując doświadczenie rozeznawania, odwołuje się nie tylko do języka duchowości, ale używa określeń antropologicznych. Dokonuje się ono bowiem nie tylko na płaszczyźnie duchowej. Jest także przeżywane dzięki pewnym procesom psychicznym, emocjonalnym, które pozwalają osobie rozeznającej zauważyć i zrozumieć poruszenia wewnętrzne. Podczas rozeznawania spotykają się ze sobą i współdziałają: wymiar naturalny, osobowy, psychiczny i wymiar duchowy człowieka.

Ignacy w numerze 32. Ćwiczeń duchowych, wprowadzając w metodę Ignacjańskiego Rachunku Sumienia, pisze:

..są we mnie trzy rodzaje myśli, a mianowicie jedna myśl moja, to jest powstająca z mojej tylko wolności i woli, dwie zaś inne przychodzą do mnie z zewnątrz, jedna od dobrego ducha, druga zaś od ducha złego.

Potrzeba też odróżnia trzech rodzajów poruszeń emocjonalnych. Pierwszy to stan pocieszenia, drugi strapienia a trzeci to stan naturalnego spokoju, na który składają się światła, poruszenia, uczucia, które są podobne do doświadczenia pocieszenia duchowego, ale nim nie są. Są one efektem naturalnych cech i przymiotów oraz działań osoby. Jest to rodzaj poruszeń pochodzących od nas samych. Powodowane są nastrojem, uwarunkowane typem osobowości, sytuacjami zewnętrznymi, które później pobudzają wyobraźnię, uczucia i rozumowanie. Oznacza to, że wewnętrzne poruszenia pochodzą nie tylko od dobrego lub złego ducha. Niektóre mogą pochodzić „ode mnie” i mogą mieć charakter niekoniecznie duchowy. Przykład! Ignacy wspomina, że wielkie pragnienie szukania woli Jezusa, było u niego uwarunkowane także wychowaniem, zwyczajami, charakterem, osobistą dumą i honorem. Widać tu, że wymiar ludzki i uwarunkowania przeszłością miały wpływ nie tylko na jego myślenie, ale także na jego poruszenia, odczucia, emocje, pragnienia, decyzje i rozeznawanie pragnień Pana.

Pocieszenie, a wiec stan radości, pokoju, nadziei, doświadczenia, obrazów, które cieszą, jest uwarunkowane przez różne przyczyny, nie tylko duchowe, ale także materialne, psychiczne i emocjonalne. Pocieszenie natury nieduchowej może pochodzić z zaspokojenia naszych potrzeb psychicznych: sukcesu, akceptacji, uznania, dowartościowania lub fizycznych: jedzenie, wypoczynek, przyjemność fizyczna. Mogą one nieraz prowadzić lub podprowadzać pod pocieszenia duchowe, ale niekoniecznie. Pocieszenie duchowe jest wtedy, gdy bezpośrednio wpływa na nasze życie wiary, pomaga poznać wolę Boga i otwiera na nią. W języku Ignacego pocieszenie duchowe jest tylko dziełem dobrego ducha, a nie naszych wysiłków, czy odczuć.

Także strapienie może być nieduchowe, a więc pochodzić „ode mnie”. Mamy z nim do czynienia, gdy u podstaw naszych odczuć i przeżyć znajduje się niezaspokojenie naszych potrzeb psychicznych lub frustracja: brak sukcesu, akceptacji, znaczenia. Także doświadczenie bólu fizycznego lub psychicznego może prowadzić do strapienia, które może nieraz przyjąć formę duchowego. Dwuznaczność strapienia wynika z tego, że najczęściej w przeżywaniu strapienia duchowego jesteśmy uwarunkowani nie tylko doświadczeniem duchowym, ale także osobowym. Podejmując pewne decyzje, można szukać Jezusa i równocześnie osobistego dowartościowania. Gdy zabraknie uznania ze strony innych, można doświadczać smutku, strapienia, ale nie ze względu na brak bliskości Boga, ale z powodu braku uznania i bliskości ze strony ludzi. Nie zawsze jesteśmy smutni tylko z powodu pokus i doświadczanych strapień duchowych. Niezaspokojona potrzeba znaczenia, uczucia, daje nam wiele powodów do odczucia smutku, przygnębienia czy beznadziei. Osoba głęboko uwarunkowana poczuciem niższości, prawie każdą porażkę przeżywa jako strapienie, z którym nie potrafi sobie poradzić i z którego nie umie wyjść samodzielnie. U Ignacego strapienie służy oczyszczeniu nas z innych motywacji, niż tylko Jezusowe. Chodzi o czystość i uporządkowanie intencji innych, niż tylko świadomych. Trudne jest to do zrozumienia dla kogoś, kto siebie nie zna i nie rozumie motywacji ukrytych, podświadomych swoich działań. Te dwa doświadczenia nie muszę się wzajemnie wykluczać.

Podczas rozeznawania w poruszeniach wewnętrznych na ogół koncentrujemy naszą uwagę na tym, że zajmujemy się poruszeniami pochodzącymi z zewnątrz. Za mało miejsca i czasu poświęcamy tej części rozeznawania, w której jest mowa o poruszeniach pochodzących ode mnie. Jest to często powodem błędnego rozeznania. Podobnie jest z dobrymi poruszeniami. Często pochodzą tylko od nas, czyli są uwarunkowane naszą osobowością, uczuciowością. Nie są zatem pocieszeniem dawanym nam przez Boga.

Ignacy lubił często powtarzać i przypominać, by „się przespać z tymi myślami i pragnieniami” i dopiero później podejmować decyzje. Ze wszystkich reguł rozeznawania ta wydaje się być najbardziej istotna, by nigdy nie podejmować żadnych decyzji w strapieniu. Należy je przeczekać z cierpliwością. Bo każda decyzja podjęta w stanie wzburzenia, żalu, smutku czy złych emocji, będzie złą decyzją. Skutków jednakże doczekamy się później, czasem zbyt późno, za późno.


Czerpiąc m.in. z artykułu.

Ponadczasowy wzorzec…

Czy św. Ignacy z Loyoli może być wzorem dla współczesnego świata, przykładem wojownika dla burzliwych naszych czasów? Czy ma wystarczające cechy potrzebne, aby imponować? „Był człowiekiem wielkich pragnień, nie bał się stawiać czoła wyzwaniom, kochał ludzi i charakteryzował się wielką duchową głębią” – powiedział w jednej z rozmów na falach Radia Watykańskiego o. Jesús Zaglul Criado SJ.

Ignacy był niepoprawnym marzycielem. Jak większość z nas. Ale nie ograniczał swoich pragnień tylko do marzeń. Mając na uwadze trudności, które mogą pojawić się na drodze do ich realizacji, szukał nowatorskich rozwiązań. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby niezauważenie przeżyć życie, wykonując jakieś zwyczajne zajęcia i poprzestać tylko na tym, marzyć tylko o samych marzeniach. „Jego celem zawsze było podbicie całego świata. Niezależnie czy na danym etapie chciał być rycerzem, czy później, po nawróceniu, prześcignąć wszystkich świętych” – powiedział jezuita z Dominikany.
Działał zawsze „Na większą chwałę Bogu” wg hasła, które stało się dewizą Towarzystwa Jezusowego: „Ad maiorem Dei gloriam”.

Kolejną cechą Ignacego była umiejętność stawiania czoła wyzwaniom. W realizację swoich pragnień wkładał całą pasję, serce i umiejętności. Napotykał wiele trudności, związanych ze specyfiką współczesnych sobie czasów, również z powodu nowatorstwa swoich propozycji, ale nigdy nie poddawał się, nawet w obliczu groźby śmierci, w czasie oskarżeń i procesów inkwizycji. Określał siebie mianem pielgrzyma, który cały czas jest w drodze, w poszukiwaniu realizacji woli Bożej. Na pewnym etapie odkrył, że misja, do której jest powołany, musi być realizowana w grupie, we wspólnocie. Pierwszych towarzyszy Ignacego połączyła przyjaźń i wspólne doświadczenie miłości Boga. Ćwiczenia duchowe, przeżyte pierwotnie przez samego Ignacego i spisane, a potem dawane sobie wzajemnie, pozwoliły współbraciom wejść w postawę rozeznawania, aby wiedzieć gdzie, w jakich miejscach i do czego Bóg ich wzywa, zaprasza.

Ignacego charakteryzowała także niezwykła głębia duchowa, zdolność do refleksji na temat własnego życia i patrzenia na świat oczyma Jezusa, odkrywania miłości Boga i tego, w jaki sposób Bóg komunikuje się z nami, w jaki sposob do nas mówi. Dzięki medytacji i kontemplacji oraz rozeznawaniu działania duchów dobrych i złych na człowieka, stworzył niepowtarzalne metody wejścia w relację człowieka z Bogiem, który się nam objawia, tu i teraz, by człowiek mógł się lepiej skoncentrować na wielkości Boga, Miłości i nią konsekwentnie żyć. Bez odniesienia do Boga życie nie ma swej właściwej wartości. To wejście w świat miłości Boga, ma być bowiem inną nazwą spełnienia siebie, dojrzałości ludzkiej, znalezienia sensu życia i szczęścia.

Św. Ignacy nazywał zakon minima societas – najmniejsze towarzystwo. Robił to nie dla kokieterii ani z fałszywej skromności. Pragnąc czynić wszystko wg zasady, która stała się podstawą ćwiczeń i duchowości jezuitów: „MAGIS” — z języka łacińskiego „bardziej”, „więcej” i nie pragnął tych wielkich dzieł, tylko dla wzbudzenia podziwu. Nawet szkolnictwo, w wielu regionach świata „markowy produkt jezuitów” nie leżało w polu jego priorytetowych zainteresowań. Św. Ignacy po prostu reagował na potrzeby czasów, apele papieża i hierarchów. Był dyspozycyjny i dyspozycyjności uczył.

Ignacy podkreślał znaczenie dialogu, rozmowy duchowej. Widział tu uprzywilejowany środek w trosce o ludzkie dusze. Ćwiczenia duchowne, które spisał to najważniejsze narzędzie, w tych rozmowach. To nie zbiór kazań i konferencji, lecz praktyczna metoda uczenia dialogu z Bogiem, poznawania Boga i siebie samego.

Rok Ignacjański to świetny czas by przypomnieć i nauczyć wielu genialnych rozwiązań św. Ignacego Loyoli, do których dochodził metodą rozeznawania. Dziś tak wiele mówi się w świecie o kryzysie, który dotyka praktycznie wszystkich dziedzin. Może warto byłoby siegnąć i zacząć wykorzystywać mądrości „mistrza zarządzania kryzysami”. Lubimy marzyć o lepszym świecie, spróbujmy go znaleźć w sobie samym i wokół nas. Być walecznym jak rycerz, cierpliwym jak pielgrzym i wytrwałym jak wędrowiec na pustyni. Bo wg Ignacego trzeba wyjść na pustynię własnego serca, by móc posłuchać Boga. Wyjść na pustynię z Bogiem, to znaczy zmierzyć się z własną przeszłością, uporządkować, to co jest jeszcze możliwe do uporządkowania i w ciszy tej pustyni usłyszeć Jego szept, rozpoznać Go i pójść za tym głosem z ufnością. Bo moje serce, moje wnętrze jest Ziemią Świętą. Moje życie jest Jego darem. Tu się objawia sam Bóg. Czy mam tyle odwagi w sobie i zdejmę sandały przed moim wnętrzem i stanę przed Bogiem? Czy chcę doświadczyć Jego obecności? On jest życiem, nie pustynią. Trzeba powyrzucać przysłowiowe papierki po dawnych prezentach od życia, czasem bardzo trudnych i zadających rany, które często skrzętnie kolekcjonujemy, by móc rozkoszować się wciąż, własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak kolorowe bibeloty. Może warto poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ! Może przyszedł już czas na porządki w Twoim życiu i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań, zbieranych i kolekcjonowanych latami, które przywiązują, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i może poczucie przegranej. Są jak pustynia wokół. SĄ PUSTYNIĄ!

Zakończenie preludium…#7

Doszliśmy do imienin a właściwie uroczystości św. Ignacego Loyoli. Jeśli oglądając te poszczególne materiały, poczułeś Drogi czytelniku dziwne kłucie w sercu, doświadczyłeś nagłego wzruszenia czy chęci zmiany, nie rezygnuj, tylko pójdź za głosem serca. Może właśnie doświadczasz niepowtarzalnej łaski, która zmieni Twoje życie, tak jak zmieniła kiedyś moje. Ale o tym szerzej opowiem w sierpniu 😉

Preludium do imienin…#6

Preludium do imienin…#5

Preludium do imienin…#4

Preludium do imienin…#3

Preludium do imienin…#2