Archiwum

Archive for the ‘okresy liturgiczne’ Category

Olejek nardowy…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Tydzień. Weszliśmy właśnie w ostatnie dni przed najważniejszym wydarzeniem w Roku liturgicznym. Od Wielkiego Czwartku rozpoczniemy uczestnictwo w Triduum Paschalnym.

Będziemy świadkami Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Mszy świętej i sakramentu kapłaństwa. Potem razem z Piotrem być może zaśniemy, znużeni i zmęczeni przygotowaniami do Świąt. Przegapimy Ogrójec, a nocą zbudzą nas szepty i chrzęst kamieni pod butami skradających się w ciemnościach żołnierzy, by zaskoczyć i pojmać Jezusa. Czy odczujemy na własnej skórze fałszywy pocałunek Judasza? A może uświadomimy siebie jak on, że pieniądze to nie wszystko!

Może pójdziemy w drogę za Jezusem, przepełnieni jak Piotr trwogą, przemykając ukradkiem, by nas nikt nie przyłapał, nie rozpoznał, żeby nie mieć problemów, nie wstydzić się tej znajomości. Może uronimy kilka łez tkliwości jak płaczące kobiety, które mijał na drodze. Czy dostrzeżemy jego rany i sińce pokryte kurzem i zastygłą krwią? Zwrócimy uwagę na obnażone kości, rozdarte fragmenty ciała po biczowaniu, opuchnięte tkanki, popękane z pragnienia usta, wyrwane z ciałem włosy, koronę z ciernia, która wbija się długimi, ostrymi kolcami i przeszywa czaszkę. A może będziemy się buntować, że musimy nieść krzyż czyjejś męki i hańby, jak Szymon? Może spotkamy Maryję i Weronikę… Co im powiemy? Czy spojrzymy im w oczy z odwagą?

Jak daleko od krzyża przystaniemy na Golgocie? Czy będziemy obojętnie przyglądać się obdarciu Jezusa z szat, z godności? Biernie wsłuchiwać się w głuche stukoty młota, który wciska stępiałe grube gwoździe w zdrętwiałe, zmarznięte, obolałe dłonie i stopy, napręża kości, zrywa ścięgna, przeszywa i paraliżuje mięśnie? Jak bardzo blisko będziemy przy naszym Zbawcy w tych dniach… Na tyle blisko by odczuć na własnej skórze mękę, wzgardę i szyderstwo z naszego Króla?

Czy skupimy się jak Marta na przygotowaniach do Świąt, na krzątaniu się po domu i szukaniu w kuchni pomysłów, do realizacji nowych wyzwań kulinarnych? A może jak Maria poświęcimy Chrystusowi to, co dla nas najcenniejsze: czas i uwagę. Może nie zważając na cenę, wydobędziemy to, co najdroższe dla nas, by uczynić z tego największy dar dla Jezusa? Co to będzie? Czy nasz dom stanie się w te dni domem z Betanii, pełnym przyjaciół Chrystusa, czy raczej pustynią pełną naszych wyobrażeń, pragnień i płonnych namiętności na dwa dni Świąt?

Jaka atmosfera zapanuje w naszym domu? Czy cały wypełni się wonnością i miłością Marii, a potem pełnią miłosierdzia w poranek Zmartwychwstania? Czy jesteśmy gotowi namaścić Jezusowi Jego stopy na pogrzeb, publicznie? Bo miłość potrzebuje właśnie takich symboli, a zaufanie może być budowane tylko z wdzięczności. Czy moje zaufanie do Chrystusa jest na tyle ogromne, bym mógł/-a dotrwać w Wielkim Poście do końca Triduum, nie poprzestając ze znudzeniem na „święconce”?
Przebudzić się, pobiec do grobu o świcie i spotkać Jezusa w ogrodzie. Usłyszeć jak z czułością wypowiada Twoje imię…

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Koloryt świąt

Jeszcze jedna świeca adwentowa i koniec. Z wolna zbliżamy się do Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiamy się, jakie będą? Czy zdążymy ze wszystkimi przygotowaniami, czy nic ich nie pokrzyżuje? Obyśmy w zdrowiu dotarli do Nowego Roku…


Chcę dziś przystanąć na chwilę przy tej świecy, różowej. Dlaczego właśnie tej, bo jest dla mnie wyrazem prawdziwej radości oczekiwania. Nie myli się z fioletem pozostałych świec i fioletem ornatów używanych podczas ceremonii pogrzebowych. Czarnych niestety już się nie używa. A szkoda.

Dla mnie ten czas jest zupełnie inny. W zeszłym roku mogłam cieszyć się codziennymi Roratami, mrokiem pięknego barokowego kościoła, nikłym płomieniem świec w lampionach. Roraty były wyznacznikiem oczekiwania na każdy dzień Adwentu. W tym, nie dane jest mi w nich uczestniczyć. Niestety — praca! Czekam na Boże Narodzenie inaczej, ale też z radością. To nie musi być właśnie tak wzorcowo. Bo inaczej, to już nie jest czekanie? Każda tęsknota ma coś w sobie z oczekiwania. To od nas zależy, od naszego nastawienia, jak będziemy oczekiwać. Czy będzie to oczekiwanie niecierpliwe, pełne troski o stół i prezenty, o wystrój? Nie ma w tym nic złego, ono też ma swoją wartość. Jednak czy powinno być na pierwszym miejscu? Może bardziej zrozumiałe było jeszcze kilka dekad temu, gdy w sklepach półki świeciły pustkami. Gdy każdą rzecz, każdy drobiazg trzeba było wystać, wyszarpać własnymi rękoma. Teraz, wszystkiego jest pod dostatkiem. Dlaczego więc nadal żyjemy jak zafiksowani, w pędzie, hałasie, nerwach? Daliśmy się wytresować mediom i reklamie! Czy kupno najmodniejszej kreacji i najnowszego sprzętu, to szczyt naszych marzeń? A może spłycenie ich do pożądania i zaspokojenia tej konkretnej zachcianki… Zgubiliśmy w tej tresurze poczucie smaku i sytości! Pragniemy, a może tylko zazdrościmy, pożądamy, osiągamy i na tym się kończy? Kiedyś, człowiek potrafił docenić to co ma, przez trudność z jaką na to zapracował i zdobył. Skupiał się przede wszystkim na potrzebnych rzeczach w codzienności.
Dziś, często wiedziony kolejną reklamą wymuszającą na nim kupno, bezmyślnie poddaje się manipulacji, która ma na imię „moda”. Przykład: w tamtym roku ozdoby choinkowe musiały być w kolorze złota a w tym koniecznie musi być na niebiesko. A czy przy zeszłorocznej choince Święta się nie odbędą? Karp będzie smakował inaczej? Prezenty będą do kitu, tylko dlatego, że oświeci je blask złotych światełek, a nie niebieskich? Może warto przystanąć, odetchnąć głęboko i zastanowić się, jak bardzo daliśmy się wmanipulować, by zaspokajać czyjeś wymyślone naprędce pomysły czy nabijać kieszeń pośrednikom. Bo przecież większość produkcji jest wytwarzana zupełnie w innej części świata i przez ludzi, którzy nie wiedzą, co to Święta Bożego Narodzenia. Może warto przystanąć, otrząsnąć się i poszukać właściwej perspektywy Świąt! czego i Wam życzę 😉

Przebudzenie

13 października 2021 Dodaj komentarz

Wczorajsza niespodziewana wizyta małej sikorki na balkonie, uzmysłowiła mi, że zima za pasem. Przeminął już prawie kolejny rok. Za chwilę następna Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata i Adwent. Życie mija równie szybko. Szczególnie widać tę szybkość w statystykach o wypadkach. Carpe diem — pisał Horacy. Być nieśmiertelnym, to marzenie wielu. Wtedy może wreszcie zdążę zrobić wszystko, co zaplanowałam. Tyle że to ułuda.

A gdyby tak wykonać plan minimum przed czasem? Odwrócić zależność życia od czasu i na początek zająć się nieśmiertelnością? Zrobić wszystko, to co niezbędne, by mieć świadomość zbliżającej się nieśmiertelności w obecności Boga? Bo skoro i tak nikt nie zdąża i na kolejnym pogrzebie dowiem się, że zmarły nie zdążył z tym, czy z tamtym…? Może odwrócenie logiki pozwoli mi przestać pędzić za nieosiągalnym, skupić się bardziej na obecnej chwili, na sobie i myśli o bliskich kochanych?! Bo jeśli okaże się, że jutro nie nadejdzie dla mnie? Może dość zmarnowałam życia, może trzeba zacząć żyć „tu i teraz”! Bóg w swoich planach na miliardy lat, zawarł już nieśmiertelność. Tylko czy ja popieram te plany? To przecież był Jego najlepszy dar dla człowieka. Bo śmierci Bóg nie uczynił! Więc dlaczego tak łatwo i hojnie albo bezmyślnie żegnamy zmarłych słowami: „Bóg tak chciał…” Jaki obraz Boga noszę w sobie?

Dlaczego ten Bóg będący miłością i miłosierdziem, jest we mnie często bogiem lęku, tyranem, bezdusznym egoistą, głodnym uczuć buntownikiem… Może zatrzymam się przez chwilę i pomyślę, kto i w jaki sposób, tak bardzo spaczył ten obraz Boga we mnie? Bo tak jakoś jesteśmy bardzo plastyczni w budowie, a może delikatni i idealnie ukształtowani Bożą ręką, że często odbija się w nas, na naszej duchowej skórze, każdy nacisk, kopniak czy kuksaniec psychiczny, dodany przez kogoś w życiu. Te wycelowane w serce i duszę są najgorsze, bo pozornie niewidoczne, ale bolą najdłużej, często przez całe życie, zmieniając nas mimowolnie w cierpiących, obolałych inwalidów psychicznych i uczuciowych, bezdusznych twardzieli, egoistów, maniaków sportu, jedzenia, wyglądu…

Zadziwiające jest to, że czasem taki jeden „niewinny kuksaniec”, jest w stanie wywrócić kilkadziesiąt następnych lat naszego życia do góry nogami. Bo człowiek mimo danego mu rozumu i wolnej woli, często nie umie z tych darów korzystać należycie. Szukamy doskonałości tam, gdzie jej na pewno nie ma. W zamian za to znajdujemy często śmierć: fizyczną i duchową. Bo śmierć ma podwójny charakter! Może więc zamiast pędzić, zatrzymam się na chwilę i pomyślę, co mogę zrobić jeszcze dziś w blasku Bożej miłości i miłosierdzia, by uciec śmierci, by żyć!

Czy muszę codziennie po pracy, lecieć pędem na siłownię, do kosmetyczki, na basen, by katować się kolejny raz do granic wytrzymałości, bo inaczej nie jestem w stanie siebie zaakceptować, bo kilogram dodany do wagi będzie porażką, bo w pracy koleżanki powiedzą, że się opuściłam, bo wymarzona sukienka w rozmiarze, który pozostał na wieszaku w sklepie, musi być moja? Kiedyś znalazłam takie stwierdzenie:


Logika światowego powodzenia polega na urojeniu; na tej dziwnej pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Dziwne to istnienie, doprawdy, żyć zawsze w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość!

Thomas Merton — Siedmiopiętrowa góra

Może wiec warto wreszcie pomyśleć o sobie, a nie żyć opiniami innych. Czy kiedykolwiek pytałam Jezusa o to, jak mnie widzi? Czy próbowałam powyrzucać ze swojego życia te zbędne opakowania po czyichś krzywdzących opiniach i zajrzeć w najbardziej skryte wnętrze samej siebie? Co tam znalazłam? Czy mój Bóg jest bogiem bezosobowym, bogiem filozofów, bogiem kultu śmierci duchowej, bogiem bezmyślnych, zazdrosnych, którzy manipulują moim życiem, zaśmiecając je swoimi pomysłami?

Przecież prawdziwy Bóg jest Bogiem życia, jest jego dawcą. Jest na tyle hojny, że postanowił przypieczętować nasze uzdrowienie ofiarą z życia własnego, jedynego syna! Ten Bóg jest osobowy, jest realny i dostępny codziennie na Eucharystii, pod postacią chleba i wina.

Jezus śmierć nazywa snem. W Ewangelii można znaleźć liczne przykłady na przebudzenie z tego stanu. Może spróbuję dziś przed snem przebudzić się z letargu, zajrzeć w głąb siebie, poszukać Bożych odcisków palców na duszy, zerwać wszystkie niechciane opakowania, uczynione czyjąś ręką, by zaczerpnąć świeżego powietrza pełną piersią, by przestać się dusić czyimiś rękoma.

Dla wybranych, którzy widzieli cuda przebudzenia ze śmierci, Jezus nie jest pośmiewiskiem. Bo śmierć nie ma mocy, jeśli uwierzę, że On jest w stanie przywrócić stan pierwotny mojej duszy. To przecież tak niewiele… uwierzyć, by usłyszeć z Jego ust sercem: Twoja wiara Cię uzdrowiła! Komu wierzysz bardziej na słowo?

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton. Domysły współwinnego widza, s.139.

Być silnym w Nim…

Gdy dopadnie nas cierpienie, naturalną potrzebą człowieka jest podzielić się tym cierpieniem, chociażby poprzez opowiedzenie o tym, przede wszystkim Bogu, w dalszej kolejności naszym bliskim, osobom zaufanym, przyjaciołom. Nie ma w tym nic złego, jeśli wywarzymy nasze słowa, tak by nie przerzucać swojego cierpienia na innych ludzi, nie katować ich, nie uzależniać od siebie i nie terroryzować; bo może okaże się, że ktoś ze słuchaczy zna rozwiązanie naszego problemu, może sam zmagał się z nim w przeszłości, może zna wyjaśnienie, może potrafi pokierować, pomóc, wskazać drogę… Dialog jest właśnie po to, by drugi człowiek wiedział o naszych emocjach i potrzebach, myślach i ich interpretacji. Sam nigdy się nie domyśli! Nie bójmy się rozmawiać. Czasem nie ma dostatecznego wytłumaczenia cierpienia jakie nas spotyka i w takim przypadku nie należy na siłę wysnuwać teorii, gdybać czy obwiniać hipotetycznie kogokolwiek, nawet siebie samego.

Jedyną godną postawą jest wtedy milczenie i sakramenty. Bądźmy więc ostrożni w rozpowiadaniu o swoich cierpieniach z obawy, że można przemienić to w grzech: zarozumiałości, oskarżeń bez podstawy, powierzchowności, interesowności, świętoszkowatości…

Cierpienie uczy nas pokory i cierpliwości. Człowiek pokorny to nie ten, który przyjmuje postawę cierpiętnika, ale ten który nadaje sens cierpieniu, czyniąc z cierpienia cnotę moralną. Uznając własną ograniczoność, nie wywyższa się ponad innych i unika chwalenia się swoimi dokonaniami. Nie fundujmy sobie cierpienia na życzenie, bo skutki takiego cierpienia będą dopiero krzyżem.

Znosić wszystko, nie narzucając innym teorii cierpienia, nie wysnuwając nowej filozofii życia z własnego bólu fizycznego, nie uważając się za męczenników, nie obliczając ceny naszego męstwa, nie pogardzając współczuciem ani też nie szukając go chciwie. Tak jak we wszystkim innym, powinniśmy być szczerzy i w cierpieniu. Musimy przyznawać się do naszej słabości i utrapień, ale nie potrzebujemy robić im reklamy. Dobrze jest uświadomić sobie, że może nie jesteśmy zdolni do cierpienia w wielkim stylu, ale musimy i tę naszą słabość przyjąć z rodzajem heroizmu. Cierpieć dobrze i owocnie jest zawsze rzeczą niełatwą, a trudność ta jest jeszcze większa, gdy nie posiadamy ludzkiej pomocy i oparcia. Dobrze jest też nie kusić Boga w cierpieniu i nie sięgać przez pychę w takie jego dziedziny, których nie bylibyśmy w stanie wytrzymać. Musimy liczyć się z faktem, że jest dużo trudniej znieść długą monotonię niezbyt przykrych cierpień niż przejściowy atak gwałtownego bólu. Ale w każdym z tych dwóch wypadków to, co jest najcięższe do dźwigania – to nasza własna nędza i widok nas samych, stających się coraz bardziej niczym i niejako znikających, zarówno w naszym przekonaniu, jak i w oczach przyjaciół. Musimy zgodzić się też na przyjęcie tej gorzkiej prawdy, że w końcu możemy stać się ciężarem dla tych, których kochamy. Nieraz nieuchronne jest spojrzenie w twarz także i tej konieczności. Pełne przyjęcie naszego upadku i bezradności jest aktem cnoty, mogącym nas samych i nasze otoczenie wzbogacić w łaskę Bożą. Pozwalać się podpierać innym, kiedy już sami absolutnie nie jesteśmy w stanie sobie poradzić, wymaga heroicznej miłości i pokory. Nie możemy owocnie cierpieć, jeżeli nie widzimy wszędzie Chrystusa – i w naszym cierpieniu, i w miłosierdziu tych, którzy pomagają nam w naszej niemocy.

Co robić, ażeby przyczynić się do chwały Bożej i zwyciężyć cierpienie miłością Chrystusową? Cierpieć bez zastanawiania się nad sobą, bez nienawiści, bez nadziei zemsty albo zadośćuczynienia, bez wyglądania z niecierpliwością końca naszych udręczeń. Ani początek, ani koniec cierpienia nie jest ważny. Ani jego przyczyny, ani jego wytłumaczenie również nie mają znaczenia, poza tym jednym wyjaśnieniem, że ono jest wolą Boga. Cierpieć spokojnie, pokornie, nie dodając do cierpień brzemienia bezowocnej i przesadnej uczuciowości to służyć chwale Boga. Żeby móc cierpieć bez ciągłego rozgrzebywania własnych nieszczęść – powinniśmy skierować myśli ku większej boleści i zwrócić się do Chrystusa na krzyżu. Żeby cierpieć bez nienawiści, musimy wyrzucić gorycz z naszego serca, kochając Jezusa. Umiejmy cierpieć bez nadziei odpłaty czy nagrody, znajdując pokój jedynie w przeświadczeniu naszego z Nim zjednoczenia. To wszystko nie są problemy techniki ascezy, ale zwyczajnej wiary; i pozostaną też pustym słowem – bez modlitwy, bez pragnienia i poddania się woli Bożej. Wreszcie musimy starać się o coś więcej niż o bierne przyjęcie tego, co nam przychodzi od Boga. Trzeba nam pragnąć i szukać całkowitego dokonania się we wszystkim Jego woli. I znaleźć w tym wypełnianiu jego woli zjednoczenie z Jezusem, który rzekł: „Gorąco pragnąłem pożywać te Paschę z wami, zanim cierpieć będę” (Łk 22, 15)

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Powoli zbliżamy się do końca Wielkiego Postu. Przyszedł więc czas na podsumowanie cyklu artykułów z Thomasem Mertonem o cierpieniu i krzyżach. Jak każdy finał, mobilizuje do przemyśleń. W jaki sposób przeszliśmy przez ten okres? Jakie postanowienia udało się zrealizować a gdzie na tej drodze polegliśmy, tak po ludzku patrząc? Czy udało się choć po części, niektóre zamiary doprowadzić do końca? Czy założyliśmy je sobie na początku drogi, mierząc siły adekwatnie do kondycji? Czy zniechęcenie przyszło już przy pierwszych niepowodzeniach? A może dzielnie walczyliśmy ze swoimi słabościami, przeciwnościami losu i mimo to nie wyszło, z jakiegoś powodu? Najważniejsze to nie ustawać, próbować walczyć o własną godność bycia dzieckiem Bożym. Bóg zawsze daje następną szansę, póki żyjemy na tej ziemi. Może udało się zauważyć wreszcie własne słabości i niedomagania? No cóż, każdy je ma. Nikt nie jest herosem ani bogiem! Jeśli wiec zdarzyło Ci się znaleźć tę drzazgę czy belkę we własnym oku, nie przerażaj się. Bóg jest zawsze większy, od Twoich słabości! Najgorsze co możesz w tym momencie zrobić to zacząć rozczulać się nad sobą i użalać.

Rozpacz to najwyższa forma miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. W każdym człowieku ukryte jest jakieś ziarno rozpaczy, ponieważ w każdym z nas jest pycha, która rozwija się, rozkrzewia w chwasty i bujne kwiaty żalu nad samym sobą, gdy tylko zawodzą nas nasze własne możliwości. A ponieważ te możliwości nieuchronnie nas zawodzą, wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu poddani zniechęceniu i rozpaczy. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad nami, oraz to, że nie jesteśmy w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach. Człowiek prawdziwie pokorny nie umie jednak popaść w rozpacz, ponieważ w pokornym człowieku nie ma już miejsca na użalanie się nad sobą.

Thomas Merton, Piękno pustyni, str. 56.

Czy nie łatwiej i lepiej wejść na tę pustynię własnych słabości i poprosić o pomoc samego Boga w dalszej drodze… np. na Adoracji, w Wielkim Tygodniu, w czasie Triduum. On z pewnością czeka na Nasze:
„Proszę pomóż mi!, zrób coś z tym Boże (…), bo ja nie daje rady, nie potrafię”
Zapewniam Ciebie, że jeśli podasz mu swoje obie ręce, by Cię poprowadził, zrobi to z ogromną troskliwością i czułością. Nie znaczy to, że wszystko będzie od dziś wyglądać jak przez różowe okulary, obowiązki i problemy pozostaną, choroby nie znikną jak za jednym pstryknięciem palców, bo Bóg nie jest dobrą wróżką ani czarodziejem. Nie traktuj Go magicznie. Nie zdejmie Twojego krzyża z ramion i nie poniesie za Ciebie. Ale pomoże Ci go dźwigać. A Ty otrzymasz w darze siłę, zapał, nadzieję, poczucie bliskości oraz takiej czułości i miłości, o jakiej można pomarzyć. Stopniowo ujrzysz zmiany na swojej drodze, może kogoś, kto okaże się być Twoim Aniołem stróżem, dobrą duszą, Szymonem lub Weroniką dla Ciebie. Spoglądajcie częściej w niebo a z pewnością zauważycie uśmiech Boga. Zaskoczeni? … Już nieraz go spostrzegliście… bo czy nigdy nie widzieliście promieni słońca przebijających się przez ciemne chmury? Odwzajemnijcie go 😉 a przekonacie sie, że świat i życie nabiorą rumieńców.

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton, Domysły współwinnego widza, s. 139.

W Krzyżu cierpienie…

Czy zastanawiałeś(-aś) się kiedykolwiek, jak odbieramy Krzyż Chrystusa, z czym kojarzymy, jaki obraz krzyża funkcjonuje w naszym życiu codziennym? Czy krzyż jest dla Ciebie tylko biżuterią i akurat nie pasuje do tego sweterka, więc dziś zamienisz go na ulubiony naszyjnik z cyrkoniami, a może uwielbiasz kolczyki w kształcie krzyża, breloki albo ozdobne wisiory na szyi, bo fajnie się prezentują? Czy raczej jest znakiem Twojej wiary, symbolem Zmartwychwstania noszonym z godnością i szacunkiem dla Pana Jezusa. Czy dopuszczasz ten krzyż w swoim życiu, jako np. swoistą polisę ubezpieczeniową, na wypadek śmierci? A może jest takim przyjacielem rezerwowym, na wszelki wypadek, gdy wszyscy pozostali zawiodą i nie ma się komu wyżalić? Albo nie wydaje Ci się, że stanowi jakąś formę okupu za Twoje zbawienie? Czy nie traktujesz krzyża jako swoistego rodzaju zapłaty z góry za Twoje winy, bo przecież Jezus Ci to załatwił! Czy autentycznie Jezus i Krzyż jest dziś dla Ciebie Drogą, Prawdą i Życiem? Jak to jest? Czy wierzysz, że On wziął na siebie Twój krzyż? Nie każe Ci być drugim Szymonem, poświęcać się wystawiając na widok publiczny, przyjmować razy od zdziczałego rządzą śmierci – ludu, pocić się ze strachu krwią… Ty masz tylko wziąć swój krzyż, i nieść przez życie, w wymiarze dostosowanym w sam raz dla Ciebie! Twój krzyż nie jest Jego Krzyżem, to dwa różne krzyże. Ten Twój jest dopasowany do wzrostu, postury i wpleciony w Twoją historię życia, jest Twoim powołaniem nadanym Tobie indywidualnie na Chrzcie świętym. Krzyż Jezusa był i jest Krzyżem życia dla wszystkich żyjących, jest wybawieniem Ciebie i mnie od kary wiecznej. Co to znaczy wziąć swój krzyż i naśladować Mistrza? To unieść chwilowe cierpienia i swoje „Ego”, i ponieść tak przez własne życie, by w tym życiu naśladować Jezusa, również w ciszy znoszenia ich ciężaru. Czy to tak wiele, że jest nie do zniesienia? A jeśli tak, to zwróć uwagę, czy przez sposób eksponowania swojej obecności w tym cierpieniu, nie stajesz się egoistycznie krzyżem w czyimś życiu? Czy nie obdzielasz tym swoim krzyżem wszystkich dookoła, tak dla zasady: żeby wszyscy nieśli po równo, żeby poczuli się współwinni, żeby wzbudzić zainteresowanie i litość nad sobą. Może Twój własny krzyż wydaje Ci się zbyt ciężki, mocno uwiera, ma za dużo wystających drzazg, jest zbyt długi i plącze się pod nogami, zbyt szeroki i styka się ramionami z krzyżem kogoś bliskiego? Może niesiesz go w samotności, może tylko tu Twoja droga jest podobna do drogi Twojego Mistrza… Tylko, że on niósł swój Krzyż w samotności i ciszy; nie narzekał, nie szukał współczucia i zainteresowania sobą wśród innych. Przyjmował Go z godnością, zgadzał się na ten ciężar i na to co się zdarzy na tej drodze. Bał się tak samo jak Ty – panicznie! Powiesz: „ale On wiedział, co Go czeka”. Tak! Wiedział, że musi umrzeć i Ty też to wiesz. Z tą różnicą, że Jezus umarł oddając swoje życie dobrowolnie, z miłości za każdego z nas. Udowadniając Ci, że jest największym Twoim przyjacielem, który kocha miłością szaleńczą, zdolną do największych poświęceń. Przez swoją śmierć wybawił Ciebie od śmierci wiecznej, tzn. dał Ci w prezencie życie wieczne. Teraz tylko od Ciebie zależy, w jakiej rzeczywistości i miejscu znajdziesz się po śmierci fizycznego ciała. To jest ta Twoja wolność i twoja niezależność, to jest ten dar od Boga. Co z nim zrobisz? Wśród wielu niesprawiedliwości jakie Cię spotkały w życiu, to jedno będzie sprawiedliwe. Wszyscy umrzemy, wcześniej czy później. Powiesz: „do noszenia ciężkiego krzyża trzeba być świętym… ja nie jestem!” Otóż Jesteś! Otrzymałeś tę świętość na Chrzcie świętym.

Święty nie jest człowiekiem, który przyjmuje cierpienie, ponieważ je lubi i głosi to upodobanie przed Bogiem i ludźmi, aby za to pozyskać wielką nagrodę. On nienawidzi cierpienia tak samo jak każdy z nas, tylko jednocześnie tak kocha Chrystusa, że pozwala na wypróbowanie tej miłości każdym rodzajem cierpienia. Robi to nie dlatego, żeby uważał je za jakieś szczególne osiągnięcie, ale ponieważ żąda tego miłość Chrystusowa, wypełniająca jego serce. Święty jest człowiekiem zestrojonym z duchem i sercem Chrystusa tak bardzo, że czuje się przynaglony, by z wdzięcznością odpowiedzieć żądaniom miłości Bożej miłością własną, podobną do Chrystusowej. Może się nieraz wydawać, że święci jakoś niejasno i abstrakcyjnie pragnęli cierpienia. W rzeczywistości każdy człowiek jest uprawniony do pragnienia tylko tych osobistych, ściśle wybranych cierpień, jakie w zamiarach Opatrzności zostały przeznaczone jego życiu. Niektórzy z nas zostali jakby szczególnie wybrani, żeby dawać świadectwo miłości Chrystusowej – życiem przytłoczonym utrapieniami. Ale nie powinno to utwierdzać nas w przekonaniu, że aby stać się świętym, trzeba się zaprawiać do cierpienia, tak jak zawodnik zaprawia się do sportu wyczynowego. Nie ma bowiem dwóch ludzi na świecie, którym przyszłoby znosić w identyczny sposób te same nieszczęścia. Nikomu Bóg nie każe cierpieć, jedynie dla samego cierpienia. Cóż w gruncie rzeczy może być bardziej osobistego niż cierpienie? Przerażająca daremność naszych wysiłków, ażeby uprzytomnić rzeczywistość naszego bólu innym ludziom, i tragiczna nieadekwatność ich współczucia, są aż nazbyt oczywistym dowodem, że cierpieniem nie można się z nikim podzielić. Człowiek jest najbardziej samotny w cierpieniu. Dlatego ono jest jego testem i sprawdzianem jego osoby. Jak możemy stawić czoło temu straszliwego badaniu? Co odpowiemy na zapytanie o ból, o jego rozmiar? Bez pomocy Boga przestajemy być wtedy osobą przeżywającą swoje człowieczeństwo. Pod jarzmem cierpienia przemieniamy się w tępe zwierzęta, szczęśliwi, jeśli możemy być niemi jak one i umierać spokojnie. Kiedy cierpienie pyta nas: „Kim jesteś?” – musimy nauczyć się odpowiadać mu wyraźnie i wypowiedzieć nasze własne imię. W ten sposób wyrażamy najgłębszą treść tego czym jesteśmy, czym pragnęliśmy być i czym staliśmy się naprawdę. Wszystko to zostaje w nas przesiane przez cierpienie i wówczas przekonujemy się, że te dane są nieraz sprzeczne ze sobą! Jeżeli w życiu będziemy postępować jak chrześcijanie, to nasze imię, nasza praca, i nasza osobowość uzgodnią się z prototypem wyciśniętym na naszych duszach, przez otrzymany na Chrzcie charakter sakramentalny. Ten święty sakrament nadaje nam imię, ponieważ dno naszej duszy zostaje wtedy naznaczone piętnem nadprzyrodzonej tożsamości, która będzie wieczyście świadczyć, kim jesteśmy dla Boga. Poprzez Chrzest zanurzający nas w śmierci Chrystusa, wszystkie cierpienia naszego życia, stają się wartością, której posłannictwem jest wspomaganie nas do wypracowania wzoru naszej tożsamości, otrzymanego w tym sakramencie. Jeżeli więc pragniemy dorosnąć do tego, czym powinniśmy być, i kiedy staniemy się tym, czym mieliśmy się stać, odpowiemy na pytanie cierpienia – zarówno naszym imieniem, jak i Imieniem Jezusa. I odkryjemy, że zaczęliśmy wypracowywać nasze przeznaczenie polegające na tym, iż mamy być jednocześnie sobą i Chrystusem. Nie można dobrze zrozumieć cierpienia ani uświęcającej je ofiary poza kontekstem Chrztu. Chrzest bowiem nadając nam piętno tożsamości, obdarza nas też boskim powołaniem do odnalezienia siebie w Chrystusie. Właśnie ta łaska i charakter Chrztu nadają naszej duszy duchowe podobieństwo do Chrystusa w Jego cierpieniach. Chrzest wszczepia nas w mistyczny krzew winny, którym jest Ciało Chrystusowe, i sprawia, że żyjemy Jego życiem i dojrzewamy niby grona rozpięte na Jego Krzyżu. Zostajemy podłączeni do Jego krwiobiegu, by czerpać ze Zdroju Zbawienia. Łączy nas ze społecznością świętych, których życie wypływa z Męki Jezusa. Ale każdy sakrament zjednoczenia jest także sakramentem zróżnicowania. Czyniąc nas członkami jednego ciała, Chrzest również wyraźniej nas określa i odróżnia nie tylko od tych, co nie żyją w Chrystusie, ale również, a nawet osobliwie, pomiędzy sobą. Wlewa w nas bowiem osobiste i nie dające się przekazać powołanie do odtwarzania w naszym życiu życia, miłości i cierpień Chrystusowych w sposób niepowtarzalny, nieznany żadnej innej ludzkiej istocie na ziemi. Cierpienie może więc być prawdziwie poświęcone Bogu tylko jako owoc Chrztu. Ma dopiero wtedy sens, kiedy jest zanurzone w wodach tego sakramentu. Tylko one dają mu władzę obmywania i oczyszczania. Kiedy spojrzę na własne cierpienie nie jako na ścieranie się mojego życia ze ślepą maszyną zwaną losem, ale jako na sakramentalny dar miłości Chrystusowej, dany mi przez Boga Ojca razem z moją tożsamością i moim imieniem – wówczas będę mógł je Bogu poświęcić i ofiarować wraz z całym swoim życiem. Bo wtedy zdam sobie sprawę, że to nie są moje cierpienia. Są Męką Chrystusową, która niby krzew winny zapuściła swoje gałązki w moje życie, żeby tam mogły wydawać bogate grona, upajając moją duszę winem miłości Chrystusowej i rozlewając na cały świat to wino mocne jak ogień.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Stacja druga
Modlitwa

Wiem, Drogi Jezu, jak powstają krzyże. Twoja wola jest belką pionową; moja wola jest poprzeczną belką. Gdy kładę moją wolę w poprzek Twojej woli, konstruuję krzyż. Aż do tej pory, Panie Jezu, zajmowałem się jedynie formowaniem krzyży, okazując nieposłuszeństwo Twemu świętemu prawu i broniąc moich własnych, samolubnych pragnień. Pozwól, abym nie budował Ci już więcej krzyży, lecz abym odtąd kładł belkę mojej woli wzdłuż belki Twojej woli, tworząc jarzmo, które zawsze będzie słodkie i ciężar, który zawsze będzie lekki.

abp Fulton J. Sheen, Droga Krzyżowa, Sandomierz 2018

W cieniu Krzyża

W minioną środę rozpoczął się Wielki Post. Większości ludzi kojarzy się z cierpieniem, ukrzyżowaniem i śmiercią Jezusa. To od nas zależy, czy spojrzymy na te 40 dni jak na historię i z rozrzewnieniem powspominajmy Drogę Krzyżową, Mękę i Śmierć Jezusa, kolejny raz! Czy może odważymy się tym razem potowarzyszyć Chrystusowi realnie. Zostaliśmy przecież włączeni w tę tajemnicę na Chrzcie Świętym. Czy znajdziemy w sobie tyle odwagi i zaciekawienia, by spróbować zrozumieć prawdziwie Krzyż? Nie chodzi o to by w jakiś sobie znany sposób pocierpieć, ograniczyć swoje życie i pomniejszyć jego sens. Bóg jest przecież przeciwnikiem cierpienia i nie ma obsesji cierpienia. Bóg uzdrawia i uwalnia od zła. Jest raczej niepoprawnym, niezwykle delikatnym i bardzo cierpliwym optymistą, pełnym miłosierdzia, czekającym ciągle za nami na drodze; podczas gdy człowiek lubi zbaczać, zatrzymywać się, opóźniać, zbierać pamiątki, kolekcjonować przyzwyczajenia, smakować nieznane doznania z ciekawością, snuć się po manowcach życia angażując przy tym swoją wolną wolę, jaką otrzymał od Boga i rozmieniając cały podarowany czas na drobne. Zegar życia tyka nieubłaganie, odliczając sekundę po sekundzie, czas jaki nam pozostał. Ile go jeszcze masz? … bo może się nagle okaże, że to ostatni taki Wielki Post. I nie wymawiaj się: „mnie to nie dotyczy”, bo dotyczy sprawiedliwie wszystkich, tylko jeszcze nie wiesz jak bardzo! Zagłębiając się w Post poszukajmy tym razem takiego działania Boga w nas, które doprowadza do pełni życia, uzdrawia i oczyszcza, sprowadza prosto, z lokalnych dróg i bezdroży na autostradę do Nieba. By nasza radość ze Zmartwychwstania okazała się pełna. Krzyż Jezusa jest tajemnicą związaną z naszą drogą i kładzie się w poprzek ilekroć chcemy żyć autentycznie z Bogiem. Ale jednocześnie krzyż nie jest celem samym w sobie, jest tylko etapem życia. Spróbujmy przez tegoroczne niedziele Wielkiego Postu spojrzeć na krzyż i cierpienie w duchu Jezusa, jak na pewien proces, parafrazując słowa o Krzyżu, z bez wątpienia najbardziej znanej książki Thomasa Mertona „Nikt nie jest samotną wyspą”.

W słowie Krzyża jest coś więcej niż przyjęcie cierpienia albo praktykowanie ascezy. Krzyż jest czymś pozytywnym – to coś więcej niż śmierć. Słowo Krzyża jest głupstwem dla tych, którzy giną, ale dla tych, którzy zbawienia dostępują, „jest mocą Bożą”. (1 Kor 1, 18). Samo przyjęcie cierpienia może bardzo łatwo stać się czymś wprost przeciwnym świętości. Cierpienie, które się przyjmuje powinno być uświęcone, ponieważ samo w sobie, nie przynosi żadnej korzyści naszej duszy, nadaje jej tylko twardość. Samo znoszenie cierpienia nie jest jeszcze jego uświęceniem. Prawdziwa asceza nie jest jedynie kultem męstwa. Możemy najsurowiej wyrzekać się czegoś z fałszywych pobudek i w rezultacie odczuwać duże zadowolenie z siebie, z powodu poniesionej ofiary. Cierpienie można uświęcić i ofiarować Bogu jedynie przez wiarę w Boga. Samo przyjęcie cierpienia ze stoicyzmem, dźwiganie brzemienia fatalnej, nieuniknionej i niezrozumiałej konieczności – jest odwagą, ale to nie jest jeszcze uświęcenie cierpienia. Niektórzy wierzą w samoistną moc i wartość cierpienia. Ale ich wiara jest iluzją. Ono nie posiada własnej wartości i mocy. Ma wartość jedynie jako test, jako próba wiary. A jeśli nasza wiara nie wytrzyma tej próby, czy i wtedy cierpienie będzie rzeczą dobrą? Czy wtedy nas nie zniszczy? Wierzyć w cierpienie – to objaw pychy; ale cierpieć i wierzyć w Boga – to akt pokory. Cierpienie samo przez się, nie udoskonala nas, ale umożliwia nam stanie się lepszymi. I tak jeśli cierpiąc, składamy coś w ofierze Bogu, to w istocie ofiarowujemy Mu nie cierpienie, tylko samych siebie. Śmierć Jezusa na Krzyżu ma nieskończoną wartość i znaczenie nie przez to, że jest śmiercią, lecz że jest śmiercią Syna Bożego. Krzyż Chrystusowy nic nie mówi o władzy cierpienia i mocy śmierci. Głosi tylko moc Tego, który je zwyciężył, zmartwychwstając z grobu. Nie po to, byśmy żyli czcią ran Chrystusa, gdyby umarł nie zmartwychwstając! Jego miłość dla nas jest niezmierzoną miłością Boga, mocniejszą od wszelkiego zła, której śmierć dotknąć nie może. Cierpienie może więc być ofiarowane Bogu tylko przez człowieka wierzącego, że Jezus żyje! Bo samą istotą Chrześcijaństwa jest stawienie czoła cierpieniu i śmierci, nie dlatego aby one były dobre i same w sobie stanowiły jakąś wartość, ale dlatego, że zmartwychwstanie Chrystusa zmieniło całe ich znaczenie.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Więc Krzyż ma jeszcze jedną stronę – Zmartwychwstanie…

Dla tych, którym nie było dane zetknąć się do tej pory z Thomasem Mertonem, kilka słów o nim samym.

Czytaj dalej…

Popielec

File:Fałat Julian, Popielec.jpg
Julian Fałat, Popielec, 1881

Wielki Post rozpoczyna się Środą Popielcową. Kojarzy się nam zawsze z modlitwą, postem i jałmużną. O ile dość dobrze pojmujemy te trzy wielkopostne praktyki, przynajmniej w zarysie, o tyle nie każdy rozumie i wie, skąd wziął się zwyczaj posypywania głów popiołem. Zanim więc na dobre wejdziemy w okres Wielkiego Postu przytoczę kilka słów historii na ten temat.

Posypywanie głów popiołem powstało w związku z praktyką publicznej pokuty. W Środę Popielcową pokutnicy wyznawali grzechy i przywdziewali włosiennice, a biskup posypywał ich głowy popiołem. Po odmówieniu psalmów pokutnych biskup wydalał ich ze świątyni przy śpiewie słów, którymi Pan Bóg zapowiedział Adamowi wygnanie z raju. Po ostatnim upomnieniu przez biskupa zamykano drzwi zostawiając pokutników na zewnątrz. Dzielili się oni na cztery grupy, zależnie od stopnia winy. Najniższą stanowili « płaczący », którym nie wolno było wchodzić do kościoła. Pozostawali oni na dziedzińcu i ze łzami prosili wchodzących o modlitwy. Na drugim stopniu byli « słuchający », którzy stojąc razem z katechumenami w przedsionku świątyni słuchali pouczającej części Mszy Świętej. Pokutnicy trzeciego stopnia, « klęczący », zajmowali miejsce w głównej nawie i po wyjściu słuchających otrzymywali błogosławieństwo biskupa. Pokutnicy czwartego stopnia « stojący », mieli prawo uczestniczyć w całej Mszy świętej, ale byli wyłączeni od Komunii świętej. Pokutnicy byli zobowiązani do surowych praktyk pokutnych, przez które mieli zadośćuczynić za grzechy i dać dowód poprawy. Pojednanie pokutników z Kościołem odbywało się w Wielki Czwartek.

Z czasem także inni wierni zaczęli poddawać się obrzędowi posypania popiołem. Papież Urban II na synodzie w Bonewencie w roku 1091 rozszerzył ten obrzęd na wszystkich wiernych.

Popiół jest symbolem znikomości świata oraz pokory i pokuty. Poddając się obrzędowi posypania głów popiołem, uznajemy publicznie naszą grzeszność i wyrażamy chęć poprawy. Na mocy zasług Kościoła otrzymujemy pomoc Bożą do gorliwego odbycia Wielkiego Postu.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1963, s. 149

Dobrze znaną i chętnie podejmowaną praktyką jest zwyczaj zobowiązywania się do wypełnienia wybranych przez siebie postanowień wielkopostnych. Warto podjąć takie wyzwanie, zwracając jednak uwagę, by dobrze wyważyć ilość w stosunku do naszych możliwości. Jeśli weźmiemy na siebie zbyt wiele, w przypływie entuzjazmu, równie szybko przeliczymy się z własnymi siłami i przy pierwszym potknięciu zaczniemy zniechęcać, by w końcu odpuścić sobie trudy, których się podjęliśmy. Jesteśmy przecież perfekcjonistami w szukaniu usprawiedliwienia dla siebie. Św. Ignacy Loyola podpowiada w swoich Ćwiczeniach Duchownych, w jaki sposób mądrze zaplanować podjęcie takiej praktyki.

Nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne odczuwanie i smakowanie rzeczy zadowala i nasyca duszę.

Spróbujmy więc, zaczynając dziś choćby od jednej rzeczy, ale takiej, z którą mamy najwięcej problemów we własnym życiu. Zastanówmy się: Co to jest? Co jest dla mnie w życiu największą trudnością? W poszukiwaniach pomoże nam św. o. Pio.

10 wskazówek o. Pio na Wielki Post

Plik:Padre Pio.jpg
Roberto Dughetti, Father Pio de Pietrelcina, 1966

1. Zadbaj o to, by być cierpliwym

Z prostotą kroczcie drogą Pana i nie zadręczajcie waszego ducha. Trzeba, abyście znienawidziły wasze wady, ale czyńcie to z umiarkowaną nienawiścią, a nie gniewnie i nerwowo. (…) Z braku cierpliwości, moje dobre córki, wasze niedoskonałości zamiast zanikać, rozrastają się coraz bardziej, gdyż niepokój i zatroskanie o pozbycie się ich, powoduje ich umocnienie.

Epist. 111, s. 579

Zachowaj dobrze wypisane w duszy to, co mówi Boski Mistrz: w cierpliwości naszej posiądziemy naszą duszę.

AdFP, s. 560

2. Nie skupiaj się na Twoim grzechu

Nie zamęczaj się tym, co rodzi zmartwienia, niepokoje i zgryzoty. Potrzeba tylko jednego: wznieść ducha i kochać Pana Boga.

CE, s. 10

3. Myśl o innych. Dbaj o to, by na ich twarzach pojawiał się uśmiech

Niech twoje pojawienie się gdziekolwiek będzie zawsze tak taktowne i delikatne, jakby było uśmiechem Boga.

PM, s. 165

4. Skup się na tym, co myślisz o swoich celach i pragnieniach

Twój wysiłek i twa uwaga niech zawsze będą zwrócone na to, abyś miała właściwą intencję. Powinnaś ją mieć w pracy i w walce zawsze mężnej i wspaniałomyślnej z podstępami złego ducha.

Epist. 111, s. 622

5. Pamiętaj, że Jezus towarzyszy Ci cały czas

Niech cię nie przerażają liczne zasadzki tej piekielnej bestii. Pan Jezus, który zawsze jest z tobą, będzie walczył razem z tobą. Nie dopuści nigdy, abyś upadła i została pokonana.

Epist. III, s. 49

Nie zdawaj się nigdy na siebie samą. Wszelką ufność pokładaj tylko w samym Bogu.

Epist. II, s. 64

6. Nie zapominaj o Bożym miłosierdziu

Przerażająca jest sprawiedliwość Boża. Ale nie zapominajmy, że również Jego miłosierdzie jest nieskończone.

GP, s. 138

7. Nie trać nadziei, gdy jest Ci trudno

Nie osiąga się zbawienia bez przejścia przez burzliwe morze, które ustawicznie grozi utonięciem. Górą świętych jest Kalwaria. To z niej przechodzi się na inną górę, która nazywa się Tabor.

Epist. I, s. 829

8. Módl się, Pan Bóg zawsze Cię wysłucha

Módl się i ufaj! Nie denerwuj się! Niepokój nie służy niczemu. Bóg jest miłosierny i wysłucha twoją modlitwę.

CE, s. 39

9. I to modlitwa jest najlepszym sposobem na pocieszenie

Najlepszym pocieszeniem ducha jest umocnienie pochodzące z modlitwy.

GC, s.38

10. Na wszystko spoglądaj z miłością

Gardź pokusami, a utrapienia obejmuj z miłością. Nie, nie, moja córko, pozwól wiać wiatrowi i nie myśl, że szelest liści jest zgrzytem broni.

Epist. III, s. 632n

Mędrcy świata, monarchowie…

Objawienie Pańskie (Trzech Króli)

W Kościele wspominamy dzisiaj hołd Mędrców ze Wschodu.

Oficjalna nazwa święta to Epifania. Terminem tym Grecy określali uroczysty wjazd władcy.

Świętujemy dzisiaj przybycie na ziemię wielkiego Króla, którego panowanie ogarnia nie tylko wszystkie kraje, ale i cały świat. Chrystus Król nawiedza dzisiaj swój Kościół obdarzając Go skarbami łaski. Dary Mędrców mają znaczenie symboliczne. Oznaczają godność królewską Chrystusa (złoto), wypływającą z połączenia się natury ludzkiej (mirra) z Boską (kadzidło). Dlatego wyobrażają one samego Zbawiciela. W kościołach poświęca się dzisiaj te dary oraz kredę przeznaczoną do oznaczenia drzwi domów. Zwyczaj ten wiąże się z obrzędem ogłoszenia w dniu dzisiejszym świąt ruchomych. W pierwsze wielkie święto roku cywilnego w katedrach i głównych kościołach po odśpiewaniu Ewangelii kantor ogłasza daty niedziel i świąt Okresu Wielkanocnego.

Jak oznaczamy drzwi domostw?