Archiwum

Archive for the ‘Jezus’ Category

Olejek nardowy…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Tydzień. Weszliśmy właśnie w ostatnie dni przed najważniejszym wydarzeniem w Roku liturgicznym. Od Wielkiego Czwartku rozpoczniemy uczestnictwo w Triduum Paschalnym.

Będziemy świadkami Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Mszy świętej i sakramentu kapłaństwa. Potem razem z Piotrem być może zaśniemy, znużeni i zmęczeni przygotowaniami do Świąt. Przegapimy Ogrójec, a nocą zbudzą nas szepty i chrzęst kamieni pod butami skradających się w ciemnościach żołnierzy, by zaskoczyć i pojmać Jezusa. Czy odczujemy na własnej skórze fałszywy pocałunek Judasza? A może uświadomimy siebie jak on, że pieniądze to nie wszystko!

Może pójdziemy w drogę za Jezusem, przepełnieni jak Piotr trwogą, przemykając ukradkiem, by nas nikt nie przyłapał, nie rozpoznał, żeby nie mieć problemów, nie wstydzić się tej znajomości. Może uronimy kilka łez tkliwości jak płaczące kobiety, które mijał na drodze. Czy dostrzeżemy jego rany i sińce pokryte kurzem i zastygłą krwią? Zwrócimy uwagę na obnażone kości, rozdarte fragmenty ciała po biczowaniu, opuchnięte tkanki, popękane z pragnienia usta, wyrwane z ciałem włosy, koronę z ciernia, która wbija się długimi, ostrymi kolcami i przeszywa czaszkę. A może będziemy się buntować, że musimy nieść krzyż czyjejś męki i hańby, jak Szymon? Może spotkamy Maryję i Weronikę… Co im powiemy? Czy spojrzymy im w oczy z odwagą?

Jak daleko od krzyża przystaniemy na Golgocie? Czy będziemy obojętnie przyglądać się obdarciu Jezusa z szat, z godności? Biernie wsłuchiwać się w głuche stukoty młota, który wciska stępiałe grube gwoździe w zdrętwiałe, zmarznięte, obolałe dłonie i stopy, napręża kości, zrywa ścięgna, przeszywa i paraliżuje mięśnie? Jak bardzo blisko będziemy przy naszym Zbawcy w tych dniach… Na tyle blisko by odczuć na własnej skórze mękę, wzgardę i szyderstwo z naszego Króla?

Czy skupimy się jak Marta na przygotowaniach do Świąt, na krzątaniu się po domu i szukaniu w kuchni pomysłów, do realizacji nowych wyzwań kulinarnych? A może jak Maria poświęcimy Chrystusowi to, co dla nas najcenniejsze: czas i uwagę. Może nie zważając na cenę, wydobędziemy to, co najdroższe dla nas, by uczynić z tego największy dar dla Jezusa? Co to będzie? Czy nasz dom stanie się w te dni domem z Betanii, pełnym przyjaciół Chrystusa, czy raczej pustynią pełną naszych wyobrażeń, pragnień i płonnych namiętności na dwa dni Świąt?

Jaka atmosfera zapanuje w naszym domu? Czy cały wypełni się wonnością i miłością Marii, a potem pełnią miłosierdzia w poranek Zmartwychwstania? Czy jesteśmy gotowi namaścić Jezusowi Jego stopy na pogrzeb, publicznie? Bo miłość potrzebuje właśnie takich symboli, a zaufanie może być budowane tylko z wdzięczności. Czy moje zaufanie do Chrystusa jest na tyle ogromne, bym mógł/-a dotrwać w Wielkim Poście do końca Triduum, nie poprzestając ze znudzeniem na „święconce”?
Przebudzić się, pobiec do grobu o świcie i spotkać Jezusa w ogrodzie. Usłyszeć jak z czułością wypowiada Twoje imię…

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Zmiana

Dziś obchodzone jest w Kościele święto nawrócenia św. Pawła. To wyjątkowy święty, bo jak żaden inny żyjący za czasów Chrystusa, może być dla nas dziś żyjących, świadkiem własnego nawrócenia. Paweł z początku zagorzały przeciwnik chrześcijaństwa, gorliwy Żyd, prześladowca wyznawców i samego Chrystusa, nagle radykalnie się zmienia.

Co się takiego stało? Spotkał osobiście Chrystusa!

Jakie to musiało być spotkanie? Ile było w nim mocy Bożej? Jak bardzo dotkliwie musiał odczuć i usłyszeć w duszy głos Jezusa, żeby natychmiast stracić swoją moc, potęgę nienawiści, żeby upaść, on młody, silny, kondycyjnie sprawny mężczyzna, oślepnąć, potem pościć fizycznie, zamilknąć, poświecić całą swoją energię, wolę, jaźń, myśli, chęci, na modlitwę, rozmowę z Bogiem! Odnalazł nagle dystans do samego siebie i swoich żądz, które nim kierowały.

Paweł podkreślał i akcentował mocno to, że wszystko to, co mu się przydarzyło, jest efektem zjawiska nadprzyrodzonego, cudu, czegoś niezwykłego. On, pobożny i gorliwy faryzeusz, który nie miał bezpośredniego kontaktu z Jezusem, nawet chyba specjalnie tego kontaktu nie szukał, żyjący z dala od „sprawy Jezusa”, wiedzący o niej tylko tyle, ile dowiedział się od przesłuchiwanych przez siebie wyznawców Jezusa, których prześladował okrutnie; nagle, niespodziewanie, spotkał się z Tym, którego miał w nienawiści. Nie ma w Dziejach Apostolskich mowy, że Paweł miał jakieś wątpliwości prześladując wyznawców Jezusa, wtedy jeszcze nie chrześcijan, ale żydów, którzy zaczęli głosić dziwne poglądy, zaczęli sprzeciwiać się prawu. Ówczesny judaizm nie był dzisiejszym judaizmem rabinicznym, nie miał Talmudu, nie cytował komentarzy, egzegezy i wykładni. To było wiele judaizmów, plątanina szkół, sekt, grup, które łączyło to, że miały wspólny fundament, na który składały się:
– wiara w Jednego Boga
– przyjęcie Biblii jako Objawionego Słowa Bożego, ze szczególnym akcentem na Pięcioksiąg
– świadomość wspólnej przynależności do Narodu Wybranego, z którym (a nie z żadnym innym!) Bóg Jedyny zawarł przymierze. Znakiem widocznym tego było obrzezanie, czyli brak napletka u mężczyzn tego Narodu, któremu Bóg dał specjalne prawa, ale i nałożył obowiązki inne niż dla innych ludów,
– obecność na Ziemi Obiecanej, wyrażająca się istnieniem Świątyni w Jerozolimie.

Patrząc z tej perspektywy, to pierwsi wyznawcy Jezusa spełniali te wszystkie kryteria przynależności do judaizmu, a dodatkowo twierdzili tylko, że Jezus był Mesjaszem. Nie jest jasnym (Dzieje Apostolskie o tym milczą), dlaczego akurat judaizm faryzejski uparł się na prześladowanie tej drobnej ilościowo, młodej grupy wyznawców, której przywódca już nie żył i w zasadzie, według wszelkich praw socjologii, powinna ona rozsypać się i odejść w zapomnienie. Nie wiadomo dlaczego Szaweł z Tarsu akurat się tak bardzo uwziął na nich.

I nagle stał się cud. Zjawisko nieracjonalne, niewytłumaczalne, bo nic nie wskazywało na to, że będzie miało ono miejsce. Zjawisko, po którym już nic nie było tak samo, jak przed nim. Punkt zwrotny i to zwrotny całkowicie, nie do pojęcia, zawrócenie w przeciwnym kierunku, nawrócenie
na drodze do Damaszku! Szaweł przemienia się w Pawła. Już sama radykalna zmiana imienia wskazująca na zmianę duchową, spotykana i w naszej literaturze: Kmicic-Babinicz, Gustaw-Konrad, była znamienna. Słowo „paulos” po grecku oznacza: mały, lichy, mikry, drobny. A w rzeczywistości Paweł to największy znany Boży atleta, ten, który chrześcijaństwu nadał kształt obowiązujący do dziś, wielki architekt Kościoła, wizjoner i tytan pracy, ten który podkreślał nieustannie swoją bezradność wobec tego, co go spotkało. On jest tylko „płodem poronionym”, „niewolnikiem”, „mikrym paulosem”, sam z siebie nic niemogącym wykrzesać. Gdyby nie cud, nie spotkanie, jakiego zaszczyt miał doznać, to pewnie do końca swojego życia ćwiczyłyby się w pogłębianiu nienawiści do Chrystusa i Jego wyznawców a swoich braci Żydów, jeżdżąc po Judei, Galilei, Samarii, Syrii, Dekapolu, Arabii i okolicach. Zapewne robiłby to solidnie, systematycznie i z całą gorliwością, z całym przekonaniem. Bo taki był. Solidny, systematyczny, przekonany, zorganizowany, sprawny i umiejący posługiwać się różnymi technikami. To nie był Piotr, zmieniający bez przerwy zdanie, wahający się, stojący na uboczu, na wszelki wypadek oglądający się za siebie.

Paweł miał również odwagę, żeby przyznać się: że to tak naprawdę nie ja jestem sprawcą tej przemiany, ja jestem tylko narzędziem, wybranym przez Kogoś innego. Mówił: to nie ja, to Ten, który stanął na Drodze do Damaszku i powalił mnie na kolana. Jakże wiele w tym wyznaniu skruchy, bo ten który dobrze jeździł konno, był kimś mocno uprzywilejowanym. Nauczyciel z Nazaretu i Jego uczniowie chodzi pieszo. Jezus tylko raz pozwolił sobie na osiołka, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Rzymscy legioniści, panowie Ziemi Obiecanej chodzili piechotą. Tylko wybrani mieli przywilej jazdy konnej.

Kojarzy mi się mocno dzisiejszy dzień z Psalmem 116 nazywanym Dziękczynieniem uratowanego od śmierci.
Bo czy ten fizyczny upadek Szawła nie był zbawienny dla Pawła?! Czy nie uchronił jego duszy od śmierci?! Czasem trzeba nam przewrócić się na kolana, zakrztusić się piachem na drodze, zamilknąć, oślepnąć, by przejrzeć i zobaczyć to, czego usilnie szukamy a nie znajdujemy.

Wróć, duszo moja, do swego spokoju, *
bo Pan dobro ci wyświadczył.
Uchronił bowiem moją duszę od śmierci, *
oczy od łez, nogi od upadku.
Będę chodził w obecności Pana *
w krainie żyjących.

Drzewo przenajszlachetniejsze…

Święto dzisiejsze ustanowiono na pamiątkę znalezienia Krzyża świętego przez cesarzową Helenę i konsekracji bazyliki wzniesionej na Golgocie 14 września 335 roku. Później wspominano w tym dniu odzyskanie Krzyża świętego zrabowanego przez Persów. 3 maja 630 roku w uroczystej procesji cesarz Herakliusz osobiście wniósł odzyskany Krzyż do bazyliki Grobu Chrystusowego. Krzyż święty jest najdostojniejszą pamiątką Męki Pańskiej, dlatego zajmuje poczesne miejsce w świątyniach i domach katolickich.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1963

Był człowiek, który narzekał na swoje życie. Skarżył się, że jest mu ciężko, bo mieszkanie niewygodne, za ciemne, za ciasne, że dochody za małe, że jego rówieśnicy, którzy podobne szkoły ukończyli, zarabiają daleko więcej niż on. Mówił, że innym jest łatwiej żyć, że lepiej dają sobie radę ze złymi ludźmi, z trudnymi okolicznościami, że im wszystko układa się korzystnie, a jemu jest źle i to z roku na rok coraz gorzej. Twierdził, że gdyby się urodził kilkadziesiąt lat wcześniej albo kilkadziesiąt lat później, to wtedy na pewno byłoby wszystko inaczej. Chodził wciąż smutny, skwaszony, zniechęcony.

     Razu pewnego, gdy spał, śniło mu się, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył postać stojącą koło jego łóżka. Chociaż nigdy Anioła nie spotkał, wiedział, że to jest Anioł. Nie czuł w sobie żadnego lęku. Anioł stał nad nim, jakby czekając na jego przebudzenie. A gdy spostrzegł, że on już nie śpi, łagodnym zapraszającym ruchem dał mu znak, aby wstał.

     – Wstań, proszę – powiedział.

     Człowiek ów, wcale tym niezdziwiony, podniósł się z łóżka. Stanął obok tajemniczego gościa. Popatrzył pytająco na niego. A wtedy Anioł z uśmiechem powiedział:

     – Pójdź, proszę, ze mną.

     Człowiek spytał go nieśmiało:

     – Dokąd chcesz, żebyśmy poszli?

     – Zaraz zobaczysz – odpowiedział Anioł.

     Podążył więc za nim. Anioł wiódł go przez jego mieszkanie, wyprowadził go na klatkę schodową i zaczął wstępować po schodach na górę. Człowiek wciąż nie wiedział, dokąd idą i co to ma wszystko znaczyć, ale nie śmiał pytać. Był tylko pewny, że to chodzi o jakąś bardzo ważną sprawę, która go bezpośrednio dotyczy. Postępował w milczeniu za Aniołem coraz bardziej ciekawy, dokąd wiedzie go ten wysłannik Boga. Szli długo po schodach, aż stanęli przed drzwiami. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się, dokąd drzwi prowadzą, ale za moment poznał, że to drzwi wiodące na jego strych. Anioł otworzył drzwi i weszli do wnętrza. Wtedy człowiek zobaczył, że to wcale nie jest strych jego domu. To była wielka sala, pod której ścianami stały nagromadzone krzyże – tysiące, dziesiątki tysięcy, nieprzeliczona ilość; krzyże były różne, dziwne: ogromne, małe i całkiem maleńkie, proste i ozdobne, ze złota i z drewna, malowane, heblowane, wysadzane drogimi kamieniami i całkiem zwyczajne, cięte z brzozy. Przyglądał się uważnie tym krzyżom. Każdy z nich był inny. Czasem zdawało mu się, że znalazł dwa identyczne, ale później zauważał, że tak nie jest, że różnią się pomiędzy sobą przynajmniej jakimś szczegółem.

     Po chwili człowiek, przełamując nieśmiałość, spytał Anioła:

     – Skąd tu tyle krzyży? Po co tu stoją? Do kogo należą?

     Usłyszał jego głos:

     – To są ludzkie krzyże.

     – Ludzkie krzyże? – powtórzył człowiek, niewiele z tego rozumiejąc.

     – Każdy musi jakiś nieść – mówił dalej Anioł.

     – Ach tak. Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych krzyży i dlaczego każdy z nich jest inny. Ale po co przyszliśmy tutaj?

     Anioł odpowiedział:

     – Pan Bóg polecił mi, abym ciebie tu przyprowadził.

     – Pan Bóg? – zdziwił się ów człowiek. – Dlaczego?

     – Narzekasz na swój krzyż. Mówisz, że ci bardzo ciężko z nim iść. Bóg zezwolił, abyś tu przyszedł i wybrał sobie inny krzyż, jaki tylko zechcesz i żebyś z tym nowym krzyżem szedł dalej przez życie, nie narzekając.

     Człowiek słuchał tego, co Anioł mówił, prawie nie wierząc swoim uszom. W końcu powiedział:

     – Czyż to jest możliwe, żeby Wielki Bóg chciał się zajmować takim człowiekiem jak ja?

     – Pan Bóg naprawdę przysłał mnie do ciebie – potwierdził Anioł.

     – Będę mógł wybrać krzyż taki, jaki tylko zechcę? – spytał wciąż jeszcze nieufny.

     – Tak. Naprawdę – powtórzył Anioł jego słowa. – Możesz wybrać taki krzyż, jaki tylko zechcesz.

     – I będę mógł z nim iść przez całe życie? – pytał człowiek, chcąc się upewnić.

     – Tak. Będziesz mógł iść z nim, jeżeli tylko zechcesz, przez całe twoje życie – odpowiedział mu Anioł.

     Człowiek wiedział już, który krzyż wybierze. Piękny, złoty krzyż przyciągał jego wzrok od pierwszej chwili. Pomyślał: „Wreszcie będę miał wspaniałe życie”. Spytał nieśmiało Anioła, wskazując na ten krzyż:

     – Czy mogę go wziąć?

     Anioł skinął głową:

     – Tak.

     Uradowany człowiek podbiegł do upatrzonego krzyża, objął go mocno, aby go włożyć na swoje ramiona, ale nadaremnie. Nie potrafił go nawet ruszyć. Krzyż był bardzo ciężki. Mimo to człowiek nie chciał z niego zrezygnować. Wytężył wszystkie siły. Nic nie pomogło. Krzyż nawet nie drgnął. Zaskoczony tym i rozczarowany powiedział do Anioła:

     – Za ciężki.

     – Spróbuj znaleźć inny, który będzie lepszy dla ciebie – powiedział spokojnie Anioł.

     Człowiek rozejrzał się po sali i skierował w stronę innego krzyża, również złotego, choć nie tak dużego, który też wcześniej już spostrzegł. Krzyż ten był wysadzany wspaniałymi kamieniami, ozdobiony wyszukanym ornamentem. Podszedł do niego, z trudem położył go sobie na ramiona. Zrobił z nim parę kroków i przekonał się, że niestety ten też jest za ciężki, a poza tym dokuczliwie gniotą go w ramiona te wspaniałe ozdoby i drogie kamienie, które go tak zachwycały. Odezwał się trochę do siebie, trochę do Anioła:

     – Jest niemożliwe, żebym mógł z nim iść dłuższy czas.

     – Znajdziesz na pewno krzyż bardziej dla ciebie odpowiedni. Tylko nie zniechęcaj się – pocieszył go Anioł.

     Człowiek rozglądnął się w poszukiwaniu i po chwili podszedł do krzyża też złotego, który był o wiele mniejszy. Faktycznie, był on również o wiele lżejszy, ale za krótki. Gdy ułożył go sobie na ramionach i zaczął z nim iść, krzyż ten tłukł go po nogach i plątał mu krok. Odłożył go na miejsce. Wziął inny krzyż, ale ten mu też nie odpowiadał. Potem spróbował nieść inny i znowu inny. Coraz bardziej nerwowo, już nie chodził, ale biegał po tej ogromnej sali, szukając krzyża dla siebie. Czas płynął, a on wybierał i wybierał bez końca. Wciąż nie mógł znaleźć krzyża, z którego byłby zadowolony. Bo były za długie albo za krótkie, za ciężkie, albo zbyt uciskały go ozdoby, albo po prostu nie podobały mu się w kształcie lub kolorze. Już zdawało mu się, że nie zdecyduje się na żaden, że nie znajdzie dla siebie odpowiedniego. Przyszło mu nawet do głowy, że może przez zapomnienie czy przeoczenie nie zrobiono stosownego krzyża dla niego. I gdy był na skraju rozpaczy, że będzie musiał wziąć jaki bądź, pierwszy lepszy, wtedy wreszcie znalazł taki, który był odpowiedni dla niego. Wszystko mu się w nim podobało: i ciężar, i długość, kolor, ozdoby. Wszystko było takie, jak chciał. Był świetny, najlepszy. Uszczęśliwiony podszedł z tym krzyżem do Anioła i powiedział:

     – Znalazłem.

     – Cieszę się, że znalazłeś – odrzekł Anioł.

     Człowiek ów, jakby z obawy, by mu tego krzyża nie odebrano, powtórzył:

     – Tak, ten mi odpowiada. Proszę cię, pozwól mi z tym krzyżem iść przez całe życie.

     Anioł uśmiechnął się tajemniczo:

     – Dobrze. – A potem dodał: – A czy ty wiesz, że to jest twój krzyż?

     Człowiek patrzył z niepokojem na Anioła, nie rozumiejąc, o co chodzi. Wreszcie zapytał:

     – Nie wiem, o czym mówisz?

     Wtedy Anioł powiedział mu wyraźnie:

     – Ten krzyż, który znalazłeś, to jest twój krzyż. To jest ten sam, który od początku życia niesiesz na swoich ramionach.

ks. M. Maliński, Ludzkie krzyże
Tekst oryginalnyPrzekład polski
Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis,
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

Dulce lignum, dulces clavos,
Dulce pondus sustinet. 

Pange, lingua, gloriosi,
Proelium certaminis,
Et super Crucis trophaeo,
Dic triumphum nobilem,
Qualiter Redemptor orbis,
Immolatus vicerit. 

Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis:
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

De parentis protoplasti,
Fraude Factor condolens,
Quando pomi noxialis,
Morte morsu corruit,
Ipse lignum tunc notavit,
Damna ligni ut solveret. 

Dulce lignum, dulces clavos,
Dulce pondus sustinet. 

Hoc opus nostrae salutis,
Ordo depoposcerat,
Multiformis proditoris,
Ars ut artem falleret,
Et medelam ferret inde,
Hostis unde laeserat. 

Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis:
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

Aequa Patri Filioque,
Inclito Paraclito,
Sempiterna sit beatae
Trinitati gloria,
Cuius alma nos redemit,
Atque servat gratia.

Amen.
Krzyżu święty, nadewszystko,
Drzewo przenajszlachetniejsze,
W żadnym lesie takie nie jest,
Jedno na którém sam Bóg jest:

Słodkie drzewo, słodkie gwoździe,
Rozkoszny owoc nosiło.

Skłoń gałązki, drzewo święte,
Ulżyj członkom tak rozpiętym;
Odmień teraz onę srogość,
Którąś miało z przyrodzenia:
Spuść lekuchno i cichuchno
Ciało Króla niebieskiego.

Tyś samo było dostojne
Nosić światowe zbawienie,
Przez cię przewóz jest naprawion
Światu, który był zagubion:
Który święta krew polała,
Co z Baranka wypłynęła.

W jasłkach leżąc, gdy tam płakał,
Już tam był wszystko oglądał:
Iż tak haniebnie umrzeć miał,
Gdy wszystek świat odkupić miał;
W on czas między zwierzętami,
A teraz między łotrami.

Niesłychanać to jest dobroć,
Za kogo na krzyżu umrzeć:
Któż to może dziś wykonać,
Za kogo swoją duszę dać?
Sam to Pan Jezus wykonał,
Bo nas wiernie umiłował.

Nędzneby to serce było,
Coby dziś nie zapłakało:
Widząc Stworzyciela swego,
Na krzyżu zawieszonego,
Na słońcu upieczonego
Baranka wielkanocnego.

Marya Matka patrzała
Na członki, które powiła:
A powiwszy całowała,
Z tego wielką radość miała;
Teraz je widzi zczerniałe,
Żyły, stawy w Nim porwane.

Nie był taki, ani będzie
Żadnemu smutek na świecie,
Jaki czysta Panna miała
W on czas, kiedy narzekała:
Nędzna ja sierota dzisiaj,
Do kogoż się ja skłonić mam?

Jednegom Synaczka miała,
Com Go z nieba być poznała:
I tegom już postradała,
Jednom się sama została;
Ciężki  ból cierpi me serce,
Od żalu mi się rozsieść chce.

W radościm go porodziła,
Smutku żadnegom nie miała;
A teraz wszytkie boleści
Dręczą mnie dziś bez litości:
Obymże ja to mogła mieć,
Żebym mogła zaraz umrzeć.

Byś mi Synu nisko wisiał,
Wzdybyś z mnie jaką pomoc miał:
Głowębym Twoję podparła,
Krew zsiadłą z lica otarła;
Ale Cię nie mogę dosiądz,
Tobie, Synu, nic dopomódz.

Anielskie się słowa mienią,
Symeonowe się pełnią;
On mówił: pełnaś miłości,
A jam dziś pełna gorzkości;
Symeon mi to powiedział,
Iż me serce miecz przebóść miał.

Ni ja ojca, matki, brata,
Ni żadnego przyjaciela;
Skądże pocieszenie mam mieć?
Wolałabym stokroć umrzeć
Niż widzieć żołnierza złego,
Co przebił bok Syna mego.

Matki, co synaczki macie,
Jako się w nich wy kochacie:
Kiedy wam z nich jeden umrze,
Ciężki ból ma wasze serce;
Cóż ja, com miała jednego,
Już nie będę mieć inszego.

O, niestetyż, miły Panie!
Toć niemałe rozłączenie;
Przedtém było miłowanie,
A teraz ciężkie wzdychanie:
Czemuż, Boże Ojcze, nie dbasz,
O Synaczku pieczy nie masz.

Którzy téj Pannie służycie,
Smutki jéj rozmyśliwajcie:
Jako często omdlewała,
Często na ziemię padała;
Przez te smutki któreś miała,
Uprośże nam wieczną chwałę.

Amen.

Pustynia serca #7

Pustynię upiększa to, że gdzieś w sobie kryje studnię.

Antoine de Saint-Exupéry — Mały Książe

Modlitwa Jezusowa jest łatwiejsza niż różaniec.” Jej prostota polega na tym, że pojedyncza modlitwa wyrażona jest w postaci zdania: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną.” Wielu rzeczywiście uważa tę modlitwę za łatwiejszą, bo skierowaną bezpośrednio do Chrystusa. Istnieje elastyczność polegająca na możliwości rozwinięcia tego podstawowego wezwania. Może mieć zastosowanie również w konkretnych medytacjach nad życiem Jezusa.

Są różne stopnie modlitwy Jezusowej. Można je pogłębiać odkrywając w Imieniu nowe tajemnice. Powinna rozpoczynać się jako forma podobna do adoracji i poczucia obecności, która następnie stanie się po prostu obecnością Zbawiciela (to w istocie oznacza Imię Jezusa). Przyzywanie Imienia jest tajemnicą zbawienia i przynosi wyzwolenie. Wymawiając Imię jednocześnie otrzymujemy to, czego potrzebujemy. Otrzymujemy to wszystko w Jezusie i przez Niego; On jest nie tylko Darem, ale i Tym, który obdarowuje. Jego Imię udziela pokoju kuszonym. Czy zamiast toczyć dyskusje z pokusą, przyglądać się szalejącej wokół „burzy”, odwracając wzrok od Jezusa (na tym polegał błąd Piotra, choć swoje pierwsze kroki krocząc po jeziorze postawił dobrze), nie lepiej utkwić wzrok w Jezusie i iść do Niego po rozszalałych falach, chroniąc się w Jego Imieniu?

Charakterystyczną zaletą tej modlitwy jest to, że łatwo staje się tłem naszej rozmowy z Bogiem, osiągając poziom serca. Jest narzędziem, które pomaga nam modlić się, stając się kotwicą w świecie pełnym hałasu, nieporządku, która utrzyma nas przy modlitwie i w zadaniu wytrwania w niej. Trudnością będzie pewnie dłuższe wytrwanie w ciszy modlitwy, w kompletnym bezruchu. Bo nasze myśli będą z pewnością ulegać rozproszeniu, odlatywać, powracać do spraw z przeszłości, zajmować się przyszłymi planami i powracać do obecnych trosk. Będzie w nas pojawiał się niepokój, rozproszenie. Nasze ciało może omdlewać i usilnie szukać odpoczynku, oparcia. Gdy tylko spróbujemy milczeć, odkryjemy istnienie wszelkich innych hałasów w sobie, które drażnią. Jedyne co można w takiej chwili zrobić, to ściągać swoje myśli do „tu i teraz”, cierpliwie i łagodnie wracać ciagle do siebie i sprowadzać nasze myśli do tej modlitwy. Na początku może to stanowić trudność, ale z czasem ćwiczenie kierowania uważności na Chrystusa nabierze realnego kształtu. Nie chodzi tu o ćwiczenie intensywnego skupienia, bo problem polega na tym, że nie ma w niej nic, na czym można by się skupić. A ten stan rzeczy powoduje, że wszystko inne dochodzi do głosu, przekrzykując modlitewne trwanie i bezruch. Raczej chodzi o świadomość obecności Jezusa, o zauważenie Jego obecności poprzez zwolnienie tempa i wyciszenie, skupienie myśli na tym spotkaniu, na dostrzeganiu elementów Jego obecności, na zdaniu sobie sprawy, że jestem tu i teraz przed Zbawicielem i staję taki jaki jestem, autentyczny z wszystkim co jest we mnie. Nasze przyzwolenie na narodziny Bożego słowa w naszym sercu, będą jednocześnie naszą zgodą na wkroczenie w ciszę serca, w ciszę Bożej łaski i Jego miłości.

Wierne praktykowanie modlitwy Jezusowej ma doprowadzić do modlitwy serca. Co to znaczy? Serce oznacza totalność człowieka i to, co decyduje o tym, kim on jest.

Szymon Hiżycki OSB, opat klasztoru Ojców Benedyktynów w Tyńcu

Dwa serca, jeden rytm #3

Weszliśmy już w czerwiec, miesiąc w sposób szczególny poświęcony czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult Serca Jezusowego wywodzi się z czasów średniowiecza i początkowo miał charakter prywatny.

Główna zasługa w rozpowszechnieniu nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa przypadła skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque.

Stolica Apostolska dopiero po dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta i na oddawanie czci wizerunkom Serca Jezusowego w formach powszechnie przyjętych. Święto Serca Pana Jezusa obchodzimy w piątek, który pierwotnie kończył oktawę Bożego Ciała. To Jezus polecił ustanowić święto Serca Jezusowego w piątek po oktawie Bożego Ciała. Intencją Komunii Świętej, przyjętej w tym dniu, powinno być wynagrodzenie za zniewagi, jakich czasami doznaje Najświętszy Sakrament w czasie wystawienia.

Kościół pośrednio zatwierdził objawienia, dane św. Małgorzacie Marii Alacoque, kiedy po surowym procesie wyniósł ją do chwały ołtarzy. Jej beatyfikacja odbyła się w roku 1864, a kanonizacja w roku 1920. Pierwszym z papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów, był Klemens XIII w roku 1765 – a więc prawie sto lat po objawieniach. Decydującym jednak w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

Sam Chrystus nadał temu nabożeństwu kierunek ekspiacyjny (ekspiacja z łac. expiatio – odpokutowanie za winę, oczyszczenie – ludzkie działanie o charakterze religijnym, mające na celu przywrócenie jedności z Bogiem naruszonej grzechem samego pokutującego lub innego człowieka czy społeczności). Ma ono uwrażliwiać nas na grzech, mobilizować w imię miłości Chrystusa do walki oraz do wynagradzania za tych, którzy ranią to Serce. Bóg jest miłością. Dowodem tej niepojętej miłości jest to, że zesłał swojego Syna, by nas wykupił od śmierci wiecznej i pokonał grzech. Uosobieniem tej największej Bożej miłości jest Serce Jezusowe. Ta właśnie miłość do rodzaju ludzkiego kazała Jezusowi przyjść na ziemię, przyjąć dla naszego zbawienia okrutną mękę i śmierć na Siebie. Z miłości tego Serca powstał Kościół, sakramenty i Eucharystia. To tę miłość odnajdujemy w spojrzeniu Eleusy, tę zgodę i pełne zaufanie Bogu.

Dzień później czcimy Niepokalane Serce Maryi.

Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX.

Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na swoje zamiary, ze względu na przyszłe Zwiastowanie, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). O Sercu Maryi jako pierwszy pisał św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes a 13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.

Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.

Maryja i Jezus pokazują nam, że te dwa policzki na ikonie i dwa serca, przytulone do siebie, bijące jednym rytmem miłości, wielkiej ufności i posłuszeństwa Bogu, są kluczem. Serca przepełnione tak wielkim uczuciem, jakiego tylko Matka i jej dziecko doświadczyć mogą w czułym przytuleniu pełnym poczucia bezpieczeństwa i macierzyńskiej miłości. Bo jak nazwać inaczej to spotkanie się dwóch policzków i dwóch serc, jeśli nie miłością doskonałą? Czy choć odrobinę próbuję upodobnić swoją miłość do tej miłości? Czy w ten tandem serc mam odwagę wpasować swoje nieśmiałe, nieporadne i słabe ludzkie serce? By nauczyło się bić taką samą miłością, by czerpało siłę do miłości z tych dwojga serc?

Wniebowstąpienie Pańskie

Wniebowstąpienie Pańskie obchodzone jest corocznie w 40. dniu po Zmartwychwstaniu Pańskim. W Polsce oraz w krajach, gdzie dzień ten nie jest ustawowo wolny od pracy, obchody uroczystości, zgodnie z dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, zostały od 2004 roku przeniesione na najbliższą niedzielę – VII Niedzielę Wielkanocną.

Wniebowstąpienie jest ukoronowaniem Zmartwychwstania. Pascha — przejście Pańskie osiąga w tej tajemnicy swój kres. Człowieczeństwo Zbawiciela otrzymuje najwyższą chwałę w nagrodę za doskonałe posłuszeństwo wobec Ojca. Wejście Chrystusa do nieba to wejście Arcykapłana Nowego Testamentu do świętego świętych «aby wstawiać się za nami». Wniebowstąpienie jest również triumfem ludzkości. Chrystus umieścił bowiem po prawicy Ojca ułomną ludzką naturę. «Gdyśmy byli umarłymi przez grzechy… (Bóg) wzbudził (nas) z martwych, dozwolił zasiadać na niebiosach w Chrystusie Jezusie» (Ef. 2, 5-6). Tajemnica Wniebowstąpienia dopełni się ostatecznie wówczas, gdy wejdą do nieba również członki Jego Mistycznego Ciała. Całe życie Kościoła jest przygotowaniem na dzień, w którym Chrystus wróci, aby wprowadzić odkupionych do chwały Ojca. Teksty Mszy św. wysławiają Wniebowstąpienie jako triumfalny pochód Zbawiciela. Modlitwy są wyrazem chrześcijańskiej nadziei.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1963

Ciesz się, Królowo Anielska, *
Wesel się, Pani Niebieska! *
Wszyscy Ci dziś winszujemy, *
Z weselem wyśpiewujemy: *
Alleluja!

Że Syn Twój już zmartwychwstały, *
W niebiosa wszedł do swej chwały; *
Któregoś Ty godna była, *
Żeś Go na ręku nosiła. *
Alleluja!

Ciesz się i wesel się w niebie, *
Proś Go za nami w potrzebie, *
Byśmy się też tam dostali *
I na wiek wieków śpiewali: *
Alleluja!

W cieniu Krzyża

W minioną środę rozpoczął się Wielki Post. Większości ludzi kojarzy się z cierpieniem, ukrzyżowaniem i śmiercią Jezusa. To od nas zależy, czy spojrzymy na te 40 dni jak na historię i z rozrzewnieniem powspominajmy Drogę Krzyżową, Mękę i Śmierć Jezusa, kolejny raz! Czy może odważymy się tym razem potowarzyszyć Chrystusowi realnie. Zostaliśmy przecież włączeni w tę tajemnicę na Chrzcie Świętym. Czy znajdziemy w sobie tyle odwagi i zaciekawienia, by spróbować zrozumieć prawdziwie Krzyż? Nie chodzi o to by w jakiś sobie znany sposób pocierpieć, ograniczyć swoje życie i pomniejszyć jego sens. Bóg jest przecież przeciwnikiem cierpienia i nie ma obsesji cierpienia. Bóg uzdrawia i uwalnia od zła. Jest raczej niepoprawnym, niezwykle delikatnym i bardzo cierpliwym optymistą, pełnym miłosierdzia, czekającym ciągle za nami na drodze; podczas gdy człowiek lubi zbaczać, zatrzymywać się, opóźniać, zbierać pamiątki, kolekcjonować przyzwyczajenia, smakować nieznane doznania z ciekawością, snuć się po manowcach życia angażując przy tym swoją wolną wolę, jaką otrzymał od Boga i rozmieniając cały podarowany czas na drobne. Zegar życia tyka nieubłaganie, odliczając sekundę po sekundzie, czas jaki nam pozostał. Ile go jeszcze masz? … bo może się nagle okaże, że to ostatni taki Wielki Post. I nie wymawiaj się: „mnie to nie dotyczy”, bo dotyczy sprawiedliwie wszystkich, tylko jeszcze nie wiesz jak bardzo! Zagłębiając się w Post poszukajmy tym razem takiego działania Boga w nas, które doprowadza do pełni życia, uzdrawia i oczyszcza, sprowadza prosto, z lokalnych dróg i bezdroży na autostradę do Nieba. By nasza radość ze Zmartwychwstania okazała się pełna. Krzyż Jezusa jest tajemnicą związaną z naszą drogą i kładzie się w poprzek ilekroć chcemy żyć autentycznie z Bogiem. Ale jednocześnie krzyż nie jest celem samym w sobie, jest tylko etapem życia. Spróbujmy przez tegoroczne niedziele Wielkiego Postu spojrzeć na krzyż i cierpienie w duchu Jezusa, jak na pewien proces, parafrazując słowa o Krzyżu, z bez wątpienia najbardziej znanej książki Thomasa Mertona „Nikt nie jest samotną wyspą”.

W słowie Krzyża jest coś więcej niż przyjęcie cierpienia albo praktykowanie ascezy. Krzyż jest czymś pozytywnym – to coś więcej niż śmierć. Słowo Krzyża jest głupstwem dla tych, którzy giną, ale dla tych, którzy zbawienia dostępują, „jest mocą Bożą”. (1 Kor 1, 18). Samo przyjęcie cierpienia może bardzo łatwo stać się czymś wprost przeciwnym świętości. Cierpienie, które się przyjmuje powinno być uświęcone, ponieważ samo w sobie, nie przynosi żadnej korzyści naszej duszy, nadaje jej tylko twardość. Samo znoszenie cierpienia nie jest jeszcze jego uświęceniem. Prawdziwa asceza nie jest jedynie kultem męstwa. Możemy najsurowiej wyrzekać się czegoś z fałszywych pobudek i w rezultacie odczuwać duże zadowolenie z siebie, z powodu poniesionej ofiary. Cierpienie można uświęcić i ofiarować Bogu jedynie przez wiarę w Boga. Samo przyjęcie cierpienia ze stoicyzmem, dźwiganie brzemienia fatalnej, nieuniknionej i niezrozumiałej konieczności – jest odwagą, ale to nie jest jeszcze uświęcenie cierpienia. Niektórzy wierzą w samoistną moc i wartość cierpienia. Ale ich wiara jest iluzją. Ono nie posiada własnej wartości i mocy. Ma wartość jedynie jako test, jako próba wiary. A jeśli nasza wiara nie wytrzyma tej próby, czy i wtedy cierpienie będzie rzeczą dobrą? Czy wtedy nas nie zniszczy? Wierzyć w cierpienie – to objaw pychy; ale cierpieć i wierzyć w Boga – to akt pokory. Cierpienie samo przez się, nie udoskonala nas, ale umożliwia nam stanie się lepszymi. I tak jeśli cierpiąc, składamy coś w ofierze Bogu, to w istocie ofiarowujemy Mu nie cierpienie, tylko samych siebie. Śmierć Jezusa na Krzyżu ma nieskończoną wartość i znaczenie nie przez to, że jest śmiercią, lecz że jest śmiercią Syna Bożego. Krzyż Chrystusowy nic nie mówi o władzy cierpienia i mocy śmierci. Głosi tylko moc Tego, który je zwyciężył, zmartwychwstając z grobu. Nie po to, byśmy żyli czcią ran Chrystusa, gdyby umarł nie zmartwychwstając! Jego miłość dla nas jest niezmierzoną miłością Boga, mocniejszą od wszelkiego zła, której śmierć dotknąć nie może. Cierpienie może więc być ofiarowane Bogu tylko przez człowieka wierzącego, że Jezus żyje! Bo samą istotą Chrześcijaństwa jest stawienie czoła cierpieniu i śmierci, nie dlatego aby one były dobre i same w sobie stanowiły jakąś wartość, ale dlatego, że zmartwychwstanie Chrystusa zmieniło całe ich znaczenie.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Więc Krzyż ma jeszcze jedną stronę – Zmartwychwstanie…

Dla tych, którym nie było dane zetknąć się do tej pory z Thomasem Mertonem, kilka słów o nim samym.

Czytaj dalej…

Ślepota wyostrza zmysły…

Ilustracja
El Greco, Święty Paweł (1610-1614)

Paweł z Tarsu, Paweł Apostoł, Szaweł, hebr. ‏שָׁאוּל התרסי‎ Szaul ha-Tarsi. Urodzony ok. 5-10 w Tarsie w Cylicji, zmarł śmiercią męczeńską ok. 64-67 w Rzymie – Żyd z Tarsu, zwany Apostołem Narodów, choć nie należał do grona dwunastu apostołów ani nawet do szerszej grupy uczniów Jezusa Chrystusa, towarzyszących mu w czasie Jego publicznej działalności. Był nawróconym faryzeuszem, który wcześniej prześladował i zabijał chrześcijan.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym jak dokonuje się nawrócenie? Przecież wśród świętych są również dawni mordercy, złodzieje, prostytutki i niegodziwcy… Co takiego stało się, że nagle zmienili kierunek drogi? Jezus mówił:

On usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

Mt 9,12-13

Wybaczenie dzieje się w pełni wtedy, gdy przed kimś otwierasz pole zaangażowania, kiedy otwierasz się na wezwanie, na misję, na dobro, które możesz spełniać.

Dla współtowarzyszy mniej więcej 26-letniego Szawła, w drodze do Damaszku nie zdarzyło się nic niebywałego. Spowił go snop oślepiającego światła. Upadł na gościniec, podnieśli go i uznali, że oślepł. Na obrazach często przedstawiany jest jako spadający z konia. Nie będąc oficerem rzymskim, ani członkiem świty Heroda Antypasa, raczej z pewnością podróżował pieszo. Dla innych będących razem z nim w podróży zasłabł, poplątały mu się nogi i upadł, może stracił przytomność. Niektórzy twierdzili, że słyszeli jakiś głos… Widzieli światło… Coś się stało w drodze… Od Jerozolimy do Damaszku dzieliła ich odległość ok. 280 km i przebycie jej zajmowało średnio 7-8 dni. Mijali Jezioro Galilejskie, Tyberiadę, Kafarnaum, wspinali się na zbocza Golanu i przemierzali dystans po kamienistych bezdrożach spowitych kurzem i wypalonych upalnym żarem pustyni. Jedyną ochłodę przynosił ostry wiatr. Dopiero pod koniec drogi krajobraz zaczynał się zmieniać. Dla Szawła ten upadek i wszystko co zdarzyło się potem, będzie już zawsze wyjątkowym spotkaniem z Panem Jezusem. On dokładnie pamięta każdy szczegół tego zdarzenia rozciągniętego na kolejne dni. Mimo ślepoty, mimo upadku, oszołomienia, targany niepokojem może omdlały, odtwarza w myśli z precyzją, każdy szczegół tego spotkania. Pamięta słowa rozmowy. Pozostaje w domu Judy przez trzy dni nic nie jedząc i nadal nie widząc. Co się więc wydarzyło, że ten młodzieniec, niskiego wzrostu, urodzony za granicą, faryzeusz surowo praktykujący, świetnie wykształcony, znający grekę, hebrajski, aramejski, może również łacinę, agresywny, bezlitosny i okrutny wobec chrześcijan, nagle zmienia się w gorliwego wyznawcę Chrystusa, mówiąc o sobie, że jest apostołem i został posłany do pogan, by głosić im Chrystusa?

W ciągu kilku dni zmienia zupełnie swoje postępowanie, zawraca z drogi okrucieństwa, agresji, obsesyjnej rządzy zabijania wyznawców Chrystusa. Zaczyna nagle iść w zupełnie odwrotnym kierunku. Jak wielkie musiało to być spotkanie, że na młodym gniewnym faryzeuszu wywarło takie wrażenie? Jak wielka łaska powołania? Pan Bóg czasami posuwa się do dziwnych zdarzeń, okoliczności, znaków by móc się z nami porozumieć. Dlaczego? Bo czasem potrzeba nam zatrzymać się na chwilę, oślepnąć, ogłuchnąć przed światem, by móc usłyszeć Boga. Bo Bóg przemawia w ciszy. Jeśli Go nie słyszysz w swoim sercu, jeśli wołasz jak Ci się zdaje bezskutecznie, spróbuj przystanąć i posłuchać, rozejrzeć się dookoła… On zawsze jest w pobliżu, nie narzuca się i nie krzyczy, nie obraził się na Ciebie. Czeka na to spotkanie z tęsknotą…

Ilustracja
Bartolomé Esteban Murillo, Nawrócenie św. Pawła Apostoła (ok. 1675-1680)

Poszukaj znaków, które podsuwa Tobie przez Pawła…

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną.

Kor 15,3-10

Mowa Apostoła przed królem

Wolno ci mówić w swojej obronie – powiedział Agryppa do Pawła. Wtedy Paweł wyciągnąwszy rękę rozpoczął mowę obronną: Uważam to za szczęście, że mogę dzisiaj bronić się przeciwko wszystkim zarzutom, jakie stawiają Żydzi, przed tobą, królu Agryppo, który najlepiej znasz wszystkie zwyczaje i spory Żydów. Dlatego proszę, wysłuchaj mnie cierpliwie! Wszyscy Żydzi znają moje życie. Od początku upływało ono wśród mego narodu w Jerozolimie. Wiedzą o mnie od dawna – gdybyż chcieli zaświadczyć! – że żyłem według [zasad] najsurowszego stronnictwa naszej religii jako faryzeusz. A teraz stoję przed sądem, gdyż spodziewam się obietnicy, danej przez Boga ojcom naszym, której spełnienia ma nadzieję doczekać się dwanaście naszych pokoleń, służących Bogu wytrwale we dnie i w nocy. Z powodu tej nadziei, królu, oskarżyli mnie Żydzi. Dlaczego uważacie za nieprawdopodobne, że Bóg wskrzesza umarłych? Przecież mnie samemu zdawało się, że powinienem gwałtownie występować przeciw imieniu Jezusa Nazarejczyka. Uczyniłem to też w Jerozolimie i wziąwszy upoważnienie od arcykapłanów, wtrąciłem do więzienia wielu świętych, głosowałem przeciwko nim, gdy ich skazywano na śmierć, i często przymuszałem ich karami do bluźnierstwa we wszystkich synagogach. Prześladowałem ich bez miary i ścigałem nawet po innych miastach. Tak jechałem do Damaszku z upoważnienia i z polecenia najwyższych kapłanów. W południe podczas drogi ujrzałem, o królu, światło z nieba, jaśniejsze od słońca, które ogarnęło mnie i moich towarzyszy podróży. Kiedyśmy wszyscy upadli na ziemię, usłyszałem głos, który mówił do mnie po hebrajsku: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi”. „Kto jesteś, Panie?” – zapytałem. A Pan odpowiedział: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Ale podnieś się i stań na nogi, bo ukazałem się tobie po to, aby ustanowić cię sługą i świadkiem tego, co zobaczyłeś, i tego, co ci objawię. Obronię cię przed ludem i przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga. Aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi”. Temu widzeniu z nieba nie mogłem się sprzeciwić, królu Agryppo! Lecz nawoływałem najprzód mieszkańców Damaszku i Jerozolimy, a potem całej ziemi judzkiej, i pogan, aby pokutowali i nawrócili się do Boga, i pełnili uczynki godne pokuty. Z tego powodu pochwycili mnie Żydzi w świątyni i usiłowali zabić. Ale z pomocą Bożą żyję do dzisiaj i daję świadectwo małym i wielkim, nie głosząc nic ponad to, co przepowiedzieli Prorocy i Mojżesz że Mesjasz ma cierpieć, że pierwszy zmartwychwstanie, że głosić będzie światło zarówno ludowi, jak i poganom.

Tracisz rozum, Pawle – zawołał głośno Festus, gdy on tak się bronił – wielka nauka doprowadza cię do utraty rozsądku. Nie tracę rozumu, dostojny Festusie – odpowiedział Paweł – lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane. Zna te sprawy król, do którego śmiało mówię. Jestem przekonany, że nic z nich nie jest mu obce. Nie działo się to bowiem w jakimś zapadłym kącie. Czy wierzysz, królu Agryppo, Prorokom? Wiem, że wierzysz. Na to Agryppa do Pawła: Niewiele brakuje, a przekonałbyś mnie i zrobił ze mnie chrześcijanina. A Paweł: Dałby Bóg, aby prędzej lub później nie tylko ty, ale też wszyscy, którzy mnie dzisiaj słuchają, stali się takimi, jakim ja jestem, z wyjątkiem tych więzów.

Na to wstał król i namiestnik, i Berenike, i ci, którzy z nimi wzięli udział w posiedzeniu. Kiedy odeszli, mówili jedni do drugich: Ten człowiek nie uczynił nic podpadającego pod karę śmierci lub więzienia. A Agryppa powiedział do Festusa: Można by zwolnić tego człowieka, gdyby się nie odwołał do Cezara.

Dz 26