Archiwum

Archive for the ‘pomoc innym’ Category

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Czyściec, moja gotowość na…

Weszliśmy w kolejny Adwent. Czy jesteś już gotowy(-a) na przyjście? O jakim przyjściu myślisz? Tym pierwszym, a może tym ostatnim? Bo jeśli okaże się, że to ostatni Adwent w Twoim życiu?

Chcę dziś, u progu Adwentu połączyć pewną klamrą koniec listopada…

Z Koronki do Miłosierdzia Bożego…


„Dziś sprowadź mi dusze, które są w więzieniu czyśćcowym i zanurz je w przepaści miłosierdzia mojego, niechaj strumienie krwi mojej ochłodzą ich upalenie. Wszystkie te dusze są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się mojej sprawiedliwości; w twojej mocy jest im przynieść ulgę. Bierz ze skarbca mojego Kościoła wszystkie odpusty i ofiaruj za nie…
O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha
i spłacała ich długi mojej sprawiedliwości”.

Dla chrześcijan śmierć jest chwilą przejścia z tego świata do Nieba. Dlaczego więc tak często boimy się śmierci? Bo jest początkiem czegoś nowego, nieznanego, zaskakującego, wykraczającego poza nasze wyobrażenia? Bo lękamy się Miłosierdzia? Bo nie ma w nas bezgranicznej ufności Bogu?

W tradycji Kościoła znane są tzw. Ćwiczenia Jerozolimskie, które polegają na codziennej Medytacji nad spotkaniem Boga żywego, w Niebie. Śmierć człowieka jest powszechnie uznawana za smutną i nieprzyjemną okoliczność, przede wszystkim dlatego, że jej przyczyną jest zerwanie więzi towarzyskiej i rodzinnej ze zmarłym. Pierwszym zjawiskiem zachodzącym w czasie śmierci jest oddzielenie duszy od ciała (tymczasowe) na czas, w którym dusza zachowuje tajemniczą więź z ciałem, pragnąc ponownego złączenia się z nim, w dniu powstania z martwych. Kościół daje do wierzenia, że pomiędzy śmiercią osobistą, sądem szczegółowym i powrotem Pana Jezusa jest czas pośredni. Papież Benedykt XVI mówił, że… „Na sądzie szczegółowym będziemy sądzeni z tego, w jaki sposób odrzucaliśmy i przyjmowaliśmy darmową miłość Boga w naszym życiu. Według Benedykta XVI czyściec jest raczej „przedsionkiem nieba”, choć wielu z nas kojarzy się z cierpieniem. „W nim już nadzieja zbawienia staje się pewnością, a czyściec jest drogą do pełnej szczęśliwości dla tych, którzy są w sytuacji otwarcia się na Boga, lecz w sposób niedoskonały.” Według niego: „Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Bożej miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga.”
Czyściec to nie jest obóz karny jak sądził Tertulian, w którym człowiek musi pokutować, to jest przemiana, proces, w którym człowiek staje się zdolny do wspólnoty z Bogiem, Jezusem Chrystusem i wspólnotą Świętych. Tym, co ratuje człowieka przed piekłem i wiecznym potępieniem, jest jego „tak” na Bożą Miłość. Jest to czas dojrzewania do tej Miłości. Wg wizji św. Katarzyny z Genui dusze czyśćcowe nie mogą oglądać Boga twarzą w twarz, ale mają one pewność zbawienia. W czyśćcu dusza ma pośredni kontakt z Bogiem poprzez Świętych obcowanie i modlitwę. Nie może sama już niczego naprawić, może jedynie gorliwie pokutować, widząc teraz wyraźnie swoje winy. Bo nie może ich już po ludzku usprawiedliwić, zataić, umniejszyć, nie zauważyć. Jest to więc bolesne dochodzenie duszy do absolutnie doskonałej miłości, koniecznej do osiągnięcia szczęścia w Niebie razem z Bogiem. Osoby pielgrzymujące na tej ziemi mogą ofiarowywać w intencji dusz zmarłych, pokutujących, swe umartwienia i dobre uczynki. W Kościołach katolickich praktykowana jest także modlitwa wiernych za zmarłych, w formie wypominek. „Po śmierci życie Twoich wiernych, Panie, zmienia się, ale się nie kończy” – jak głosi pierwsza prefacja za zmarłych z Mszału rzymskiego. Modlitwa tych, którzy pielgrzymują jeszcze na ziemi potrzebna jest tym, którzy przeszli przez śmierć. Dlatego wiara Kościoła odnosi zbawienne skutki Ofiary Mszy świętej także do zmarłych – gdy zamawiamy Msze za zmarłych. I odwrotnie – zmarli, którzy weszli już do odpoczynku Królestwa, mogą się wstawiać za zmarłych poddanych oczyszczeniu w czyśćcu, oraz za wiernych na ziemi. Można też prosić Świętych bezpośrednio o modlitwę, np. w Litanii do wszystkich Świętych.

W Rzymie, nieopodal Watykanu, w położonym nad Tybrem małym kościele Sacro Cuore del Suffragio (Wstawiennictwa Najświętszego Serca) znajduje się Muzeum Dusz Czyśćcowych. Jego kolekcji nie tworzą dzieła sztuki sakralnej, ale fizyczne dowody na istnienie czyśćca, „pozostawione” przez dusze w czyśćcu cierpiące, które miały się upominać u swoich bliskich o modlitwę w ich intencji.
Historia powstania samego kościoła i muzeum rozpoczęła się w 1897 roku, kiedy w małej kaplicy, która kiedyś stała w tym samym miejscu, wybuchł pożar. Pośród płomieni ks. Victor Jouët, który szczególnie ukochał modlitwę za zmarłych, zauważył na ścianie obraz smutnej, cierpiącej twarzy. Zakonnik był przekonany, że to jakaś dusza woła o pomoc, więc nie tylko zachował ten wizerunek, ale także postanowił odbudować kościół i zadedykować go właśnie duszom w czyśćcu cierpiącym.
Co można zobaczyć w zakrystii kościoła Sacro Cuore del Suffragio, bo to właśnie w niej znajduje się Muzeum Dusz Czyśćcowych?

  • Wypalony w drewnie ślad dłoni.
    Na tym fragmencie drewna z biurka należącego do Sługi Bożej matki Isabelli Fornari, która była przeoryszą klarysek w Todi, widać wyraźny odcisk dłoni. Według przekazów 1 listopada 1731 r. zostawił go zmarły opat benedyktynów z Mantui, o. Panzini. Miał w ten sposób dać znać, że cierpi w czyśćcu i potrzebuje modlitwy.
  • W tym samym czasie matka Isabella poinformowała swojego spowiednika, o. Isidoro, że udręczona dusza położyła jej rękę na rękawie, wypalając w nim dziurę. I fragment biurka, i spalonego ubrania znajdują się w kolekcji muzeum.
  • Odcisk dłoni na koszuli nocnej.
    W 1789 r. Joseph Leleux, który zdecydowanie nie prowadził świątobliwego życia, przez 11 kolejnych nocy słyszał jakieś dziwne odgłosy. Potem, 21 czerwca 1789 r., zobaczył swoją zmarłą matkę, która nawoływała go do nawrócenia i modlitwy za bliskich zmarłych. Następnie położyła dłoń na jego koszuli nocnej, wypalając na niej odcisk. Leleux później rzeczywiście diametralnie zmienił swoje życie, a nawet założył stowarzyszenie dla świeckich katolików.
  • Wypalone odciski palców na szlafmycy.
    W 1875 roku Luisa Le Sénèchal, która zmarła dwa lata wcześniej, ukazała się swojemu mężowi Luigiemu. Prosząc go o modlitwę i mszę w jej intencji, zostawiła wypalone ślady pięciu palców na jego szlafmycy.

W tych historiach powtarza się motyw wypalonych śladów. Bo: „Zwęglone obrazy, które przechowujemy w muzeum, są symbolem ognia, który płonie, ale jednocześnie oczyszcza. Stopniowo wypala i oczyszcza dusze przebywające w czyśćcu. Choć my widzimy fizyczną manifestację tego ognia, to dla dusz czyśćcowych jest to ogień wewnętrzny” jak mówi kustosz muzeum.

O duszach czyśćcowych wspomina wielu świętych Kościoła, choćby ś. Faustyna Kowalska.


„Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję „Gwiazdą Morza”. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe.” (Dz. 20)

Także o. Pio z Pietrelciny przez całe życie był gorliwie oddany duszom czyśćcowym. Na co dzień doświadczał zjawisk nadprzyrodzonych, był świadkiem manifestacji pokutujących dusz, rozmawiał z nimi i potrafił im pomóc. To, co innych napawało trwogą, dla niego było częścią powołania. Dusze czyśćcowe w sposób sobie wiadomy przychodziły do o. Pio najczęściej, wtedy gdy przebywał on samotnie zatopiony w modlitwie lub gdy klęczał w chórze zakonnym. Cel tych wizyt był prawie zawsze ten sam: dusze czyśćcowe szukały pomocy i ratunku w modlitwach, cierpieniach i Mszach ofiarowanych za nie przez umiłowanego ich orędownika u Boga — o. Pio.

Dusze zmarłych mogą jedynie liczyć na naszą pomoc w postaci modlitw, wypominek, odpustów i Mszy świętych. Może więc, zamiast narzekać na to, co nieuniknione, użalać się nad sobą i pustką po niechcianym odejściu, psioczyć na tych, którzy nam kiedyś zawinili, w swojej zaciekłości gniewać się na nieobecnych, wracać z lubością do ich wad i przewinień za życia, spróbujmy pogodzić się, zdążyć przebaczyć im będąc tu na ziemi, jeszcze w trakcie naszego życia, byśmy mogli kiedyś razem, cieszyć się obcowaniem ze Świętymi i Bogiem w Niebie!

Swego czasu na obrazku prymicyjnym młodziutkiego kapłana przeczytałam takie słowa:

„Dziękując Panu Bogu i Matce Najświętszej za dar powołania, Rodzicom za dar życia, a wam wszystkim, których Bóg postawił na mojej drodze, za to, że jesteście, jednocześnie ośmielam się prosić o modlitwę za mnie, niegodnego sługę Pańskiego, za mojego życia i po mojej śmierci. Zawierzam Ci Panie także tych, do których mnie poślesz.” A.D. 2015.


Ten obrazek znalazłam przypadkiem kilka lat później, w kaplicy szpitalnej, gdzie w okresie lata 2015 r., wspomniany ksiądz posługiwał. Nie znałam go zbyt dobrze. Pamiętam, nasze spotkanie na jednym z oddziałów i Komunię, której mi wtedy udzielił. Na wspomnienie tego spotkania i jego słów z obrazka przeszły mnie ciarki, bo ten młody człowiek mający przed sobą całe życie, w zapobiegliwości a może w świetle łaski Bożej, pomyślał o modlitwie po jego śmierci. Nie spodziewał się pisząc te słowa, że ta śmierć nadejdzie tak niespodziewanie i szybko, tragicznie, 11.03.2016 r., niecały rok po święceniach kapłańskich… Uznałam ten obrazek za taką właśnie prośbę o modlitwę z czyśćca. Spełniam tę jego prośbę, codziennie…

Absurdalność piekła

31 października 2021 Dodaj komentarz

Zbliżają się uroczystości Wszystkich Świętych i Zaduszki… Większość z nas ma wśród bliskich, zmarłych, którzy odeszli w tym roku. Żałoba to czas zadumy i smutku, czas rozłąki i opuszczenia, czas żalu i osamotnienia. Nadchodzące dni będą szczególnym czasem nawiedzenia grobów zmarłych i odkrywania wspomnień o nich na nowo. Może jednak powinniśmy spojrzeć na te dwa dni nieco inaczej… z perspektywy radości. Bo mamy przecież obietnicę Boga, że kiedyś się spotkamy! A jeśli nie jesteśmy pewni perspektywy tego spotkania, z jakiegoś powodu, to mamy jeszcze możliwość to nadrobić, upewnić się tu na ziemi, dopóki żyjemy. Mamy możliwość podarowania odpustów za dusze zmarłych. Bo oni tam niczego sami już nie mogą naprawić. Mogą liczyć jedynie na naszą wiarę, pamięć i miłość. Faustyna opisała wizję piekła w swoim Dzienniczku. Warto zajrzeć do tego tekstu (Dz. 741). Bo innych przekazów z tamtej strony nie mamy, jak wizje świętych, którym dana była taka łaska. Warto pamiętać, że Jezus też umarł, dziś powiedzielibyśmy został skatowany, zabity, poniósł śmierć, w bardzo wymyślny i makabryczny sposób. Warto też pamiętać, że cierpiał i odczuwał ból jak normalny człowiek, choć był również Synem Bożym. Tego bóstwa i człowieczeństwa nie mieszał w sobie, nie wykorzystywał dla wygody.
„JEZUS NIE TYLKO DOŚWIADCZYŁ ŚMIERCI, ALE I OPUSZCZENIA, SAMOTNOŚCI, ABSURDALNOŚCI PIEKŁA, KTÓRE ZAGRAŻA CZŁOWIEKOWI. W TYM SAMYM SENSIE CO CZŁOWIEK”.

Co to jest ta ABSURDALNOŚĆ PIEKŁA?
By to zrozumieć, warto pamiętać, że dla Boga, który jest Miłością, jedynie miłość jest zawsze możliwa. Nie można jednak być pewnym, nie zaprzeczając samej miłości, że miłość rzeczywiście ofiarowana nie stanie się miłością odrzuconą, w imię wolności, jaką dał nam Bóg. On szanuje ludzką wolność, dał nam wolną wolę, nie jest tyranem jak sądzą mało zorientowani, dlatego człowiek ma możliwość wyboru, może ją przyjąć lub, nie przyjąć Bożej miłości. Człowiek jest wolny a Pan Bóg wierny w swojej Miłości. On nigdy nie przestaje kochać, nawet jeśli sam nie jest kochany. „BÓG KOCHA TAK SAMO PRZED, W TRAKCIE I PO GRZECHU. JEST NIEZWYKLE SUBTELNY I DELIKATNY”. On ciągle kocha i czeka na naszą odpowiedź. Może się więc zdarzyć, że człowiek odmówi Bogu wierności w miłości. Dlatego Bóg nie może wykluczyć tego, że ta miłość stanie się miłością odrzuconą. On ryzykuje. W tym jest zawarta absurdalność piekła, że korzystając z wolności sami odrzucamy miłość Boga, sprzeciwiamy się największemu przykazaniu i skazujemy siebie na potępienie, grzesząc. Piekło jest niepojęte i absurdalne, zachowuje jednak w Ewangelii rysy możliwości – odrażającej i możliwej. Mowa o piekle wskazuje na realną możliwość potępienia. Ani z piekła, ani z grzechu nie można nic zrozumieć, jeżeli nie bierze się pod uwagę odmowy miłości. Mówiąc jednak o odmowie, nigdy nie ma się na myśli Boga, który odmawia swej miłości. Nie ma bowiem i nigdy nie będzie niekochanych przez Boga. Jest on przecież samą Miłością. Jeżeli zatem jakaś istota może się potępić, odrzucając najwyższą Miłość, nie dzieje się to i nigdy nie będzie się dziać z powodu niedostatków otrzymywanej miłości, ale jedynie z powodu niepojętego, chociaż realnego faktu, że nieskończona Miłość, oddająca się bez żadnych ograniczeń, została bezwzględnie odrzuconą przez człowieka. Tego rodzaju absolutna odmowa, stanowiąca piekło i określająca istotę grzechu, nie mieszka w sercu Boga.
Miłość Boga jest dla chrześcijanina faktem tak pewnym, że nigdy nie można poddać go w wątpliwość. Dlatego piekło
„TO JEST TAKA SAMOTNOŚĆ, DO KTÓREJ NIE PRZENIKA ŻADNE SŁOWO. TO JEST TAK GŁĘBOKIE OPUSZCZENIE”. Z tej ciszy pozbawionej słów może zrodzić się tylko ROZPACZ — która — jest najwyższą formą miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad sobą, oraz to, że nie jest w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach.

Więcej o odpustach można dowiedzieć się na tej stronie.

W tekście użyto fragmentów tekstu ”Piekło — odrzucona miłość Boża” autorstwa Ks. Szymona Drzyżdżyka oraz fragmentów tekstu ”Piękno pustyni” T. Mertona.

Tajemnicza moc modlitwy

Św. Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Takich będziecie mieli kapłanów, jakich sobie wymodlicie”. Można te słowa również analogicznie, przełożyć na wszystkie osoby konsekrowane. Jak często modlimy się za kapłanów, siostry, braci zakonnych i inne osoby konsekrowane w Kościele?

Jak często zamawiamy za nich Mszę świętą? Za tych zmarłych, chorych czy pogubionych przychodzi nam to zdecydowanie łatwiej. Czasem opierając się o własne emocje i sympatie, czynimy to przy okazji jubileuszu czy imienin… i na tym koniec. Ale sami chcielibyśmy aby nasze zdrowie, życie, potrzeby i nasze troski były omadlane codziennie. Traktujemy czasem tę powinność trochę jak cudowne zaklęcie, dobrą wróżkę, magiczną formułkę, po której bezwzględnie nasze prośby i życzenia powinny się spełnić. A jeśli tak nie jest, to często zawiedzeni odwracamy się plecami, odchodzimy z Kościoła, na jakiś czas, na stałe, zrzucając winę na Pana Boga i/lub księdza. Patrzymy na kapłana, siostrę czy brata zakonnego trochę jak na pół-boga-pół-człowieka i żądamy Świętości, narzucając ją już za życia, już przy wejściu do budynku seminarium, czy domu zakonnego,w czasie gdy jednocześnie wybryki naszych dzieci — ich rówieśników, traktowane są z przymrużeniem oka i tłumaczone okresem buntu czy młodzieńczą chęcią smakowania życia. Zapominamy, że kleryk, postulant(ka), nowicjusz(ka) czy kapłan to też, tylko człowiek. Bo „swoje brudy pierzemy przecież we własnym domu.” Nas to nie dotyczy. My mamy prawo do błędu, do tolerancji, do słabości, do mijania się z prawdą, do wybielania… Nauczyliśmy się widzieć w tym młodym człowieku, który w rzeczywistości dopiero uczy się rozeznawać, jest kandydatem(-tką) czyli osobą, która może potencjalnie zająć określone stanowisko, już uformowanego, silnego kapłana, brata czy siostrę zakonną, nieskazitelnego człowieka, pół-boga, herosa. Często jesteśmy jeszcze niejako utwierdzani w swoim przekonaniu, w oparciu o wygłaszane z wielką pompą informacje z ambony, dzień po złożeniu dokumentów, że mamy w parafii powołaną osobę do kapłaństwa czy życia zakonnego. Nie zastanawiamy się, że to dopiero początek drogi. Jesteśmy nastawieni na sukces, na idealizm, na schemat, na życie w pędzie. A co, jeśli po kilku miesiącach okazuje się, że to było tylko chwilowe zachłyśnięcie się jakąś formą religijności, że to jednak nie powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego? Jeśli ten młody człowiek znajdzie w sobie, w swoim otoczeniu i środowisku z którego wyszedł, dość siły i oparcia, będzie mógł żyć normalnie i realizować inne swoje powołanie i marzenia. Ale jeśli nie, jeśli ten pęd do sukcesu i żądza środowiska, przygniecie go do ziemi… Ile można znieść plotek, pomówień, niedorzeczności, domysłów, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei środowiska? Sytuacja ma się podobnie w późniejszym życiu codziennym kapłana, siostry czy brata zakonnego. Nauczyliśmy się działać na pokaz, oczekując koniecznie konkretnych form wdzięczności, publicznych hołdów, żądając wszystkiego szybko i natychmiast, z góry zamierzonym skutkiem. To znak naszych przesyconych chciwością czasów. Modlitwa zaś, ma to do siebie, że jest zupełnym przeciwieństwem takiej postawy. Największą wartość ma ta szeptana systematycznie, latami, często anonimowo, w ciszy i prostocie serca, przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnych narzucanych sobie i Bogu planów, celów i zamierzeń. Trzeba ciągle uczyć się być bezinteresownym przed Bogiem w modlitwie. Biorąc do serca te papieskie słowa i ogromne zapotrzebowanie, wiele osób przez lata zaangażowało się w modlitwę w intencji kleryków, kapłanów, braci i sióstr zakonnych. Ta modlitwa przyjmuje różne formy: indywidualne i zbiorowe, bardziej lub mniej znane szerszemu ogółowi wiernych. Są to różne dzieła powstające na terenie poszczególnych parafii, diecezji, w kraju i za granicą. Duża część z nich wywodzi się bezpośrednio z Kościoła, ale są też takie, które zostały zainicjowane przez osoby świeckie. Najbardziej znaną formą takiej modlitwy za kapłanów jest Apostolat Margaretki. Jest to ruch modlitewny w Kościele katolickim, którego istotą jest wieczysta modlitwa za jednego kapłana. Ruch powstał w Kanadzie w 1981 roku, a dziś obecny jest w wielu krajach, na całym świecie. W Polsce pierwsze grupy Margaretek powstały w roku 1998. Do intensywnego rozwoju ruchu przyczynił się ogłoszony w 2009 roku przez papieża Benedykta XVI, rok kapłański. Margaretkę tworzy siedem osób znanych z imienia i nazwiska, które modlą się za jednego kapłana, każda w innym, wyznaczonym dniu tygodnia. Nieco później powstałymi dziełami w Polsce są Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów, Dzieło Duchowej Adopcji Braci Zakonnych, Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych i Dzieło Duchowej Adopcji Kleryków. Choć zostały w większości założone przez osoby świeckie, są objęte patronatem Kościoła. Obecnie obejmują swoim zasięgiem modlitewnym tysiące adoptowanych osób konsekrowanych. W tych dziełach zasady adopcji i modlitwy są nieco inne. Uogólniając: każdy chętny może adoptować konkretnego kleryka, kapłana, siostrę lub brata na pewien dowolny okres, np. okres formacji seminaryjnej, postulatu, diakonatu lub na stałe, czyli do swojej(!) śmierci, w przypadku prezbiterów czy braci i sióstr po złożonych wieczystych ślubach zakonnych. Podobnie jak w apostolacie Margaretek, może to uczynić albo informując wybraną osobę o adopcji osobiście, lub poprzez moderatorów poszczególnych stron, ujawniając swoje personalia, albo czyniąc to w sposób zupełnie anonimowy i ta forma adopcji zdecydowanie przeważa. Adoptowana osoba zostaje poinformowana o podjętej adopcji: e-mailem i otrzymuje niekiedy tzw. Pamiątkową Kartę Adopcji, w przypadku adopcji stałej kapłana lub siostry zakonnej. Adoptujący sam wybiera formę i rodzaj modlitwy, którą otacza wybraną osobę każdego dnia podjętej adopcji. Coraz więcej ludzi włącza się w tę modlitewną opiekę w różnej formie i to jest najważniejsze. Najważniejsza w tym wszystkim jest modlitwa, za konkretną osobę konsekrowaną. Te lubiane, znane i te, którym się wiele zawdzięcza, omadla się łatwo i przyjemnie. Ale są również i te mówiąc delikatnie — nielubiane, wskazywane mocno i wyraźnie przez Boga, wołające w milczeniu lub w ciemności nocy o pomoc, o modlitwę, zupełnie obce, w pewien sposób anonimowe — objęte klauzurą, chore, nadużywające alkoholu, zmarłe w różnych okolicznościach, samobójcy, suspendowani, osoby przejęte wraz z adopcją, bo ktoś inny nie miał siły, bo rozmyślił się po kilku tygodniach i zostawił… Niektóre z tych zobowiązań pozostaną z założenia zawsze anonimowe. Nie chodzi przecież o wchodzenie w czyjeś życie konsekrowane z butami, o narzucanie swoich racji i o przymus imiennej wdzięczności… Chodzi w tym tylko o wsparcie, o opiekę modlitewną, o zaufanie, o pewność ze strony kapłana, siostry, brata, kleryka, że gdzieś jest ktoś, kto czuwa w modlitwie przed Bogiem. Chodzi o nasze kształtowanie postawy i umiejętności dzielenia się. O wskazanie komuś innemu drogi, do nauki systematycznej modlitwy wstawienniczej, do poświęcenia części swojego życia i czasu na wsparcie innych! Czy umiemy się dzielić z innymi swoim czasem? Ile jest w nas bezinteresownej miłości i troski o drugiego człowieka? Ile możemy dać z siebie? Najłatwiej oddaje się to co zbywa! Może wakacje staną się takim błogosławionym czasem nauki podejmowania decyzji i ofiarowania swojego wolnego czasu i zaangażowania? Zwłaszcza teraz, gdy wielu młodych ludzi po maturze podejmuje swoje najważniejsze w życiu decyzje. Zwłaszcza teraz, gdy stają przed trudnymi wyborami. Możliwe, że ta jedna „Zdrowaśka” dziennie wypowiedziana przez Ciebie, choćby przez krótki czas, uratuje lub ugruntuje czyjeś powołanie? To jest Twoja decyzja, Twoje zaangażowanie w naśladowanie miłości Chrystusa i moc Twojej modlitwy przed Bogiem w Twojej „izdebce serca”…

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes

Znalezione obrazy dla zapytania: Matka_Boża_z_Lourdes

Począwszy od 11 lutego 1858 roku 14-letnia Bernadette Soubirous doświadczyła serii objawień „Pięknej Pani”. Wydarzenia te miały miejsce w grocie Massabielle, niedaleko Lourdes.

25 marca 1858 roku, podczas 16. objawienia, w święto Zwiastowania, Piękna Pani powiedziała: Ja jestem Niepokalane Poczęcie…. Objawienia zostały uznane za autentyczne przez biskupa Tarbes, Laurence’a w 1862 r.

Bernadetta Soubirous doświadczyła w sumie 18 objawień od 11 lutego do 16 lipca 1858 roku. Świadkami tych spotkań z Maryją byli okoliczni mieszkańcy, zbierający się w grocie. Podczas objawień w grocie wytrysnęło źródło wody. Za przyczyną wody ze źródła już od pierwszych dni objawień następowały cudowne uzdrowienia. Pierwszą uzdrowioną była Catherine Latapie, która 1 marca 1858 obmyła swoje chore ramię w źródełku. Od tamtego czasu zarejestrowano ponad 7000 przypadków niewytłumaczalnego odzyskania zdrowia, 70 spośród nich Kościół uznał za cudowne.

Dla zainteresowanych: Historia objawień w Lourdes

Światowy Dzień Chorego

Sakrament Namaszczenia Chorych

Jak podaje Katechizm Kościoła Katolickiego i Kodeks Prawa Kanonicznego:

Kościół wierzy i wyznaje, że wśród siedmiu sakramentów istnieje jeden specjalnie przeznaczony do umocnienia osób dotkniętych chorobą – namaszczenie chorych.

Przez święte chorych namaszczenie i modlitwę kapłanów cały Kościół poleca chorych cierpiącemu i uwielbionemu Panu, aby ich podźwignął i zbawił; a nadto zachęca ich, aby łącząc się dobrowolnie z męką i śmiercią Chrystusa, przysparzali dobra Ludowi Bożemu.

Oznacza to, że każdy chory i cierpiący może swoje trudy, dolegliwości i krzyże ofiarować dobrowolnie w dowolnej intencji.

Namaszczenia chorych można udzielić wiernemu, który po osiągnięciu używania rozumu (tj. po ukończeniu siódmego roku życia i przyjęciu chrztu), znajdzie się w niebezpieczeństwie śmierci na skutek choroby lub starości.

W przypadku wątpliwości, czy chory osiągnął używanie rozumu, czy poważnie choruje albo czy rzeczywiście już umarł, należy udzielić tego sakramentu.

Namaszczenie chorych nie jest sakramentem przeznaczonym tylko dla tych, którzy znajdą się w niebezpieczeństwie utraty życia. Odpowiednią porą na przyjęcie tego sakramentu jest groźba niebezpieczeństwa śmierci z powodu choroby lub starości.

Poważnym nadużyciem jest coraz bardziej rozpowszechniająca się praktyka przyjmowania sakramentu namaszczenia przez wszystkich, którzy ukończyli np. 65 rok życia, a nawet tych, którzy tylko aktualnie „źle się czują”, jest to bowiem sakrament na czas poważnej choroby lub/i zaawansowanej starości. Przez modlitwę Kościoła i święte namaszczenie Chrystus umacnia chrześcijanina mocą Ducha Świętego, aby potrafił przyjąć cierpienie i przezwyciężyć wszelkie trudności związane z ciężką chorobą oraz dolegliwości towarzyszące starości. Niedopuszczalne jest masowe udzielanie sakramentu namaszczenia podczas misji, czy rekolekcji wszystkim, którzy pragną go przyjąć, lecz nie są w niebezpieczeństwie z powodu choroby lub starości.

Namaszczenie chorych jest sakramentem „żywych”, to znaczy, że winno być przyjmowane w stanie łaski uświęcającej. Formuła tego sakramentu nie jest formą absolucji, na wzór sakramentu pokuty. Namaszczenie gładzi grzechy lekkie. Grzechy ciężkie gładzi tylko w przypadku niemożności ich wyznania przez chorego (np. paraliż). Wszyscy pragnący przyjąć sakrament namaszczenia chorych winni zatem wcześniej przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania.

Nie wolno więc udzielać namaszczenia chorych tym, którzy uparcie trwają w jawnym grzechu ciężkim.

Najbliżsi towarzyszący choremu są odpowiedzialni za wezwanie księdza do chorego, który o to poprosi. Zaniedbanie tego obowiązku obciąża ich sumienie. Tak samo gdy wiadomo, że stan chorego jest ciężki a mimo to zaniedbano ten obowiązek.

Są też tacy, którzy „wołają” księdza z olejami, kiedy ktoś z ich bliskich jest już na łożu śmierci. Należy tu powiedzieć z całą stanowczością, że sakrament chorych to nie jest ostatnie namaszczenie, którego udziela się tylko umierającym. To łaska Boża, by w chorobie nie stracić wiary w Boga i życie wieczne. Nie należy się go bać czy unikać uważając, że jeżeli ksiądz przychodzi z tym sakramentem, to niechybnie czeka chorego śmierć. Dlatego też nie powinno się czekać z przyjęciem namaszczenia chorych czy jego udzieleniem do ostatniej chwili.

Nigdy nie udziela się sakramentu namaszczenia umarłym.

Namaszczenia chorych ważnie może udzielać każdy kapłan i tylko kapłan.

Konstytucja apostolska Sacram unctionem infirmorum z 30 listopada 1972 roku zgodnie ze wskazaniami Soboru Watykańskiego II ustaliła, że w obrządku rzymskim będą odtąd obowiązywały następujące zasady:
Sakramentu namaszczenia chorych udziela się chorym, namaszczając ich na czole i dłoniach olejem z oliwek lub stosownie do okoliczności innym olejem roślinnym, należycie poświęconym, wymawiając tylko jeden raz następujące słowa: „Przez to święte namaszczenie niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego. Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie.

Jeśli chory, który został namaszczony, odzyskał zdrowie, w przypadku nowej ciężkiej choroby może ponownie przyjąć ten sakrament. W ciągu tej samej choroby namaszczenie chorych może być udzielone powtórnie, jeśli choroba się pogłębia. Jest rzeczą stosowną przyjąć sakrament namaszczenia chorych przed trudną operacją. Odnosi się to także do osób w bardzo zaawansowanym wieku, u których pogłębia się osłabienie organizmu.

Znalezione obrazy dla zapytania: namaszczenie chorych

Skutki sprawowania tego sakramentu

Szczególny dar Ducha Świętego. Pierwszą łaską sakramentu namaszczenia chorych jest łaska umocnienia, pokoju i odwagi, by przezwyciężyć trudności związane ze stanem ciężkiej choroby lub niedołęstwem starości. Ta łaska jest darem Ducha Świętego, który odnawia ufność i wiarę w Boga oraz umacnia przeciw pokusom złego ducha, przeciw pokusie zniechęcenia i trwogi przed śmiercią. Wsparcie Pana przez moc Jego Ducha ma prowadzić chorego do uzdrowienia duszy, a także do uzdrowienia ciała, jeśli taka jest wola Boża. Ponadto, „jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5,15).

Zjednoczenie z męką Chrystusa. Przez łaskę tego sakramentu chory otrzymuje siłę i dar głębszego zjednoczenia z męką Chrystusa. Jest on w pewien sposób konsekrowany, by przynosić owoc przez upodobnienie do odkupieńczej śmierci Zbawiciela. Cierpienie – następstwo grzechu pierworodnego – otrzymuje nowe znaczenie: staje się uczestnictwem w zbawczym dziele Jezusa.

Łaska eklezjalna. Chorzy, którzy przyjmują ten sakrament, „łącząc się dobrowolnie z męką i śmiercią Chrystusa, przysparzają dobra Ludowi Bożemu”. Celebrując ten sakrament, Kościół w komunii świętych wstawia się w intencji chorego. Ze swej strony chory przez łaskę tego sakramentu przyczynia się do uświęcenia Kościoła i do dobra wszystkich ludzi, dla których Kościół cierpi i ofiaruje się przez Chrystusa Bogu Ojcu.

Przygotowanie do ostatniego przejścia. Jeśli sakrament namaszczenia chorych udzielany jest wszystkim, którzy cierpią z powodu ciężkiej choroby i niedołęstwa, to tym bardziej jest on przeznaczony dla tych, którzy zbliżają się do kresu życia, tak że nazywano go również sacramentum exeuntium, „sakramentem odchodzących”. Namaszczenie chorych dopełnia rozpoczęte przez chrzest dzieło naszego upodobnienia się do misterium Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Jest ono ostatnie w szeregu świętych namaszczeń, które wyznaczają etapy życia chrześcijanina: namaszczenie przy chrzcie wycisnęło na nas pieczęć nowego życia; namaszczenie przy bierzmowaniu umocniło nas do życiowej walki. To ostatnie namaszczenie otacza koniec naszego ziemskiego życia jakby ochroną, zabezpieczającą nas na ostatnią walkę przed wejściem do domu Ojca.

Katechizm Kościoła Katolickiego

Wskazówki praktyczne

Przed wizytą księdza przychodzącego z posługą sakramentu namaszczenia chorych należy przygotować: stolik z krzyżem, zapaloną świecę, wodę święconą, kropidło, ręczniczek oraz szklankę z wodą. Najważniejsze jest jednak, aby domownicy i osoby towarzyszące przygotowały się duchowo i modliły się wraz z księdzem w intencji chorego.

Relacje międzyludzkie

Tic Tac Toe, Miłość, Serce, Grać, Gra Strategiczna

Kiedyś przeczytałam takie słowa:

Kiedy na Bożej drodze zrobisz krok w tył, diabeł sprawi, że cofniesz się o dziesięć kroków, jeśli jednak zrobisz krok w przód, Pan pomoże Ci przejść kolejne sto

św. Charbel Makhlouf

Na czym polega siła chrześcijanina? Jedną z odpowiedzi jest ta, której udzielił św. Augustyn:

Siła chrześcijanina, to nie tylko czynienie dobra, ale także znoszenie zła.

To ważne słowa, szczególnie w świecie brutalnym, bezlitosnym, pełnym wzajemnej wrogości, przepełnionym wszechobecną tragedią. W takim świecie chrześcijanin musi być wrażliwy, a z drugiej strony odporny na zło, na ból związany ze zranieniami i zgorszenie.

Jak do tego dojść? Z pewnością ważne jest oparcie w ludziach, którzy myślą podobnie i żyją takimi samymi wartościami. Ale to może nie wystarczyć. Potrzebne jest coraz głębsze i świadome przylgnięcie do Pana Jezusa, troska o to, by On był punktem odniesienia, wszystkich podejmowanych decyzji. Wtedy stanie się też Skałą, o którą będzie się można oprzeć w chwilach zawahań i wątpliwości, osamotnienia i beznadziei.

Sposób postępowania nieprzyjaciela wobec początkujących w służbie Bogu polega zazwyczaj na tym, iż stawia przed nimi różne trudności i przeszkody.

św. Ignacy Loyola

Często zastanawiamy się nad naszymi relacjami, zwłaszcza jeśli te relacje są delikatnie mówiąc, nie najlepsze. Bo nasze słowa, postępowanie i postrzeganie rzutują mocno na życie i komunikację międzyludzką… Spróbujmy odkryć, co tak naprawdę jest przyczyną tych różnic zdań…

Milczenie

Trzeba wszystko wypowiedzieć w rozmowie. Druga strona nigdy się nie domyśli sama. Po latach, czasem nawet najbliżsi, wyrzucają sobie wzajemnie brak zainteresowania, złą interpretację, krytykowanie, brak szacunku, niedowartościowanie… bo zabrakło dialogu! Dialog jest rozmową, która prowadzi do spotkania osób. Zanim więc impulsywnie wyrzucimy z siebie wagon emocji, niespełnionych nadziei i rozżalenia na drugą osobę, odpowiedzmy sobie na pytanie: ile razy naprawdę rozmawiamy a ile poniżamy, udowadniamy, rozkazujemy, przemilczamy?

Rozmowa nie jest stawianiem na swoim, udowadnianiem swoich racji, za wszelką cenę, czy przypisywaniem intencji drugiej stronie. W rozmowie potrzebny jest szacunek, delikatność i zrozumienie, wejście w odczucia i pragnienia drugiej strony.

Żeby zostać zrozumianym, trzeba być zrozumiałym, tzn. nie tylko dobierać słowa, ale zadbać o to, by były spójne z tym co wyrażam gestem, mową ciała, spojrzeniem, mimiką twarzy. Czy w czasie rozmowy staramy się zachować kontakt wzrokowy z rozmówcą? Czy słuchamy i słyszymy słowa, które wypowiada? Czy przerywamy, komentujemy, wystawiamy natychmiast opinię? Czy słuchając staramy się rozumieć, a jeśli nie rozumiemy to wyrażamy swoje wątpliwości? Czy potrafimy słuchać z uwagą, bez zniecierpliwienia i uważać to co słyszymy za ważne?

Warto zwrócić uwagę też na optykę, na rzeczywistość: jak ją postrzegamy? Czy w moim sercu jest szeroko pojęta radość, miłość, obejmująca wszystkich (i potrafię cieszyć się tym, co mam) czy może jest tylko egoizm i ciągłe niezadowolenie, bo wciąż odbieram wszystkich wrogo, bo wciąż mam za mało, bo szukam tego co nieosiągalne (i bagatelizuję to, co już mam).

Tylko taka rozmowa jest dialogiem, w której jest zachowane pierwszeństwo SŁUCHANIA przed MÓWIENIEM, ROZUMIENIA przed OCENIANIEM, DZIELENIA SIĘ przed DYSKUTOWANIEM, a nade wszystko PRZEBACZENIE.

Szkło, Rozbita, Okno, Zniszczenie, Wandalizm

Zranienia

Nie zawsze mam wpływ na to, jak do mnie odnosi się drugi człowiek i nie zawsze mam wpływ na to, jak on mnie traktuje… Jednak w jakimś stopniu – może większym niż mogłoby to się wydawać, – ode mnie zależy to, jaki skutek takie działanie wywiera na mnie… Tu chodzi o wolność i władzę… O to, ile władzy nade mną i dlaczego udzielam komuś, kto na nią nie zasługuje…

Trzeba zamilknąć, by móc usłyszeć wypowiedź drugiego człowieka. Słowa kluczowe, podane w formie komunikatu, niekiedy przemilczane by pozornie nie ranić, w kłótni często stają się mięsem armatnim. Wtedy absurdalnie, pomimo skrzywienia wzroku w kierunku „ego”, rzucamy wyjątkowo celnie.

Jeśli plotkujesz na temat innego człowieka, tym samym usuwasz tę osobę ze swojego serca. Uświadom sobie, że razem z nią z twojego serca usuwany jest również Jezus.

św. o. Pio

Brawura

Jedną z cech dojrzałego człowieka jest odpowiedzialność a z odpowiedzialnością związana jest zdolność do przewidywania skutków własnych słów i czynów. Zanim więc podejmiesz jakąś decyzję – pomyśl o jej konsekwencjach. A jeśli nadmiar emocji uniemożliwia Ci myślenie i przewidywanie – zatrzymaj się i pozwól by te emocje powróciły na swoje miejsce i nie zakłócały zrównoważonej oceny sytuacji. Św. Ignacy Loyola uczy, że nigdy nie podejmuje się żadnych decyzji w strapieniu. Dlaczego? Bo później żałuje się swoich kroków, podjętych w tym dziwnym, przynaglającym zaślepieniu smutkiem i goryczą. Bo takie decyzje nie mają nic wspólnego z rozsądkiem.

Brak szacunku

Wolność to niczym nie skrępowana i nieograniczona swoboda działania i postępowania. Mogę tzn. jestem w stanie, dokonać rzeczy zarówno wielkich, wzniosłych, jak i największych draństw. Mogę czyjeś życie ocalić albo zniszczyć, mam takie możliwości. Tym co ogranicza tak rozumianą ludzką wolność, jest jedynie brak siły lub odwagi.

Człowiek zły łatwo innych posądza o zło, podobnie jak ten, co ma zawroty głowy, myśli, że wszystko dookoła niego wiruje.

św. Ignacy Loyola

Pokusa

Pokusa to wejście człowieka w sytuację wyboru między dwiema możliwościami: rzeczywistym dobrem i jakimś złem, ukrytym pod płaszczykiem dobra. Pokusa lubi bazować na ludzkich potrzebach. Czasem jest jak kropla, która drąży skałę.

Szatan, mając zaatakować człowieka, bada najpierw, jaka jest jego słaba strona i w czym jest najbardziej opieszały. I właśnie w tym miejscu będzie atakować.

św. Ignacy Loyola

Zwykle jest sytuacją „jednorazową”, choć bardzo intensywną. Przychodzi myśl i trzeba się wobec niej opowiedzieć: przyjmuję, albo odrzucam.

Są pokusy, które – choć delikatnie – mogą towarzyszyć człowiekowi przez dni, tygodnie, miesiące… Mogą przyjąć formę podobną do obsesji czy zafiksowania na punkcie jakiegoś przedmiotu, treści, osoby… Taka pokusa może dotyczyć różnych przestrzeni życia i może być próbą przedefiniowania tożsamości człowieka, który tej pokusy doświadcza. I to właśnie długotrwałość tej pokusy jest najtrudniejszym jej elementem, ponieważ człowiek, który jej doświadcza, może w pewnym momencie poczuć się zmęczony i poddać się jej.

Bądź Bożym łobuzem! Tłucz się z demonem a pokusa odstąpi! O tę chwilę warto walczyć przez lata. Jednak nigdy, przenigdy nie wchodź z nim w dialog.

ks. Piotr Pawlukiewicz
Serce, Miłość, Zachód Słońca, Kształt, Zarejestruj

Nadzieja

Nadzieja to oczekiwanie (na coś). Często wyraża się ona w tęsknocie (za czymś). Może być owocem naszych planów. Jej źródłem może być też (czyjaś) obietnica… Nadzieja nie jest matką głupich, o ile źródło nadziei jest godne zaufania! A może tyle razy już się zawiodłeś, że uważasz, iż nadzieja to ryzykowna i niebezpieczna rzecz? W moich codziennych zmaganiach mogę ufać sobie, mogę ufać przyjaciołom, mogę ufać najbliższym… Ale ważne jest, aby moje życie miało też oparcie w Tym, który za mnie umarł i dla mnie zmartwychwstał, w Jezusie Chrystusie.

Co daje taka nadzieja?

  • kierunek życia i oparcie;
  • cel, pośród beznadziei tego świata;
  • siłę do podnoszenia się z upadków;
  • siłę do zrobienia jeszcze jednego kroku, nawet jeśli po ludzku będzie on niemożliwy.

Jezus czeka na nas w Eucharystii codziennie, nie tylko od wielkiego dzwonu, święta czy tragedii. Nie chciał, żebyśmy traktowali Go jak obowiązek do odhaczenia, sklep z prezentami, czy dobrą wróżkę. Chciał, żebyśmy otworzyli przed Nim serca.

Winniśmy zawsze mieć w podejrzeniu wymówki ciała, bo zwykło ono słabością sił usprawiedliwiać ucieczkę przed trudem.

św. Ignacy Loyola

Prośmy Pana Jezusa o takie wykorzystanie danej nam wolności, byśmy nigdy nie żałowali swoich wyborów i nie ranili nimi innych. Prośmy Jezusa o wiarę, która nie uznaje złudnych kompromisów i egoistycznej wolności, by ta wolność dla nas, nigdy nie stała się początkiem zniewolenia czy niewoli.

Nie odpuszczaj. Dasz radę. Demon będzie cię chciał przekonać, że to co przeżywasz, to jest ponad Twoje siły. Tam jednak, gdzie jest Twój kres, tam zaczyna się łaska Boża. Nigdy się nie poddawaj, w walce o dobro, o relację z Jezusem. Nigdy się nie zniechęcaj w kolejnym powstaniu z upadku.

św. Jan od Krzyża

Ogromne jest bohaterstwo tego człowieka, których, nie zaznawszy łaski, nie odszedł od Boga i niesie krzyż cięższy od innych – krzyż duchowej ciemności.

Nikołaj Gogol, Rewizor

Modlitwa wstawiennicza

26 października 2020 Dodaj komentarz
Figa w doniczce – domowa uprawa drzewa figowego - murator.pl

Ostatnio czytałam gdzieś takie stwierdzenie, że modlitwa wstawiennicza jest jak praca, którą się podejmuje za kogoś, by zrobić wszystko jak najlepiej i odczuć konsekwencje, nie satysfakcję. Bo ten ktoś może już nie ma siły, bo stracił wiarę, bo przechodzi załamanie, bo jest chory i nie może tej pracy wykonać sam. To ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka, bo te konsekwencje są bardzo realne. Myślę, że to odzwierciedla trud codzienny takiej modlitwy. Takie rozumienie sprawy pozwala poczuć powagę zobowiązania. To zrozumienie daje poczucie bliskości z tą osobą, daje siłę i napędza, daje również możliwość zasłuchania w słowa, w prośby kierowane do Boga. Modlę się za drugiego człowieka, bo on w tej chwili nie ma siły, odwagi, świadomości, nie ma nadziei, bo może życie go przerosło, bo może brakło zdrowia; dzielę z nim przed Bogiem swój czas, uwagę, trud, zaangażowanie i nie żądam nic w zamian. Dzielę się więc z nim swoją bezinteresownie pojmowaną miłością. Robię to z cierpliwością, zaangażowaniem, starannością, bez pośpiechu, bez oczekiwania na cokolwiek w zamian. Wstawiam się do Boga za tym człowiekiem, prosząc o potrzebne łaski dla niego. Bo on sam może nie powie Bogu tego wprost. Ja staję się przed Bogiem jego głosem.

Roślin, Roślina, Maciory, Rosnąć, Tacach Uprawy

A konsekwencje? – to nie zupełnie oczekiwania na odwzajemnienie, na spełnienie marzeń, pragnień czy próśb. To nie jest handel wymienny z Bogiem. To wzięcie na swoje ramiona części trudu i mozołu życia drugiego człowieka. Poniesienie jego krzyża przez ten fragment drogi. A inne konsekwencje: moja tężyzna duchowa. Modlitwa wstawiennicza jest jak duchowa siłownia. Im więcej regularnych ćwiczeń tym większa siła i odporność organizmu, tu duszy, na duchowe choroby. Mierzę więc siły na zamiary, bo to ważne, żeby nie przeholować i nie zawieść. Bo wtedy słowa staną się pustosłowiem. Bo stracę zaufanie przede wszystkim do siebie.

Modlitwa jest rzeczywistością a nie ulotnym ciągiem słów. Zmienia się, dojrzewa we mnie. Kiedyś myślałam, że im więcej tym lepiej, ale nie ilość a jakość ma znaczenie. Bo czasem i w moim życiu przychodzi trudny moment, brak sił, choroba fizyczna, cierpienia duchowe, posucha i realne przeszkody. Wtedy jest najtrudniej, dostosować się nagle do nowej sytuacji. Pamiętać mimo wszystko. Bo ta pamięć jest tu najważniejsza. Nauczyłam się też, że czasem przychodzi koniec modlitwy i nie mam mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Powinnam je mieć, jeśli nie dotrzymuję zobowiązania. Bywało czasem trudno, bardzo trudno, ale nigdy nie przerwałam. Ta modlitwa uczy wytrwałości. Uczy niewchodzenia w świat realnych odczuć i opinii, by nie obciążać tym modlitwy. Bo modlę się za człowieka a nie za jego fanaberie, przyzwyczajenia, naleciałości, poglądy, charakter. To są rzeczy zmienne. Dziś ktoś przeklina i drażni, jutro może zmienić się radykalnie. Bo spotka Jezusa i wszystko się zmieni. Warto być ogrodnikiem Pana i czasem otulić nawozem jakieś drzewo figowe, poczekać na następny rok, by zobaczyć owoce 😉

Oddaję ci w opiekę dwie perły drogocenne sercu Mojemu, a nimi są dusze kapłanów i dusze zakonne, za nich szczególnie modlić się będziesz, ich moc będzie w wyniszczeniu waszym. Modlitwy, posty, umartwienia, prace i wszystkie cierpienia łączyć będziesz z modlitwą, postem, umartwieniem, pracą, cierpieniem Moim, a wtenczas będą miały moc przed Ojcem Moim.

Dz. 531

Pan przychodzi w powiewie, łagodnie…

Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.

1 Krl 19, 9a.11-13a

Ile razy, jak często w życiu codziennym przechodzimy przez różnego rodzaju kryzysy, załamania, zniechęcenia… jak prorok Eliasz. Ile razy z całych sił pragniemy kogoś odmienić, uratować czyjeś życie, przekonać do czegoś, co będzie dobre dla drugiego człowieka. Ile razy uciekamy przed osądem innych, ironią, hejtem, ignorancją i głupotą fałszywych przyjaciół. Ucieczka nie zawsze jest jedynym dobrym rozwiązaniem. Jest odruchem, po który sięga każdy człowiek. Kiedyś usłyszałam takie słowa…

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem! Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Eliasz ratował się ucieczką na pustynię, a następnie udał się na górę Horeb, na której spotkał się z Bogiem i doświadczył Jego szczególnej opieki.

Bóg często przychodzi niepostrzeżenie by spotkać się ze zniechęconym, poranionym i zamkniętym pod grubą maską udawanej uprzejmości, człowiekiem. Bóg nie rezygnuje z człowieka, nawet gdy on już prawie często zrezygnował z wiary, modlitwy i oczekiwania na łaskę, na cud. Zamiast pouczania Bóg proponuje spotkanie. Zamiast wyrzutów, awantur i poniżania – bliskość. Zamiast surowości, kar – łagodność. Tak Bóg wyciąga z kryzysu.

Wichura, trzęsienie ziemi i pożar dla niektórych mogą być atrybutami objawiającego się Boga. Dla tych, którzy noszą w sobie obraz boga tyrana. Ale równie dobrze można w tych zjawiskach zobaczyć wewnętrzne stany duszy człowieka. Poraniony, zdruzgotany, pozostawiony na pastwę losu, często wyśmiany, zamykając się asekuracyjnie w swoim wyimaginowanym świecie, jak w skorupie, zakładając kolejne maski, skupia się tylko na swojej krzywdzie, której kiedyś doznał. To szukanie wewnątrz swojego świata winnych i rozliczanie ich zaocznie, niczego nie zmieni. Będzie tylko kontynuacją przeżywania wyroku i dręczeniem siebie samego. To co składa się na historię człowieka jest niezmienne. Zdarzyło się i nikt nie jest już w stanie tego zmienić. Przeszłość jest zamknięta, jest zapisem jak głos na taśmie po zmarłym. To co człowiek przyjmuje za dopust Boży, jest w rzeczywistości iluzją złego ducha. Bóg niczego nie dopuszcza poza współpracą z człowiekiem, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo dając mu wolną wolę. Obrazy z przeszłości, wspomnienia, które wciąż każą żebrać o uczucia, miłość, pochwały i akceptację, stają się często schematem, z którego trudno się wyzwolić. Usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest pewną formą ucieczki od odpowiedzialności za przyszłość, która jawi się jako obietnice Boga. Przeszłość nie jest dla człowieka wyrokiem, ale wyzwaniem! Wyzwaniem by powyrzucać ze swojej pamięci papierki po dawnych, często niechcianych prezentach od życia, które skrzętnie kolekcjonujemy po to, by móc wciąż rozkoszować się własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak bibeloty. Może warto spróbować otworzyć zaciśnięte dłonie, wypuścić zawartość i poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ!

Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Może przyszedł już czas na porządki i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań zbieranych latami, które przywiązały, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i poczucie przegranej. Są jak pustynia, na której rosną tylko kaktusy. SĄ PUSTYNIĄ! Człowiek ma zawsze tę jedną chwilę do przeżycia i może, jeśli tylko zechce, zaangażować się. Ponosimy skutki decyzji, ale równocześnie mamy świadomość, że przeszłość jest już niezmienna. Zawsze jednak można zmienić swój stosunek do niej. Coś może zyskać inny sens, bo człowiek po latach odkryje, że jednak w tym co się mu przytrafiło, był Bóg. Bóg nie jest tylko dobrą wróżką od spełniania natychmiast marzeń w życiu. A jak już nie będzie spełniał, to obrażony wyrzucisz go jak zbędny mebel albo poszukasz zamiennika?

Pomaganie, Ręce, Wspinaczka, Ratowanie, Człowiek

Wciąż powracające wspomnienia, są echem tęsknoty Boga.

On wciąż czeka na Twoje siedem chlebów i ryby, by je rozmnożyć. Kroczy delikatnie i prawie bezszelestnie w Twoim życiu, nie narzucając się, bo nie jest tyranem. Tęskni za człowiekiem, bo kocha. Kocha tak bardzo, że gotów był poświęcić własnego jedynego syna, by utrzymać z człowiekiem łączność, by dać mu w prezencie życie wieczne. Człowiek pozwalając sobie na notorycznie powracające wspomnienia dręczy sam siebie, zwalając całą winę na niewinnego Boga. Powracające wspomnienia są sygnałem, czerwonym światłem, że Bóg zaczyna tęsknić mocniej, że człowiek oddala się od Niego. Wystarczy ten jeden krok w stronę Boga, ta jedna decyzja o pozostawieniu przeszłości, by złapać Boga za rękę, jak Piotr kroczący w jednej chwili po wodzie, a w następnej wołający wystraszony i tonący, bo Bóg stoi tuż obok i czeka. Dał człowiekowi przecież wolną wolę. Być może okaże się po zdjęciu wszystkich masek, że człowiek wreszcie odzyska własną wolność na tyle, by usłyszeć szelest płaszcza przechodzącego Pana. To spotkanie spowoduje z pewnością porzucenie niesmaku samego siebie.

Czy Bóg lubi Twoje krzywe nogi…

Bez tytułu

Znów jak fala powrócił temat aborcji, którą niektórzy próbują nazwać dobrodziejstwem współczesnej cywilizacji. Tylko czy cywilizacja śmierci może rodzić życie? Czy zabójstwo jest dobrodziejstwem? Wszyscy współczujący obrońcy praw, nagle zaczęli prześcigać się w udowadnianiu sobie wzajemnie, co jeszcze wadą nie jest a co kwalifikacją do zadania śmierci. Dożyliśmy dziwnych czasów, gdy białe nie zawsze jest białe a czarne niektórzy próbują wybielić, by zakryć swoje wyrzuty sumienia. Kim jesteśmy, że mienimy się obrońcami będąc jednocześnie mordercami? Jakie prawa dał nam świat, byśmy niszczyli to, co nie pasuje do naszego wątpliwego gustu? Dziś debatujemy nad prawem życia dla chorego dziecka, zamiast zastanawiać się nad jego leczeniem, jutro może wybierzemy do dyskusji prawo do istnienia dla mniej mądrego lub zgrabnego… Bo jeśli nie spełnia oczekiwań rodzica… to co? Można je wymienić lub odesłać jak nietrafione zakupy…? A może po prostu podebatujemy nad kolejnym, bo nie wypada mieć więcej niż… No właśnie niż ile? Nauczyliśmy się smakować dobrobyt, przebierać i wybierać, dostosowywać sposób myślenia do własnych potrzeb, do statusu społecznego, naginać prawa, również Boskie i liczyć na pobłażliwość i myślimy, że Bóg dał nam prawo do ocenienia przydatności innych, różnych od nas samych. A z drugiej strony gdzie jest teraz ta wszechobecna tolerancja wpajana narodowi? Czy dotyczy wybiórczo tylko niektórych i tylko sposobu obcowania płciowego? Nauczyliśmy się bezdusznego konsumpcjonizmu, który nas upadla a gdzie w tym wszystkim konsekwencja i umiar, o którym tyle mówimy, którego doszukujemy się tak bardzo, gdy coś rozdają innym? Co się z nami stało, że większość nagle doznała rozdwojenia jaźni, niepamięci dziesięciu przykazań, pokochała dziury w spodniach, choć jeszcze dekadę wcześniej te same dziurawe spodnie uchodziły za objaw skrajnej biedy i bezguścia. Co się z nami stało, że jeszcze chwilę wcześniej dalibyśmy się zabić władzy rządzącej za Jana Pawła II i jego prawdy, którymi nas karmił, a teraz licytujemy każde życie, każdą śmierć i plujemy sobie wzajemnie w twarz? Gdzie w tym wszystkim jest miłość bliźniego? Odważnie i głupio wyzywamy Boga z Jego przykazaniami na pojedynek a jednocześnie boimy się panicznie kolejnego wirusa, fal elektromagnetycznych, latających samolotów, szczepień… Co takiego się stało, że daliśmy się tak mocno wciągnąć w manipulację złego? Czy zawsze dobrobyt i wolność musi w Polskim Narodzie oznaczać jednocześnie naszą zaściankowość i głupotę płytkiego, egoistycznego myślenia? Czy żeby zmądrzeć zawsze musimy być pod czyimś zaborem? Jak długo jeszcze damy wodzić się za nos, tym dla których ważny nie jest Człowiek, ani Bóg, ani Honor i Ojczyzna? Co musi się stać, byśmy tego rozumu nabrali… jaka katastrofa, jaka epidemia? A Bóg nie pozwoli z Siebie szydzić… Zapłatą za grzech jest śmierć. To nie będzie zemsta, ale zapłata za Twoje czyny. Tam będziesz rozliczany z miłości do bliźniego. Nim kolejny raz rzucisz podłe hasełko o mur swojego wyimaginowanego świata, przypomnij sobie sytuację, kiedy ktoś Ci dokopał tak mocno, że chciałeś wyć z rozpaczy, bo z pewnością takie były i w Twoim życiu! Gdzie wtedy Bóg był? W Tobie? Gdzie była miłość i sprawiedliwość? Jak bardzo jej wtedy pragnąłeś? Jak bardzo szukałeś? Czy znalazłeś? Jeśli tak, to co się z nią stało teraz? Jeśli nie, to czemu nagle przestałeś szukać?

Przeczytaj poniższy tekst z Pisma Świętego i zacznij szukać, bo jutro może się okazać, że nie zdążysz, że za późno zacząłeś… Każdemu zegar życia tyka… Jak długo jeszcze? Nie wiem. To wie tylko Bóg. Kto wie, czy idąc kolejny raz na spacer, przechadzając się alejką cmentarza, zatrzymując się przy nieznanym grobie, nie okaże się że to Twoje imię i nazwisko odczytasz na płycie nagrobnej?

aleś Ty wszystko urządził według miary i liczby, i wagi! Potężnie działać zawsze jest w Twej mocy i któż się oprze potędze Twojego ramienia? Świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię. Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś; bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia! Bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie. Dlatego nieznacznie karzesz upadających i strofujesz, przypominając, w czym grzeszą, by wyzbywszy się złości, w Ciebie, Panie, uwierzyli. Bo i dawnych mieszkańców Twojej świętej ziemi znienawidziłeś za ich postępki tak obrzydliwe: czarnoksięstwa, niecne obrzędy, bezlitosne zabijanie dzieci, krwiożercze – z ludzkich ciał i krwi – biesiady wtajemniczonych spośród bractwa, i rodziców mordujących niewinne istoty. Chciałeś ich wytracić ręką naszych przodków, by godnych otrzymała osadników – dzieci Boże – ta ziemia, u Ciebie nad wszystkie cenniejsza. Ale i ich jako ludzi oszczędzałeś! Zesłałeś na nich szerszenie wyprzedzające Twe wojsko, by ich niszczyły stopniowo. Mogłeś wydać bezbożnych sprawiedliwym w bitwie lub naraz wygubić przez bestie okrutne czy też wyrokiem bezlitosnym. Lecz karząc powoli, dawałeś miejsce nawróceniu, chociaż dobrze wiedziałeś, że ich pochodzenie nikczemne, a złość ich jest wrodzona i nie odmieni się ich usposobienie na wieki, bo to było plemię od początku przeklęte. I nie z obawy przed kimś pozostawiałeś grzechy ich bez kary. Któż Ci bowiem powie: «Cóżeś to uczynił?» Albo kto się oprze Twemu wyrokowi? Któż Ciebie pozwie za wytracenie narodów, któreś Ty uczynił? Albo któż powstanie przeciw Tobie jako obrońca ludzi nieprawych? Ani bowiem nie ma oprócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie, ani się z Tobą nie będzie mógł spierać król czy władca o tych, których ukarałeś. Tyś sprawiedliwy i rządzisz wszystkim sprawiedliwie: skazać kogoś, kto nie zasłużył na karę, uważasz za niegodne Twojej potęgi. Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz. Nauczyłeś lud swój tym postępowaniem, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi. I wlałeś synom swym wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie. Jeśli bowiem wrogów swych dzieci, chociaż winnych śmierci, karałeś z taką oględnością i pobłażaniem, dając czas i miejsce, by się od zła odwrócili, z jakże wielką czułością sądziłeś swych synów, których przodkom dawałeś przysięgi i przymierza, pełne wspaniałych obietnic. Kiedy nas karcisz – wrogów naszych chłoszczesz tysiąckrotnie, byśmy pamiętali o dobroci Twojej, gdy sądzimy, i oczekiwali miłosierdzia, gdy na nas sąd przyjdzie. Stąd i tych, co w głupocie swej żyli bezbożnie, skarałeś przez ich własne bezeceństwa. Bo też zabłąkali się zbyt daleko na drogach błędu, biorąc za bogów najlichsze z najpodlejszych zwierząt, zwiedzeni na wzór nierozsądnych dzieci. Więc też jak dzieciom nierozumnym zesłałeś im karę na ośmieszenie. Ale ci, których ośmieszające kary nie nawróciły, doświadczą sądu godnego Boga. Bo na co się sami w udręce oburzali, tym właśnie pokarani, co mieli za bogów, dostrzegli Tego, którego przedtem znać nie chcieli, i uznali za Boga prawdziwego. I dlatego przyszła na nich ostateczna kara.

— Mdr 11, 20c – 12