Archiwum

Archive for the ‘Kapłaństwo’ Category

Olejek nardowy…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Tydzień. Weszliśmy właśnie w ostatnie dni przed najważniejszym wydarzeniem w Roku liturgicznym. Od Wielkiego Czwartku rozpoczniemy uczestnictwo w Triduum Paschalnym.

Będziemy świadkami Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Mszy świętej i sakramentu kapłaństwa. Potem razem z Piotrem być może zaśniemy, znużeni i zmęczeni przygotowaniami do Świąt. Przegapimy Ogrójec, a nocą zbudzą nas szepty i chrzęst kamieni pod butami skradających się w ciemnościach żołnierzy, by zaskoczyć i pojmać Jezusa. Czy odczujemy na własnej skórze fałszywy pocałunek Judasza? A może uświadomimy siebie jak on, że pieniądze to nie wszystko!

Może pójdziemy w drogę za Jezusem, przepełnieni jak Piotr trwogą, przemykając ukradkiem, by nas nikt nie przyłapał, nie rozpoznał, żeby nie mieć problemów, nie wstydzić się tej znajomości. Może uronimy kilka łez tkliwości jak płaczące kobiety, które mijał na drodze. Czy dostrzeżemy jego rany i sińce pokryte kurzem i zastygłą krwią? Zwrócimy uwagę na obnażone kości, rozdarte fragmenty ciała po biczowaniu, opuchnięte tkanki, popękane z pragnienia usta, wyrwane z ciałem włosy, koronę z ciernia, która wbija się długimi, ostrymi kolcami i przeszywa czaszkę. A może będziemy się buntować, że musimy nieść krzyż czyjejś męki i hańby, jak Szymon? Może spotkamy Maryję i Weronikę… Co im powiemy? Czy spojrzymy im w oczy z odwagą?

Jak daleko od krzyża przystaniemy na Golgocie? Czy będziemy obojętnie przyglądać się obdarciu Jezusa z szat, z godności? Biernie wsłuchiwać się w głuche stukoty młota, który wciska stępiałe grube gwoździe w zdrętwiałe, zmarznięte, obolałe dłonie i stopy, napręża kości, zrywa ścięgna, przeszywa i paraliżuje mięśnie? Jak bardzo blisko będziemy przy naszym Zbawcy w tych dniach… Na tyle blisko by odczuć na własnej skórze mękę, wzgardę i szyderstwo z naszego Króla?

Czy skupimy się jak Marta na przygotowaniach do Świąt, na krzątaniu się po domu i szukaniu w kuchni pomysłów, do realizacji nowych wyzwań kulinarnych? A może jak Maria poświęcimy Chrystusowi to, co dla nas najcenniejsze: czas i uwagę. Może nie zważając na cenę, wydobędziemy to, co najdroższe dla nas, by uczynić z tego największy dar dla Jezusa? Co to będzie? Czy nasz dom stanie się w te dni domem z Betanii, pełnym przyjaciół Chrystusa, czy raczej pustynią pełną naszych wyobrażeń, pragnień i płonnych namiętności na dwa dni Świąt?

Jaka atmosfera zapanuje w naszym domu? Czy cały wypełni się wonnością i miłością Marii, a potem pełnią miłosierdzia w poranek Zmartwychwstania? Czy jesteśmy gotowi namaścić Jezusowi Jego stopy na pogrzeb, publicznie? Bo miłość potrzebuje właśnie takich symboli, a zaufanie może być budowane tylko z wdzięczności. Czy moje zaufanie do Chrystusa jest na tyle ogromne, bym mógł/-a dotrwać w Wielkim Poście do końca Triduum, nie poprzestając ze znudzeniem na „święconce”?
Przebudzić się, pobiec do grobu o świcie i spotkać Jezusa w ogrodzie. Usłyszeć jak z czułością wypowiada Twoje imię…

O spowiedzi słów kilka…

Dziwna rzecz, że jest tak mało takich kapłanów, którzy umieją w duszę wlać moc i odwagę, i siłę, że dusza, nie męcząc się, idzie zawsze naprzód. Pod takim kierownictwem dusza, nawet przy słabych siłach, wiele może dla chwały Bożej uczynić. I poznałam w tym jedną tajemnicę, to jest, że spowiednik, czyli kierownik, nie lekceważy drobnych rzeczy, które mu dusza przedstawia.
A kiedy dusza spostrzeże, że jest w tym kontrolowana, zaczyna się ćwiczyć i nie opuszcza najdrobniejszej sposobności do cnoty i także unika najdrobniejszych błędów…
I przeciwnie: jeżeli dusza spostrzeże, że spowiednik lekceważy te drobne rzeczy, więc i ona zaczyna je lekceważyć, przestanie z nich zdawać sprawę spowiednikowi, co gorsza, zacznie się zaniedbywać w drobnych rzeczach – i tak, zamiast naprzód, idzie się pomału wstecz. I dusza się dopiero spostrzeże, jak już wpadnie w rzeczy poważniejsze…

Dz. 937

Chcę podzielić się dzisiaj z tobą czytelniku(-czko), kilkoma spostrzeżeniami, jakie nasunęły mi się w czasie kilku lat własnych, regularnych spowiedzi. Być może zmagasz się właśnie z niezrozumieniem, niechęcią czy celowością częstych spowiedzi, czy w ogóle spowiedzi, bo znajomi sugerują, że to nie modne, że przecież nikogo nie zabiłem, do kościoła chodzę (czasem), pacierz mówię (ten sam od Pierwszej Komunii, bo tak mnie wtedy nauczono), więcej grzechów nie pamiętam! No i już… kolejny raz „odbębnione” na święta. A właściwie to, po co będę księdzu gadał do ucha o tym czego się wstydzę, nadwyrężał Swój wizerunek?!

W jaki sposób pojmujemy sakrament pokuty? Co tak naprawdę o nim wiemy? Czy jest dla mnie tylko wymuszoną, wstydliwą powinnością, kilka razy do roku? Czy po drugiej stronie konfesjonału widzę tylko człowieka, który tam siedzi fizycznie? Może podejrzewam go o niegodziwe intencje, o wścibstwo? Czy jestem pewny, że skoro to sakrament, to kapłan jest tylko szafarzem, tym który z mocy święceń pośredniczy w tym darze, a dawcą jest Bóg? Co otrzymuję?

A co z regularnością, bo dwa razy do roku z przyzwyczajenia na święta, to stanowczo zbyt minimalistycznie! Przesada w jedną i w drugą stronę jest zdecydowanie niewskazana. Przyjmuje się, że raz w miesiącu (najlepiej w okolicy pierwszego piątku miesiąca), to zdroworozsądkowe podejście do tematu. Nie mówię tu o osobach konsekrowanych, kapłanach czy rozeznających powołanie, bo ich obowiązują inne reguły: zakonne lub zwyczajowe. Skupmy się na osobach żyjących w normalnym otoczeniu. Więc raz w miesiącu oraz w czasie ważnych uroczystości, sakramentów przyjmowanych przez najbliższe nam osoby, czy w momencie, gdy nagle nasze sumienie zaczyna powracać co chwilę, do czegoś i solidnie wyrzuca nam, że trzeba trochę wyczyścić duszę z tego, co nam się przytrafiło przypadkowo, czy w związku ze słabością, by świadomie nie brnąć dalej i nie udawać, że nic się nie stało. By nie oszukiwać samych siebie a przede wszystkim Boga. To jest właśnie ta podstawowa granica, bo jeśli zaczynam siebie usprawiedliwiać to znaczy, że uświadomiwszy sobie swoje zaniedbanie, przewinienie, szukam wymówki, bronię się porównując z innymi, wybielam siebie i świadomie zaczynam popadać w kolejne grzechy. Uruchamiam kaskadę błędów. Nie będę skupiać się na ciężarze gatunkowym, bo rodzaj grzechu, tzw. materia jest wyraźnie oznaczona w dobrych rachunkach sumienia. Wystarczy wiec poszukać, by nie mieć wątpliwości. Dość wiedzieć, że grzesząc świadomie i dobrowolnie odwracam się od Boga i pozbawiam się łaski uświęcającej. Sam wprowadzam swoje sumienie w stan odrętwienia i obojętności, w którym kolejne grzechy przestają mieć znaczenie i ciężar, bo jeden w tą czy w tamtą, to przecież już żaden ciężar. Zaczynam wchodzić świadomie w coraz większe bagno i czas zacząć uważać, by się nie utopić, czas najwyższy zawrócić, bo chodzenie po śliskiej krawędzi bez asekuracji, zawsze kończy się dotkliwym upadkiem. Pozostaje tylko kwestia czasu, kiedy poczujemy nagle zdarte kolana i łokcie, a może i twarz, o ile przeżyjemy sam upadek? Warto wspomnieć też ważną kwestię, że grzechy świadomie zatajone lub wyspowiadane bez należytej dbałości co do wyjaśnienia przyczyny, ilości i okoliczności (mowa tu o grzechach ciężkich) czynią spowiedź nieważną(!) i każda przyjęta Komunia po takiej spowiedzi jest świętokradztwem(!).

Spowiedź może być uznana za nieważną z trzech powodów:
1) ze względu na brak uprawnień kapłana do spowiadania i rozgrzeszania
2) ze względu na popełnione przez penitenta świętokradztwo
3) ze względu na jego brak dyspozycji.

W Kościele katolickim wyłącznie kapłan jest szafarzem sakramentu pokuty. Same święcenia nie dają mu jednak prawa do odpuszczania grzechów. Kapłan, aby zostać spowiednikiem, potrzebuje jeszcze dodatkowego upoważnienia. Warto tu jednak wspomnieć, że to upoważnienie w dużej mierze dotyczy konkretnego terytorium, np. każdy biskup ma prawo do spowiadania ludzi na całym świecie, o ile nie spotka się ze sprzeciwem biskupa diecezjalnego.
Ponadto każdy kapłan ma prawo do odpuszczenia win osobie czy grupie osób, (w czasie katastrofy czy kataklizmu), znajdującej się w bezpośrednim niebezpieczeństwie śmierci, niezależnie od tego, czy posiada wymagane upoważnienia. Tu przypomnę o takiej wyjątkowej sytuacji, w czasie szalejącej burzy nad Giewontem ponad rok temu, gdy życie 5 osób zostało nagle tragicznie przerwane. Mówimy wtedy o absolucji zbiorowej. Nigdy jednak takie prawo nie przysługuje osobie świeckiej!

Spowiedź może być też nieważna, w znaczeniu świętokradzka, jeżeli penitent świadomie zataił przed spowiednikiem grzech ciężki bądź celowo umniejszył swoją winę (np. nie podając wszystkich okoliczności, w czasie których doszło do popełnienia grzechu, lub w taki sposób mówił o winie, by zmylić czy dezinformować spowiednika, co do istoty popełnionego grzechu np. z powodu strachu, nieufności w tajemnicę spowiedzi czy wstydu). Przy czym trzeba zaznaczyć, że świętokradztwo jako takie, również stanowi grzech ciężki, z którego trzeba się wyspowiadać. Najlepiej wrócić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji jak najszybciej, nie czekając na następną spowiedź wg grafiku. Takie przyznanie się do winy jest dużo lepsze niż notoryczne przeciąganie, kamuflowanie, tworzenie tajemnicy przed szafarzem i usiłowanie mataczenia przed Bogiem. Bo z czasem nabierzemy przekonania, że jesteśmy tajemnicą dla samych siebie, a wina i grzech zaczną przybierać w naszym mniemaniu odcienie dobra i szacunku dla własnej intymności? Czy dobrem i szacunkiem jest zabijanie własnej duszy i utrata możliwości życia wiecznego? Tu dochodzimy do absurdu jak w głodzeniu się anorektyka, obżeraniu bulimika, czy upijaniu alkoholika itd. Bo często o sakramentach myślimy wyłącznie po ludzku, zupełnie zapominając, że to również albo przede wszystkim, materia duchowa. Błędem jest myślenie, że przecież to tylko jakiś mały grzeszek, nic nieznacząca błahostka, może nawet przyjemność, jakieś niewyjaśnione od lat spory, urazy, wojny rodzinne… bo przecież wszyscy je mają. Gromadzone latami, zabijają w nas poczucie dziecka Bożego (…jak często wmawiasz sobie potem, że Bóg mnie nie kocha i ciągle zsyła na mnie gromy i dlatego nic mi w życiu nie wychodzi…), pomniejszają naszą samoocenę, każą myśleć i narzucają, że jesteśmy jakimś wybrakowanym produktem ubocznym, niszczą naszą psychikę, stają się ciężarem nie do zniesienia, monotonią i szarzyzną życia, krzyżem, poniżeniem i już tylko śmierć na końcu drogi ulży naszym cierpieniom, wiec może skrócić te męki samemu i jakiś sznur, rzeka albo pociąg…!!! Jak łatwo można od błahostki przejść do targnięcia się na własne życie?!

Osoba, która popełniła świętokradzką spowiedź, powinna przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania ponownie jak najszybciej i wyspowiadać się zarówno z faktu zatajenia grzechu, jak i z samego zatajonego grzechu, oraz ze wszystkich innych grzechów (pojedynczych, lekkich, nagminnych i ciężkich), które popełniła od poprzedniej ważnej spowiedzi. Bo w przypadku spowiedzi świętokradzkiej żadne(!) grzechy nie zostają odpuszczone!

Jeśli więc sytuacja trwała miesiącami bądź latami, z pełną naszą świadomością, to należałoby przystąpić do tzw. spowiedzi generalnej obejmującej cały ten okres. Trzeba znaleźć kapłana, który zgodzi się na taką spowiedź i podpowie jak się do niej przygotować. Rachunek sumienia w tym przypadku powinien być bardzo solidny i dokładny. Bo mamy przypomnieć sobie wszystkie(!) przewinienia, nawet te najmniejsze, szukając w pamięci również okoliczności i ilości, co do grzechów ciężkich. Po co taka skrupulatność? Bo trzeba sobie uświadomić, że żaden z grzechów popełnionych w tym okresie nie został odpuszczony(!) Wszystkie nasze spowiedzi przypadające na ten okres były nieważne(!).

Natomiast w sytuacji, gdy nie wyjawiliśmy grzechu ciężkiego, bo o nim zwyczajnie zapomnieliśmy przez roztargnienie, pośpiech, spowiedź świętokradzka nie ma miejsca. Należy wtedy przy następnej spowiedzi powiedzieć o tym fakcie w pierwszej kolejności.

O co chodzi z tym brakiem dyspozycji? Chodzi o nasze przygotowanie się do sakramentu i o naszą postawę przed Bogiem, o dbałość i należyte pamiętanie o wszystkich warunkach spowiedzi! Bo o nieważnej spowiedzi mówi się również w przypadku, kiedy penitent nie żałuje szczerze za grzechy i nie postanawia poprawy, bagatelizuje rachunek sumienia, robiąc go niedbale, naprędce, w drodze, między drzwiami wejściowymi kościoła a konfesjonałem. Wówczas – nawet jeśli kapłan wypowie formułę rozgrzeszenia – wierny nie otrzymuje odpuszczenia win(!). Bez właściwej dyspozycji (wewnętrznego przygotowania) niemożliwe jest bowiem przyjęcie sakramentu świętego, rozumianego jako widzialny znak i sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez samego Chrystusa.

Jeśli trudno jest Ci się zdecydować na wypełnienie wszystkich tych zasad i czujesz się słaby, masz trudności, masz wątpliwości, czujesz się zaskoczony tyloma warunkami do spełnienia, to warto poszukać dla siebie patrona dobrej spowiedzi, by w codziennej modlitwie prosić go o wstawiennictwo i pomoc w trudnościach. Może masz takiego ulubionego świętego? A może nie wiesz kogo wybrać? To powinien być ktoś szczególny, już za życia znany jako dobry pasterz, wyśmienity spowiednik, troskliwy kierownik duchowy jak choćby św. Jan Maria Vianney proboszcz z Ars, św. o. Pio, bł. ks. Michał Sopoćko, św. Leopold Mandić, czy sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo. Warto mieć swojego osobistego orędownika przed Bogiem i nauczyciela spowiedzi świętej, by powierzać mu codziennie w modlitwie swoje trudności ze spowiedzią i prosić o należyte kształtowanie sumienia.

Dla mnie właściwe odkrycie i zrozumienie wszystkich warunków dobrej spowiedzi i materii grzechów było swego czasu niezłym szokiem. Wydawało mi się, że wszystko już wiem, po szkolnych lekcjach religii i regularnym chodzeniu do kościoła, ze spowiedzią było trochę gorzej, coraz gorzej. Ciągle powtarzałam, że „wiem”!, kwitując czyjeś wypowiedzi. W rzeczywistości nie wiedziałam prawie nic, a większość słów, określeń, związanych z sakramentem spowiedzi była dla mnie symboliczna czy zupełnie pusta, albo wręcz mylnie rozumiana. Podjęłam pewnego dnia walkę i nadal ją prowadzę, pod okiem kolejnego, towarzyszącego mi od kilku lat stałego spowiednika. Bo warto mieć takiego zaufanego kapłana, który zna Twoją duszę na wylot. Wtedy, wychodząc od spowiedzi nie ma się poczucia, że byłem kolejnym anonimowym penitentem, którego nie zrozumiano, którego nie wysłuchano, który zajął kolejne 2 minuty. Nie ma się wrażenia, że wyszedłem i niczego nie rozumiem z nauki, którą kapłan każdemu anonimowemu penitentowi powtarza jak wyklepaną na blachę regułkę. Warto poszukać, popytać i zasięgnąć informacji, poobserwować, szczególnie stałe konfesjonały czy zakonników. Sprawdzić, czy potencjalny stały spowiednik mówi zrozumiałym dla mnie językiem, czy nie jest to tylko maska niedostępnego erudyty, który nigdy się nie myli. Warto zastanowić się kogo szukam i na jakim spowiedniku mi zależy. Może początki będą trudne, może okaże się, że będzie trzeba zacząć wymagać od siebie więcej, może trzeba będzie powalczyć i poszukać siebie w ukryciu, bardziej skupić się na własnych myślach, czynach czy doznaniach, albo poszperać w historii życia, czasem bolesnej, by znaleźć przyczyny pewnych swoich zachowań, naleciałości, konsekwencje zranień, by dotrzeć do miejsc w duszy najbardziej ciemnych i schorowanych, ukrytych przed światem i Bogiem, zrobić to razem z Jezusem Miłosiernym codziennie, by nauczyć się zauważać pokusy i podjąć walkę z nimi. Warto zawalczyć o siebie, póki jest jeszcze czas(!), by sakrament pokuty stał się sakramentem pojednania i radości, a nie kolejną kpiną i parodią w życiu duchowym, której konsekwencje będą śmiertelnie poważne i tragiczne.

Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co Ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

We wnętrzu miłosierdzia…

Po wakacyjnym cyklu o św. Ignacym z Loyoli i tym wcześniejszym, dotyczącym modlitwy serca postanowiłam wrócić jeszcze na chwilę do kilku istotnych spraw dotyczących poruszanych tematów.

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem!
Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Te słowa wypowiedziane kiedyś w mojej obecności przez pewnego kapłana, stały się kroplą drążącą skałę.

Przez ostatnie lata składałam swoje życie duchowe w ponowną całość. Jakże wielu rzeczy nie wiedziałam i jak wiele przeoczyłam wcześniej. W poszukiwaniu samej siebie pomogły Rekolekcje ignacjanskie, praca nad sobą, nad przywracaniem własnej godności, szacunku do samej siebie, odnajdywanie fragmentów drogi życia, które kiedyś źle rozpoznałam i pomyliłam przyjaciół z nieprzyjaciółmi, a nie miałam dość odwagi i siły, by naprawić sama swój błąd. Teraz z pomocą stałego towarzyszącego spowiednika, krok po kroku, uczę się właściwej oceny rzeczy i przyjaźni. Bo to, że czujemy się skrzywdzeni przez kogoś w życiu, to tylko zewnętrzny obraz nas samych widziany w lustrze codziennie, ilekroć patrzymy na siebie, widzimy smutną twarz jak maskę, oczy zagubione gdzieś w oddali, ukryte przed wzrokiem tłumu, zaciśnięte milczące usta, bruzdy na czole tak napięte i wyżłobione, aż bolą od stresu, usta gotowe do skoku, do ataku i kąsania, tak na wszelki wypadek, zawczasu. Bo cierpiąc nieświadomie, często czujemy się źle oceniani, słyszymy przykre słowa, zauważamy wywołujące strach gesty czy kojarzymy natychmiast paraliżujące nas sytuacje, wchodzimy w schemat odruchów, jak psy Pawłowa.

Największe spustoszenie jednak dzieje się zawsze w środku nas, w sercu, w duszy, w umyśle. Te zmiany pozostają w nas latami, czasem na całe życie, zakorzenione, wrośnięte w pamięć, wryte w serce i dające natychmiastowe schematyczne reakcje. Motywują nas one do charakterystycznego działania, ilekroć spotkamy się w życiu z analogiczną sytuacją. Same Rekolekcje nie wystarczą by tę niszczącą, obronną postawę przerwać. Rekolekcje trwają tylko 5-8 dni. Mogą być jedynie dla nas sygnałem do pracy nad sobą cierpiącym. Tu potrzebny jest ktoś, kto przez cały czas będzie czuwać, będzie blisko, kto w trudnym momencie pomoże, nauczy nas stopniowo wychodzenia ze schematu, wskaże właściwą drogę, pomoże rozróżnić nasze pomyłki od prawdy, pozna i scharakteryzuje nasze przyzwyczajenia, doda otuchy, podtrzyma, będzie wyrazistym lustrem z kryształu, w którym będziemy mogli się przejrzeć, ilekroć najdą nas wątpliwości. A będą nachodzić nas nieustannie. Ktoś, kto stanie się zaufanym przyjacielem, wskaże drogę do Bożej miłości i Miłosierdzia, zaopatrzy krwawiące rany, zasugeruje odpowiednie leki na nasze dolegliwości. Potrzeba stałego spowiednika i kierownika duchowego. Kapłana rozsądnego, pełnego Ducha, odważnego, rozważnego, mądrego, wybranego z polecenia, wśród osób godnych i zaufanych, po głębokim zastanowieniu i po solidnej modlitwie.

Jeśli ktoś doświadczył już stałego spowiednictwa i kierownictwa, tym bardziej szanuje i docenia ten dar od Boga. Jeżeli nigdy nie korzystał do tej pory z pomocy stałego spowiednika, nie będzie umiał należycie ocenić tej formy pomocy. Można taką osobę kapłana przyrównać trochę do specjalisty lekarza, u którego leczymy konkretną ciężką chorobę od lat, mamy zaufanie, dostrzegamy poprawę, rozumiemy, znamy, nie mamy przed nim tajemnic. Tu jest podobnie. Wtedy taka współpraca z łaską owocuje. To nie ma być ktoś, kto będzie chciał z nas uczynić swój obraz, odcisnąć w nas swój styl, ideologię – siłą. Chodzi raczej o towarzyszenie i delikatne, ale i stanowcze upominanie, prowadzenie czy pokazywanie nam tego, czego nie widzimy, nie dostrzegamy, nie realizujemy. Przede wszystkim towarzyszy nam w sakramencie spowiedzi. Ponieważ wszystkie najważniejsze zmiany w życiu, rozpoczynają się od spowiedzi. Od odkrycia kilku istotnych rzeczy, o których niby wiemy, a tak naprawdę okazuje się, że nie mamy zielonego pojęcia. Chcę się z Wami podzielić kilkoma uwagami, które dla mnie okazały się bardzo istotne i odkrywcze, a dotyczyły m.in. szczególnej formy sakramentu pojednania – spowiedzi generalnej.

Może dla kogoś też okażą się pomocne…

Tajemnicza moc modlitwy

Św. Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Takich będziecie mieli kapłanów, jakich sobie wymodlicie”. Można te słowa również analogicznie, przełożyć na wszystkie osoby konsekrowane. Jak często modlimy się za kapłanów, siostry, braci zakonnych i inne osoby konsekrowane w Kościele?

Jak często zamawiamy za nich Mszę świętą? Za tych zmarłych, chorych czy pogubionych przychodzi nam to zdecydowanie łatwiej. Czasem opierając się o własne emocje i sympatie, czynimy to przy okazji jubileuszu czy imienin… i na tym koniec. Ale sami chcielibyśmy aby nasze zdrowie, życie, potrzeby i nasze troski były omadlane codziennie. Traktujemy czasem tę powinność trochę jak cudowne zaklęcie, dobrą wróżkę, magiczną formułkę, po której bezwzględnie nasze prośby i życzenia powinny się spełnić. A jeśli tak nie jest, to często zawiedzeni odwracamy się plecami, odchodzimy z Kościoła, na jakiś czas, na stałe, zrzucając winę na Pana Boga i/lub księdza. Patrzymy na kapłana, siostrę czy brata zakonnego trochę jak na pół-boga-pół-człowieka i żądamy Świętości, narzucając ją już za życia, już przy wejściu do budynku seminarium, czy domu zakonnego,w czasie gdy jednocześnie wybryki naszych dzieci — ich rówieśników, traktowane są z przymrużeniem oka i tłumaczone okresem buntu czy młodzieńczą chęcią smakowania życia. Zapominamy, że kleryk, postulant(ka), nowicjusz(ka) czy kapłan to też, tylko człowiek. Bo „swoje brudy pierzemy przecież we własnym domu.” Nas to nie dotyczy. My mamy prawo do błędu, do tolerancji, do słabości, do mijania się z prawdą, do wybielania… Nauczyliśmy się widzieć w tym młodym człowieku, który w rzeczywistości dopiero uczy się rozeznawać, jest kandydatem(-tką) czyli osobą, która może potencjalnie zająć określone stanowisko, już uformowanego, silnego kapłana, brata czy siostrę zakonną, nieskazitelnego człowieka, pół-boga, herosa. Często jesteśmy jeszcze niejako utwierdzani w swoim przekonaniu, w oparciu o wygłaszane z wielką pompą informacje z ambony, dzień po złożeniu dokumentów, że mamy w parafii powołaną osobę do kapłaństwa czy życia zakonnego. Nie zastanawiamy się, że to dopiero początek drogi. Jesteśmy nastawieni na sukces, na idealizm, na schemat, na życie w pędzie. A co, jeśli po kilku miesiącach okazuje się, że to było tylko chwilowe zachłyśnięcie się jakąś formą religijności, że to jednak nie powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego? Jeśli ten młody człowiek znajdzie w sobie, w swoim otoczeniu i środowisku z którego wyszedł, dość siły i oparcia, będzie mógł żyć normalnie i realizować inne swoje powołanie i marzenia. Ale jeśli nie, jeśli ten pęd do sukcesu i żądza środowiska, przygniecie go do ziemi… Ile można znieść plotek, pomówień, niedorzeczności, domysłów, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei środowiska? Sytuacja ma się podobnie w późniejszym życiu codziennym kapłana, siostry czy brata zakonnego. Nauczyliśmy się działać na pokaz, oczekując koniecznie konkretnych form wdzięczności, publicznych hołdów, żądając wszystkiego szybko i natychmiast, z góry zamierzonym skutkiem. To znak naszych przesyconych chciwością czasów. Modlitwa zaś, ma to do siebie, że jest zupełnym przeciwieństwem takiej postawy. Największą wartość ma ta szeptana systematycznie, latami, często anonimowo, w ciszy i prostocie serca, przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnych narzucanych sobie i Bogu planów, celów i zamierzeń. Trzeba ciągle uczyć się być bezinteresownym przed Bogiem w modlitwie. Biorąc do serca te papieskie słowa i ogromne zapotrzebowanie, wiele osób przez lata zaangażowało się w modlitwę w intencji kleryków, kapłanów, braci i sióstr zakonnych. Ta modlitwa przyjmuje różne formy: indywidualne i zbiorowe, bardziej lub mniej znane szerszemu ogółowi wiernych. Są to różne dzieła powstające na terenie poszczególnych parafii, diecezji, w kraju i za granicą. Duża część z nich wywodzi się bezpośrednio z Kościoła, ale są też takie, które zostały zainicjowane przez osoby świeckie. Najbardziej znaną formą takiej modlitwy za kapłanów jest Apostolat Margaretki. Jest to ruch modlitewny w Kościele katolickim, którego istotą jest wieczysta modlitwa za jednego kapłana. Ruch powstał w Kanadzie w 1981 roku, a dziś obecny jest w wielu krajach, na całym świecie. W Polsce pierwsze grupy Margaretek powstały w roku 1998. Do intensywnego rozwoju ruchu przyczynił się ogłoszony w 2009 roku przez papieża Benedykta XVI, rok kapłański. Margaretkę tworzy siedem osób znanych z imienia i nazwiska, które modlą się za jednego kapłana, każda w innym, wyznaczonym dniu tygodnia. Nieco później powstałymi dziełami w Polsce są Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów, Dzieło Duchowej Adopcji Braci Zakonnych, Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych i Dzieło Duchowej Adopcji Kleryków. Choć zostały w większości założone przez osoby świeckie, są objęte patronatem Kościoła. Obecnie obejmują swoim zasięgiem modlitewnym tysiące adoptowanych osób konsekrowanych. W tych dziełach zasady adopcji i modlitwy są nieco inne. Uogólniając: każdy chętny może adoptować konkretnego kleryka, kapłana, siostrę lub brata na pewien dowolny okres, np. okres formacji seminaryjnej, postulatu, diakonatu lub na stałe, czyli do swojej(!) śmierci, w przypadku prezbiterów czy braci i sióstr po złożonych wieczystych ślubach zakonnych. Podobnie jak w apostolacie Margaretek, może to uczynić albo informując wybraną osobę o adopcji osobiście, lub poprzez moderatorów poszczególnych stron, ujawniając swoje personalia, albo czyniąc to w sposób zupełnie anonimowy i ta forma adopcji zdecydowanie przeważa. Adoptowana osoba zostaje poinformowana o podjętej adopcji: e-mailem i otrzymuje niekiedy tzw. Pamiątkową Kartę Adopcji, w przypadku adopcji stałej kapłana lub siostry zakonnej. Adoptujący sam wybiera formę i rodzaj modlitwy, którą otacza wybraną osobę każdego dnia podjętej adopcji. Coraz więcej ludzi włącza się w tę modlitewną opiekę w różnej formie i to jest najważniejsze. Najważniejsza w tym wszystkim jest modlitwa, za konkretną osobę konsekrowaną. Te lubiane, znane i te, którym się wiele zawdzięcza, omadla się łatwo i przyjemnie. Ale są również i te mówiąc delikatnie — nielubiane, wskazywane mocno i wyraźnie przez Boga, wołające w milczeniu lub w ciemności nocy o pomoc, o modlitwę, zupełnie obce, w pewien sposób anonimowe — objęte klauzurą, chore, nadużywające alkoholu, zmarłe w różnych okolicznościach, samobójcy, suspendowani, osoby przejęte wraz z adopcją, bo ktoś inny nie miał siły, bo rozmyślił się po kilku tygodniach i zostawił… Niektóre z tych zobowiązań pozostaną z założenia zawsze anonimowe. Nie chodzi przecież o wchodzenie w czyjeś życie konsekrowane z butami, o narzucanie swoich racji i o przymus imiennej wdzięczności… Chodzi w tym tylko o wsparcie, o opiekę modlitewną, o zaufanie, o pewność ze strony kapłana, siostry, brata, kleryka, że gdzieś jest ktoś, kto czuwa w modlitwie przed Bogiem. Chodzi o nasze kształtowanie postawy i umiejętności dzielenia się. O wskazanie komuś innemu drogi, do nauki systematycznej modlitwy wstawienniczej, do poświęcenia części swojego życia i czasu na wsparcie innych! Czy umiemy się dzielić z innymi swoim czasem? Ile jest w nas bezinteresownej miłości i troski o drugiego człowieka? Ile możemy dać z siebie? Najłatwiej oddaje się to co zbywa! Może wakacje staną się takim błogosławionym czasem nauki podejmowania decyzji i ofiarowania swojego wolnego czasu i zaangażowania? Zwłaszcza teraz, gdy wielu młodych ludzi po maturze podejmuje swoje najważniejsze w życiu decyzje. Zwłaszcza teraz, gdy stają przed trudnymi wyborami. Możliwe, że ta jedna „Zdrowaśka” dziennie wypowiedziana przez Ciebie, choćby przez krótki czas, uratuje lub ugruntuje czyjeś powołanie? To jest Twoja decyzja, Twoje zaangażowanie w naśladowanie miłości Chrystusa i moc Twojej modlitwy przed Bogiem w Twojej „izdebce serca”…

Dwa serca, jeden rytm #2

Sokółka: rocznica przeniesienia Cząstki Ciała Pańskiego do kaplicy MB  Różańcowej
Komunikant przemieniony w cząstkę Ciała Pańskiego w Sokółce

Wiesz już drogi czytelniku, że Eleusa jest Maryją pasyjną. To jest to wyjątkowe znaczenie słowa „czuła”. Mająca realny współudział w Pasji – Męce i Śmierci Jezusa. Jej głębia wzroku, wyraz oczu i przytulenie policzka nabierają tu nowego znaczenia. To nie tylko wtulenie się Jezusa i kurczowe trzymanie Matki za szyję, jakby szukanie schronienia w ramionach najczulszej z Matek, przed nadchodzącym strachem i cierpieniem, ale i przytulenie serca do serca, serc które za chwilę będą współodczuwały mękę i śmierć. Maryja jako pierwsza zrozumiała też Zmartwychwstanie. Nie było jej przecież wśród kobiet idących do grobu w niedzielę rano, by namaścić ciało Syna. Nie było jej w Wieczerniku, razem z przerażonymi uczniami, niepewnymi jutra, zawiedzionymi w swoich nadziejach na stanowisko w Królestwie Bożym. Ona nie czekała na niewiadome. Ona wiedziała! Spotkała Zmartwychwstałego Jezusa najwcześniej, jako ta pierwsza, wybrana. W tej miłosnej jedności dwóch serc, od początku można zauważyć, że Maryja i Jezus pokornie zgadzają się na wszystko, przyjmują plan Boga, ufają Mu bezgranicznie. Najświętsze Serce Jezusa i Niepokalane Serce Maryi są zjednoczone w tej ufności aż po Pasję i Zmartwychwstanie. Męka rozpoczyna się ustanowieniem Najświętszego Sakramentu, którego pamiątkę Kościół obchodzi w Wielki Czwartek. Bo Wielki Czwartek to przede wszystkim celebracja Ciała i Krwi Chrystusa, i aby mogło się to dokonać Jezus sam ustanawia sakrament Kapłaństwa i Eucharystię, stając się Kapłanem i Ołtarzem, rozdając Siebie jako sługa, który umywa nogi innym. Potem wchodzi już w Mękę i nie ma tu miejsca na uroczystą adorację Ciała i Krwi.

Dlatego od XIII wieku Kościół obchodzi osobną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (zwaną potocznie Bożym Ciałem). Uroczystość ta ma na celu podziękowanie za ten niezwykły dar Chrystusowi. Kościół od początku wierzył w realną obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i dlatego Eucharystię uczynił centrum. Na czym ta obecność polega? Opłatek, który jest wypieczonym chlebem pszennym, po wypowiedzeniu przez kapłana słów Przeistoczenia, mocą Ducha Świętego, staje się Ciałem Pana Jezusa, a wino – Jego Krwią. O co więc tak naprawdę chodzi w Przeistoczeniu? Jako wyjaśnienie przytoczę tu słowa o. Jana P. Strumiłowskiego OCist, który na łamach PCh24 pisał:

„W języku metafizyki substancja oznacza istotę rzeczy, samo jej sedno, to czym sam byt jest. W takim znaczeniu substancja jest czymś różnym od przypadłości (czyli od tego, jakie coś jest)”, zaś „podczas konsekracji przypadłości nie zmieniają się, natomiast zmienia się sama substancja”. „Jeśli konsekracja powoduje przemianę samej istoty, a nie przypadłości, to znaczy, że nawet właściwości chleba nie zostają przez konsekrację zmienione. Stąd też gluten w konsekrowanej hostii nadal szkodzi osobom uczulonym na gluten” – dodaje.

Sekwencja na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

Taką doniosłą i odpowiedzialną władzę powierzył kapłanom sam Chrystus, kiedy powiedział przy Ostatniej Wieczerzy: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). Tymi słowami polecił Apostołom i ich następcom przeistaczanie (przemienianie) chleba w Ciało Pańskie, a wina w Krew Pańską. Spełniła się w ten sposób obietnica: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). W Najświętszym Sakramencie jest obecne Ciało i Krew Pana Jezusa, Jego Osoba, jest On cały. Nie ma bowiem ciała Pana Jezusa osobno poza Jego Osobą.

Według nauki Kościoła Pan Jezus jest obecny w Eucharystii pod każdą widzialną cząstką konsekrowanej Hostii. Dlatego z taką troskliwością kapłan uważa, aby najmniejsze okruchy zebrać do kielicha, obmyć wodą i spożyć. Ta czynność nazywana jest puryfikacją.

Pan Jezus jest cały i żywy tak pod postacią chleba, jak i pod postacią wina. Gdzie jest bowiem prawdziwe Ciało Chrystusa, tam jest i Jego Krew, i cała Jego osoba. Podobnie, gdzie jest Krew Pana Jezusa, tam jest i Jego Ciało.


Ciąg dalszy nastąpi…

O Kapłaństwie Chrystusa…

Po maju pięknie wpisującym się w polski krajobraz wiosenną zielonością i rozkwitem przyrody, w Nabożeństwo Majowe odprawiane wciąż jeszcze w wielu miejscach, przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, będących fenomenem polskiej tradycji i kultury a przede wszystkim religijności, przyszedł czas na świętowanie czerwca a potem również lipca. Po miesiącu Maryi nastały miesiące szczególnie poświęcone w Kościele Panu Jezusowi. Czerwiec jest miesiącem szczególnego kultu Serca Pana Jezusa a lipiec Jego Przenajświętszej Krwi. Te dwa miesiące są jakby uzupełnieniem tego, co już za nami w kalendarzu liturgicznym a co stanowi sedno wiary – Zmartwychwstanie. W Wielki Czwartek wieczorem wspominamy Wieczernik i Jezusa, który ustanowił Sakrament Eucharystii. Chwilę później wchodzimy w świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku rozpoczyna Triduum Paschalne. Nie ma więc wiele czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało) by ten Sakrament szczególnie uczcić. W Wielki Piątek Jezus umiera na krzyżu. Jeden z żołnierzy przebija Jego bok, by przekonać się o fizycznej śmierci. Nie ma w Liturgii Wielkopiątkowej miejsca i czasu na uczczenie miłości Boga, objawionej w Ofierze Jednorodzonego Syna i w przebitym Sercu Jezusa. Dlatego oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa, już po zakończeniu uroczystości Paschalnych. Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w Liturgii Kościoła Katolickiego przypada w pierwszy piątek po Oktawie Bożego Ciała, a zatem w piątek po drugiej niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego. Dzień później wracamy jeszcze na chwilę do kultu Maryi i obchodzimy Uroczystość Niepokalanego Serca Maryi. 31 października 1942 papież Pius XII poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi, a dwa lata później 4 maja 1944 wprowadził Święto Niepokalanego Serca Maryi w całym Kościele. Do reformy II Soboru Watykańskiego obchodzono je 22 sierpnia, na zakończenie Oktawy Wniebowzięcia a obecnie jest to sobota po Uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego. Jezus w Wieczerniku w czwartek ustanawia jeszcze jeden Sakrament – Kapłaństwa. Sam objawia się jako Najwyższy Kapłan, poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje. Bo w przeciwieństwie do wszystkich ludzi, On przyszedł na ziemię, nie po to aby żyć ale aby umrzeć. Ta Jego śmierć dla nas była celem, sensem i odkupieniem. To On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę: jedyną, skuteczną – za wszystkie grzechy świata, za całe stworzenie.

Święto liturgiczne Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Kościele Katolickim zostało wyznaczone przez Stolicę Apostolską w 2012 r na czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Pierwsze obchody odbyły się w 2013 roku, również w Polsce. Ma ono za zadanie przyczynić się do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie. W niektórych wspólnotach zakonnych i krajach święto to obchodzono od dawna. Rozszerzone zostało na cały Kościół Katolicki przez Benedykta XVI, pod koniec jego pontyfikatu. Obchody mają podkreślać potrzebę świętości życia duchowieństwa oraz pobudzać działania zmierzające do zwiększenia liczby powołań do kapłaństwa. Papież Benedykt XVI zaproponował, by  wprowadzić je do kalendarza liturgicznego i tym samym stało się ono odpowiedzią Ojca Świętego na postulaty zgłaszane przez różne episkopaty, ale przede wszystkim środowiska zakonne dla upamiętnienia Roku Kapłańskiego, który był obchodzony od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Do tej pory w Mszale Rzymskim pozostała tylko Msza wotywna, którą kapłani często sprawują z okazji pierwszego czwartku miesiąca, by w ten szczególny sposób zanosić modlitwy o prawdziwe rozeznanie powołania i piękne, czyste kapłaństwo, również przy pomocy wiernych przed Bogiem. Benedykt XVI wyznaczył dzień Święta na czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed Uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem.  Święto jest fakultatywne, dowolne i to episkopaty same decydują, czy jest w danym kraju obchodzone.

Dziś kiedy tak wiele mówi się gorzkich słów o kapłaństwie i kapłanach, gdy wielu młodych ludzi myli kapłańskie powołanie z zawodem i źródłem utrzymania, gdy kolejny raz gazety napiszą o kapłanach przedkładających własną wygodę i komfort nad służbę, nim znów na szklanym ekranie będzie można posłuchać o zbeszczeszczeniu sutanny, chcę przypomnieć słowa o prawdziwym kapłaństwie…

 „Jezus Tobą zawładnął i wniosłeś Jego odblask w ten świat pełen ciemności… Jesteś cały Jego, a On żyje w Tobie. Nie ma innego ciała, aby stać się widzialnym, jak Twoje; nie ma innej pielgrzymującej duszy, poprzez którą mógłby podejmować na nowo swą drogę miłości, jak Twoja; nie posiada innych ust, by przemawiać do ludzi, jak Twoje; nie ma innych rąk, by błogosławić i rozgrzeszać, jak Twoje. Tym wszystkim pokazujesz jak żyć w Nim i poprzez Niego; jak pokochać Go i oddać Mu całkowicie samego siebie do tego stopnia, aby niczego obcego względem siebie w Tobie nie znalazł.”

o. Dolindo Ruotolo

Takich będziemy mieli kapłanów jaka będzie nasza modlitwa za nich. Może warto więc zacząć już dziś, właśnie dziś w pierwszy czwartek miesiąca… Zacząć modlić się o Święte Kapłaństwo innych. Może warto poświęcić choćby chwilę na to, do czego tęsknimy i biorąc sprawy w swoje ręce rozpocząć modlitwę choćby na jakiś czas, może właśnie za tego znajomego kapłana, który staje nam przysłowiową ością w gardle. Wyrzucamy mu być może wiele a czy sami równie wiele czynimy by coś się zmieniło na lepsze? Może warto zacząć dziś, gdy niejeden kapłan znów będzie adorował Jezusa w Godzinie Świętej, leżąc krzyżem przed Najświętszym Sakramentem ze swoją niemocą, słabością i bezradnością. Podczas gdy my zadowoleni z siebie, śpimy już dawno w ciepłym łóżku. Może warto potowarzyszyć duchowo z naszą modlitwą wstawienniczą, wspominając to, jak sam Chrystus Mesjasz Pan modlił się do Boga Ojca w Ogrodzie Getsemani, właśnie w ostatnią godzinę czwartku, w nocy. Jezus udając się na modlitwę w Ogrodzie Oliwnym, prosił uczniów o czuwanie razem z Nim. Gdy wrócił zastał ich śpiących. «Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26, 40).

Kategorie:Kapłaństwo

Wielki Czwartek

Eucharystia

Pierwszy dzień Triduum Paschalnego. Dzień ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa. Eucharystia jest pamiątką tajemnicy odkupienia, jest naszym dziękczynieniem Bogu za zbawienie. Spróbujmy więc razem prześledzić najważniejsze jej momenty. 

Msza Święta jest zaproszeniem dla człowieka od kochającego Boga. Przychodzisz na tak ważne spotkanie, nie wypada więc się spóźniać. Początkiem spotkania jest pocałunek, jaki Kapłan składa na ołtarzu. Miłość, do której zaprasza Pan, jest wzajemnością. Jezus przychodzi do Ciebie z wzajemnością, a czy Ty odwzajemniasz prawdziwie pocałunek?

Znak krzyża czynisz wypowiadając imiona Boga. Odchodzi w niepamięć twoja anonimowość. Stajesz w obliczu Ojca poznanego poprzez Syna i dotykasz Jego miłości poprzez Ducha Świętego, który w tobie mieszka. Czy masz tego świadomość? Słyszysz: „Pan z Wami” i już wiesz, że On tu jest! pośród całej wspólnoty. Akt pokuty. Czy prosisz z głębi serca? Czy pamiętasz czym Go obraziłeś ostatnio? Czy jesteś godny uczestnictwa? Bij się w piersi… Kołacz w drzwi swojej duszy, by usłyszał jak bardzo Go potrzebujesz.

Uwielbij Boga głośno wypowiedzianymi słowami „Chwała na wysokości Bogu, …”. Mów je ze zrozumieniem, bo dotykasz tajemnicy Boga. Otwórz oczy duszy na to co słyszysz. Za każdym razem gdy Kapłan wypowiada „Módlmy się, …” zaprasza ciebie, byś włączył się w modlitwę uwielbienia. 

Liturgia Słowa. Czy starasz się kroczyć przez cały dzień w świetle Słowa, które słyszysz? Czy je rozważasz, odnosisz do swojego życia? Bóg daje ci wskazówki. Czy zbyt łatwo nie zapominasz o nich, czy nie ignorujesz? 

Homilia. Kapłan głosi Chrystusa, nie samego siebie. Może to nie on musi się postarać, bo być może zrobił wszystko co mógł, może na więcej nie ma siły, pomysłu, rozumu. Czy wiesz, że Słowo Boże nie powraca nie wydawszy owoców? Więc czy zawsze szukasz tych najbardziej dojrzałych i rozkosznych w smaku? Wyznanie wiary. Prowadzi do zbawienia, wypowiedziane z serca i ze zrozumieniem. Mówisz, że jesteś chrześcijaninem, udowadniasz to mówiąc Credo. Bo „Wierzę w jednego Boga…” zobowiązuje w szczególności. Modlitwa wiernych. Czy masz świadomość, że Modlitwa wiernych jest modlitwą wstawienniczą do Boga? Prosisz swojego Ojca, bo jesteś Jego dzieckiem. Masz tę świadomość? 

Ofiarowanie. Czy wiesz, że w tym samym momencie twój Anioł stróż zanosi na Ołtarz Pański również twoją ofiarę i modlitwę? Co niesie? Co dajesz z serca(?) by podobało się Bogu. Misterium wody i wina. W momencie składania darów Bogu, ma miejsce niepozorny gest, pełen głębokiego znaczenia. Mała kropla wody zostaje zmieszana z winem. Czy wiesz, że ten gest podkreślony przez Kapłana w wypowiadanych jednocześnie słowach mówi o naszym powołaniu do udziału w Bóstwie Chrystusa? „Przez to misterium wody i wina daj nam, Boże, udział w Bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo”. Wino jest w liturgii symbolem wszystkiego co bolesne i kosztowne. Łączy w symbolice ołtarz ofiarny z ludzkim wyrzeczeniem i ofiarą. Krew Chrystusa łączy z sobą, oczyszcza i przemienia wszystko czyniąc z tego kielich zbawienia. Czy jesteś świadomy tego wszystkiego, bo to moment zjednoczenia ciebie z Chrystusem. „Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich…” Czy uzależniasz swoją obecność na Mszy Świętej tylko i wyłącznie od kapłana, który ci odpowiada, którego lubisz? Czy modlisz się o świętość kapłanów? A może łatwiej przychodzi ci osądzać i  wytykać braki? Modlitwa Eucharystyczna. „Pan z wami….” Czy umiesz dziękować? Na ile kochasz to co dostajesz i czy nie bardziej niż tego, kto podarował? Okazją do dziękczynienia jest każda chwila spędzona przy ołtarzu, ale szczególnie Modlitwa Eucharystyczna. „Święty, Święty, Święty…” Bóg jest miłością. Jest Święty. Co to dla ciebie znaczy? Przeistoczenie inaczej konsekracja. Czy wiesz, że w chwili konsekracji stajesz u stóp Kalwarii, w momencie ukrzyżowania Jezusa? To największy cud, kiedy chleb i wino zostają przemienione w Ciało i Krew. Nie tracą swoich zewnętrznych właściwości lecz żyją już innym życiem, życiem Chrystusa Zmartwychwstałego, który w nich udziela Siebie samego. „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie…” Czy wypowiadane „Amen” jest dla ciebie najważniejszą odpowiedzią w całej Mszy Świętej? Wzniesienie przez kapłana Ciała i Krwi Pańskiej to końcowy moment składania Bogu ofiary. Wypowiadając „Amen” potwierdzasz ofiarę uznając ją za swoją. Modlitwa Pańska, „Ojcze Nasz…” Czy nie stawiasz warunków Bożemu przebaczeniu? Czy jesteś świadomy, że odmierzą ci taką miarą, jaką sam mierzyłeś? Czy odpuszczasz tylko wybranym? Czy chcesz być w gronie wybranych? Bo dla Jezusa wszyscy są równi i wybrani. „Wybaw nas Panie, od zła wszelkiego…” Boża miłość jest w zasięgu twojej ręki, ale aby jej doświadczyć, trzeba tę rękę po nią wyciągnąć i zacząć współpracę z Bogiem. Znak pokoju. To kolejny moment, w którym twoje serce jest zaproszone do przygotowania się na przyjście Pana w Komunii Świętej, to szczególna chwila w której możesz porzucić osąd, ocenę, uprzedzenia, krytykę i spojrzeć z miłością. Misterium życia i śmierci. Kapłan wrzuca kawałek Ciała do kielicha z Krwią, tym samym łączy Ciało i Krew Chrystusa. Jest to symboliczny moment Zmartwychwstania i przejścia Chrystusa do życia. „Oto Baranek Boży…” Jezus jako baranek, który jest symbolem miękkości, delikatności, ciepła, piękna, dał się poprowadzić na zabicie za twoje grzechy. Jego śnieżno-białe runo zabarwiła krew i w taki właśnie sposób zgładził twoje grzechy. A jaki obraz Pana ty nosisz w sercu? 

„Nie jestem godzien…”, każdy został zaproszony na ucztę. Nie zasłaniaj się brakiem czasu, niegodnością, swoimi problemami… Nikt z nas nie jest godzien, ale otrzymałeś wielką łaskę wejścia w relację z Bogiem. Potrzeba skruchy i zaufania, tylko tyle i aż tyle. Komunia. Na ziemi nie da się być bliżej Boga. Oddaje ci Siebie w akcie miłości. Możesz tę miłość przyjąć lub odrzucić, masz wolną wolę. Co wybierzesz? Przed przyjęciem Komunii Świętej na słowa „Ciało Chrystusa” odpowiadasz „Amen”. Robisz to automatycznie może bezmyślnie, rutynowo… Czy wiesz, że Amen to znaczy zaufać, uwierzyć, uznać; niech się tak stanie! Błogosławieństwo. W jaki sposób czynisz znak krzyża? Czy pomyślałeś kiedyś, że to błogosławieństwo może być ostatnie w twoim życiu? Robisz to machinalnie czy z namaszczeniem? Owocem dobrze przeżytej Eucharystii jest pragnienie świadczenia. Jesteś zaproszony do tego w czasie rozesłania. Czy zawsze odpowiadasz na to wezwanie Pana? Czy jesteś świadkiem Jego miłości? Czy Eucharystia jest centrum Twojego życia? Ile razy po wyjściu za próg świątyni masz wiele do powiedzenia na temat wystroju wnętrza, bo kwiaty nieświeże, osób przed tobą, bo ktoś nie nadąża za modą, kapłana bo znów gadał o składce na remont, homilii bo kolejny raz to samo i jakoś niezrozumiale, organisty bo fałszował… A ty kolejny raz odwracasz się tyłem do Pana i przesypiasz kolejne kazanie… Kapłan to też człowiek. Taki sam jak ty. Powołany jak ty, tylko do czegoś innego. Nie jest herosem, bogiem, cudotwórcą. A za takiego go uważasz? Więc dlaczego doszukujesz się jednocześnie w nim wad, ułomności i niekompetencji? Jak często zamawiasz za Niego Mszę Świętą? Jak często modlisz się za Niego? Za zmarłego, chorego … i owszem. Czasem z okazji imienin czy jubileuszu, święta, jeszcze tak, bo wypada. A w pozostałych przypadkach, w zwykły dzień, bez powodu? Pomyśl więc dziś, w tym szczególnym dniu o zwykłym Kapłanie, którego Pan postawił na twojej drodze. O Kapłanie, który udzielił ci sakramentów, uczył Religii, jest blisko, w parafii, diecezji, sąsiadującym domu zakonnym, może jest twoim spowiednikiem, może mijacie się w drodze bez słowa… Pomódl się za Niego właśnie dziś słowami…

Jezus Tobą zawładnął i wniosłeś Jego odblask w ten świat pełen ciemności… Jesteś cały Jego, a On żyje w Tobie. Nie ma innego ciała, aby stać się widzialnym, jak Twoje; nie ma innej pielgrzymującej duszy, poprzez którą mógłby podejmować na nowo swą drogę miłości, jak Twoja; nie posiada innych ust, by przemawiać do ludzi, jak Twoje; nie ma innych rąk, by błogosławić i rozgrzeszać, jak Twoje. Tym wszystkim pokazujesz jak żyć w Nim i poprzez Niego; jak pokochać Go i oddać Mu całkowicie samego siebie do tego stopnia, aby niczego obcego względem siebie w Tobie nie znalazł.

– o. Dolindo Ruotolo

 


Szczególne podziękowania dla Anety.
Teksty częściowo zaczerpnięto z: ks. K. Dąbrowski, M. Malinowska, M. Szyłak, Eucharystia – Spotkanie Miłości, Białystok 2018