Archiwum

Archive for the ‘kryzys wiary’ Category

Bilans zysków i strat

Krzyż na Giewoncie.

Kończy się maj. Juto, rozpocznie czerwiec, miesiąc poświęcony Sercu Pana Jezusa.

Mija pół roku i może warto pokusić się o jakieś połowiczne podsumowanie…
Co przez te pół roku zdążyłam/-łem zrealizować ze swoich planów hucznie ogłaszanych w Sylwestra? Ile z nich odłożyłam/-łem do szuflady zapomnienia, już następnego dnia? Bo zapał wraz z fajerwerkami wypalił się po nocy sylwestrowej? Ile nawet nie drgnęło z miejsca?

A wystarczy tak niewiele – „chcieć”.

W życiu nie chodzi o życie marzeniami, a o ich spełnianie. Wtedy przynoszą zadowolenie i inicjują nasz rozwój. Maryja zechciała zostać Matką Boga i tak jak my, nie wiedziała zupełnie u początku drogi, ile będzie musiała przejść? Dziś wspominaliśmy początek tej drogi, pierwsze 150 km przez góry, które pokonała z radością i pośpiechem, idąc samotnie do krewnej Elżbiety. Ta droga zaprowadzi ją po 33 latach na inny szczyt, pomiędzy inne skały, by czuwać i oczekiwać Zmartwychwstania.

Warto więc wzorując się na Maryi chcieć, zdecydować się, zaufać Bogu, który zachęca. Pamiętać, że krzyż ma zawsze dwie strony: Śmierć i Zmartwychwstanie. My z reguły, uciekamy z pośpiechem, zauważając zaledwie tę pierwszą stronę. Krzyż kojarzy się nam jedynie z cierpieniem, bólem, śmiercią i tak go często odczytujemy zapominając, że dzięki Maryi i Jezusowi krzyż jest dla nas symbolem Zmartwychwstania, odkupienia i życia.

Z jaką łatwością przychodzi nam ufać obcym? Nagminnie dajemy się oszukiwać, okradać, manipulować sobą. Chętnie i bezmyślnie przystawiamy „łapki”, dajemy pozwolenia, stawiamy podpisy, nawet nie czytając tego, co wytłuszczono w druku. Wierzymy często na słowo ludziom, których zupełnie nie znamy. Dlaczego więc tak trudno przychodzi nam uwierzyć i zaufać Bogu, którego znamy i o którym wiemy, że nas nie skrzywdzi? Dlaczego boimy się dobra a chętnie przystajemy na zło w naszym życiu? Mylimy nagminnie te obie wartości, odczytując je zupełnie na opak… Dlaczego?

Żyjmy prawdziwie, realizujemy dobre, wartościowe marzenia, pokonując przeciwności z Jezusem i Maryją za rękę, idąc bez lęku po skalistych bezdrożach naszego życia. Do odważnych duchem i wiarą świat należy.

Kategorie:kryzys wiary, Maryja

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Trudne czasy…

To był trudny tydzień, chyba dla większości z nas. Zmagania z kolejnymi podwyżkami, zmagania z niepogodą, zmagania z sytuacją na wschodniej granicy i widmo wojny zaglądające nam do domu, po prawie 80 latach, od końca poprzedniej. W rozmowach zasłyszanych w moim zakładzie pracy przewijały się różne pomysły o tym, jak żyć? Jedni całkiem realistycznie opowiadali o zapasach żywności, jakie zamierzają zrobić na wojnę; inni mówili raczej o drożyźnie i swojej zapobiegliwości w kryzysie, by zyskać; jeszcze inni, wykazując się sprytem, byli już gotowi zmienić miejsce pobytu, uciec z paszportem gdzieś daleko, do lepszego świata, przed wojną.

A mnie przyszło na myśl, jak słabi jesteśmy w naszych zmaganiach z życiem? Jak bardzo jakakolwiek niekorzystna zmiana, niewygoda, potrafi wyzwalać w nas natychmiast zaskakujące i egoistyczne emocje i odruchy? Mówimy o wolności, a jednocześnie dajemy się bardzo szybko manipulować, słysząc o jakichkolwiek przeszkodach, nawet tych nierealnych. Bo czy ktoś z nas może zaopatrzyć się zapobiegawczo na czas całego kryzysu w żywność i benzynę? Czy może przewidzieć, że jego dom oprze się kolejnej wichurze? Czy może być pewny, że wielcy tego świata realistycznie będą podejmować decyzje, spełniając swoje nierealistyczne zachcianki? Kto jest w stanie przewidzieć wszystkie scenariusze?

Zaskakujące jest to, jak szybko schodzimy „do parteru” w takich sytuacjach, myśląc tylko o własnej skórze i ucieczce przed groźną rzeczywistością, przed zagrożeniem. Zachowujemy się instynktownie. Jak bardzo brakuje nam wiary i zaufania Bogu, ludzkich odruchów i miłości. Realnym światem stał się ten świat dyktowany a może raczej narzucany nam ze szklanego ekranu, z komputera. Ze zgrozą można zauważyć wśród większości z nas, to co jeszcze kilka lat temu było żartem wśród pokolenia rodziców wychowanych bez komputera: że dla naszych dzieci, to czego nie znajdą w internecie, nie istnieje! Czy ta znieczulica, o której jeszcze głośno mówiło się kilka pokoleń temu, ta niewiara w istnienie czegoś poza wirtualną rzeczywistością, zaczęła dotykać kolejno wszystkich?
Dziś przestają istnieć takie wartości jak: świętość, wiara, człowieczeństwo, honor, prawda, ojczyzna, rodzina, szacunek, życie, poświęcenie, solidna praca… Wierzymy tylko w to, co namacalne i posiadane, łatwo zdobyte. Z wolna tracimy w sobie wszystkie cechy ludzkie, wrzucając do tego samego worka: cwaniactwo, wygodę, przemoc, spryt, arogancję, egoizm, złodziejstwo i nazywamy to wszystko chlubnie rozwagą, dalekowzrocznością czy zapobiegliwością! Jednocześnie przesunęliśmy wiarę w Boga i nasze człowieczeństwo na dalsze miejsce, może nawet ostatnie i traktujemy Jego obecność w życiu tylko jak ostatnią deskę ratunku?

Kiedyś mówiło się często: Jak trwoga to do Boga. Ile zła musimy jeszcze dopuścić w nas, w naszym życiu, w świecie, byśmy zaczęli się realnie bać o swoje życie duchowe? Ile musi się wydarzyć, byśmy pokornie wrócili do wiary w Boga w Kościele, w modlitwie, na co dzień ? Jak bardzo trzeba upodlić człowieka, zezwierzęcić, by móc powtórnie go nazwać człowiekiem rozumnym? Co musi się stać, byśmy w następnej kolejności wzrokiem się nie pozabijali w tej walce: o ogień?, o kawałek chleba?, o prymat w korporacji?, o uwagę Boga? Co musi się stać, by świat nie zidiociał do reszty?

O obietnicach i przysięgach.

Kilka dni temu przeżywaliśmy w Kościele Niedzielę Chrztu Pańskiego. Wspominaliśmy zapewne nasz własny chrzest.

Dla mnie było to również dodatkowe uczestnictwo w pewnej wyjątkowej uroczystości. W Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego w Kaliszu o. Romuald Domagała SJ złożył swoje ostatnie śluby zakonne na ręce o. Prowincjała. Dziękując Bogu za dar zakonnego powołania tego konkretnego kapłana i moją (planowaną) obecność w tej podniosłej i szczególnej, wyjątkowej chwili, przyszło mi na myśl: jak bardzo pamiętamy takie wyjątkowe chwile, na ile je doceniamy i rozumiemy, jak długo i solidnie przygotowujemy się do nich, będąc już w pełni władz umysłowych i wywiązujemy się z dawanych obietnic, ślubów, przyrzeczeń?

Otóż jezuici składają śluby „sub Hostiam”, czyli dosłownie „pod Hostią”. Po słowach „Panie nie jestem godzien…” przed przyjęciem Komunii świętej, klęcząc. To wyjątkowe chwile i przeżycia dla zakonnika, jego najbliższych, współbraci i wiernych uczestniczących.

W życiu każdego chrześcijanina jest co najmniej kilka takich uroczystości, przysięg składanych przed samym Bogiem. Kiedy jeszcze nie wiele rozumiemy i pamiętamy z racji wieku, składają je za nas nasi rodzice i chrzestni, potem towarzyszą nam świadkowie od bierzmowania, bo przecież jest to sakrament, w którym już sami potwierdzamy gotowość do wtajemniczenia chrześcijańskiego w Kościele katolickim. Bierzmowanie uważane jest za drugi po chrzcie sakrament inicjacji chrześcijańskiej. Niektórzy z nas byli lub będą szafarzami własnego ślubu. Warto pamiętać, że sakrament trwa przez całe życie, nie tylko przed ołtarzem w dniu chrztu, komunii czy ślubu, że przez ten sakrament zostajemy wzmocnieni, niejako konsekrowani do wypełniania obowiązków swojego stanu i do godności chrześcijańskiej czy godności małżonków. Niektórzy ślubują w życiu posłuszeństwo, ubustwo i czystość. Składamy różne śluby, przyrzeczenia i obietnice: szkolne, ministranckie, zawodowe, osobiste. A jak je realizujemy i wypełniamy? Ile w nas chwilę potem gorliwości i pamięci przed Bogiem, ile dbałości i chęci, by je dotrzymywać?

Do tych refleksji oprócz podniosłych i cennych duchowo odczuć zachęciła mnie niedawna wiadomość z Włoch. Ordynariusz sycylijskiej diecezji Mazara del Vallo jako kolejny włoski biskup podjął decyzję o czasowej rezygnacji z obecności rodziców chrzestnych podczas sakramentu chrztu.

Te postaci utraciły swoje duchowe znaczenie, a ich obecność na liturgii była czysto formalna” – mówił Radiu Watykańskiemu bp Domenico Mogavero. „Ich wiara schodzi coraz częściej na drugi plan, choć to ich zadaniem jest pomaganie chrześniakowi w życiu wiarą. Rodzi to coraz więcej hipokryzji i zakłamania stąd lepiej taką praktykę czasowo przerwać. Kiedyś postać chrzestnych odgrywała istotną rolę. Obecnie są to postaci, które stwarzają wiele problemów. Liczy się jedynie otoczka, a nie głęboki duchowy sens. Warto pamiętać, że Kodeks Prawa Kanonicznego nie nakłada obowiązku obecności matki i ojca chrzestnego. Wiele osób mówiło mi o tym, że chrzestni zupełnie nie wywiązują się z obowiązków wziętych na siebie w czasie sakramentu chrztu. Wzięliśmy pod uwagę faktyczny stan rzeczy w trosce o godność sakramentu i o to, by zupełnie nie zagubić wartości chrześcijańskiego świadectwa. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że chrzestni stają się jedynie ozdobnikiem do liturgii i potencjalnym źródłem prezentów postanowiliśmy przerwać tę tendencję. Potrzeba starań, by chrzestnym przywrócić ich pełne duchowe znaczenie i wtedy będą mogli znowu powrócić”.

Może właśnie w ten sposób trzeba walczyć o dobre imię naszych ślubów i składanych przysięg? Może takie napomnienie obudzi w nas wszystkich pilną potrzebę znalezienia, na nowo w sobie: czystości przekonań, prawdziwości słów i deklaracji, wartościowania zobowiązań i odpowiedzialności za czyny?

Skoro nauki przed… nic nie wnoszą poza tym, że chętnie i beztrosko rozprawiamy wśród rodziny i znajomych o łapczywości kapłanów, dopuszczeniach za pieniądze czy załatwione sprawy, skoro sami nic nie wnosimy do sakramentów poza własną próżną obecnością, otoczką i splendorem portfela oraz trendem najnowszej mody, skoro zamiast przysięgi i obecności Boga bardziej liczy się fałszywa, dwulicowa, obłudna, zakłamana hipokryzja bycia letnim chrześcijaninem, skoro potrafimy podrabiać pieczątki w trakcie przygotowań do I Komunii czy bierzmowania, skoro bez skrupułów potrafimy wycierać własnym słowem, błoto ze ślubnych butów już następnego dnia, skoro tak łatwo odchodzimy, zachęcani z byle powodu do apostazji, to może warto potrząsnąć naszym ospałym umysłem i zadać pytanie: ile rzeczywiście nam się należy a na ile musimy zapracować sami?

Koloryt świąt

Jeszcze jedna świeca adwentowa i koniec. Z wolna zbliżamy się do Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiamy się, jakie będą? Czy zdążymy ze wszystkimi przygotowaniami, czy nic ich nie pokrzyżuje? Obyśmy w zdrowiu dotarli do Nowego Roku…


Chcę dziś przystanąć na chwilę przy tej świecy, różowej. Dlaczego właśnie tej, bo jest dla mnie wyrazem prawdziwej radości oczekiwania. Nie myli się z fioletem pozostałych świec i fioletem ornatów używanych podczas ceremonii pogrzebowych. Czarnych niestety już się nie używa. A szkoda.

Dla mnie ten czas jest zupełnie inny. W zeszłym roku mogłam cieszyć się codziennymi Roratami, mrokiem pięknego barokowego kościoła, nikłym płomieniem świec w lampionach. Roraty były wyznacznikiem oczekiwania na każdy dzień Adwentu. W tym, nie dane jest mi w nich uczestniczyć. Niestety — praca! Czekam na Boże Narodzenie inaczej, ale też z radością. To nie musi być właśnie tak wzorcowo. Bo inaczej, to już nie jest czekanie? Każda tęsknota ma coś w sobie z oczekiwania. To od nas zależy, od naszego nastawienia, jak będziemy oczekiwać. Czy będzie to oczekiwanie niecierpliwe, pełne troski o stół i prezenty, o wystrój? Nie ma w tym nic złego, ono też ma swoją wartość. Jednak czy powinno być na pierwszym miejscu? Może bardziej zrozumiałe było jeszcze kilka dekad temu, gdy w sklepach półki świeciły pustkami. Gdy każdą rzecz, każdy drobiazg trzeba było wystać, wyszarpać własnymi rękoma. Teraz, wszystkiego jest pod dostatkiem. Dlaczego więc nadal żyjemy jak zafiksowani, w pędzie, hałasie, nerwach? Daliśmy się wytresować mediom i reklamie! Czy kupno najmodniejszej kreacji i najnowszego sprzętu, to szczyt naszych marzeń? A może spłycenie ich do pożądania i zaspokojenia tej konkretnej zachcianki… Zgubiliśmy w tej tresurze poczucie smaku i sytości! Pragniemy, a może tylko zazdrościmy, pożądamy, osiągamy i na tym się kończy? Kiedyś, człowiek potrafił docenić to co ma, przez trudność z jaką na to zapracował i zdobył. Skupiał się przede wszystkim na potrzebnych rzeczach w codzienności.
Dziś, często wiedziony kolejną reklamą wymuszającą na nim kupno, bezmyślnie poddaje się manipulacji, która ma na imię „moda”. Przykład: w tamtym roku ozdoby choinkowe musiały być w kolorze złota a w tym koniecznie musi być na niebiesko. A czy przy zeszłorocznej choince Święta się nie odbędą? Karp będzie smakował inaczej? Prezenty będą do kitu, tylko dlatego, że oświeci je blask złotych światełek, a nie niebieskich? Może warto przystanąć, odetchnąć głęboko i zastanowić się, jak bardzo daliśmy się wmanipulować, by zaspokajać czyjeś wymyślone naprędce pomysły czy nabijać kieszeń pośrednikom. Bo przecież większość produkcji jest wytwarzana zupełnie w innej części świata i przez ludzi, którzy nie wiedzą, co to Święta Bożego Narodzenia. Może warto przystanąć, otrząsnąć się i poszukać właściwej perspektywy Świąt! czego i Wam życzę 😉

Przebudzenie

13 października 2021 Dodaj komentarz

Wczorajsza niespodziewana wizyta małej sikorki na balkonie, uzmysłowiła mi, że zima za pasem. Przeminął już prawie kolejny rok. Za chwilę następna Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata i Adwent. Życie mija równie szybko. Szczególnie widać tę szybkość w statystykach o wypadkach. Carpe diem — pisał Horacy. Być nieśmiertelnym, to marzenie wielu. Wtedy może wreszcie zdążę zrobić wszystko, co zaplanowałam. Tyle że to ułuda.

A gdyby tak wykonać plan minimum przed czasem? Odwrócić zależność życia od czasu i na początek zająć się nieśmiertelnością? Zrobić wszystko, to co niezbędne, by mieć świadomość zbliżającej się nieśmiertelności w obecności Boga? Bo skoro i tak nikt nie zdąża i na kolejnym pogrzebie dowiem się, że zmarły nie zdążył z tym, czy z tamtym…? Może odwrócenie logiki pozwoli mi przestać pędzić za nieosiągalnym, skupić się bardziej na obecnej chwili, na sobie i myśli o bliskich kochanych?! Bo jeśli okaże się, że jutro nie nadejdzie dla mnie? Może dość zmarnowałam życia, może trzeba zacząć żyć „tu i teraz”! Bóg w swoich planach na miliardy lat, zawarł już nieśmiertelność. Tylko czy ja popieram te plany? To przecież był Jego najlepszy dar dla człowieka. Bo śmierci Bóg nie uczynił! Więc dlaczego tak łatwo i hojnie albo bezmyślnie żegnamy zmarłych słowami: „Bóg tak chciał…” Jaki obraz Boga noszę w sobie?

Dlaczego ten Bóg będący miłością i miłosierdziem, jest we mnie często bogiem lęku, tyranem, bezdusznym egoistą, głodnym uczuć buntownikiem… Może zatrzymam się przez chwilę i pomyślę, kto i w jaki sposób, tak bardzo spaczył ten obraz Boga we mnie? Bo tak jakoś jesteśmy bardzo plastyczni w budowie, a może delikatni i idealnie ukształtowani Bożą ręką, że często odbija się w nas, na naszej duchowej skórze, każdy nacisk, kopniak czy kuksaniec psychiczny, dodany przez kogoś w życiu. Te wycelowane w serce i duszę są najgorsze, bo pozornie niewidoczne, ale bolą najdłużej, często przez całe życie, zmieniając nas mimowolnie w cierpiących, obolałych inwalidów psychicznych i uczuciowych, bezdusznych twardzieli, egoistów, maniaków sportu, jedzenia, wyglądu…

Zadziwiające jest to, że czasem taki jeden „niewinny kuksaniec”, jest w stanie wywrócić kilkadziesiąt następnych lat naszego życia do góry nogami. Bo człowiek mimo danego mu rozumu i wolnej woli, często nie umie z tych darów korzystać należycie. Szukamy doskonałości tam, gdzie jej na pewno nie ma. W zamian za to znajdujemy często śmierć: fizyczną i duchową. Bo śmierć ma podwójny charakter! Może więc zamiast pędzić, zatrzymam się na chwilę i pomyślę, co mogę zrobić jeszcze dziś w blasku Bożej miłości i miłosierdzia, by uciec śmierci, by żyć!

Czy muszę codziennie po pracy, lecieć pędem na siłownię, do kosmetyczki, na basen, by katować się kolejny raz do granic wytrzymałości, bo inaczej nie jestem w stanie siebie zaakceptować, bo kilogram dodany do wagi będzie porażką, bo w pracy koleżanki powiedzą, że się opuściłam, bo wymarzona sukienka w rozmiarze, który pozostał na wieszaku w sklepie, musi być moja? Kiedyś znalazłam takie stwierdzenie:


Logika światowego powodzenia polega na urojeniu; na tej dziwnej pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Dziwne to istnienie, doprawdy, żyć zawsze w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość!

Thomas Merton — Siedmiopiętrowa góra

Może wiec warto wreszcie pomyśleć o sobie, a nie żyć opiniami innych. Czy kiedykolwiek pytałam Jezusa o to, jak mnie widzi? Czy próbowałam powyrzucać ze swojego życia te zbędne opakowania po czyichś krzywdzących opiniach i zajrzeć w najbardziej skryte wnętrze samej siebie? Co tam znalazłam? Czy mój Bóg jest bogiem bezosobowym, bogiem filozofów, bogiem kultu śmierci duchowej, bogiem bezmyślnych, zazdrosnych, którzy manipulują moim życiem, zaśmiecając je swoimi pomysłami?

Przecież prawdziwy Bóg jest Bogiem życia, jest jego dawcą. Jest na tyle hojny, że postanowił przypieczętować nasze uzdrowienie ofiarą z życia własnego, jedynego syna! Ten Bóg jest osobowy, jest realny i dostępny codziennie na Eucharystii, pod postacią chleba i wina.

Jezus śmierć nazywa snem. W Ewangelii można znaleźć liczne przykłady na przebudzenie z tego stanu. Może spróbuję dziś przed snem przebudzić się z letargu, zajrzeć w głąb siebie, poszukać Bożych odcisków palców na duszy, zerwać wszystkie niechciane opakowania, uczynione czyjąś ręką, by zaczerpnąć świeżego powietrza pełną piersią, by przestać się dusić czyimiś rękoma.

Dla wybranych, którzy widzieli cuda przebudzenia ze śmierci, Jezus nie jest pośmiewiskiem. Bo śmierć nie ma mocy, jeśli uwierzę, że On jest w stanie przywrócić stan pierwotny mojej duszy. To przecież tak niewiele… uwierzyć, by usłyszeć z Jego ust sercem: Twoja wiara Cię uzdrowiła! Komu wierzysz bardziej na słowo?

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton. Domysły współwinnego widza, s.139.

Ponadczasowy wzorzec…

Czy św. Ignacy z Loyoli może być wzorem dla współczesnego świata, przykładem wojownika dla burzliwych naszych czasów? Czy ma wystarczające cechy potrzebne, aby imponować? „Był człowiekiem wielkich pragnień, nie bał się stawiać czoła wyzwaniom, kochał ludzi i charakteryzował się wielką duchową głębią” – powiedział w jednej z rozmów na falach Radia Watykańskiego o. Jesús Zaglul Criado SJ.

Ignacy był niepoprawnym marzycielem. Jak większość z nas. Ale nie ograniczał swoich pragnień tylko do marzeń. Mając na uwadze trudności, które mogą pojawić się na drodze do ich realizacji, szukał nowatorskich rozwiązań. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby niezauważenie przeżyć życie, wykonując jakieś zwyczajne zajęcia i poprzestać tylko na tym, marzyć tylko o samych marzeniach. „Jego celem zawsze było podbicie całego świata. Niezależnie czy na danym etapie chciał być rycerzem, czy później, po nawróceniu, prześcignąć wszystkich świętych” – powiedział jezuita z Dominikany.
Działał zawsze „Na większą chwałę Bogu” wg hasła, które stało się dewizą Towarzystwa Jezusowego: „Ad maiorem Dei gloriam”.

Kolejną cechą Ignacego była umiejętność stawiania czoła wyzwaniom. W realizację swoich pragnień wkładał całą pasję, serce i umiejętności. Napotykał wiele trudności, związanych ze specyfiką współczesnych sobie czasów, również z powodu nowatorstwa swoich propozycji, ale nigdy nie poddawał się, nawet w obliczu groźby śmierci, w czasie oskarżeń i procesów inkwizycji. Określał siebie mianem pielgrzyma, który cały czas jest w drodze, w poszukiwaniu realizacji woli Bożej. Na pewnym etapie odkrył, że misja, do której jest powołany, musi być realizowana w grupie, we wspólnocie. Pierwszych towarzyszy Ignacego połączyła przyjaźń i wspólne doświadczenie miłości Boga. Ćwiczenia duchowe, przeżyte pierwotnie przez samego Ignacego i spisane, a potem dawane sobie wzajemnie, pozwoliły współbraciom wejść w postawę rozeznawania, aby wiedzieć gdzie, w jakich miejscach i do czego Bóg ich wzywa, zaprasza.

Ignacego charakteryzowała także niezwykła głębia duchowa, zdolność do refleksji na temat własnego życia i patrzenia na świat oczyma Jezusa, odkrywania miłości Boga i tego, w jaki sposób Bóg komunikuje się z nami, w jaki sposob do nas mówi. Dzięki medytacji i kontemplacji oraz rozeznawaniu działania duchów dobrych i złych na człowieka, stworzył niepowtarzalne metody wejścia w relację człowieka z Bogiem, który się nam objawia, tu i teraz, by człowiek mógł się lepiej skoncentrować na wielkości Boga, Miłości i nią konsekwentnie żyć. Bez odniesienia do Boga życie nie ma swej właściwej wartości. To wejście w świat miłości Boga, ma być bowiem inną nazwą spełnienia siebie, dojrzałości ludzkiej, znalezienia sensu życia i szczęścia.

Św. Ignacy nazywał zakon minima societas – najmniejsze towarzystwo. Robił to nie dla kokieterii ani z fałszywej skromności. Pragnąc czynić wszystko wg zasady, która stała się podstawą ćwiczeń i duchowości jezuitów: „MAGIS” — z języka łacińskiego „bardziej”, „więcej” i nie pragnął tych wielkich dzieł, tylko dla wzbudzenia podziwu. Nawet szkolnictwo, w wielu regionach świata „markowy produkt jezuitów” nie leżało w polu jego priorytetowych zainteresowań. Św. Ignacy po prostu reagował na potrzeby czasów, apele papieża i hierarchów. Był dyspozycyjny i dyspozycyjności uczył.

Ignacy podkreślał znaczenie dialogu, rozmowy duchowej. Widział tu uprzywilejowany środek w trosce o ludzkie dusze. Ćwiczenia duchowne, które spisał to najważniejsze narzędzie, w tych rozmowach. To nie zbiór kazań i konferencji, lecz praktyczna metoda uczenia dialogu z Bogiem, poznawania Boga i siebie samego.

Rok Ignacjański to świetny czas by przypomnieć i nauczyć wielu genialnych rozwiązań św. Ignacego Loyoli, do których dochodził metodą rozeznawania. Dziś tak wiele mówi się w świecie o kryzysie, który dotyka praktycznie wszystkich dziedzin. Może warto byłoby siegnąć i zacząć wykorzystywać mądrości „mistrza zarządzania kryzysami”. Lubimy marzyć o lepszym świecie, spróbujmy go znaleźć w sobie samym i wokół nas. Być walecznym jak rycerz, cierpliwym jak pielgrzym i wytrwałym jak wędrowiec na pustyni. Bo wg Ignacego trzeba wyjść na pustynię własnego serca, by móc posłuchać Boga. Wyjść na pustynię z Bogiem, to znaczy zmierzyć się z własną przeszłością, uporządkować, to co jest jeszcze możliwe do uporządkowania i w ciszy tej pustyni usłyszeć Jego szept, rozpoznać Go i pójść za tym głosem z ufnością. Bo moje serce, moje wnętrze jest Ziemią Świętą. Moje życie jest Jego darem. Tu się objawia sam Bóg. Czy mam tyle odwagi w sobie i zdejmę sandały przed moim wnętrzem i stanę przed Bogiem? Czy chcę doświadczyć Jego obecności? On jest życiem, nie pustynią. Trzeba powyrzucać przysłowiowe papierki po dawnych prezentach od życia, czasem bardzo trudnych i zadających rany, które często skrzętnie kolekcjonujemy, by móc rozkoszować się wciąż, własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak kolorowe bibeloty. Może warto poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ! Może przyszedł już czas na porządki w Twoim życiu i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań, zbieranych i kolekcjonowanych latami, które przywiązują, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i może poczucie przegranej. Są jak pustynia wokół. SĄ PUSTYNIĄ!

Rekolekcje ignacjańskie — Wprowadzenie w tematykę

Przynajmniej niektórzy z Was zetknęli się w życiu z określeniem Rekolekcje ignacjańskie (inaczej zwane Ćwiczeniami duchownymi czy duchowymi). Czym są Ćwiczenia duchowe?

Jest to forma rekolekcji w zupełnym milczeniu, prowadząca do spotkania z Bogiem i ze samym sobą. W tej ciszy chodzi nie tylko o przysłowiowe zamknięcie ust, ale również o odcięcie się od wszelkich kontaktów z bliskimi, znajomymi, od mediów społecznościowych, internetu, radia i telewizji. Wszystko po to, by stworzyć w sobie i wokół siebie ciszę, przestrzeń, by zwolnić tempo, by zminimalizować bodźce zewnętrzne, które rozpraszają, hałasują, odciągają i drażnią. Ta cisza konieczna jest by móc jasno i przejrzyście słyszeć, by zatrzymać się nad słowem, które usłyszę w takich warunkach. To podstawowy warunek owocnego odprawienia Ćwiczeń duchowych

Temu, kto pragnie we wszystkim ile tylko może postąpić, można dać całe Ćwiczenia duchowe wedle porządku, w jakim jedne po drugich następują. Normalnie postąpi on w nich tym więcej, im bardziej odłączy się od wszelkich przyjaciół i znajomych i od wszelkiej troski doczesnej, aby żyć w jak największym odosobnieniu i ukryciu.

ĆD 20

Nazywane są rekolekcjami ignacjańskimi, od imienia ich autora i pomysłodawcy św. Ignacego z Loyoli (1491-1556), założyciela zakonu jezuitów.

W książeczce Ćwiczenia Duchowne, opisującej treść całych Ćwiczeń i sposób ich odprawiania, Ignacy zawarł w metodyczny sposób drogę doświadczenia duchowego, które sam wcześniej przeżył. Wyjątkowa skuteczność Ćwiczeń duchowych, wypróbowana przez samego św. Ignacego i jego pierwszych towarzyszy, doprowadziła do oficjalnego ich zatwierdzenia w 1548 roku przez papieża Pawła III dla innych kapłanów, zakonników i zakonnic oraz ludzi świeckich. Od tamtych czasów jezuici najpierw sami przechodzą przez drogę Ćwiczeń, a następnie służą innym w ich odprawianiu. Doświadczenie Ćwiczeń duchowych jest bazą tego wszystkiego, co określa się jako duchowość ignacjańska.

Ćwiczenia duchowe to modlitwa i poszukiwanie Boga na bazie Słowa Bożego i w całkowitym milczeniu. Stwarzają one okazję do odkrycia miłości Bożej a także do lepszego poznania siebie. Przeprowadzają rekolektanta przez kolejne etapy życia duchowego. Odprawiane z możliwie najpełniejszym zaangażowaniem, otwartością i hojnością wobec Boga i siebie, mogą stać się drogą pogłębionego życia wewnętrznego. Są szkołą modlitwy – zwłaszcza medytacyjnej, kontemplacyjnej i Ignacjańskiego Rachunku Sumienia. Są czasem uczenia się rozeznawania duchowego, koniecznego do właściwego podejmowania decyzji tych codziennych, i tych najważniejszych jak choćby związanych z wyborem drogi życia. Pomagają tym, którzy chcą dokonać gruntownej reformy swojego życia.

Nieodzownym elementem Ćwiczeń jest codzienna 20 minutowa rozmowa ze stałą przydzieloną osobą towarzyszącą (tzw. kierownikiem duchowym), z którą rekolektant dzieli się przeżywanymi treściami i poruszeniami duchowymi, swoimi problemami i radościami na drodze odkrywania Boga.

Pierwszym etapem Ćwiczeń duchowych jest 5-dniowy Fundament. Po doświadczeniu Fundamentu rekolektant może kontynuować drogę Ćwiczeń, odprawiając kolejne 4 ośmiodniowe Tygodnie Ćwiczeń, a po ich przejściu – Syntezę Ćwiczeń duchowych.

Rekolekcje ignacjańskie są przeznaczone dla osób pełnoletnich po 21 r.ż. Dla młodzieży alternatywną propozycją są rekolekcje prowadzone w ramach Szkoły Kontaktu z Bogiem.

Celem Ćwiczeń duchowych jest spotkanie Boga i przyjęcie Jego Woli. Cel ten nie może być osiągnięty bez spełnienia podstawowego warunku, jakim jest wejście w siebie i poznanie siebie samego.
„Obym poznał siebie, abym poznał Ciebie” – św. Augustyn.

Ta współzależność wynika – jak to ujął św. Jan Paweł II – z uwikłania współczesnego człowieka w ludzką zmienność, z powodu której „żyje on poza sobą zajęty zbytnio rzeczami zewnętrznymi”. Nadmierne zajęcie się tym, co widzialne i doczesne, czyni człowieka niezdolnym do wejścia w swoją głębię i poznanie siebie. Konsumpcyjny charakter naszej cywilizacji zabija wrażliwość na duchowy wymiar człowieka. Uwagi papieża na temat życia poza sobą i nieznajomości siebie znajdują także potwierdzenie w naszym codziennym doświadczeniu. Nierzadko bywamy zaskakiwani własnymi reakcjami: zdziwienie budzą niektóre nasze odruchy, nie rozumiemy w pełni gwałtowności wielu naszych uczuć, niepokojów, pragnień i pożądań. Ta sytuacja świadczy o braku zrozumienia siebie samych. Dodajmy i to, że zamiast w sobie szukać przyczyny wielu naszych negatywnych uczuć, które niszczą nas i innych (depresja, agresja), upatrujemy jej wyłącznie w bliźnich, przerzucając na nich całą odpowiedzialność za własne wewnętrzne konflikty.

To poprzez Ćwiczenia — jak mówi św. Ignacy — rekolektant przygotowuje i usposabia duszę do „usunięcia wszystkich nieuporządkowanych uczuć, a po ich usunięciu do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy” (ĆD 1). Ten proces dokonuje się dzięki uświadamianiu sobie swoich uczuć, bezpośredniej ich werbalizacji wobec dającego Ćwiczenia oraz poddawaniu ich zbawczej mocy Chrystusa i Jego Ducha.

Poznać siebie to także poznać swoją rzeczywistą godność i wielkość, która ma swe źródło w podobieństwie stworzenia do Stwórcy. Owa godność i wielkość człowieka przejawia się w pragnieniu serca, które nie zaznaje spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu.
„Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” — św. Augustyn.

Ćwiczenia duchowe umieszczają rekolektanta w tym właśnie duchowym horyzoncie, ponieważ już w pierwszym zdaniu mówią, że „człowiek stworzony jest po to, aby Boga, Pana naszego chwalił, czcił, Jemu służył a przez to zbawił swoją duszę” (ĆD 23).

To odkrycie Boga jako jedynego celu życia budzi w pełni sumienie, które ukazuje człowiekowi najgłębszy sens grzechu: polega on na braku żywej i świadomie przeżywanej więzi ze Stwórcą — na złym użyciu wolności (ĆD 50) i na działaniu przeciw Dobroci (ĆD 52).

Tak więc Ćwiczenia duchowe, będąc czasem intensywnej modlitwy i uważnego wglądu w siebie, umożliwiają rekolektantowi powrót do jego „własnego domu”, w którym Bóg jest mu bliższy niż on sam sobie — św. Augustyn.

Wielkość osiągniętego owocu Ćwiczeń uzależniona jest — jak stwierdza św. Ignacy — od stopnia, w jakim rekolektant potrafi zagłębić się w samotność i milczenie wewnętrzne odrywając się od „wszelkiej troski doczesnej”. Zewnętrzne i wewnętrzne wyciszenie okazuje się jednak niekiedy czasem trudnym, ponieważ — jak stwierdza Hans Valdenfels SJ, wielki znawca medytacji ignacjańskiej – „tam, gdzie człowieka otacza zewnętrzna cisza, ujawnia się z całą mocą przytłumiony dotychczas niepokój wewnętrzny, brak uporządkowania, wina i pożądanie, strach i opór, wielorakie formy przywiązania i zniewolenia. Człowiek przeżywa wówczas swoje Ja, które kryje się zwykle na co dzień za maską człowieka poczciwego. Kto nie przygotowany i bez kierownictwa spotyka się z taką sytuacją, łatwo ulega niebezpieczeństwu rozbicia”. Aby jednak nie ulec niebezpieczeństwu rozbicia, o którym mówi H. Valdenfels SJ, św. Ignacy, wprowadzając człowieka w Ćwiczeniach duchowych w całkowite milczenie nie tylko zewnętrzne, ale przede wszystkim wewnętrzne, daje mu kierownika duchowego, w którym znajduje on pomoc do dobrego rozeznania swojej wewnętrznej sytuacji. Dający Ćwiczenia jest jakby zwierciadłem, w którym rekolektant może się przejrzeć, aby zobiektywizować swoje doświadczenie Boga i doświadczenie siebie.

Ćwiczenia duchowe przeżywane z całą szczerością i otwartością wobec Boga, ujawniają to wszystko, przed czym człowiek nieraz świadomie ucieka. Człowiek pragnący owocnie odprawić Rekolekcje ignacjańskie winien być gotowy podjąć trud milczenia ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Chociaż w Ćwiczeniach duchowych nie można pominąć swoich trudności i problemów natury osobistej, to jednak nie są one jakąś refleksją czysto psychologiczną, ale całościowym poznaniem sytuacji ludzkiego serca, które w wytrwałej modlitwie powierza się Bogu, szukając w Nim pomocy i ratunku. Stąd też pragnienie odprawienia Ćwiczeń musi wypływać przede wszystkim z motywów religijnych: z pragnienia całkowitego powierzenia swojego życia Bogu i pełnienia we wszystkim jego Najświętszej Woli. Św. Ignacy zachęca więc tych, którzy chcą dobrze odprawić Ćwiczenia, aby wchodzili w nie „wielkodusznie i z hojnością względem swego Stwórcy i Pana” i złożyli mu „w ofierze całą swoją wolę i wolność, aby Boski Jego Majestat tak jego osobą jak i wszystkim, co posiada, posługiwał się wedle Najświętszej Woli swojej” (ĆD 5).

Suscipe Domine… — Zabierz Panie i przyjmij
(Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli, 234)

Zabierz Panie, i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą,
cokolwiek mam i posiadam.

Ty mi to wszystko dałeś –
Tobie to, Panie, oddaję.
Twoje jest wszystko.

Rozporządzaj tym w pełni
wedle swojej woli.
Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę,
albowiem to mi wystarcza.


Tekst powstał w oparciu o różne strony internetowe poświęcone Duchowości ignacjańskiej.

Tajemnicza moc modlitwy

Św. Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Takich będziecie mieli kapłanów, jakich sobie wymodlicie”. Można te słowa również analogicznie, przełożyć na wszystkie osoby konsekrowane. Jak często modlimy się za kapłanów, siostry, braci zakonnych i inne osoby konsekrowane w Kościele?

Jak często zamawiamy za nich Mszę świętą? Za tych zmarłych, chorych czy pogubionych przychodzi nam to zdecydowanie łatwiej. Czasem opierając się o własne emocje i sympatie, czynimy to przy okazji jubileuszu czy imienin… i na tym koniec. Ale sami chcielibyśmy aby nasze zdrowie, życie, potrzeby i nasze troski były omadlane codziennie. Traktujemy czasem tę powinność trochę jak cudowne zaklęcie, dobrą wróżkę, magiczną formułkę, po której bezwzględnie nasze prośby i życzenia powinny się spełnić. A jeśli tak nie jest, to często zawiedzeni odwracamy się plecami, odchodzimy z Kościoła, na jakiś czas, na stałe, zrzucając winę na Pana Boga i/lub księdza. Patrzymy na kapłana, siostrę czy brata zakonnego trochę jak na pół-boga-pół-człowieka i żądamy Świętości, narzucając ją już za życia, już przy wejściu do budynku seminarium, czy domu zakonnego,w czasie gdy jednocześnie wybryki naszych dzieci — ich rówieśników, traktowane są z przymrużeniem oka i tłumaczone okresem buntu czy młodzieńczą chęcią smakowania życia. Zapominamy, że kleryk, postulant(ka), nowicjusz(ka) czy kapłan to też, tylko człowiek. Bo „swoje brudy pierzemy przecież we własnym domu.” Nas to nie dotyczy. My mamy prawo do błędu, do tolerancji, do słabości, do mijania się z prawdą, do wybielania… Nauczyliśmy się widzieć w tym młodym człowieku, który w rzeczywistości dopiero uczy się rozeznawać, jest kandydatem(-tką) czyli osobą, która może potencjalnie zająć określone stanowisko, już uformowanego, silnego kapłana, brata czy siostrę zakonną, nieskazitelnego człowieka, pół-boga, herosa. Często jesteśmy jeszcze niejako utwierdzani w swoim przekonaniu, w oparciu o wygłaszane z wielką pompą informacje z ambony, dzień po złożeniu dokumentów, że mamy w parafii powołaną osobę do kapłaństwa czy życia zakonnego. Nie zastanawiamy się, że to dopiero początek drogi. Jesteśmy nastawieni na sukces, na idealizm, na schemat, na życie w pędzie. A co, jeśli po kilku miesiącach okazuje się, że to było tylko chwilowe zachłyśnięcie się jakąś formą religijności, że to jednak nie powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego? Jeśli ten młody człowiek znajdzie w sobie, w swoim otoczeniu i środowisku z którego wyszedł, dość siły i oparcia, będzie mógł żyć normalnie i realizować inne swoje powołanie i marzenia. Ale jeśli nie, jeśli ten pęd do sukcesu i żądza środowiska, przygniecie go do ziemi… Ile można znieść plotek, pomówień, niedorzeczności, domysłów, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei środowiska? Sytuacja ma się podobnie w późniejszym życiu codziennym kapłana, siostry czy brata zakonnego. Nauczyliśmy się działać na pokaz, oczekując koniecznie konkretnych form wdzięczności, publicznych hołdów, żądając wszystkiego szybko i natychmiast, z góry zamierzonym skutkiem. To znak naszych przesyconych chciwością czasów. Modlitwa zaś, ma to do siebie, że jest zupełnym przeciwieństwem takiej postawy. Największą wartość ma ta szeptana systematycznie, latami, często anonimowo, w ciszy i prostocie serca, przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnych narzucanych sobie i Bogu planów, celów i zamierzeń. Trzeba ciągle uczyć się być bezinteresownym przed Bogiem w modlitwie. Biorąc do serca te papieskie słowa i ogromne zapotrzebowanie, wiele osób przez lata zaangażowało się w modlitwę w intencji kleryków, kapłanów, braci i sióstr zakonnych. Ta modlitwa przyjmuje różne formy: indywidualne i zbiorowe, bardziej lub mniej znane szerszemu ogółowi wiernych. Są to różne dzieła powstające na terenie poszczególnych parafii, diecezji, w kraju i za granicą. Duża część z nich wywodzi się bezpośrednio z Kościoła, ale są też takie, które zostały zainicjowane przez osoby świeckie. Najbardziej znaną formą takiej modlitwy za kapłanów jest Apostolat Margaretki. Jest to ruch modlitewny w Kościele katolickim, którego istotą jest wieczysta modlitwa za jednego kapłana. Ruch powstał w Kanadzie w 1981 roku, a dziś obecny jest w wielu krajach, na całym świecie. W Polsce pierwsze grupy Margaretek powstały w roku 1998. Do intensywnego rozwoju ruchu przyczynił się ogłoszony w 2009 roku przez papieża Benedykta XVI, rok kapłański. Margaretkę tworzy siedem osób znanych z imienia i nazwiska, które modlą się za jednego kapłana, każda w innym, wyznaczonym dniu tygodnia. Nieco później powstałymi dziełami w Polsce są Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów, Dzieło Duchowej Adopcji Braci Zakonnych, Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych i Dzieło Duchowej Adopcji Kleryków. Choć zostały w większości założone przez osoby świeckie, są objęte patronatem Kościoła. Obecnie obejmują swoim zasięgiem modlitewnym tysiące adoptowanych osób konsekrowanych. W tych dziełach zasady adopcji i modlitwy są nieco inne. Uogólniając: każdy chętny może adoptować konkretnego kleryka, kapłana, siostrę lub brata na pewien dowolny okres, np. okres formacji seminaryjnej, postulatu, diakonatu lub na stałe, czyli do swojej(!) śmierci, w przypadku prezbiterów czy braci i sióstr po złożonych wieczystych ślubach zakonnych. Podobnie jak w apostolacie Margaretek, może to uczynić albo informując wybraną osobę o adopcji osobiście, lub poprzez moderatorów poszczególnych stron, ujawniając swoje personalia, albo czyniąc to w sposób zupełnie anonimowy i ta forma adopcji zdecydowanie przeważa. Adoptowana osoba zostaje poinformowana o podjętej adopcji: e-mailem i otrzymuje niekiedy tzw. Pamiątkową Kartę Adopcji, w przypadku adopcji stałej kapłana lub siostry zakonnej. Adoptujący sam wybiera formę i rodzaj modlitwy, którą otacza wybraną osobę każdego dnia podjętej adopcji. Coraz więcej ludzi włącza się w tę modlitewną opiekę w różnej formie i to jest najważniejsze. Najważniejsza w tym wszystkim jest modlitwa, za konkretną osobę konsekrowaną. Te lubiane, znane i te, którym się wiele zawdzięcza, omadla się łatwo i przyjemnie. Ale są również i te mówiąc delikatnie — nielubiane, wskazywane mocno i wyraźnie przez Boga, wołające w milczeniu lub w ciemności nocy o pomoc, o modlitwę, zupełnie obce, w pewien sposób anonimowe — objęte klauzurą, chore, nadużywające alkoholu, zmarłe w różnych okolicznościach, samobójcy, suspendowani, osoby przejęte wraz z adopcją, bo ktoś inny nie miał siły, bo rozmyślił się po kilku tygodniach i zostawił… Niektóre z tych zobowiązań pozostaną z założenia zawsze anonimowe. Nie chodzi przecież o wchodzenie w czyjeś życie konsekrowane z butami, o narzucanie swoich racji i o przymus imiennej wdzięczności… Chodzi w tym tylko o wsparcie, o opiekę modlitewną, o zaufanie, o pewność ze strony kapłana, siostry, brata, kleryka, że gdzieś jest ktoś, kto czuwa w modlitwie przed Bogiem. Chodzi o nasze kształtowanie postawy i umiejętności dzielenia się. O wskazanie komuś innemu drogi, do nauki systematycznej modlitwy wstawienniczej, do poświęcenia części swojego życia i czasu na wsparcie innych! Czy umiemy się dzielić z innymi swoim czasem? Ile jest w nas bezinteresownej miłości i troski o drugiego człowieka? Ile możemy dać z siebie? Najłatwiej oddaje się to co zbywa! Może wakacje staną się takim błogosławionym czasem nauki podejmowania decyzji i ofiarowania swojego wolnego czasu i zaangażowania? Zwłaszcza teraz, gdy wielu młodych ludzi po maturze podejmuje swoje najważniejsze w życiu decyzje. Zwłaszcza teraz, gdy stają przed trudnymi wyborami. Możliwe, że ta jedna „Zdrowaśka” dziennie wypowiedziana przez Ciebie, choćby przez krótki czas, uratuje lub ugruntuje czyjeś powołanie? To jest Twoja decyzja, Twoje zaangażowanie w naśladowanie miłości Chrystusa i moc Twojej modlitwy przed Bogiem w Twojej „izdebce serca”…

„Weź swój krzyż i naśladuj mnie…”

Krzyż jest tajemnicą powiązaną z naszą drogą. Nigdy nie jest celem samym w sobie i sztuką dla samej sztuki. Jest zawsze tylko etapem życia. Tak powinno się patrzeć na krzyż i cierpienia, by nasze życie nie stało się niezamierzoną drogą krzyżową.
Krzyż może przybierać różne formy w życiu. Czasem na krzyż człowieka złożą się żywioły natury (trzęsienia ziemi, powodzie, susze, wichury). Czasem dla kogoś ciężarem krzyża jest cierpienie związane z przemijaniem życia na ziemi. Bo człowiek może nie zawsze potrafi pogodzić się z tym, co nieuniknione i niemożliwe do zatrzymania, czy powstrzymania (utrata sił witalnych, starzenie się organizmu, przemijanie życia, usamodzielnienie się dzieci). Cierpienie i krzyż może być związany również z wartościami Ewangelii, bo próbując żyć tymi wartościami napotkamy podwójny opór: własnego Ego i tego świata. Bo akceptując Ewangelię stajemy się wyrzutem i kontrastem, niewygodnym dla świata. Stajemy w poprzek wielu wyobrażeniom i modom, ideologiom i zbiorowościom. Bo inność drażni! A może krzyżem będzie miłość, nie tylko ta niespełniona… Jeśli chcemy kochać długofalowo, w pewnym momencie dojdziemy do progu, za którym kochać dalej, oznacza zaakceptować tracenie siebie, swojego czasu i życia dla ukochanej osoby, bez spoglądania na własne korzyści. Warto jednak zauważyć, że miłością nie można nazwać szukania jej w ideologiach i własnych egoistycznych pragnieniach (np. pragnienie posiadania dziecka za wszelką cenę, które staje się obsesją, albo radykalna samotność z obawy i strachu przed małżeństwem, poczęciem i wychowaniem dziecka; by nie stracić sylwetki, urody i wolności, nie podzielić czasu poświęconego tylko sobie). Krzyżem może być każdy trud: praca, studiowanie, zdobywanie wiedzy, brak akceptacji, przypisywanie intencji, których nie mięliśmy… Krzyżem może stać się nagła choroba, choroba nieuleczalna, nałóg czy śmierć kogoś bliskiego. W takich sytuacjach dochodzi jeszcze nasze cierpienie, niemoc, trud opieki, niesienie pomocy; bo często traktujemy chorobę jedynie jak wyrok, bo cierpimy z bezradności, odtrąceni gdy uzależniony nie szuka i nie chce przyjąć pomocy, bo patrzymy na śmierć jak na koniec, a nie na etap życia – tu na ziemi. Albo więc uznamy, że krzyż jest miłością albo stanie się samotnością i przekleństwem: cierpieniem niewykorzystanych szans, konsekwencją grzechu, skutkami poniesionych błędów naszych i innych ludzi. Dlatego krzyż jest tajemnicą. Nikt nie jest w stanie zrozumieć i odczuć realnie ciężaru czyjegoś krzyża. Nie można powiedzieć: Wiem jak cierpisz! Jeśli tak mówimy, to robimy to nieświadomie albo naiwnie sądząc, że takie współczucie jest jakimś wsparciem. W rzeczywistości staje się ironią, kpiną, bo robimy to tylko w celu polepszenia własnego humoru i zagłuszenia wyrzutów własnego sumienia. Bo nikt nie poniesie naszego krzyża lepiej niż my sami. Jest przecież dopasowany indywidualnie do naszych możliwości. Jeśli tak popatrzymy na krzyż i cierpienie, z pewnością zauważymy, że faktycznie jest ono tylko etapem, przez który trzeba jednak przejść, z Bogiem.

Vincent van Gogh, Stary człowiek w smutku (1890)

Samo w sobie cierpienie, bezużyteczne i wstrętne, bez wiary staje się przekleństwem. Społeczeństwo, którego całym ideałem jest wyeliminowanie cierpienia i danie wszystkim możliwie największej wygody i przyjemności, jest skazane na zagładę. Nie rozumie bowiem, że nie każdego zła trzeba unikać za wszelką cenę. Cierpienie, wbrew mniemaniu świata, nie jest złem jedynym. Jeżeli będziemy uważać je za największe zło, a przyjemności za największe dobro, to zostaniemy zalani falą jedynego wielkiego zła, którego powinniśmy unikać bez kompromisów – grzechu. Czasem trzeba absolutnie zmierzyć się z cierpieniem, które jest mniejszym złem, w celu uniknięcia lub przezwyciężenia większego zła, to jest grzechu. Jaka jest różnica między fizycznym złem, zwanym cierpieniem, a moralnym złem, czyli grzechem? Pierwsze nie ma władzy przenikania głębiej niż powierzchnia naszej istoty. Może atakować ciało, umysł, wrażliwość, ale nie może szkodzić duchowi bez współdziałania tego drugiego zła, będącego grzechem. Jeżeli cierpimy z odwagą, cierpliwością, spokojem i bezinteresownie; to samo, co nas niszczy zewnętrznie, jednocześnie doskonali nas duchowo, oraz czyni bardziej i pełniej sobą, bo pozwala nam wypełnić nasze przeznaczenie w Chrystusie. Grzech uderza w sam rdzeń naszej osobowości. Niszczy tę rzeczywistość, od której zależy nasz prawdziwy charakter, nasza tożsamość i nasze szczęście, wynikające ze skierowania całej naszej istoty ku Bogu. Zostaliśmy stworzeni, żeby chcieć tego, czego On chce, poznać to, co On zna i kochać to, co On kocha. A istotą grzechu jest wola robienia tego, czego Bóg nie chce, poznania tego, czego On nie zna i kochania tego, co jest Mu przeciwne. Każdy grzech jest wystąpieniem przeciwko prawdzie, posłuszeństwu i miłości. A we wszystkich tych trzech dziedzinach grzech okazuje się także niesprawiedliwością, krzywdą wyrządzoną przede wszystkim nam samym i Bogu. Jaki jest więc cel poznania tego, czego Bóg nie zna? Jest to znajomość tego, co nie istnieje. I po cóż kochać to, czego On nie kocha? Jest to miłość obejmująca jakieś nic – bo Bóg kocha wszystko, co jest. Naszym przeznaczeniem jest kochać wszystko, co On kocha i tak, jak On je miłuje. Upodobanie w tym, czego nie ma, jest zarazem odmową kochania tego, co istnieje. Dlaczego mielibyśmy niszczyć siebie, chcąc tego, czego Bóg nie chce? Chcieć wbrew Jego woli, to zwracać własną wolę przeciwko sobie. Bo to, czego Bóg chce dla nas, odpowiada naszym najgłębszym potrzebom. Chcieć czegoś innego, to pozbawiać się życia. Tak więc, kiedy grzeszymy, dusza zamiera z zagłodzenia. Chrześcijanin powinien zrobić wszystko, aby w każdy godziwy sposób ulżyć cierpieniom bliźnich, a także nie zaniedbywać starań o zmniejszenie niektórych cierpień własnych, jeśli są okazją do grzechu. Możemy odczuwać współczucie dla innych, bo cierpienie jest same w sobie rzeczą złą. Takie współczucie jest dobre, ale nie staje się automatycznie prawdziwą miłością, chyba, że w osobie cierpiącej potrafimy zobaczyć Chrystusa i ulitować się nad nią miłosierdziem Chrystusowym. Cierpienie idzie na marne, jeżeli jesteśmy w nim zupełnie osamotnieni, jak ci, którzy nie znają Chrystusa. Ich ból nie jednoczy ich z nikim i z niczym. Co może nam dać wspólczucie ludzkie w samotności śmierci? Kwiaty są nieprzyzwoitością wobec śmierci bez Boga. Służą jedynie do przykrycia ciała. Jak smutna jest miłość ludzka zakończona ze śmiercią! Jeszcze smutniejsza, gdy w żałosny sposób pragnie się uzyskać jakiś kontakt z umarłym. Gorzka jest taka miłość, gdy nie może złączyć się w cierpieniu z tymi, których kochamy. Jak boleśnie jest stać w niemym bólu, przy naszych najbliższych i patrzeć na ich mękę, nie mając im nic do powiedzenia. Strasznie jest wyznać, że nasza miłość nie jest dość silna, aby przezwyciężyć cierpienie. Dlatego jesteśmy zmuszeni do walki z nim, dopóki się da, bo inaczej stanie przed nami i zagrodzi drogę naszej miłości, na zawsze. Jeżeli boimy się śmierci i każdego cierpienia, nieuchronnie skazujemy siebie na wiele udręczeń. Imię, Krzyż i Krew Jezusa odmieniły to wszystko. W Jego Męce, w sakramentach, które Ją wszczepiają w nasze życie, bezradność ludzkiej miłości przetwarza się w boską potęgę, dźwigającą nas ponad wszelkie zło. Ona zwyciężyła wszystko. Taka miłość nie zna rozstania. I nie więcej lęka się cierpienia, niż młode zboże obawia się wiosennej ulewy. Takiej miłości i takiego zjednoczenia nie można znaleźć w samej doktrynie. Chrześcijanin jest wyposażony w coś więcej niż pewną filozofię cierpienia i ma w sobie pokój człowieka, któremu nic już grozić nie może. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo to Chrystus żyjący w nas, On wszystko zwyciężył i jednoczy nas wszystkich w sobie. Wszyscy żyjemy zespoleni mocą Jego śmieci, która zwyciężyła śmierć. W Nim jesteśmy nierozłączni; wolno więc nam szukać owocnej samotności, jeśli czujemy jej potrzebę. Bo będąc zjednoczeni z Chrystusem jesteśmy też w Nim złączeni z tymi, których kochamy. I chociaż słusznie martwimy się widomym rozstaniem z najbliższymi (bo mamy również kochać ich ludzką obecność), radujemy się także z ich śmierci, bo świadczy o sile naszej wzajemnej miłości. Mocne przekonanie i niewzruszona nadzieja złączenia się z naszymi zmarłymi w Chrystusie, ciągle mówi nam; że on żyją, że On żyje i że my żyjemy. To jest nasze wielkie dziedzictwo. Męstwo otrzymane od Boga jest Jego mocą, z którą nic nie może się równać. A duma rodzi się właśnie z porównania. Poznać Krzyż – to nie tylko poznać własne cierpienie. Bo Krzyż jest także znakiem zbawienia, a nikt nie został zbawiony mocą własnej boleści. Poznać Krzyż, to wiedzieć, że zostaliśmy zbawieni przez cierpienie Chrystusa i pojąć miłość Chrystusową, która przyjęła Mękę i śmierć, żeby nas zbawić. To więc poznać samego Chrystusa i historię Jego miłości, której doświadczamy.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017