Archiwum

Archive for the ‘powołanie’ Category

Trzy góry

(Galacjan 2:20)

W zeszłym tygodniu w Kościele obchodziliśmy święto Przemienienia Pańskiego. Zaprowadziło nas ono za Chrystusem, z Piotrem, Jakubem i Janem, na Górę Tabor. Po co to wszystko? By ich wzmocnić, pokrzepić, rozpalić tajemnicą Bóstwa przed Swoją śmiercią. Wzmocnić ich a z nimi, nas. W Ewangelii ta Góra prowadzi za chwilę na inną górę, na górę męki, cierpienia, opuszczenia i śmierci, na Golgotę.

W życiu potrzebujemy przeżyć wzniosłych i budujących entuzjazm, bo nasza droga życia zawsze, wcześniej czy później, również prowadzi przez naszą golgotę. Miłość zawsze staje w perspektywie krzyża, bo Miłość to rozdawanie, tracenie siebie, przeciwstawienie się własnemu „ego”. Kto nie traci, ten nie miłuje! To paradoks Ewangelii. Jeśli tak popatrzymy na krzyż, to jawi się on jako krzyż chwalebny, pełen ofiary z siebie. Tak właśnie powinien być odczytywany. Przecież stał się narzędziem Zmartwychwstania i odkupienia.

Czy jesteśmy zdolni do ofiary z siebie, do rozdawania siebie innym? Czy potrafię zaprzeć się siebie, by naśladować Jezusa? Uklęknąć u stóp krzyża i odrzucając własne „ego” wyznać przed nim, że jest moim Panem? Co mi przeszkadza? Jakich strat obawiam się najmocniej? Co mnie przywiązuje i uniemożliwia przejście z mojej góry własnego bóstwa na Górę śmierci Chrystusa? Czego nie potrafię oddać, w czym obumrzeć, by móc żyć dla Niego? Co jest moim wzniesieniem egocentryzmu i nie pozwala mi zejść do poziomu Miłości, by najpierw stracić, by potem zyskać?

Ja … Apostoł!


Pan Jezus powołał na początku swojej działalności dwunastu apostołów, wybierając spośród ubogich i niedoskonałych.
Określenie apostoł pochodzi z języka greckiego i oznacza wysłannik. Nazwa ta pojawiła się w Nowym Testamencie, w odniesieniu do najbliższych uczniów Jezusa Chrystusa. Większość z nich pochodziła z Galilei. Wszyscy byli przedstawicielami niższego stanu i przeważnie trudnili się rybołówstwem. Część z powołanej dwunastki wcześniej za nauczyciela miała Jana Chrzciciela.

Nie bez przyczyny Jezus wybrał akurat dwunastu uczniów. Liczba ta odnosiła się do dwunastu pokoleń Izraela i miała stanowić symbol odnowy narodu izraelskiego.
Jezus zgromadził ich wokół siebie, aby w czasie trzech lat swojej publicznej działalności, gdy będą z Nim podróżować i przebywać, przekazać im swoją naukę. Ci wybrani apostołowie otrzymali zadanie kontynuowania dzieła Jezusa po Jego śmierci i głoszenia Jego nauki kolejnym pokoleniom. Wyposażył ich w moc Ducha, dlatego mogli jak On czynić cuda: wypędzać złe duchy, leczyć choroby. Nauczył ich wypełniania przykazania miłości nadając ich wierze nie tylko wymiar prawa. Dzięki temu Jezus miał pewność, że pozostawia po sobie spuściznę, która nie zniknie wraz z jego odejściem z Ziemi, a z której ludzkość będzie mogła czerpać przez wszystkie wieki.

Pan Jezus posyłał uczniów, aby Go zwiastowali, by byli światłem tzn. by ludzie patrząc na nich, na ich czyny, słuchając ich słów mówionych z mocą i świadectwem, mogli dostrzec obecność i działanie Boga, by zrozumieli co jest ważne w Bożych oczach, że prawo i przepisy starego przymierza zostały wyparte przez nowy wymiar, przez przykazanie miłości, by mogli uczyć się Bożej logiki miłości, mogli naśladować samego Jezusa swoim życiem.

Warto zastanowić się dziś czy i jak, ja naśladuję Jezusa? Większość powie nie jestem doskonały, On był! Każdy z nas nie jest doskonały, bo gdyby był, byłby Bogiem. To nie jest dobra wymówka na nasze lenistwo duchowe. Każdy z nas ma wokół siebie bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów i może stać się bez przeszkód apostołem. Nawet jeśli nie czuje się na siłach, by mówić. Spełniamy wszystkie warunki, by nimi być. Nie wszyscy otrzymujemy powołanie, by stać się osobą konsekrowaną. Wielu dopiero po latach małżeństwa, wdowiejąc odnajduje się w tym powołaniu jako samotni: wdowcy i wdowy konsekrowane. Wielu decyduje na podjęcie tej drogi od początku, jako bracia, siostry, dziewice czy ojcowie, czyli bracia zakonni, którzy przyjęli również sakrament kapłaństwa. Są też tacy, którzy zgromadzeni w instytutach życia konsekrowanego, na co dzień pracują, angażując się w różne dzieła, prowadząc z pozoru normalne życie świeckie, niczym szczególnym sie nie wyróżniając.

Na ile z tych osób patrzymy widząc tylko i wyśmiewając ich pobożność, z ilu drwi się, bo drażni ich przywiązanie do modlitwy, do częstej spowiedzi, do życia w ciszy Kościoła, w samotności pozbawionej hałasu tego świata? Ilu niesłusznie osądzamy mierząc tą samą miarą za przykładem jednego „czarnego barana” wśród reszty, który nie bardzo wie, co tam robi, który pomylił wybór i powołanie z własną ambicją?

Może czasem nie mamy jednak odwagi, by zapytać, by spróbować naśladować ten pokój w sercu i życiu? Może we wnętrzu chcielibyśmy przystanąć jak oni, ale nie mamy czasu, bo nauczyliśmy się żyć w biegu, pędzie, w zgiełku, często czyniąc go zamierzenie wokół siebie, by poczuć się zauważonym, dowartościowanym.
Może zatem warto przystanąć, spojrzeć z innej perspektywy i spróbować choć raz na jakiś czas pobyć sam na sam z Bogiem. Wybrać jakąś formę rekolekcji w ciszy np. w ramach urlopu, by zapytać Go: Czego Ty Boże ode mnie chcesz? Gdzie jest moje miejsce? Jak ma wyglądać moje życie? Do czego mnie powołujesz? Może wtedy przestaniemy wybierać to, co dyktują nam inni, może zaczniemy żyć swoim życiem, z pominięciem logiki światowego powodzenia, która polega na urojeniu, na pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Może wreszcie nasze istnienie przestanie być dziwną ironią życia, zawsze tylko w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość! Może wtedy znajdziemy taki priorytet w życiu, że nie potrzebne nam będą inne, by zaistnieć, bo nasza pycha, chciwość i żądze nie będą tak natrętne. Może wreszcie wtedy nauczymy się widzieć nie tylko siebie, ale i innych również w przyjaźni, nie mierząc do przeciwnika tylko na zasadzie konkurencji, którą należy pozabijać i wytępić. Może wreszcie wielu znajdzie wyjście z sytuacji po ludzku bez wyjścia i zechce żyć pełnią życia, zamiast skracać je brutalnie przy pierwszej lepszej okazji. Może wreszcie ktoś zauważy, że poza szarością życia, czernią śmierci i nicością jest jeszcze jednak coś, co jest blaskiem, kolorem, który wnosi w życie nadzieję, radość, uśmiech, miłość i ma barwy różne od szarości. Może staniemy się dla drugiego człowieka takim światłem, świecą, która rozjaśni mu drogę. Może będziemy jedynym telegramem Pana Boga, latarnią morską, gwiazdą jak reflektor, jakie Bóg wyśle do kogoś, kto żyje tak, jakby On nie istniał… Zwiastujmy Chrystusa!

Wrócę jeszcze na chwilę do Światowego Dnia Życia Konsekrowanego. Często słyszę wypowiedzi ludzi, którzy zupełnie nie znając smaku takiego życia, nie wiedząc nic o powołaniu zakonnym czy kapłańskim, z góry negują, żałują patrząc z politowaniem, czy wręcz obrażają osoby konsekrowane mierząc ich decyzję życiową, swoją własną miarą sukcesów czy porażek.


…śluby zakonne składa się nie z powodu deficytów, ale nadmiaru. Czystość to pojemność serca, w którym mieści się Bóg i wielu ludzi. Ubóstwo to świadomość bogactwa większego niż pieniądze. Posłuszeństwo to wolność, która oddaje własną wolę, aby być dyspozycyjnym w służbie Kościoła.

Tak podsumował dar powołania konsekrowanych w dniu 2.02.2022 r. ks. Kanonik dr Janusz Chyła. Pozwolę sobie dodać do tej wypowiedzi, że Kościół to my, każdy z nas ochrzczonych, bo zostaliśmy wszczepieni w jego pień – w Chrystusa i jesteśmy jego latoroślami. To od nas zależy czy i ile czerpiemy od Chrystusa; czy chcemy zazielenić się i żyć, czy usychać, pościć duchowo i zwiędnąć nie przynosząc owoców w życiu.

O obietnicach i przysięgach.

Kilka dni temu przeżywaliśmy w Kościele Niedzielę Chrztu Pańskiego. Wspominaliśmy zapewne nasz własny chrzest.

Dla mnie było to również dodatkowe uczestnictwo w pewnej wyjątkowej uroczystości. W Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego w Kaliszu o. Romuald Domagała SJ złożył swoje ostatnie śluby zakonne na ręce o. Prowincjała. Dziękując Bogu za dar zakonnego powołania tego konkretnego kapłana i moją (planowaną) obecność w tej podniosłej i szczególnej, wyjątkowej chwili, przyszło mi na myśl: jak bardzo pamiętamy takie wyjątkowe chwile, na ile je doceniamy i rozumiemy, jak długo i solidnie przygotowujemy się do nich, będąc już w pełni władz umysłowych i wywiązujemy się z dawanych obietnic, ślubów, przyrzeczeń?

Otóż jezuici składają śluby „sub Hostiam”, czyli dosłownie „pod Hostią”. Po słowach „Panie nie jestem godzien…” przed przyjęciem Komunii świętej, klęcząc. To wyjątkowe chwile i przeżycia dla zakonnika, jego najbliższych, współbraci i wiernych uczestniczących.

W życiu każdego chrześcijanina jest co najmniej kilka takich uroczystości, przysięg składanych przed samym Bogiem. Kiedy jeszcze nie wiele rozumiemy i pamiętamy z racji wieku, składają je za nas nasi rodzice i chrzestni, potem towarzyszą nam świadkowie od bierzmowania, bo przecież jest to sakrament, w którym już sami potwierdzamy gotowość do wtajemniczenia chrześcijańskiego w Kościele katolickim. Bierzmowanie uważane jest za drugi po chrzcie sakrament inicjacji chrześcijańskiej. Niektórzy z nas byli lub będą szafarzami własnego ślubu. Warto pamiętać, że sakrament trwa przez całe życie, nie tylko przed ołtarzem w dniu chrztu, komunii czy ślubu, że przez ten sakrament zostajemy wzmocnieni, niejako konsekrowani do wypełniania obowiązków swojego stanu i do godności chrześcijańskiej czy godności małżonków. Niektórzy ślubują w życiu posłuszeństwo, ubustwo i czystość. Składamy różne śluby, przyrzeczenia i obietnice: szkolne, ministranckie, zawodowe, osobiste. A jak je realizujemy i wypełniamy? Ile w nas chwilę potem gorliwości i pamięci przed Bogiem, ile dbałości i chęci, by je dotrzymywać?

Do tych refleksji oprócz podniosłych i cennych duchowo odczuć zachęciła mnie niedawna wiadomość z Włoch. Ordynariusz sycylijskiej diecezji Mazara del Vallo jako kolejny włoski biskup podjął decyzję o czasowej rezygnacji z obecności rodziców chrzestnych podczas sakramentu chrztu.

Te postaci utraciły swoje duchowe znaczenie, a ich obecność na liturgii była czysto formalna” – mówił Radiu Watykańskiemu bp Domenico Mogavero. „Ich wiara schodzi coraz częściej na drugi plan, choć to ich zadaniem jest pomaganie chrześniakowi w życiu wiarą. Rodzi to coraz więcej hipokryzji i zakłamania stąd lepiej taką praktykę czasowo przerwać. Kiedyś postać chrzestnych odgrywała istotną rolę. Obecnie są to postaci, które stwarzają wiele problemów. Liczy się jedynie otoczka, a nie głęboki duchowy sens. Warto pamiętać, że Kodeks Prawa Kanonicznego nie nakłada obowiązku obecności matki i ojca chrzestnego. Wiele osób mówiło mi o tym, że chrzestni zupełnie nie wywiązują się z obowiązków wziętych na siebie w czasie sakramentu chrztu. Wzięliśmy pod uwagę faktyczny stan rzeczy w trosce o godność sakramentu i o to, by zupełnie nie zagubić wartości chrześcijańskiego świadectwa. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że chrzestni stają się jedynie ozdobnikiem do liturgii i potencjalnym źródłem prezentów postanowiliśmy przerwać tę tendencję. Potrzeba starań, by chrzestnym przywrócić ich pełne duchowe znaczenie i wtedy będą mogli znowu powrócić”.

Może właśnie w ten sposób trzeba walczyć o dobre imię naszych ślubów i składanych przysięg? Może takie napomnienie obudzi w nas wszystkich pilną potrzebę znalezienia, na nowo w sobie: czystości przekonań, prawdziwości słów i deklaracji, wartościowania zobowiązań i odpowiedzialności za czyny?

Skoro nauki przed… nic nie wnoszą poza tym, że chętnie i beztrosko rozprawiamy wśród rodziny i znajomych o łapczywości kapłanów, dopuszczeniach za pieniądze czy załatwione sprawy, skoro sami nic nie wnosimy do sakramentów poza własną próżną obecnością, otoczką i splendorem portfela oraz trendem najnowszej mody, skoro zamiast przysięgi i obecności Boga bardziej liczy się fałszywa, dwulicowa, obłudna, zakłamana hipokryzja bycia letnim chrześcijaninem, skoro potrafimy podrabiać pieczątki w trakcie przygotowań do I Komunii czy bierzmowania, skoro bez skrupułów potrafimy wycierać własnym słowem, błoto ze ślubnych butów już następnego dnia, skoro tak łatwo odchodzimy, zachęcani z byle powodu do apostazji, to może warto potrząsnąć naszym ospałym umysłem i zadać pytanie: ile rzeczywiście nam się należy a na ile musimy zapracować sami?

Wakacyjne rozstania

Dobiegają końca wakacje i przyszedł czas na zakończenie cyklu artykułów o św. Ignacym Loyoli. Mam nadzieję, że choć trochę i w miarę zrozumiały sposób udało mi się przybliżyć postać i reguły Ćwiczeń duchownych, stworzonych przez św. Ignacego. Jeśli udało mi się kogoś z Was namówić w ramach wakacyjnego wypoczynku, choćby na przeczytanie „Opowieści Pielgrzyma”, to Bogu niech będą dzięki. Jeśli nie, będę dalej próbować innym razem. Zmiany zawsze zaczynają się od pierwszych, maleńkich kroczków.

Doświadczenie uczy nas, że tam, gdzie napotyka się na liczne przeszkody, można zazwyczaj spodziewać się większych owoców.

… jak mawiał Ignacy.

Rozpoczynając ten cykl dwa miesiące temu, obiecałam opowiedzieć o mojej przyjaźni z Ignacym. Wszystko zaczęło się z końcem lata 2016 r. Jak to mówią stał się cud, a może rzeczywiście się stał… (dziś wiem, że się stał 😀). Mój świat wewnętrzny nagle stanął na głowie i ruszyła lawina dziwnych zbiegów okoliczności (a może raczej łask), by w ciągu tygodnia zacząć zdzierać ze mnie maski nagromadzone latami, zacząć kruszyć mury, którymi się odgrodziłam, by stopniowo zacząć uwalniać od przywiązań. Nie powiem, bolało bardzo, ale i paradoksalnie zaczęłam zdrowieć. Odbyłam spowiedź generalną i próbowałam korzystania z pierwszego w życiu kierownictwa duchowego. Po kilku tygodniach pewnego rodzaju walki, z której ja niewiele jeszcze rozumiałam, a spowiednik nie wiele mógł wyjaśnić, bo niewiele rozumiałam, usłyszałam od niego o rekolekcjach ignacjańskich. (I nie był to jezuita!).

Początkowo próbowałam znaleźć informacje i poczytać: co to za Fundamenty i Tygodnie? A kiedy dotarłam do warunków owocnego uczestnictwa w rekolekcjach i zobaczyłam, że muszę zdecydować się na całkowite milczenie, na brak dostępu do telewizji, radia, internetu (to jeszcze było do przeżycia) i telefonu (niemożliwe, niewykonalne) przez okres pełnych pięciu dni stwierdziłam kolokwialnie: „porąbało go!” i na długie trzy miesiące odsunęłam myśl o rekolekcjach od siebie. Najbardziej zabolała wizja braku kontaktu z bliskimi, zastanawianie się jak sobie poradzą beze mnie? A jeśli coś się stanie? A jeśli będą potrzebować rady, pomocy? A jeśli ktoś umrze, zachoruje? I wymyślałam bez przerwy, przez te trzy miesiące setki nowych powodów, dla których muszę zrezygnować…

Aż wreszcie nowe pomysły wyczerpały się i zrozumiałam zmęczona walką ze samą sobą przerażoną, że wreszcie chyba dorosłam do rekolekcji ignacjańskich. Na wszelki wypadek zapisałam się na Fundament w styczniu – na lipiec, wmawiając sobie samej, kolejno… że to lato, wakacje, dzieci w domu, brak infekcji, ciepło… ale tak naprawdę to był dodatkowy okres na przemyślenia, na oswojenie się z myślą i poszukiwania jeszcze kilku wymówek, czekania na to, co się może jeszcze wydarzyć, bo wtedy zawsze przecież można się jeszcze wycofać. Nic się nie wydarzyło! Nic, co mogłoby pokrzyżować plany.

Za to chwilę przed wyjazdem, wszystko sprzysięgło się przeciwko. Wszystkie błahostki urosły nagle do rozmiarów wieloryba… a to żelazko zaczęło wysiadać, a to walizka się skurczyła, a to nagle żołądek odmawiał posłuszeństwa, i napięcie rosło jak temperatura za dnia, na środku pustyni. Przecież wybierałam się na pustynię! (Wtajemniczeni wiedzą, że właśnie ta cisza jest niezbędna, by w trakcie rekolekcji wyjść samotnie na pustynię serca i poszukać siebie i Boga, nauczyć się Go słyszeć i słuchać). Po następnych kilku wyjazdach mogę powiedzieć, tak jest zawsze! Zawsze coś przeszkadza, utrudnia, komplikuje, odciąga, do ostatniej chwili. Kiedy przejdzie się przez furtę domu zakonnego i zamknie drzwi, nagle to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i odczuwa się tylko błogi pokój. A z ciszą można się zaprzyjaźnić tak bardzo, że zostaje naszą najlepszą powierniczką i to tak miłą, że już godzinę po rekolekcjach tęskni się za nią, do następnych rekolekcji, za rok. Nie wiem, czy inni mają tak samo, ale u mnie to wejście po rekolekcjach w codzienność, w normalny świat, okupione jest przez kilka dni bólem uszu, z powodu hałasu. To jest ta istotna różnica. Cisza wcale nie jest męcząca, nie dobija, nie przeszkadza, nie zagłusza. To hałas, w którym żyjemy nieustannie każe tak myśleć i zakrzykuje wszystkie nasze myśli skierowane przeciwko sobie. W ciszy można się zatrzymać, pobyć, pomyśleć, zagłębić się, mieć czas na przyjrzenie się tym wszystkim rzeczom, o których chcielibyśmy porozmawiać z Bogiem, czasem również wykrzyczeć je lub wypłakać, ale w codzienności nie mamy czasu i zagonieni, zaszczuci, zapominamy o tym, co chcieliśmy przemyśleć, odkładamy to w nieskończoność. Gnamy nie wiadomo gdzie i po co, by przy końcu czyjegoś życia, gdy przyjdzie nam stanąć nad grobem bliskiej czy znajomej osoby, niejako z przymusu zwanego przyzwoitością, dopiero wtedy znaleźć czas na refleksję o tym, czego nie zdążyliśmy zrobić. Za późno! Szkoda, że zaraz potem, przestępując bramę cmentarza, znów wpadamy w wir, dajemy się bezwiednie wciągnąć i manipulować, żyjąc pod presją czasu. Żyjemy często bezrefleksyjnie.

Po kilku takich szybkich wizytach na cmentarzu przyjdzie kiedyś czas na spacer, może w listopadzie, na przejście nostalgicznie alejką, by odgarnąć liście i poczytać napisy na nagrobkach. Czy zdążysz ze wszystkimi sprawami nim odczytasz tam swoje imię i nazwisko, rok urodzenia, datę śmierci? I ze zdziwieniem usłyszysz, „oh patrz jak się szybko zwinął”, „nawet nie zdążył pożyć”, „nawet nie zdążyła uporządkować wszystkich spraw”, „zmarła nawet nie wiadomo kiedy”? I to nie będzie sen!

Dziś, po pięciu latach wspólnego kroczenia z Ignacym wiem, że nie zamieniłabym tego czasu za nic w świecie, na coś innego. To on uczy mnie smakowania wartości życia, pomaga odnaleźć samą siebie, zrywać kolejne maski, zdejmować ciężary noszone latami, uczy mnie właściwego spojrzenia na życie i doceniania rzeczy ważnych, smakowania życia i dokonywania właściwych wyborów. Wciąż mnie tego uczy! A przede wszystkim uczy mnie nie bać się rozmawiać, spotykać się z Bogiem, być przed Nim szczerą, autentyczną, odczuwać realnie Jego obecność i nie wstydzić się przed Nim własnych słabości.

Dziś wiem, że nie jestem produktem ubocznym, kimś gorszym, wybrakowaną wersją samej siebie. Nie muszę walczyć o prestiż, o dowartościowanie siebie, rywalizować o względy, bo mam pewność, że jestem wartościowym człowiekiem, że uczę się kochać, być wdzięczną, nadawać wartość własnemu życiu, odnajdywać i pielęgnować otrzymane talenty, rozdawać je ludziom.
Bo Miłość jest największą wartością człowieka. Miłość jest rozdawaniem siebie, bez liczenia strat i zysków.

Chcę wspomnieć o jeszcze jednej refleksji poruszanej na Ćwiczeniach duchownych. Często jest tak, że poranieni, zgorzkniali i zagniewani na drugiego człowieka, nie potrafimy przełamać się i zdobyć na rozmowę, próbę przebaczenia, zrozumienia siebie i intencji krzywdzącego. Najłatwiej przychodzi nam wtedy przerzucać ten gniew, noszony w sobie często latami, na Boga i winić Go za wszystkie krzywdy i niepowodzenia w życiu. Czujemy się wtedy niejako usprawiedliwieni, bo przecież to nas skrzywdzono.

Heraklit z Efezu mówił:

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Tylko ze względu na to, że po pewnym czasie ta rzeka nie jest już tą samą rzeką… Woda i ryby z tamtych lat już dawno przepłynęły. Konary zbutwiały, zgniły i rozsypały się. Zmieniła się roślinność, zmienił się nurt, brzegi zyskały nowe żłobienia, wiry zmieniły miejsce a piasek oczyścił się i wygładził dno i kamienie. Jest to zupełnie nowa rzeka, nowa rzeczywistość. Wiec tak naprawdę nie chodzi tu jak mylnie często interpretuje się, o odwrócenie się plecami do winowajcy, a o ponowne zwrócenie się do niego sercem, mając nadzieję, że czas, który upłynął był błogosławionym czasem na poprawę, zrozumienie błędów i zastanowienie się jak je naprawić, jak się zmienić. Jest to czas drugiej szansy, może ostatniej, na pojednanie.

Życzę wszystkim odwagi w pokonywaniu lęków przeszłości i odwagi w odnajdywaniu samych siebie i Boga, pod rękę z Ignacym. On zna właściwy kierunek drogi, poprowadzi. Wystarczy tylko zacząć współpracować z łaską.

Tajemnicza moc modlitwy

Św. Jan Paweł II powiedział kiedyś: „Takich będziecie mieli kapłanów, jakich sobie wymodlicie”. Można te słowa również analogicznie, przełożyć na wszystkie osoby konsekrowane. Jak często modlimy się za kapłanów, siostry, braci zakonnych i inne osoby konsekrowane w Kościele?

Jak często zamawiamy za nich Mszę świętą? Za tych zmarłych, chorych czy pogubionych przychodzi nam to zdecydowanie łatwiej. Czasem opierając się o własne emocje i sympatie, czynimy to przy okazji jubileuszu czy imienin… i na tym koniec. Ale sami chcielibyśmy aby nasze zdrowie, życie, potrzeby i nasze troski były omadlane codziennie. Traktujemy czasem tę powinność trochę jak cudowne zaklęcie, dobrą wróżkę, magiczną formułkę, po której bezwzględnie nasze prośby i życzenia powinny się spełnić. A jeśli tak nie jest, to często zawiedzeni odwracamy się plecami, odchodzimy z Kościoła, na jakiś czas, na stałe, zrzucając winę na Pana Boga i/lub księdza. Patrzymy na kapłana, siostrę czy brata zakonnego trochę jak na pół-boga-pół-człowieka i żądamy Świętości, narzucając ją już za życia, już przy wejściu do budynku seminarium, czy domu zakonnego,w czasie gdy jednocześnie wybryki naszych dzieci — ich rówieśników, traktowane są z przymrużeniem oka i tłumaczone okresem buntu czy młodzieńczą chęcią smakowania życia. Zapominamy, że kleryk, postulant(ka), nowicjusz(ka) czy kapłan to też, tylko człowiek. Bo „swoje brudy pierzemy przecież we własnym domu.” Nas to nie dotyczy. My mamy prawo do błędu, do tolerancji, do słabości, do mijania się z prawdą, do wybielania… Nauczyliśmy się widzieć w tym młodym człowieku, który w rzeczywistości dopiero uczy się rozeznawać, jest kandydatem(-tką) czyli osobą, która może potencjalnie zająć określone stanowisko, już uformowanego, silnego kapłana, brata czy siostrę zakonną, nieskazitelnego człowieka, pół-boga, herosa. Często jesteśmy jeszcze niejako utwierdzani w swoim przekonaniu, w oparciu o wygłaszane z wielką pompą informacje z ambony, dzień po złożeniu dokumentów, że mamy w parafii powołaną osobę do kapłaństwa czy życia zakonnego. Nie zastanawiamy się, że to dopiero początek drogi. Jesteśmy nastawieni na sukces, na idealizm, na schemat, na życie w pędzie. A co, jeśli po kilku miesiącach okazuje się, że to było tylko chwilowe zachłyśnięcie się jakąś formą religijności, że to jednak nie powołanie do kapłaństwa czy życia zakonnego? Jeśli ten młody człowiek znajdzie w sobie, w swoim otoczeniu i środowisku z którego wyszedł, dość siły i oparcia, będzie mógł żyć normalnie i realizować inne swoje powołanie i marzenia. Ale jeśli nie, jeśli ten pęd do sukcesu i żądza środowiska, przygniecie go do ziemi… Ile można znieść plotek, pomówień, niedorzeczności, domysłów, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei środowiska? Sytuacja ma się podobnie w późniejszym życiu codziennym kapłana, siostry czy brata zakonnego. Nauczyliśmy się działać na pokaz, oczekując koniecznie konkretnych form wdzięczności, publicznych hołdów, żądając wszystkiego szybko i natychmiast, z góry zamierzonym skutkiem. To znak naszych przesyconych chciwością czasów. Modlitwa zaś, ma to do siebie, że jest zupełnym przeciwieństwem takiej postawy. Największą wartość ma ta szeptana systematycznie, latami, często anonimowo, w ciszy i prostocie serca, przed Najświętszym Sakramentem, bez żadnych narzucanych sobie i Bogu planów, celów i zamierzeń. Trzeba ciągle uczyć się być bezinteresownym przed Bogiem w modlitwie. Biorąc do serca te papieskie słowa i ogromne zapotrzebowanie, wiele osób przez lata zaangażowało się w modlitwę w intencji kleryków, kapłanów, braci i sióstr zakonnych. Ta modlitwa przyjmuje różne formy: indywidualne i zbiorowe, bardziej lub mniej znane szerszemu ogółowi wiernych. Są to różne dzieła powstające na terenie poszczególnych parafii, diecezji, w kraju i za granicą. Duża część z nich wywodzi się bezpośrednio z Kościoła, ale są też takie, które zostały zainicjowane przez osoby świeckie. Najbardziej znaną formą takiej modlitwy za kapłanów jest Apostolat Margaretki. Jest to ruch modlitewny w Kościele katolickim, którego istotą jest wieczysta modlitwa za jednego kapłana. Ruch powstał w Kanadzie w 1981 roku, a dziś obecny jest w wielu krajach, na całym świecie. W Polsce pierwsze grupy Margaretek powstały w roku 1998. Do intensywnego rozwoju ruchu przyczynił się ogłoszony w 2009 roku przez papieża Benedykta XVI, rok kapłański. Margaretkę tworzy siedem osób znanych z imienia i nazwiska, które modlą się za jednego kapłana, każda w innym, wyznaczonym dniu tygodnia. Nieco później powstałymi dziełami w Polsce są Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów, Dzieło Duchowej Adopcji Braci Zakonnych, Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych i Dzieło Duchowej Adopcji Kleryków. Choć zostały w większości założone przez osoby świeckie, są objęte patronatem Kościoła. Obecnie obejmują swoim zasięgiem modlitewnym tysiące adoptowanych osób konsekrowanych. W tych dziełach zasady adopcji i modlitwy są nieco inne. Uogólniając: każdy chętny może adoptować konkretnego kleryka, kapłana, siostrę lub brata na pewien dowolny okres, np. okres formacji seminaryjnej, postulatu, diakonatu lub na stałe, czyli do swojej(!) śmierci, w przypadku prezbiterów czy braci i sióstr po złożonych wieczystych ślubach zakonnych. Podobnie jak w apostolacie Margaretek, może to uczynić albo informując wybraną osobę o adopcji osobiście, lub poprzez moderatorów poszczególnych stron, ujawniając swoje personalia, albo czyniąc to w sposób zupełnie anonimowy i ta forma adopcji zdecydowanie przeważa. Adoptowana osoba zostaje poinformowana o podjętej adopcji: e-mailem i otrzymuje niekiedy tzw. Pamiątkową Kartę Adopcji, w przypadku adopcji stałej kapłana lub siostry zakonnej. Adoptujący sam wybiera formę i rodzaj modlitwy, którą otacza wybraną osobę każdego dnia podjętej adopcji. Coraz więcej ludzi włącza się w tę modlitewną opiekę w różnej formie i to jest najważniejsze. Najważniejsza w tym wszystkim jest modlitwa, za konkretną osobę konsekrowaną. Te lubiane, znane i te, którym się wiele zawdzięcza, omadla się łatwo i przyjemnie. Ale są również i te mówiąc delikatnie — nielubiane, wskazywane mocno i wyraźnie przez Boga, wołające w milczeniu lub w ciemności nocy o pomoc, o modlitwę, zupełnie obce, w pewien sposób anonimowe — objęte klauzurą, chore, nadużywające alkoholu, zmarłe w różnych okolicznościach, samobójcy, suspendowani, osoby przejęte wraz z adopcją, bo ktoś inny nie miał siły, bo rozmyślił się po kilku tygodniach i zostawił… Niektóre z tych zobowiązań pozostaną z założenia zawsze anonimowe. Nie chodzi przecież o wchodzenie w czyjeś życie konsekrowane z butami, o narzucanie swoich racji i o przymus imiennej wdzięczności… Chodzi w tym tylko o wsparcie, o opiekę modlitewną, o zaufanie, o pewność ze strony kapłana, siostry, brata, kleryka, że gdzieś jest ktoś, kto czuwa w modlitwie przed Bogiem. Chodzi o nasze kształtowanie postawy i umiejętności dzielenia się. O wskazanie komuś innemu drogi, do nauki systematycznej modlitwy wstawienniczej, do poświęcenia części swojego życia i czasu na wsparcie innych! Czy umiemy się dzielić z innymi swoim czasem? Ile jest w nas bezinteresownej miłości i troski o drugiego człowieka? Ile możemy dać z siebie? Najłatwiej oddaje się to co zbywa! Może wakacje staną się takim błogosławionym czasem nauki podejmowania decyzji i ofiarowania swojego wolnego czasu i zaangażowania? Zwłaszcza teraz, gdy wielu młodych ludzi po maturze podejmuje swoje najważniejsze w życiu decyzje. Zwłaszcza teraz, gdy stają przed trudnymi wyborami. Możliwe, że ta jedna „Zdrowaśka” dziennie wypowiedziana przez Ciebie, choćby przez krótki czas, uratuje lub ugruntuje czyjeś powołanie? To jest Twoja decyzja, Twoje zaangażowanie w naśladowanie miłości Chrystusa i moc Twojej modlitwy przed Bogiem w Twojej „izdebce serca”…

Ofiarowanie Pańskie

Matki Bożej Gromnicznej

Światowy Dzień Życia Konsekrowanego

Teraz, o Panie, pozwól odejść swemu słudze w pokoju,

według słowa Twojego,

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

Światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela.

Chwała Ojcu i Synowi,

i Duchowi Świętemu.

Jak była na początku, teraz i zawsze,

i na wieki wieków. Amen.

Kantyk Symeona

(…) Płyną tony nabożne

Jak za zamieć nad gajem, poprzez pola, przez śnieżne.

Ciągną ludzie przełajem. Brną do kolan w śnieżycy

Jak w mokradli nadrzecznej. Oj, ustałoż, ustałoż!

W dzień Maryi Gromnicznej!

Hula wicher po polu, szumi zamieć po borze:

Stary kościół z modrzewia dziwnie płonie i gorze. (…)

A ludziska wzdychają, że aż ściany się trzęsą

Do tej Pani w ołtarzu w pozłocistej robronie

Do tej Matki Gromnicznej o śmierć lekką przy zgonie (…)

Idą ludzie z kościoła bez obawy i lęku,

Ten się śmierci nie boi, co gromnicę ma w ręku!

Kazimierz Laskowski

Fot. Wiesław Ochotny

(…) Są i w klasztorach dusze takie, które radością napełniają serce Moje, w nich są wyciśnięte rysy Moje i dlatego Ojciec Niebieski spogląda na nie ze szczególnym upodobaniem. Oni będą dziwowiskiem aniołów i ludzi; liczba ich jest bardzo mała, one są na obronę przed sprawiedliwością Ojca Niebieskiego i na wypraszanie miłosierdzia dla świata. Miłość tych dusz i ofiara podtrzymują istnienie świata. (…)

Dz. 367

Gdy rozmodloną myślą wgłębimy się w ten cudowny system dzieł Pańskich, łatwo zrozumiemy, że życie zakonne jest jedną z forum koniecznych wśród rozmaitych sposobów oddawania hołdu Królowi Miłosierdzia, że jest to jedna z najbliższych komnat prześwietnej sali tronowej, że tam powołani są ulubieni syna Bożego, oblubienice Króla Miłosierdzia, do którego biegną z radością wielką, przyodziane szatą czystości anielskiej, pokory w posłuszeństwie i wyrzeczenia w ubóstwie.

bł. Michał Sopoćko, List I „Przygotujcie grunt pod moc z wysokości” z Listów z Czarnego Boru

W Światowym Dniu Życia Konsekrowanego składamy wszystkim Osobom Konsekrowanym najserdeczniejsze życzenia obfitego błogosławieństwa, nieustannej troskliwości i wszelkich potrzebnych łask od Wszechmocnego Boga.
Ekipa DDASZ

Ślepota wyostrza zmysły…

Ilustracja
El Greco, Święty Paweł (1610-1614)

Paweł z Tarsu, Paweł Apostoł, Szaweł, hebr. ‏שָׁאוּל התרסי‎ Szaul ha-Tarsi. Urodzony ok. 5-10 w Tarsie w Cylicji, zmarł śmiercią męczeńską ok. 64-67 w Rzymie – Żyd z Tarsu, zwany Apostołem Narodów, choć nie należał do grona dwunastu apostołów ani nawet do szerszej grupy uczniów Jezusa Chrystusa, towarzyszących mu w czasie Jego publicznej działalności. Był nawróconym faryzeuszem, który wcześniej prześladował i zabijał chrześcijan.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym jak dokonuje się nawrócenie? Przecież wśród świętych są również dawni mordercy, złodzieje, prostytutki i niegodziwcy… Co takiego stało się, że nagle zmienili kierunek drogi? Jezus mówił:

On usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

Mt 9,12-13

Wybaczenie dzieje się w pełni wtedy, gdy przed kimś otwierasz pole zaangażowania, kiedy otwierasz się na wezwanie, na misję, na dobro, które możesz spełniać.

Dla współtowarzyszy mniej więcej 26-letniego Szawła, w drodze do Damaszku nie zdarzyło się nic niebywałego. Spowił go snop oślepiającego światła. Upadł na gościniec, podnieśli go i uznali, że oślepł. Na obrazach często przedstawiany jest jako spadający z konia. Nie będąc oficerem rzymskim, ani członkiem świty Heroda Antypasa, raczej z pewnością podróżował pieszo. Dla innych będących razem z nim w podróży zasłabł, poplątały mu się nogi i upadł, może stracił przytomność. Niektórzy twierdzili, że słyszeli jakiś głos… Widzieli światło… Coś się stało w drodze… Od Jerozolimy do Damaszku dzieliła ich odległość ok. 280 km i przebycie jej zajmowało średnio 7-8 dni. Mijali Jezioro Galilejskie, Tyberiadę, Kafarnaum, wspinali się na zbocza Golanu i przemierzali dystans po kamienistych bezdrożach spowitych kurzem i wypalonych upalnym żarem pustyni. Jedyną ochłodę przynosił ostry wiatr. Dopiero pod koniec drogi krajobraz zaczynał się zmieniać. Dla Szawła ten upadek i wszystko co zdarzyło się potem, będzie już zawsze wyjątkowym spotkaniem z Panem Jezusem. On dokładnie pamięta każdy szczegół tego zdarzenia rozciągniętego na kolejne dni. Mimo ślepoty, mimo upadku, oszołomienia, targany niepokojem może omdlały, odtwarza w myśli z precyzją, każdy szczegół tego spotkania. Pamięta słowa rozmowy. Pozostaje w domu Judy przez trzy dni nic nie jedząc i nadal nie widząc. Co się więc wydarzyło, że ten młodzieniec, niskiego wzrostu, urodzony za granicą, faryzeusz surowo praktykujący, świetnie wykształcony, znający grekę, hebrajski, aramejski, może również łacinę, agresywny, bezlitosny i okrutny wobec chrześcijan, nagle zmienia się w gorliwego wyznawcę Chrystusa, mówiąc o sobie, że jest apostołem i został posłany do pogan, by głosić im Chrystusa?

W ciągu kilku dni zmienia zupełnie swoje postępowanie, zawraca z drogi okrucieństwa, agresji, obsesyjnej rządzy zabijania wyznawców Chrystusa. Zaczyna nagle iść w zupełnie odwrotnym kierunku. Jak wielkie musiało to być spotkanie, że na młodym gniewnym faryzeuszu wywarło takie wrażenie? Jak wielka łaska powołania? Pan Bóg czasami posuwa się do dziwnych zdarzeń, okoliczności, znaków by móc się z nami porozumieć. Dlaczego? Bo czasem potrzeba nam zatrzymać się na chwilę, oślepnąć, ogłuchnąć przed światem, by móc usłyszeć Boga. Bo Bóg przemawia w ciszy. Jeśli Go nie słyszysz w swoim sercu, jeśli wołasz jak Ci się zdaje bezskutecznie, spróbuj przystanąć i posłuchać, rozejrzeć się dookoła… On zawsze jest w pobliżu, nie narzuca się i nie krzyczy, nie obraził się na Ciebie. Czeka na to spotkanie z tęsknotą…

Ilustracja
Bartolomé Esteban Murillo, Nawrócenie św. Pawła Apostoła (ok. 1675-1680)

Poszukaj znaków, które podsuwa Tobie przez Pawła…

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną.

Kor 15,3-10

Mowa Apostoła przed królem

Wolno ci mówić w swojej obronie – powiedział Agryppa do Pawła. Wtedy Paweł wyciągnąwszy rękę rozpoczął mowę obronną: Uważam to za szczęście, że mogę dzisiaj bronić się przeciwko wszystkim zarzutom, jakie stawiają Żydzi, przed tobą, królu Agryppo, który najlepiej znasz wszystkie zwyczaje i spory Żydów. Dlatego proszę, wysłuchaj mnie cierpliwie! Wszyscy Żydzi znają moje życie. Od początku upływało ono wśród mego narodu w Jerozolimie. Wiedzą o mnie od dawna – gdybyż chcieli zaświadczyć! – że żyłem według [zasad] najsurowszego stronnictwa naszej religii jako faryzeusz. A teraz stoję przed sądem, gdyż spodziewam się obietnicy, danej przez Boga ojcom naszym, której spełnienia ma nadzieję doczekać się dwanaście naszych pokoleń, służących Bogu wytrwale we dnie i w nocy. Z powodu tej nadziei, królu, oskarżyli mnie Żydzi. Dlaczego uważacie za nieprawdopodobne, że Bóg wskrzesza umarłych? Przecież mnie samemu zdawało się, że powinienem gwałtownie występować przeciw imieniu Jezusa Nazarejczyka. Uczyniłem to też w Jerozolimie i wziąwszy upoważnienie od arcykapłanów, wtrąciłem do więzienia wielu świętych, głosowałem przeciwko nim, gdy ich skazywano na śmierć, i często przymuszałem ich karami do bluźnierstwa we wszystkich synagogach. Prześladowałem ich bez miary i ścigałem nawet po innych miastach. Tak jechałem do Damaszku z upoważnienia i z polecenia najwyższych kapłanów. W południe podczas drogi ujrzałem, o królu, światło z nieba, jaśniejsze od słońca, które ogarnęło mnie i moich towarzyszy podróży. Kiedyśmy wszyscy upadli na ziemię, usłyszałem głos, który mówił do mnie po hebrajsku: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi”. „Kto jesteś, Panie?” – zapytałem. A Pan odpowiedział: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Ale podnieś się i stań na nogi, bo ukazałem się tobie po to, aby ustanowić cię sługą i świadkiem tego, co zobaczyłeś, i tego, co ci objawię. Obronię cię przed ludem i przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga. Aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi”. Temu widzeniu z nieba nie mogłem się sprzeciwić, królu Agryppo! Lecz nawoływałem najprzód mieszkańców Damaszku i Jerozolimy, a potem całej ziemi judzkiej, i pogan, aby pokutowali i nawrócili się do Boga, i pełnili uczynki godne pokuty. Z tego powodu pochwycili mnie Żydzi w świątyni i usiłowali zabić. Ale z pomocą Bożą żyję do dzisiaj i daję świadectwo małym i wielkim, nie głosząc nic ponad to, co przepowiedzieli Prorocy i Mojżesz że Mesjasz ma cierpieć, że pierwszy zmartwychwstanie, że głosić będzie światło zarówno ludowi, jak i poganom.

Tracisz rozum, Pawle – zawołał głośno Festus, gdy on tak się bronił – wielka nauka doprowadza cię do utraty rozsądku. Nie tracę rozumu, dostojny Festusie – odpowiedział Paweł – lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane. Zna te sprawy król, do którego śmiało mówię. Jestem przekonany, że nic z nich nie jest mu obce. Nie działo się to bowiem w jakimś zapadłym kącie. Czy wierzysz, królu Agryppo, Prorokom? Wiem, że wierzysz. Na to Agryppa do Pawła: Niewiele brakuje, a przekonałbyś mnie i zrobił ze mnie chrześcijanina. A Paweł: Dałby Bóg, aby prędzej lub później nie tylko ty, ale też wszyscy, którzy mnie dzisiaj słuchają, stali się takimi, jakim ja jestem, z wyjątkiem tych więzów.

Na to wstał król i namiestnik, i Berenike, i ci, którzy z nimi wzięli udział w posiedzeniu. Kiedy odeszli, mówili jedni do drugich: Ten człowiek nie uczynił nic podpadającego pod karę śmierci lub więzienia. A Agryppa powiedział do Festusa: Można by zwolnić tego człowieka, gdyby się nie odwołał do Cezara.

Dz 26

Modlitwa wstawiennicza

26 października 2020 Dodaj komentarz
Figa w doniczce – domowa uprawa drzewa figowego - murator.pl

Ostatnio czytałam gdzieś takie stwierdzenie, że modlitwa wstawiennicza jest jak praca, którą się podejmuje za kogoś, by zrobić wszystko jak najlepiej i odczuć konsekwencje, nie satysfakcję. Bo ten ktoś może już nie ma siły, bo stracił wiarę, bo przechodzi załamanie, bo jest chory i nie może tej pracy wykonać sam. To ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka, bo te konsekwencje są bardzo realne. Myślę, że to odzwierciedla trud codzienny takiej modlitwy. Takie rozumienie sprawy pozwala poczuć powagę zobowiązania. To zrozumienie daje poczucie bliskości z tą osobą, daje siłę i napędza, daje również możliwość zasłuchania w słowa, w prośby kierowane do Boga. Modlę się za drugiego człowieka, bo on w tej chwili nie ma siły, odwagi, świadomości, nie ma nadziei, bo może życie go przerosło, bo może brakło zdrowia; dzielę z nim przed Bogiem swój czas, uwagę, trud, zaangażowanie i nie żądam nic w zamian. Dzielę się więc z nim swoją bezinteresownie pojmowaną miłością. Robię to z cierpliwością, zaangażowaniem, starannością, bez pośpiechu, bez oczekiwania na cokolwiek w zamian. Wstawiam się do Boga za tym człowiekiem, prosząc o potrzebne łaski dla niego. Bo on sam może nie powie Bogu tego wprost. Ja staję się przed Bogiem jego głosem.

Roślin, Roślina, Maciory, Rosnąć, Tacach Uprawy

A konsekwencje? – to nie zupełnie oczekiwania na odwzajemnienie, na spełnienie marzeń, pragnień czy próśb. To nie jest handel wymienny z Bogiem. To wzięcie na swoje ramiona części trudu i mozołu życia drugiego człowieka. Poniesienie jego krzyża przez ten fragment drogi. A inne konsekwencje: moja tężyzna duchowa. Modlitwa wstawiennicza jest jak duchowa siłownia. Im więcej regularnych ćwiczeń tym większa siła i odporność organizmu, tu duszy, na duchowe choroby. Mierzę więc siły na zamiary, bo to ważne, żeby nie przeholować i nie zawieść. Bo wtedy słowa staną się pustosłowiem. Bo stracę zaufanie przede wszystkim do siebie.

Modlitwa jest rzeczywistością a nie ulotnym ciągiem słów. Zmienia się, dojrzewa we mnie. Kiedyś myślałam, że im więcej tym lepiej, ale nie ilość a jakość ma znaczenie. Bo czasem i w moim życiu przychodzi trudny moment, brak sił, choroba fizyczna, cierpienia duchowe, posucha i realne przeszkody. Wtedy jest najtrudniej, dostosować się nagle do nowej sytuacji. Pamiętać mimo wszystko. Bo ta pamięć jest tu najważniejsza. Nauczyłam się też, że czasem przychodzi koniec modlitwy i nie mam mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Powinnam je mieć, jeśli nie dotrzymuję zobowiązania. Bywało czasem trudno, bardzo trudno, ale nigdy nie przerwałam. Ta modlitwa uczy wytrwałości. Uczy niewchodzenia w świat realnych odczuć i opinii, by nie obciążać tym modlitwy. Bo modlę się za człowieka a nie za jego fanaberie, przyzwyczajenia, naleciałości, poglądy, charakter. To są rzeczy zmienne. Dziś ktoś przeklina i drażni, jutro może zmienić się radykalnie. Bo spotka Jezusa i wszystko się zmieni. Warto być ogrodnikiem Pana i czasem otulić nawozem jakieś drzewo figowe, poczekać na następny rok, by zobaczyć owoce 😉

Oddaję ci w opiekę dwie perły drogocenne sercu Mojemu, a nimi są dusze kapłanów i dusze zakonne, za nich szczególnie modlić się będziesz, ich moc będzie w wyniszczeniu waszym. Modlitwy, posty, umartwienia, prace i wszystkie cierpienia łączyć będziesz z modlitwą, postem, umartwieniem, pracą, cierpieniem Moim, a wtenczas będą miały moc przed Ojcem Moim.

Dz. 531

Pomocnik Anioła Stróża…

Dziś we wspomnienie św. Ojca Pio z Pietrelciny, chcę każdemu i każdej z Was, którzy tu zajrzycie, podarować kilka słów skierowanych do Was od Tego Świętego.

Droga Córko Jezusa, Drogi Synu Jezusa,

Niech Twój dobry Anioł Stróż nieustannie strzeże Cię i będzie Twym przewodnikiem na krętych ścieżkach życia. Niech zachowuje Cię na każdy czas w łasce Pana naszego i swą ręką podtrzymuje Cię, abyś nie uraził(a) stopy o kamień. Niechaj Cię chroni pod swymi skrzydłami przed knowaniami świata, szatana i ciała.

Czcij tego dobrego Anioła (wstaw Twoje imię). Jakże wielką pociechą jest posiadanie ducha, który od łona matki do grobu nie opuszcza nas ani na moment, nawet w chwilach, gdy mamy czelność popełniać grzech. Tenże duch niebieski prowadzi i chroni nas niczym przyjaciel lub brat. Znajdujemy pociechę w tym, że nasz Anioł Stróż modli się za nas nieustannie zanosząc Bogu wszelkie nasze dobre uczynki, czyste myśli i pragnienia.

Zaklinam Cię: nie zapominaj nigdy o tym niewidocznym towarzyszu, który jest stale obecny, nieustannie wsłuchuje się w nas i jest gotowy pocieszać. Co za wspaniała bliskość! Co za szczęśliwe towarzystwo!  Gdybyśmy tylko byli w stanie objąć je rozumem! Trzymaj go zawsze przed oczami duszy. Wspominaj często jego obecność, dziękuj mu, zanoś do niego swe modły i nieprzerwanie podtrzymuj dobrą z nim relację.

Otwórz się na niego i powierz mu swoje cierpienie. Bój się obrazić czystość jego spojrzenia, miej jego świadomość i pamiętaj, że nieustannie Ci towarzyszy. Jakże łatwo jest zranić tego wrażliwego ducha! Zwracaj się doń w chwilach wielkiej udręki, a doznasz wsparcia.

Nie mów nigdy, że stajesz samotnie do bitwy z nieprzyjaciółmi swymi. Nie mów też, że nie masz przed kim otworzyć swego serca i komu zaufać. Byłaby to wielka niesprawiedliwość dla tego niebieskiego posłańca.

Ukorz się przed Panem i zaufaj Mu. Staraj się z pomocą łaski Bożej ćwiczyć w cnocie i pozwól łasce działać w Tobie tak, jak Bóg sam tego pragnie. Cnota, a nie zjawiska nieziemskie, jest tym, co uświęca duszę.

Nie kłopocz się próbując zrozumieć, które z wewnętrznych głosów od Boga pochodzą. Skoro sam Bóg jest ich autorem, jednym z oczywistych znaków będzie to, że choć słowa takie początkowo sieją w Twej duszy bojaźń i zamęt, ostatecznie dają Ci spokój Boga samego. W tych zaś razach, kiedy głos wewnętrzny od złego pochodzi, daje on z początku złudne poczucie bezpieczeństwa, ostatecznie jednak jest źródłem pobudzenia i nieopisanego niepokoju.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sam Bóg przemawia do Ciebie.

Musimy jednak być niesłychanie czujni, jako że często w to, co słyszymy, zły wplata swój własny głos. Nie może to Ciebie jednak przerażać. Musisz po prostu z rezerwą podchodzić do tych głosów, w szczególności do tych, które mówią Ci, co i jak musisz robić. Możesz wysłuchać je i poddać osądowi ojca duchownego, oddając się jego decyzji.

Dlatego najrozsądniej jest reagować na głosy wewnętrzne z wielką ostrożnością oraz pokorą i stałą obojętnością. Jeśli tak postąpisz, wielkie będą Twoje zasługi przez Panem. Nie lękaj się o swą duszę, Jezus bardzo Cię kocha. Spróbuj odpowiedzieć na Jego miłość wzrastając w świętości przed Bogiem i ludźmi.

Znoś trudności jakich doświadczasz z cierpliwością i pokorą. Bądź także gotowy(a) na doświadczenie rozproszenia i oschłość, lecz w żadnym wypadku nie zaniedbuj modlitwy i medytacji. Pan dopuszcza to do Ciebie dla Twojego duchowego rozwoju.

Błogosławię Tobie (wstaw Twoje imię).
Obyś żył(a) i zmarł(a) w objęciach Jezusa.

O. Pio

Może czujesz się zakłopotany/zakłopotana, że to, co czytasz nie jest przeznaczone dla Ciebie…? Nic bardziej mylnego. Bóg traktuje każdego z taką samą troską i powinieneś/powinnaś odkryć wreszcie tę prawdę, że jesteś stworzony/stworzona na Jego obraz i podobieństwo. Bóg w chwili Twojego poczęcia, obdarzył Cię tak wielką miłością, że zechciał podzielić się z Tobą życiem, istnieniem, bo jesteś Mu potrzebny/potrzebna. Masz jakieś zadanie do wykonania w winnicy Pana. Jesteś wartościową osobą, nawet jeśli w to nie wierzysz, nawet jeśli wciąż jeszcze szukasz swojego zadania, bo Pan każdemu płaci za pracę jednakowo – jednego denara. Jesteś ważny/ważna i nie próbuj wmawiać sobie, że tak nie jest. Bóg pokazał Ci tę ważność, stwarzając Ciebie i najmując Ciebie do winnicy. Nie jesteś produktem ubocznym, masz ogromną wartość w oczach Boga i łaski otrzymane w prezencie, które trzeba pomnożyć, …to jest Twoja konkretna praca. To, że czasem nie zauważasz jeszcze łask, nie stanowi o tym, że nie istnieją. Otwórz szeroko oczy i rozejrzyj się… Przestań biadolić i zasłuchaj się przez chwilę w ciszę… by usłyszeć głos Boga. Narzekając bez przerwy, ciągle zagłuszasz Jego głos, w Twoim sercu. Więc jak masz Go usłyszeć? Podziękuj Mu dziś za Twoje istnienie i daj się poprowadzić. On sam wskaże Ci miejsce, w którym masz rozpocząć pracę. Podziękowania możesz wyrazić dziś, po przyjęciu Pana w sercu słowami Modlitwy, którą zawsze modlił się św. Ojciec Pio po Komunii Świętej.

Dziękczynienie Ojca Pio po Komunii Świętej

Pozostań ze mną, Panie! Twoja obecność jest dla mnie konieczna, abym o Tobie nie zapominał. Ty wiesz, jak łatwo Cię opuszczam.

Pozostań ze mną, Panie, bo jestem słaby i potrzebuję Twojej mocy, abym tak często nie upadał.

Pozostań ze mną, bo jesteś moim życiem, a bez Ciebie popadam w zniechęcenie.

Pozostań ze mną, Panie! Ty jesteś moim światłem, a bez Ciebie pogrążam się w ciemności.

Pozostań ze mną, aby mi wskazywać Twoją wolę.

Pozostań ze mną, abym mógł słyszeć Twój głos i iść za Tobą.

Pozostań ze mną Panie! Bardzo pragnę Ciebie miłować i zawsze być z Tobą.

Pozostań ze mną, jeżeli chcesz, abym Ci dochował wierności.

Pozostań ze mną, bo moja dusza, choć biedna, pragnie być dla Ciebie miejscem pociechy i gniazdem miłości.

Pozostań ze mną, Panie Jezu! Ciemność zapada i dzień się już kończy, to znaczy, że życie mija, a zbliża się śmierć, sąd, wieczność.

Muszę odzyskać siły, by w drodze nie ustać, dlatego potrzebuję Ciebie.

Ciemność zapada i śmierć się zbliża.

Lękam się mroków, pokus, oschłości, krzyży, cierpień, dlatego pośród nocy i wygnania bardzo potrzeba mi Ciebie, Panie Jezu.

Pozostań ze mną, Jezu! Pośród nocy tego życia, wśród zagrożeń potrzebuję Ciebie.

Spraw abym tak jak Twoi uczniowie, poznał Ciebie przy łamaniu chleba.

Spraw, aby Komunia Święta była dla mnie światłem rozpraszającym ciemności, wspierającą mnie siłą i jedyną radością mego serca.

Pozostań ze mną, Panie! W godzinie śmierci chcę być z Tobą zjednoczony przez Komunię Świętą albo chociaż przez łaskę i miłość.

Pozostań ze mną, Jezu!

Nie proszę Cię o Boskie pociechy, bo na nie, nie zasługuję, ale o dar Twojej obecności.

O tak! Bardzo Cię o to proszę!

Pozostań ze mną, bo tylko Ciebie szukam, Twojej miłości, Twojej łaski, Twojej woli, Twego Serca, Twego Ducha, bo Ciebie miłuję i nie pragnę innej nagrody niż większego miłowania Ciebie na ziemi, miłością mocną, szczerą, z całego serca, aby potem przez całą wieczność miłować Ciebie doskonale. Amen.

Nie pisz do mnie, ponieważ nie mogę Ci odpowiedzieć. Przyślij do mnie swojego Anioła Stróża a wszystkim się zajmę.

Ojciec Pio

Czwarte przykazanie

FB_IMG_1500244203503

Wszyscy z Was wiedzą, jak brzmi czwarte przykazanie Dekalogu: Czcij ojca swego i matkę swoją. Jednak czy uczczenie ich zawsze wiąże się bezwzględnym posłuszeństwem? I czy w to przykazanie włączają się również dziadkowie?

Najpierw mały przykład. Wyobraźcie sobie, że rodzice są alkoholikami – zdarza się w niejednej rodzinie. Mają oni dorosłą już córkę, której nakazują iść do sklepu kupić im kolejną butelkę alkoholu. Czy w takim wypadku córka powinna okazać się posłuszna i uczynić to, o co ją proszą?

Albo młody chłopak czuje powołanie do kapłaństwa. Jest przekonany, że to jest jego droga, że to jest plan, jaki wyznaczył mu Bóg. Mówi o tym swoim rodzicom. A ci wpadają w szał i zakazują mu iść do seminarium, bo jest jedynakiem, a oni chcą w przyszłości mieć wnuki. (Co bardziej cyniczni pewnie pomyślą, że w dzisiejszych czasach nie byłoby to czymś dziwnym, gdyby ksiądz miał dzieci, ale taką sytuację wykluczamy na wstępie.) Czy taki młody chłopak powinien posłuchać rodziców i porzucić swoje powołanie?

Ostatni przykład, już całkiem z życia. Dziewczyna już od dawna pełnoletnia decyduje się na tatuaż. Wzór bliski jej sercu, wiąże się z ważnymi w jej życiu osobami i wydarzeniami. Po fakcie zostaje oskarżona o urażenie uczuć własnej babci, o bunt i brak szacunku dla rodziny, a ponadto o głupotę, wyrachowanie i niespełnienie pokładanych w niej nadziei. Babcia życzy wnuczce tego, co najgorsze i urywa kontakt, oskarżając wszystkich o współudział. Dodajmy, że bohaterka tej historii wcześniej konsultowała się z rodzicami, którzy nie byli zbyt szczęśliwi, ale zostawili decyzję córce, która od sześciu lat może stanowić o sobie. Jedyną osobą, która widziała w jej postępowaniu grzech, była babcia…

Co powinni uczynić bohaterowie tych krótkich historii? Powinni poddać się woli rodziców/dziadków i uczynić to, czego oczekiwali od nich inni?

Otóż nie. Czczenie rodziców objawia się tym, że opiekujemy się nimi, spełniamy ich prośby, ale w granicach rozsądku. Jeśli coś jest z gruntu złe (kupowanie alkoholu uzależnionym), nie powinniśmy do tego przykładać ręki, nawet kosztem nieposłuszeństwa. Jeśli rodzice wymagają od nas czegoś, co może sprawić, że nasze życie będzie niepełne, albo nawet nieszczęśliwe!, nie powinniśmy tego robić. Jeśli ktoś wkłada nas w ramy przez siebie stworzone, w które nie mieścimy się, nie powinniśmy robić wszystkiego, by się dostosować.

Nie jesteśmy głupimi baranami, ale Boskimi dziećmi, lwami wszego stworzenia! Każdy z nas ma swój rozum i wie, co jest dobre a co złe. Wie, co czuje wewnątrz i co jest dla niego ważne.

Nie poddawajmy się i nie rezygnujmy z marzeń tylko dlatego, że ktoś oczekuje od nas posłuszeństwa bezwarunkowego. Bóg kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. Grzesznikami i świętymi. Idealnym tego przykładem jest stworzenie człowieka i to, że Bóg zawsze nad nami czuwa, nawet jeśli nie jesteśmy zawsze Mu posłuszni.

Czwarte przykazanie działa w obie strony. Czcijmy naszych rodziców i dziadków, ale pamiętajmy, że to nasze życie i to nie oni nas z niego rozliczą, ale Bóg. Nie czyńmy zła, także dla siebie, tylko dlatego, że ktoś ma oczekiwania wobec nas.

I pamiętajmy, że to czwarte, a nie pierwsze przykazanie. I że istnieją również dwa przykazania miłości.

Ave!