Archiwum

Archive for the ‘miłość’ Category

Trzy góry

(Galacjan 2:20)

W zeszłym tygodniu w Kościele obchodziliśmy święto Przemienienia Pańskiego. Zaprowadziło nas ono za Chrystusem, z Piotrem, Jakubem i Janem, na Górę Tabor. Po co to wszystko? By ich wzmocnić, pokrzepić, rozpalić tajemnicą Bóstwa przed Swoją śmiercią. Wzmocnić ich a z nimi, nas. W Ewangelii ta Góra prowadzi za chwilę na inną górę, na górę męki, cierpienia, opuszczenia i śmierci, na Golgotę.

W życiu potrzebujemy przeżyć wzniosłych i budujących entuzjazm, bo nasza droga życia zawsze, wcześniej czy później, również prowadzi przez naszą golgotę. Miłość zawsze staje w perspektywie krzyża, bo Miłość to rozdawanie, tracenie siebie, przeciwstawienie się własnemu „ego”. Kto nie traci, ten nie miłuje! To paradoks Ewangelii. Jeśli tak popatrzymy na krzyż, to jawi się on jako krzyż chwalebny, pełen ofiary z siebie. Tak właśnie powinien być odczytywany. Przecież stał się narzędziem Zmartwychwstania i odkupienia.

Czy jesteśmy zdolni do ofiary z siebie, do rozdawania siebie innym? Czy potrafię zaprzeć się siebie, by naśladować Jezusa? Uklęknąć u stóp krzyża i odrzucając własne „ego” wyznać przed nim, że jest moim Panem? Co mi przeszkadza? Jakich strat obawiam się najmocniej? Co mnie przywiązuje i uniemożliwia przejście z mojej góry własnego bóstwa na Górę śmierci Chrystusa? Czego nie potrafię oddać, w czym obumrzeć, by móc żyć dla Niego? Co jest moim wzniesieniem egocentryzmu i nie pozwala mi zejść do poziomu Miłości, by najpierw stracić, by potem zyskać?

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Trudne czasy…

To był trudny tydzień, chyba dla większości z nas. Zmagania z kolejnymi podwyżkami, zmagania z niepogodą, zmagania z sytuacją na wschodniej granicy i widmo wojny zaglądające nam do domu, po prawie 80 latach, od końca poprzedniej. W rozmowach zasłyszanych w moim zakładzie pracy przewijały się różne pomysły o tym, jak żyć? Jedni całkiem realistycznie opowiadali o zapasach żywności, jakie zamierzają zrobić na wojnę; inni mówili raczej o drożyźnie i swojej zapobiegliwości w kryzysie, by zyskać; jeszcze inni, wykazując się sprytem, byli już gotowi zmienić miejsce pobytu, uciec z paszportem gdzieś daleko, do lepszego świata, przed wojną.

A mnie przyszło na myśl, jak słabi jesteśmy w naszych zmaganiach z życiem? Jak bardzo jakakolwiek niekorzystna zmiana, niewygoda, potrafi wyzwalać w nas natychmiast zaskakujące i egoistyczne emocje i odruchy? Mówimy o wolności, a jednocześnie dajemy się bardzo szybko manipulować, słysząc o jakichkolwiek przeszkodach, nawet tych nierealnych. Bo czy ktoś z nas może zaopatrzyć się zapobiegawczo na czas całego kryzysu w żywność i benzynę? Czy może przewidzieć, że jego dom oprze się kolejnej wichurze? Czy może być pewny, że wielcy tego świata realistycznie będą podejmować decyzje, spełniając swoje nierealistyczne zachcianki? Kto jest w stanie przewidzieć wszystkie scenariusze?

Zaskakujące jest to, jak szybko schodzimy „do parteru” w takich sytuacjach, myśląc tylko o własnej skórze i ucieczce przed groźną rzeczywistością, przed zagrożeniem. Zachowujemy się instynktownie. Jak bardzo brakuje nam wiary i zaufania Bogu, ludzkich odruchów i miłości. Realnym światem stał się ten świat dyktowany a może raczej narzucany nam ze szklanego ekranu, z komputera. Ze zgrozą można zauważyć wśród większości z nas, to co jeszcze kilka lat temu było żartem wśród pokolenia rodziców wychowanych bez komputera: że dla naszych dzieci, to czego nie znajdą w internecie, nie istnieje! Czy ta znieczulica, o której jeszcze głośno mówiło się kilka pokoleń temu, ta niewiara w istnienie czegoś poza wirtualną rzeczywistością, zaczęła dotykać kolejno wszystkich?
Dziś przestają istnieć takie wartości jak: świętość, wiara, człowieczeństwo, honor, prawda, ojczyzna, rodzina, szacunek, życie, poświęcenie, solidna praca… Wierzymy tylko w to, co namacalne i posiadane, łatwo zdobyte. Z wolna tracimy w sobie wszystkie cechy ludzkie, wrzucając do tego samego worka: cwaniactwo, wygodę, przemoc, spryt, arogancję, egoizm, złodziejstwo i nazywamy to wszystko chlubnie rozwagą, dalekowzrocznością czy zapobiegliwością! Jednocześnie przesunęliśmy wiarę w Boga i nasze człowieczeństwo na dalsze miejsce, może nawet ostatnie i traktujemy Jego obecność w życiu tylko jak ostatnią deskę ratunku?

Kiedyś mówiło się często: Jak trwoga to do Boga. Ile zła musimy jeszcze dopuścić w nas, w naszym życiu, w świecie, byśmy zaczęli się realnie bać o swoje życie duchowe? Ile musi się wydarzyć, byśmy pokornie wrócili do wiary w Boga w Kościele, w modlitwie, na co dzień ? Jak bardzo trzeba upodlić człowieka, zezwierzęcić, by móc powtórnie go nazwać człowiekiem rozumnym? Co musi się stać, byśmy w następnej kolejności wzrokiem się nie pozabijali w tej walce: o ogień?, o kawałek chleba?, o prymat w korporacji?, o uwagę Boga? Co musi się stać, by świat nie zidiociał do reszty?

Absurdalność piekła

31 października 2021 Dodaj komentarz

Zbliżają się uroczystości Wszystkich Świętych i Zaduszki… Większość z nas ma wśród bliskich, zmarłych, którzy odeszli w tym roku. Żałoba to czas zadumy i smutku, czas rozłąki i opuszczenia, czas żalu i osamotnienia. Nadchodzące dni będą szczególnym czasem nawiedzenia grobów zmarłych i odkrywania wspomnień o nich na nowo. Może jednak powinniśmy spojrzeć na te dwa dni nieco inaczej… z perspektywy radości. Bo mamy przecież obietnicę Boga, że kiedyś się spotkamy! A jeśli nie jesteśmy pewni perspektywy tego spotkania, z jakiegoś powodu, to mamy jeszcze możliwość to nadrobić, upewnić się tu na ziemi, dopóki żyjemy. Mamy możliwość podarowania odpustów za dusze zmarłych. Bo oni tam niczego sami już nie mogą naprawić. Mogą liczyć jedynie na naszą wiarę, pamięć i miłość. Faustyna opisała wizję piekła w swoim Dzienniczku. Warto zajrzeć do tego tekstu (Dz. 741). Bo innych przekazów z tamtej strony nie mamy, jak wizje świętych, którym dana była taka łaska. Warto pamiętać, że Jezus też umarł, dziś powiedzielibyśmy został skatowany, zabity, poniósł śmierć, w bardzo wymyślny i makabryczny sposób. Warto też pamiętać, że cierpiał i odczuwał ból jak normalny człowiek, choć był również Synem Bożym. Tego bóstwa i człowieczeństwa nie mieszał w sobie, nie wykorzystywał dla wygody.
„JEZUS NIE TYLKO DOŚWIADCZYŁ ŚMIERCI, ALE I OPUSZCZENIA, SAMOTNOŚCI, ABSURDALNOŚCI PIEKŁA, KTÓRE ZAGRAŻA CZŁOWIEKOWI. W TYM SAMYM SENSIE CO CZŁOWIEK”.

Co to jest ta ABSURDALNOŚĆ PIEKŁA?
By to zrozumieć, warto pamiętać, że dla Boga, który jest Miłością, jedynie miłość jest zawsze możliwa. Nie można jednak być pewnym, nie zaprzeczając samej miłości, że miłość rzeczywiście ofiarowana nie stanie się miłością odrzuconą, w imię wolności, jaką dał nam Bóg. On szanuje ludzką wolność, dał nam wolną wolę, nie jest tyranem jak sądzą mało zorientowani, dlatego człowiek ma możliwość wyboru, może ją przyjąć lub, nie przyjąć Bożej miłości. Człowiek jest wolny a Pan Bóg wierny w swojej Miłości. On nigdy nie przestaje kochać, nawet jeśli sam nie jest kochany. „BÓG KOCHA TAK SAMO PRZED, W TRAKCIE I PO GRZECHU. JEST NIEZWYKLE SUBTELNY I DELIKATNY”. On ciągle kocha i czeka na naszą odpowiedź. Może się więc zdarzyć, że człowiek odmówi Bogu wierności w miłości. Dlatego Bóg nie może wykluczyć tego, że ta miłość stanie się miłością odrzuconą. On ryzykuje. W tym jest zawarta absurdalność piekła, że korzystając z wolności sami odrzucamy miłość Boga, sprzeciwiamy się największemu przykazaniu i skazujemy siebie na potępienie, grzesząc. Piekło jest niepojęte i absurdalne, zachowuje jednak w Ewangelii rysy możliwości – odrażającej i możliwej. Mowa o piekle wskazuje na realną możliwość potępienia. Ani z piekła, ani z grzechu nie można nic zrozumieć, jeżeli nie bierze się pod uwagę odmowy miłości. Mówiąc jednak o odmowie, nigdy nie ma się na myśli Boga, który odmawia swej miłości. Nie ma bowiem i nigdy nie będzie niekochanych przez Boga. Jest on przecież samą Miłością. Jeżeli zatem jakaś istota może się potępić, odrzucając najwyższą Miłość, nie dzieje się to i nigdy nie będzie się dziać z powodu niedostatków otrzymywanej miłości, ale jedynie z powodu niepojętego, chociaż realnego faktu, że nieskończona Miłość, oddająca się bez żadnych ograniczeń, została bezwzględnie odrzuconą przez człowieka. Tego rodzaju absolutna odmowa, stanowiąca piekło i określająca istotę grzechu, nie mieszka w sercu Boga.
Miłość Boga jest dla chrześcijanina faktem tak pewnym, że nigdy nie można poddać go w wątpliwość. Dlatego piekło
„TO JEST TAKA SAMOTNOŚĆ, DO KTÓREJ NIE PRZENIKA ŻADNE SŁOWO. TO JEST TAK GŁĘBOKIE OPUSZCZENIE”. Z tej ciszy pozbawionej słów może zrodzić się tylko ROZPACZ — która — jest najwyższą formą miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad sobą, oraz to, że nie jest w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach.

Więcej o odpustach można dowiedzieć się na tej stronie.

W tekście użyto fragmentów tekstu ”Piekło — odrzucona miłość Boża” autorstwa Ks. Szymona Drzyżdżyka oraz fragmentów tekstu ”Piękno pustyni” T. Mertona.

Tajemnicza moc modlitwy

Św. Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Takich będziecie mieli kapłanów, jakich sobie wymodlicie”. Można te słowa również analogicznie, przełożyć na wszystkie osoby konsekrowane. Jak często modlimy się za kapłanów, siostry, braci zakonnych i inne osoby konsekrowane w Kościele?

Jak często zamawiamy za nich Mszę świętą? Za tych zmarłych, chorych czy pogubionych przychodzi nam to zdecydowanie łatwiej. Czasem opierając się o własne emocje i sympatie, czynimy to przy okazji jubileuszu czy imienin… i na tym koniec. Ale sami chcielibyśmy aby nasze zdrowie, życie, potrzeby i nasze troski były omadlane codziennie. Traktujemy czasem tę powinność trochę jak cudowne zaklęcie, dobrą wróżkę, magiczną formułkę, po której bezwzględnie nasze prośby i życzenia powinny się spełnić. A jeśli tak nie jest, to często zawiedzeni odwracamy się plecami, odchodzimy z Kościoła, na jakiś czas, na stałe, zrzucając winę na Pana Boga i/lub księdza. Patrzymy na kapłana, siostrę czy brata zakonnego trochę jak na pół-boga-pół-człowieka i żądamy Świętości, narzucając ją już za życia, już przy wejściu do budynku seminarium, czy domu zakonnego,w czasie gdy jednocześnie wybryki naszych dzieci — ich rówieśników, traktowane są z przymrużeniem oka i tłumaczone okresem buntu czy młodzieńczą chęcią smakowania życia. Zapominamy, że kleryk, postulant(ka), nowicjusz(ka) czy kapłan to też, tylko człowiek. Bo „swoje brudy pierzemy przecież we własnym domu.” Nas to nie dotyczy. My mamy prawo do błędu, do tolerancji, do słabości, do mijania się z prawdą, do wybielania… Nauczyliśmy się widzieć w tym młodym człowieku, który w rzeczywistości dopiero uczy się rozeznawać, jest kandydatem(-tką) czyli osobą, która może potencjalnie zająć określone stanowisko, już uformowanego, silnego kapłana, brata czy siostrę zakonną, nieskazitelnego człowieka, pół-boga, herosa. Często jesteśmy jeszcze niejako utwierdzani w swoim przekonaniu, w oparciu o wygłaszane z wielką pompą informacje z ambony, dzień po złożeniu dokumentów, że mamy w parafii powołaną osobę do kapłaństwa czy życia zakonnego. Nie zastanawiamy się, że to dopiero początek drogi. Jesteśmy nastawieni na sukces, na idealizm, na schemat, na życie w pędzie. A co, jeśli po kilku miesiącach okazuje się, że to było tylko chwilowe zachłyśnięcie się jakąś formą religijności, że to jednak nie powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego? Jeśli ten młody człowiek znajdzie w sobie, w swoim otoczeniu i środowisku z którego wyszedł, dość siły i oparcia, będzie mógł żyć normalnie i realizować inne swoje powołanie i marzenia. Ale jeśli nie, jeśli ten pęd do sukcesu i żądza środowiska, przygniecie go do ziemi… Ile można znieść plotek, pomówień, niedorzeczności, domysłów, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei środowiska? Sytuacja ma się podobnie w późniejszym życiu codziennym kapłana, siostry czy brata zakonnego. Nauczyliśmy się działać na pokaz, oczekując koniecznie konkretnych form wdzięczności, publicznych hołdów, żądając wszystkiego szybko i natychmiast, z góry zamierzonym skutkiem. To znak naszych przesyconych chciwością czasów. Modlitwa zaś, ma to do siebie, że jest zupełnym przeciwieństwem takiej postawy. Największą wartość ma ta szeptana systematycznie, latami, często anonimowo, w ciszy i prostocie serca, przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnych narzucanych sobie i Bogu planów, celów i zamierzeń. Trzeba ciągle uczyć się być bezinteresownym przed Bogiem w modlitwie. Biorąc do serca te papieskie słowa i ogromne zapotrzebowanie, wiele osób przez lata zaangażowało się w modlitwę w intencji kleryków, kapłanów, braci i sióstr zakonnych. Ta modlitwa przyjmuje różne formy: indywidualne i zbiorowe, bardziej lub mniej znane szerszemu ogółowi wiernych. Są to różne dzieła powstające na terenie poszczególnych parafii, diecezji, w kraju i za granicą. Duża część z nich wywodzi się bezpośrednio z Kościoła, ale są też takie, które zostały zainicjowane przez osoby świeckie. Najbardziej znaną formą takiej modlitwy za kapłanów jest Apostolat Margaretki. Jest to ruch modlitewny w Kościele katolickim, którego istotą jest wieczysta modlitwa za jednego kapłana. Ruch powstał w Kanadzie w 1981 roku, a dziś obecny jest w wielu krajach, na całym świecie. W Polsce pierwsze grupy Margaretek powstały w roku 1998. Do intensywnego rozwoju ruchu przyczynił się ogłoszony w 2009 roku przez papieża Benedykta XVI, rok kapłański. Margaretkę tworzy siedem osób znanych z imienia i nazwiska, które modlą się za jednego kapłana, każda w innym, wyznaczonym dniu tygodnia. Nieco później powstałymi dziełami w Polsce są Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów, Dzieło Duchowej Adopcji Braci Zakonnych, Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych i Dzieło Duchowej Adopcji Kleryków. Choć zostały w większości założone przez osoby świeckie, są objęte patronatem Kościoła. Obecnie obejmują swoim zasięgiem modlitewnym tysiące adoptowanych osób konsekrowanych. W tych dziełach zasady adopcji i modlitwy są nieco inne. Uogólniając: każdy chętny może adoptować konkretnego kleryka, kapłana, siostrę lub brata na pewien dowolny okres, np. okres formacji seminaryjnej, postulatu, diakonatu lub na stałe, czyli do swojej(!) śmierci, w przypadku prezbiterów czy braci i sióstr po złożonych wieczystych ślubach zakonnych. Podobnie jak w apostolacie Margaretek, może to uczynić albo informując wybraną osobę o adopcji osobiście, lub poprzez moderatorów poszczególnych stron, ujawniając swoje personalia, albo czyniąc to w sposób zupełnie anonimowy i ta forma adopcji zdecydowanie przeważa. Adoptowana osoba zostaje poinformowana o podjętej adopcji: e-mailem i otrzymuje niekiedy tzw. Pamiątkową Kartę Adopcji, w przypadku adopcji stałej kapłana lub siostry zakonnej. Adoptujący sam wybiera formę i rodzaj modlitwy, którą otacza wybraną osobę każdego dnia podjętej adopcji. Coraz więcej ludzi włącza się w tę modlitewną opiekę w różnej formie i to jest najważniejsze. Najważniejsza w tym wszystkim jest modlitwa, za konkretną osobę konsekrowaną. Te lubiane, znane i te, którym się wiele zawdzięcza, omadla się łatwo i przyjemnie. Ale są również i te mówiąc delikatnie — nielubiane, wskazywane mocno i wyraźnie przez Boga, wołające w milczeniu lub w ciemności nocy o pomoc, o modlitwę, zupełnie obce, w pewien sposób anonimowe — objęte klauzurą, chore, nadużywające alkoholu, zmarłe w różnych okolicznościach, samobójcy, suspendowani, osoby przejęte wraz z adopcją, bo ktoś inny nie miał siły, bo rozmyślił się po kilku tygodniach i zostawił… Niektóre z tych zobowiązań pozostaną z założenia zawsze anonimowe. Nie chodzi przecież o wchodzenie w czyjeś życie konsekrowane z butami, o narzucanie swoich racji i o przymus imiennej wdzięczności… Chodzi w tym tylko o wsparcie, o opiekę modlitewną, o zaufanie, o pewność ze strony kapłana, siostry, brata, kleryka, że gdzieś jest ktoś, kto czuwa w modlitwie przed Bogiem. Chodzi o nasze kształtowanie postawy i umiejętności dzielenia się. O wskazanie komuś innemu drogi, do nauki systematycznej modlitwy wstawienniczej, do poświęcenia części swojego życia i czasu na wsparcie innych! Czy umiemy się dzielić z innymi swoim czasem? Ile jest w nas bezinteresownej miłości i troski o drugiego człowieka? Ile możemy dać z siebie? Najłatwiej oddaje się to co zbywa! Może wakacje staną się takim błogosławionym czasem nauki podejmowania decyzji i ofiarowania swojego wolnego czasu i zaangażowania? Zwłaszcza teraz, gdy wielu młodych ludzi po maturze podejmuje swoje najważniejsze w życiu decyzje. Zwłaszcza teraz, gdy stają przed trudnymi wyborami. Możliwe, że ta jedna „Zdrowaśka” dziennie wypowiedziana przez Ciebie, choćby przez krótki czas, uratuje lub ugruntuje czyjeś powołanie? To jest Twoja decyzja, Twoje zaangażowanie w naśladowanie miłości Chrystusa i moc Twojej modlitwy przed Bogiem w Twojej „izdebce serca”…

Dwa serca, jeden rytm #2

Sokółka: rocznica przeniesienia Cząstki Ciała Pańskiego do kaplicy MB  Różańcowej
Komunikant przemieniony w cząstkę Ciała Pańskiego w Sokółce

Wiesz już drogi czytelniku, że Eleusa jest Maryją pasyjną. To jest to wyjątkowe znaczenie słowa „czuła”. Mająca realny współudział w Pasji – Męce i Śmierci Jezusa. Jej głębia wzroku, wyraz oczu i przytulenie policzka nabierają tu nowego znaczenia. To nie tylko wtulenie się Jezusa i kurczowe trzymanie Matki za szyję, jakby szukanie schronienia w ramionach najczulszej z Matek, przed nadchodzącym strachem i cierpieniem, ale i przytulenie serca do serca, serc które za chwilę będą współodczuwały mękę i śmierć. Maryja jako pierwsza zrozumiała też Zmartwychwstanie. Nie było jej przecież wśród kobiet idących do grobu w niedzielę rano, by namaścić ciało Syna. Nie było jej w Wieczerniku, razem z przerażonymi uczniami, niepewnymi jutra, zawiedzionymi w swoich nadziejach na stanowisko w Królestwie Bożym. Ona nie czekała na niewiadome. Ona wiedziała! Spotkała Zmartwychwstałego Jezusa najwcześniej, jako ta pierwsza, wybrana. W tej miłosnej jedności dwóch serc, od początku można zauważyć, że Maryja i Jezus pokornie zgadzają się na wszystko, przyjmują plan Boga, ufają Mu bezgranicznie. Najświętsze Serce Jezusa i Niepokalane Serce Maryi są zjednoczone w tej ufności aż po Pasję i Zmartwychwstanie. Męka rozpoczyna się ustanowieniem Najświętszego Sakramentu, którego pamiątkę Kościół obchodzi w Wielki Czwartek. Bo Wielki Czwartek to przede wszystkim celebracja Ciała i Krwi Chrystusa, i aby mogło się to dokonać Jezus sam ustanawia sakrament Kapłaństwa i Eucharystię, stając się Kapłanem i Ołtarzem, rozdając Siebie jako sługa, który umywa nogi innym. Potem wchodzi już w Mękę i nie ma tu miejsca na uroczystą adorację Ciała i Krwi.

Dlatego od XIII wieku Kościół obchodzi osobną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (zwaną potocznie Bożym Ciałem). Uroczystość ta ma na celu podziękowanie za ten niezwykły dar Chrystusowi. Kościół od początku wierzył w realną obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i dlatego Eucharystię uczynił centrum. Na czym ta obecność polega? Opłatek, który jest wypieczonym chlebem pszennym, po wypowiedzeniu przez kapłana słów Przeistoczenia, mocą Ducha Świętego, staje się Ciałem Pana Jezusa, a wino – Jego Krwią. O co więc tak naprawdę chodzi w Przeistoczeniu? Jako wyjaśnienie przytoczę tu słowa o. Jana P. Strumiłowskiego OCist, który na łamach PCh24 pisał:

„W języku metafizyki substancja oznacza istotę rzeczy, samo jej sedno, to czym sam byt jest. W takim znaczeniu substancja jest czymś różnym od przypadłości (czyli od tego, jakie coś jest)”, zaś „podczas konsekracji przypadłości nie zmieniają się, natomiast zmienia się sama substancja”. „Jeśli konsekracja powoduje przemianę samej istoty, a nie przypadłości, to znaczy, że nawet właściwości chleba nie zostają przez konsekrację zmienione. Stąd też gluten w konsekrowanej hostii nadal szkodzi osobom uczulonym na gluten” – dodaje.

Sekwencja na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

Taką doniosłą i odpowiedzialną władzę powierzył kapłanom sam Chrystus, kiedy powiedział przy Ostatniej Wieczerzy: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). Tymi słowami polecił Apostołom i ich następcom przeistaczanie (przemienianie) chleba w Ciało Pańskie, a wina w Krew Pańską. Spełniła się w ten sposób obietnica: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). W Najświętszym Sakramencie jest obecne Ciało i Krew Pana Jezusa, Jego Osoba, jest On cały. Nie ma bowiem ciała Pana Jezusa osobno poza Jego Osobą.

Według nauki Kościoła Pan Jezus jest obecny w Eucharystii pod każdą widzialną cząstką konsekrowanej Hostii. Dlatego z taką troskliwością kapłan uważa, aby najmniejsze okruchy zebrać do kielicha, obmyć wodą i spożyć. Ta czynność nazywana jest puryfikacją.

Pan Jezus jest cały i żywy tak pod postacią chleba, jak i pod postacią wina. Gdzie jest bowiem prawdziwe Ciało Chrystusa, tam jest i Jego Krew, i cała Jego osoba. Podobnie, gdzie jest Krew Pana Jezusa, tam jest i Jego Ciało.


Ciąg dalszy nastąpi…

Dwa serca, jeden rytm

Właśnie zakończył się miesiąc maj poświęcony czci Maryi Panny a weszliśmy w czerwiec, miesiąc poświęcony Sercu Pana Jezusa.

Kilka tygodni temu dane mi było ponownie przeżyć warsztaty pisania ikon pod czujnym okiem o. Jacka SJ. Tematem była Matka Boża Czuła zwana Eleusą. Przedstawiona jest jako ta, która trzyma na rękach małego Jezusa i przytula swój policzek do Jego policzka. Jezus zasiada na jej przedramieniu jak na tronie. Jego wzrok utkwiony jest w twarzy Matki Bożej. Jak sama nazwa wskazuje Matka Boża jest na tego typu ikonie pełna czułości, delikatności, pełna tkliwości do syna, w ujęciu przytulenia policzkiem do policzka małego Jezusa. Ale jest jeden szczegół, na który mało doświadczony widz nie zwróci uwagi. Wzrok Matki nie patrzy na syna a przed siebie, skupiony jest na na widzu i pełen smutku. Dlaczego w takiej chwili Matka Boża jest smutna? Wydawałoby się, że to sytuacja, w której każda matka powinna być radosna, cieszyć się, obserwować i spoglądać na swoje dziecko. Okazuje się, że słowo czuła ma tu inne znaczenie. Czuła to nie tylko pełna czułości, ale i współczująca, współodczuwająca. Maryja wie o przyszłości Jezusa. Przecież już Symeon spotkany w Świątyni Jerozolimskiej…

(…) błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: «Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu».

Łk 2, 34-35

Maryja zachowywała te wszystkie słowa w sercu, rozważała je i miała przeczucia. Domyślała się, że życie Jezusa nie będzie tak proste i radosne, jakby się mogło wydawać. Zaufała Bogu i wiedziała, że do tej pory wszystko, co usłyszała od Anny i Symeona czy Anioła, spełniało się w Jej życiu. Miała świadomość bycia Matką Pomazańca Bożego. Miała też świadomość, że jako ta wybrana na Matkę Zbawiciela, będzie miała udział w Jego misji. Będzie towarzyszącą Chrystusowi we wszystkim, co Bóg Mu wyznaczył. Pamiętając o słowach Symeona, zdawała sobie sprawę, że misja Zbawiciela nie będzie wiązała się tylko z chwałą, że będzie w tym również wielkie cierpienie. Jej posłannictwo będzie trwało przez cały czas, będzie tą, która towarzyszy Jezusowi aż pod krzyż i aż po grób. Te dwa złączone policzki na ikonie przywodzą mi na myśl dwa serca, tak samo przytulone do siebie, bijące jednym rytmem miłości, wielkiej ufności i posłuszeństwa Bogu. Serca przepełnione tak wielkim uczuciem, jakiego tylko matka i jej dziecko doświadczyć mogą w czułym przytuleniu pełnym poczucia bezpieczeństwa i macierzyńskiej miłości. Bo jak nazwać inaczej to spotkanie się dwóch policzków i dwóch serc, jeśli nie miłością doskonałą? Maryja jeszcze trzyma małego Syna w ramionach, jeszcze stara się chronić przed złem, ale w swoich przeczuciach już wie, że za chwilę będzie musiała się zgodzić na Jego mękę i śmierć.

Jezus nie tylko doświadczy śmierci, ale i opuszczenia, samotności, absurdalności piekła, które zagraża człowiekowi, i to w tym samym sensie co człowiek. To będzie taka samotność do której nie przenika żadne słowo, to będzie tak głębokie opuszczenie.

Dlatego tak ważne jest to przytulenie: policzków i serc…


Ciąg dalszy nastąpi…

Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

Leonardo da Vinci, Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie (1472-1475)

Kościół czci tajemnicę wcielenia Syna Bożego osobną Uroczystością Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie, dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Święto to obchodzono w Kościele wschodnim 25 marca już w VI wieku. W Kościele zachodnim wprowadzono je w VIII wieku.

Dzień Świętości Życia

Jednocześnie w tym dniu Kościół przeżywa także Dzień Świętości Życia. Patrząc nie tylko na swoje życie, które jest wielkim darem Stwórcy, możemy w sposób szczególny zatroszczyć się o życie tych najbardziej bezbronnych, poczętych, ale jeszcze nienarodzonych, którym grozi aborcja. W intencji dziecka zagrożonego w łonie matki zabiciem możemy podjąć Duchową Adopcję.

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego jest modlitwą w obronie dziecka poczętego, osobistym wypełnieniem Jasnogórskich Ślubów Narodu, pomocą dla osób cierpiących z powodu grzechu aborcji. Jest Modlitwą w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Trwa 9 miesięcy i polega na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy różańcowej (dowolnie wybranej) oraz specjalnej modlitwy w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy można dołączyć dowolnie wybrane dodatkowe postanowienia. Mogą to być np.: regularna lub częsta spowiedź i Komunia Święta, adoracja Najświętszego Sakramentu, czytanie Pisma Świętego, post, walka z nałogami, pomoc potrzebującym, dodatkowe modlitwy…
Należy podejmować postanowienia realne, mając na uwadze indywidualne możliwości ich wypełnienia, można też podejmować adopcję bez zobowiązań dodatkowych.
Duchowa adopcja powstała w Fatimie stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987r. została przeniesiona do Polski. Pierwszy ośrodek Duchowej Adopcji powstał w Kościele oo. Paulinów w Warszawie. Duchowa Adopcja skutecznie leczy głębokie zranienia wewnętrzne spowodowane grzechem aborcji. Pozwala matkom odzyskać wiarę w Boże Miłosierdzie, przynosząc pokój ich sercom. Jako bardzo konkretny, bezinteresowny i osobisty dar pomaga w szczególności ludziom młodym kształtować charakter, walczyć z egoizmem, odkrywać radość odpowiedzialnego rodzicielstwa, uzdalniając do postrzegania miłości i współżycia oczyma Boga. Ucząc systematycznej modlitwy i działania pogłębia kontakt z Bogiem, pomaga odkrywać głęboki sens zaniedbanych praktyk ascetycznych. Adopcję może podjąć każdy (osoby świeckie, konsekrowane, w każdym wieku), również osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. Jedynie dzieci podejmują ją pod opieką rodziców. Można podejmować ją wielokrotnie pod warunkiem wypełniania poprzednich zobowiązań. Podejmując każdą następną, za każdym razem, pierwszego dnia adopcji składamy przyrzeczenie. Każda jedna adopcja dotyczy tylko jednego dziecka. Imię dziecka, narodowość, zna jedynie Bóg. Dla podejmującego jest ono anonimowe. Naszą pewność, że Bóg wysłucha modlitwy opieramy na wierze we Wszechmoc i Miłosierdzie Boże. Bóg jest Dawcą Życia i Jego wolą jest, by każde poczęte dziecko żyło i było otoczone miłością rodziców.
Zapomnienie o modlitwie przez jeden – kilka dni nie jest grzechem. Grzechem jest świadome i dobrowolne zlekceważenie składanego Bogu przyrzeczenia. Przerwę stanowiącą najwyżej klika dni, z powodu zapomnienia, w ciągu 9 miesięcy należy uzupełnić przedłużając o daną liczbę dni adopcję i modlitwę. Długa przerwa, miesiąc i więcej przerywa duchową adopcję. Należy wtedy ponowić przyrzeczenie i starać się je dotrzymać, a zaniedbaniu zadośćuczynić w trakcie spowiedzi. Zwyczajowo przyrzeczenia składane są w Polsce 25.03. bądź 08.12. Wskazane jest, by przyrzeczenie było składane uroczyście, w kościele, w obecności kapłana, chociaż można je złożyć także prywatnie, czy przez radio. Wskazane jest wtedy bycie w stanie łaski uświęcającej i ofiarowanie Panu Bogu najbliższej, możliwej Komunii Świętej w tej intencji. Osoby, które z różnych uzasadnionych przyczyn, jak choroba, niepełnosprawność, sędziwy wiek nie mogą przyjąć adopcji w kościele, mogą podejmować ją prywatnie. Należy wtedy odczytać formułę przyrzeczenia przed krzyżem lub obrazem świętym i od tego momentu przez kolejnych 9 miesięcy odmawiać wybraną tajemnicę Różańca i modlitwę. Dla zapamiętania dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.

Formuła przyrzeczenia Duchowej Adopcji

Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja … postanawian mocno i przyrzekam, że od dnia … biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawian:
— odmówić codziennie modlitwę w intencji nienarodzonego,
— i codziennie odmówić jedną tajemnicę Różańca (wybraną, stałą, przez 9 miesięcy),
— moje dobrowolne postanowienia: …

Modlitwa codzienna

Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś.
Amen.

„Weź swój krzyż i naśladuj mnie…”

Krzyż jest tajemnicą powiązaną z naszą drogą. Nigdy nie jest celem samym w sobie i sztuką dla samej sztuki. Jest zawsze tylko etapem życia. Tak powinno się patrzeć na krzyż i cierpienia, by nasze życie nie stało się niezamierzoną drogą krzyżową.
Krzyż może przybierać różne formy w życiu. Czasem na krzyż człowieka złożą się żywioły natury (trzęsienia ziemi, powodzie, susze, wichury). Czasem dla kogoś ciężarem krzyża jest cierpienie związane z przemijaniem życia na ziemi. Bo człowiek może nie zawsze potrafi pogodzić się z tym, co nieuniknione i niemożliwe do zatrzymania, czy powstrzymania (utrata sił witalnych, starzenie się organizmu, przemijanie życia, usamodzielnienie się dzieci). Cierpienie i krzyż może być związany również z wartościami Ewangelii, bo próbując żyć tymi wartościami napotkamy podwójny opór: własnego Ego i tego świata. Bo akceptując Ewangelię stajemy się wyrzutem i kontrastem, niewygodnym dla świata. Stajemy w poprzek wielu wyobrażeniom i modom, ideologiom i zbiorowościom. Bo inność drażni! A może krzyżem będzie miłość, nie tylko ta niespełniona… Jeśli chcemy kochać długofalowo, w pewnym momencie dojdziemy do progu, za którym kochać dalej, oznacza zaakceptować tracenie siebie, swojego czasu i życia dla ukochanej osoby, bez spoglądania na własne korzyści. Warto jednak zauważyć, że miłością nie można nazwać szukania jej w ideologiach i własnych egoistycznych pragnieniach (np. pragnienie posiadania dziecka za wszelką cenę, które staje się obsesją, albo radykalna samotność z obawy i strachu przed małżeństwem, poczęciem i wychowaniem dziecka; by nie stracić sylwetki, urody i wolności, nie podzielić czasu poświęconego tylko sobie). Krzyżem może być każdy trud: praca, studiowanie, zdobywanie wiedzy, brak akceptacji, przypisywanie intencji, których nie mięliśmy… Krzyżem może stać się nagła choroba, choroba nieuleczalna, nałóg czy śmierć kogoś bliskiego. W takich sytuacjach dochodzi jeszcze nasze cierpienie, niemoc, trud opieki, niesienie pomocy; bo często traktujemy chorobę jedynie jak wyrok, bo cierpimy z bezradności, odtrąceni gdy uzależniony nie szuka i nie chce przyjąć pomocy, bo patrzymy na śmierć jak na koniec, a nie na etap życia – tu na ziemi. Albo więc uznamy, że krzyż jest miłością albo stanie się samotnością i przekleństwem: cierpieniem niewykorzystanych szans, konsekwencją grzechu, skutkami poniesionych błędów naszych i innych ludzi. Dlatego krzyż jest tajemnicą. Nikt nie jest w stanie zrozumieć i odczuć realnie ciężaru czyjegoś krzyża. Nie można powiedzieć: Wiem jak cierpisz! Jeśli tak mówimy, to robimy to nieświadomie albo naiwnie sądząc, że takie współczucie jest jakimś wsparciem. W rzeczywistości staje się ironią, kpiną, bo robimy to tylko w celu polepszenia własnego humoru i zagłuszenia wyrzutów własnego sumienia. Bo nikt nie poniesie naszego krzyża lepiej niż my sami. Jest przecież dopasowany indywidualnie do naszych możliwości. Jeśli tak popatrzymy na krzyż i cierpienie, z pewnością zauważymy, że faktycznie jest ono tylko etapem, przez który trzeba jednak przejść, z Bogiem.

Vincent van Gogh, Stary człowiek w smutku (1890)

Samo w sobie cierpienie, bezużyteczne i wstrętne, bez wiary staje się przekleństwem. Społeczeństwo, którego całym ideałem jest wyeliminowanie cierpienia i danie wszystkim możliwie największej wygody i przyjemności, jest skazane na zagładę. Nie rozumie bowiem, że nie każdego zła trzeba unikać za wszelką cenę. Cierpienie, wbrew mniemaniu świata, nie jest złem jedynym. Jeżeli będziemy uważać je za największe zło, a przyjemności za największe dobro, to zostaniemy zalani falą jedynego wielkiego zła, którego powinniśmy unikać bez kompromisów – grzechu. Czasem trzeba absolutnie zmierzyć się z cierpieniem, które jest mniejszym złem, w celu uniknięcia lub przezwyciężenia większego zła, to jest grzechu. Jaka jest różnica między fizycznym złem, zwanym cierpieniem, a moralnym złem, czyli grzechem? Pierwsze nie ma władzy przenikania głębiej niż powierzchnia naszej istoty. Może atakować ciało, umysł, wrażliwość, ale nie może szkodzić duchowi bez współdziałania tego drugiego zła, będącego grzechem. Jeżeli cierpimy z odwagą, cierpliwością, spokojem i bezinteresownie; to samo, co nas niszczy zewnętrznie, jednocześnie doskonali nas duchowo, oraz czyni bardziej i pełniej sobą, bo pozwala nam wypełnić nasze przeznaczenie w Chrystusie. Grzech uderza w sam rdzeń naszej osobowości. Niszczy tę rzeczywistość, od której zależy nasz prawdziwy charakter, nasza tożsamość i nasze szczęście, wynikające ze skierowania całej naszej istoty ku Bogu. Zostaliśmy stworzeni, żeby chcieć tego, czego On chce, poznać to, co On zna i kochać to, co On kocha. A istotą grzechu jest wola robienia tego, czego Bóg nie chce, poznania tego, czego On nie zna i kochania tego, co jest Mu przeciwne. Każdy grzech jest wystąpieniem przeciwko prawdzie, posłuszeństwu i miłości. A we wszystkich tych trzech dziedzinach grzech okazuje się także niesprawiedliwością, krzywdą wyrządzoną przede wszystkim nam samym i Bogu. Jaki jest więc cel poznania tego, czego Bóg nie zna? Jest to znajomość tego, co nie istnieje. I po cóż kochać to, czego On nie kocha? Jest to miłość obejmująca jakieś nic – bo Bóg kocha wszystko, co jest. Naszym przeznaczeniem jest kochać wszystko, co On kocha i tak, jak On je miłuje. Upodobanie w tym, czego nie ma, jest zarazem odmową kochania tego, co istnieje. Dlaczego mielibyśmy niszczyć siebie, chcąc tego, czego Bóg nie chce? Chcieć wbrew Jego woli, to zwracać własną wolę przeciwko sobie. Bo to, czego Bóg chce dla nas, odpowiada naszym najgłębszym potrzebom. Chcieć czegoś innego, to pozbawiać się życia. Tak więc, kiedy grzeszymy, dusza zamiera z zagłodzenia. Chrześcijanin powinien zrobić wszystko, aby w każdy godziwy sposób ulżyć cierpieniom bliźnich, a także nie zaniedbywać starań o zmniejszenie niektórych cierpień własnych, jeśli są okazją do grzechu. Możemy odczuwać współczucie dla innych, bo cierpienie jest same w sobie rzeczą złą. Takie współczucie jest dobre, ale nie staje się automatycznie prawdziwą miłością, chyba, że w osobie cierpiącej potrafimy zobaczyć Chrystusa i ulitować się nad nią miłosierdziem Chrystusowym. Cierpienie idzie na marne, jeżeli jesteśmy w nim zupełnie osamotnieni, jak ci, którzy nie znają Chrystusa. Ich ból nie jednoczy ich z nikim i z niczym. Co może nam dać wspólczucie ludzkie w samotności śmierci? Kwiaty są nieprzyzwoitością wobec śmierci bez Boga. Służą jedynie do przykrycia ciała. Jak smutna jest miłość ludzka zakończona ze śmiercią! Jeszcze smutniejsza, gdy w żałosny sposób pragnie się uzyskać jakiś kontakt z umarłym. Gorzka jest taka miłość, gdy nie może złączyć się w cierpieniu z tymi, których kochamy. Jak boleśnie jest stać w niemym bólu, przy naszych najbliższych i patrzeć na ich mękę, nie mając im nic do powiedzenia. Strasznie jest wyznać, że nasza miłość nie jest dość silna, aby przezwyciężyć cierpienie. Dlatego jesteśmy zmuszeni do walki z nim, dopóki się da, bo inaczej stanie przed nami i zagrodzi drogę naszej miłości, na zawsze. Jeżeli boimy się śmierci i każdego cierpienia, nieuchronnie skazujemy siebie na wiele udręczeń. Imię, Krzyż i Krew Jezusa odmieniły to wszystko. W Jego Męce, w sakramentach, które Ją wszczepiają w nasze życie, bezradność ludzkiej miłości przetwarza się w boską potęgę, dźwigającą nas ponad wszelkie zło. Ona zwyciężyła wszystko. Taka miłość nie zna rozstania. I nie więcej lęka się cierpienia, niż młode zboże obawia się wiosennej ulewy. Takiej miłości i takiego zjednoczenia nie można znaleźć w samej doktrynie. Chrześcijanin jest wyposażony w coś więcej niż pewną filozofię cierpienia i ma w sobie pokój człowieka, któremu nic już grozić nie może. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo to Chrystus żyjący w nas, On wszystko zwyciężył i jednoczy nas wszystkich w sobie. Wszyscy żyjemy zespoleni mocą Jego śmieci, która zwyciężyła śmierć. W Nim jesteśmy nierozłączni; wolno więc nam szukać owocnej samotności, jeśli czujemy jej potrzebę. Bo będąc zjednoczeni z Chrystusem jesteśmy też w Nim złączeni z tymi, których kochamy. I chociaż słusznie martwimy się widomym rozstaniem z najbliższymi (bo mamy również kochać ich ludzką obecność), radujemy się także z ich śmierci, bo świadczy o sile naszej wzajemnej miłości. Mocne przekonanie i niewzruszona nadzieja złączenia się z naszymi zmarłymi w Chrystusie, ciągle mówi nam; że on żyją, że On żyje i że my żyjemy. To jest nasze wielkie dziedzictwo. Męstwo otrzymane od Boga jest Jego mocą, z którą nic nie może się równać. A duma rodzi się właśnie z porównania. Poznać Krzyż – to nie tylko poznać własne cierpienie. Bo Krzyż jest także znakiem zbawienia, a nikt nie został zbawiony mocą własnej boleści. Poznać Krzyż, to wiedzieć, że zostaliśmy zbawieni przez cierpienie Chrystusa i pojąć miłość Chrystusową, która przyjęła Mękę i śmierć, żeby nas zbawić. To więc poznać samego Chrystusa i historię Jego miłości, której doświadczamy.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017