Archiwum

Archive for the ‘Przemyślenia’ Category

Stracony czas…

Połowa lipca już za nami. Niektórzy będą mieć trochę dłuższe wakacje. Zaczęliśmy baczniej zwracać uwagę na pogodę. Jedni widzą w niej udany czy nieudany urlop, inni źródło niepokoju o zdrowie, o życie, jeszcze inni martwią się na zapas, o plony i zyski. A mnie przychodzi na myśl jej zmienność i nasz dystans zachowywany lub nie, do żywiołów. Jak łatwo tracimy zdrowy rozsądek a zyskujemy poczucie bezradności wobec przyrody, pogody i żywiołów. Ilu w czasie tych wakacji straci zdrowie i życie z własnej głupoty czy na skutek splotu nieszczęśliwych okoliczności? Wyjeżdżamy daleko w wymarzoną podróż: w góry, nad wodę, do innego kraju, zabierając ze sobą ciężki bagaż. Czy pakujemy też doń naszą wiarę, modlitwę, powinności, rozwagę i rozsądek? Jak często refleksja przychodzi po czasie, gdy się już coś wydarzy! Bo zostawiliśmy w domu wyjeżdżając na wakacje: Boga, Mszę świętą, naszą wiarę, Anioła stróża, naszych patronów, uważność, koncentrację, skupienie, robiąc sobie wolne od wszystkiego.

Uprzedmiotowiliśmy nasze duchowe wnętrze, ścieśniając do niepotrzebnego pudełka po zapałkach, które nigdzie już się w bagażu nie zmieściło! Co takiego ważniejszego skłania nas, że nagle codzienną modlitwę, Mszę świętą zamieniamy na dodatkową kąpiel w morzu czy wycieczkę w góry? Przecież na tę wycieczkę możemy zaprosić również Jezusa.

Modlitwa codzienna jest rozmową z Nim, dziękczynieniem za to, że nas darzy bliskością, opieką, otacza troską i miłością. Jest dzieleniem się z Nim również radością z wyjazdu, wspólnym odpoczynkiem, kontemplacją piękna otaczającej nas przyrody. Ta miłość musi być jednak odwzajemniona, by przynosiła owoce w postaci dialogu. Bo jeśli rozmawiamy z Nim tylko wtedy, gdy mamy interes do załatwienia, to raczej trzeba by mówić o naszym wyrachowaniu i prostactwie, a nie o miłości, jaką rzekomo deklarujemy. Wtedy często potrafimy nasze troski tak wyolbrzymiać i tyle o nich opowiadać, jakbyśmy chcieli Boga zagadać na śmierć. Zapominamy dać mu choćby sekundę w tym monologu, na Jego odpowiedź. Zamiast tego, żądając natychmiast(!) zmian, obrażamy się, że milczy! A kiedy niby miał zacząć mówić? Czy miał Swoje pięć minut?

Dzisiejsze słowo (Łk 10,38-42) zachęca nas do zatrzymania się i zasłuchania w Jego słowa. By przystanąć w pędzie życia i usiąść jak Maria u Jego stup. Posłuchać, zasłuchać się, potrwać chwilę w bezruchu, w ciszy, w milczeniu, by dać Bogu przestrzeń do rozmowy, by usłyszeć poruszenia własnego serca, usłyszeć Boga w sobie! To nie będzie stracony czas!

Olejek nardowy…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Tydzień. Weszliśmy właśnie w ostatnie dni przed najważniejszym wydarzeniem w Roku liturgicznym. Od Wielkiego Czwartku rozpoczniemy uczestnictwo w Triduum Paschalnym.

Będziemy świadkami Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Mszy świętej i sakramentu kapłaństwa. Potem razem z Piotrem być może zaśniemy, znużeni i zmęczeni przygotowaniami do Świąt. Przegapimy Ogrójec, a nocą zbudzą nas szepty i chrzęst kamieni pod butami skradających się w ciemnościach żołnierzy, by zaskoczyć i pojmać Jezusa. Czy odczujemy na własnej skórze fałszywy pocałunek Judasza? A może uświadomimy siebie jak on, że pieniądze to nie wszystko!

Może pójdziemy w drogę za Jezusem, przepełnieni jak Piotr trwogą, przemykając ukradkiem, by nas nikt nie przyłapał, nie rozpoznał, żeby nie mieć problemów, nie wstydzić się tej znajomości. Może uronimy kilka łez tkliwości jak płaczące kobiety, które mijał na drodze. Czy dostrzeżemy jego rany i sińce pokryte kurzem i zastygłą krwią? Zwrócimy uwagę na obnażone kości, rozdarte fragmenty ciała po biczowaniu, opuchnięte tkanki, popękane z pragnienia usta, wyrwane z ciałem włosy, koronę z ciernia, która wbija się długimi, ostrymi kolcami i przeszywa czaszkę. A może będziemy się buntować, że musimy nieść krzyż czyjejś męki i hańby, jak Szymon? Może spotkamy Maryję i Weronikę… Co im powiemy? Czy spojrzymy im w oczy z odwagą?

Jak daleko od krzyża przystaniemy na Golgocie? Czy będziemy obojętnie przyglądać się obdarciu Jezusa z szat, z godności? Biernie wsłuchiwać się w głuche stukoty młota, który wciska stępiałe grube gwoździe w zdrętwiałe, zmarznięte, obolałe dłonie i stopy, napręża kości, zrywa ścięgna, przeszywa i paraliżuje mięśnie? Jak bardzo blisko będziemy przy naszym Zbawcy w tych dniach… Na tyle blisko by odczuć na własnej skórze mękę, wzgardę i szyderstwo z naszego Króla?

Czy skupimy się jak Marta na przygotowaniach do Świąt, na krzątaniu się po domu i szukaniu w kuchni pomysłów, do realizacji nowych wyzwań kulinarnych? A może jak Maria poświęcimy Chrystusowi to, co dla nas najcenniejsze: czas i uwagę. Może nie zważając na cenę, wydobędziemy to, co najdroższe dla nas, by uczynić z tego największy dar dla Jezusa? Co to będzie? Czy nasz dom stanie się w te dni domem z Betanii, pełnym przyjaciół Chrystusa, czy raczej pustynią pełną naszych wyobrażeń, pragnień i płonnych namiętności na dwa dni Świąt?

Jaka atmosfera zapanuje w naszym domu? Czy cały wypełni się wonnością i miłością Marii, a potem pełnią miłosierdzia w poranek Zmartwychwstania? Czy jesteśmy gotowi namaścić Jezusowi Jego stopy na pogrzeb, publicznie? Bo miłość potrzebuje właśnie takich symboli, a zaufanie może być budowane tylko z wdzięczności. Czy moje zaufanie do Chrystusa jest na tyle ogromne, bym mógł/-a dotrwać w Wielkim Poście do końca Triduum, nie poprzestając ze znudzeniem na „święconce”?
Przebudzić się, pobiec do grobu o świcie i spotkać Jezusa w ogrodzie. Usłyszeć jak z czułością wypowiada Twoje imię…

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Trudne czasy…

To był trudny tydzień, chyba dla większości z nas. Zmagania z kolejnymi podwyżkami, zmagania z niepogodą, zmagania z sytuacją na wschodniej granicy i widmo wojny zaglądające nam do domu, po prawie 80 latach, od końca poprzedniej. W rozmowach zasłyszanych w moim zakładzie pracy przewijały się różne pomysły o tym, jak żyć? Jedni całkiem realistycznie opowiadali o zapasach żywności, jakie zamierzają zrobić na wojnę; inni mówili raczej o drożyźnie i swojej zapobiegliwości w kryzysie, by zyskać; jeszcze inni, wykazując się sprytem, byli już gotowi zmienić miejsce pobytu, uciec z paszportem gdzieś daleko, do lepszego świata, przed wojną.

A mnie przyszło na myśl, jak słabi jesteśmy w naszych zmaganiach z życiem? Jak bardzo jakakolwiek niekorzystna zmiana, niewygoda, potrafi wyzwalać w nas natychmiast zaskakujące i egoistyczne emocje i odruchy? Mówimy o wolności, a jednocześnie dajemy się bardzo szybko manipulować, słysząc o jakichkolwiek przeszkodach, nawet tych nierealnych. Bo czy ktoś z nas może zaopatrzyć się zapobiegawczo na czas całego kryzysu w żywność i benzynę? Czy może przewidzieć, że jego dom oprze się kolejnej wichurze? Czy może być pewny, że wielcy tego świata realistycznie będą podejmować decyzje, spełniając swoje nierealistyczne zachcianki? Kto jest w stanie przewidzieć wszystkie scenariusze?

Zaskakujące jest to, jak szybko schodzimy „do parteru” w takich sytuacjach, myśląc tylko o własnej skórze i ucieczce przed groźną rzeczywistością, przed zagrożeniem. Zachowujemy się instynktownie. Jak bardzo brakuje nam wiary i zaufania Bogu, ludzkich odruchów i miłości. Realnym światem stał się ten świat dyktowany a może raczej narzucany nam ze szklanego ekranu, z komputera. Ze zgrozą można zauważyć wśród większości z nas, to co jeszcze kilka lat temu było żartem wśród pokolenia rodziców wychowanych bez komputera: że dla naszych dzieci, to czego nie znajdą w internecie, nie istnieje! Czy ta znieczulica, o której jeszcze głośno mówiło się kilka pokoleń temu, ta niewiara w istnienie czegoś poza wirtualną rzeczywistością, zaczęła dotykać kolejno wszystkich?
Dziś przestają istnieć takie wartości jak: świętość, wiara, człowieczeństwo, honor, prawda, ojczyzna, rodzina, szacunek, życie, poświęcenie, solidna praca… Wierzymy tylko w to, co namacalne i posiadane, łatwo zdobyte. Z wolna tracimy w sobie wszystkie cechy ludzkie, wrzucając do tego samego worka: cwaniactwo, wygodę, przemoc, spryt, arogancję, egoizm, złodziejstwo i nazywamy to wszystko chlubnie rozwagą, dalekowzrocznością czy zapobiegliwością! Jednocześnie przesunęliśmy wiarę w Boga i nasze człowieczeństwo na dalsze miejsce, może nawet ostatnie i traktujemy Jego obecność w życiu tylko jak ostatnią deskę ratunku?

Kiedyś mówiło się często: Jak trwoga to do Boga. Ile zła musimy jeszcze dopuścić w nas, w naszym życiu, w świecie, byśmy zaczęli się realnie bać o swoje życie duchowe? Ile musi się wydarzyć, byśmy pokornie wrócili do wiary w Boga w Kościele, w modlitwie, na co dzień ? Jak bardzo trzeba upodlić człowieka, zezwierzęcić, by móc powtórnie go nazwać człowiekiem rozumnym? Co musi się stać, byśmy w następnej kolejności wzrokiem się nie pozabijali w tej walce: o ogień?, o kawałek chleba?, o prymat w korporacji?, o uwagę Boga? Co musi się stać, by świat nie zidiociał do reszty?

Zmiana

Dziś obchodzone jest w Kościele święto nawrócenia św. Pawła. To wyjątkowy święty, bo jak żaden inny żyjący za czasów Chrystusa, może być dla nas dziś żyjących, świadkiem własnego nawrócenia. Paweł z początku zagorzały przeciwnik chrześcijaństwa, gorliwy Żyd, prześladowca wyznawców i samego Chrystusa, nagle radykalnie się zmienia.

Co się takiego stało? Spotkał osobiście Chrystusa!

Jakie to musiało być spotkanie? Ile było w nim mocy Bożej? Jak bardzo dotkliwie musiał odczuć i usłyszeć w duszy głos Jezusa, żeby natychmiast stracić swoją moc, potęgę nienawiści, żeby upaść, on młody, silny, kondycyjnie sprawny mężczyzna, oślepnąć, potem pościć fizycznie, zamilknąć, poświecić całą swoją energię, wolę, jaźń, myśli, chęci, na modlitwę, rozmowę z Bogiem! Odnalazł nagle dystans do samego siebie i swoich żądz, które nim kierowały.

Paweł podkreślał i akcentował mocno to, że wszystko to, co mu się przydarzyło, jest efektem zjawiska nadprzyrodzonego, cudu, czegoś niezwykłego. On, pobożny i gorliwy faryzeusz, który nie miał bezpośredniego kontaktu z Jezusem, nawet chyba specjalnie tego kontaktu nie szukał, żyjący z dala od „sprawy Jezusa”, wiedzący o niej tylko tyle, ile dowiedział się od przesłuchiwanych przez siebie wyznawców Jezusa, których prześladował okrutnie; nagle, niespodziewanie, spotkał się z Tym, którego miał w nienawiści. Nie ma w Dziejach Apostolskich mowy, że Paweł miał jakieś wątpliwości prześladując wyznawców Jezusa, wtedy jeszcze nie chrześcijan, ale żydów, którzy zaczęli głosić dziwne poglądy, zaczęli sprzeciwiać się prawu. Ówczesny judaizm nie był dzisiejszym judaizmem rabinicznym, nie miał Talmudu, nie cytował komentarzy, egzegezy i wykładni. To było wiele judaizmów, plątanina szkół, sekt, grup, które łączyło to, że miały wspólny fundament, na który składały się:
– wiara w Jednego Boga
– przyjęcie Biblii jako Objawionego Słowa Bożego, ze szczególnym akcentem na Pięcioksiąg
– świadomość wspólnej przynależności do Narodu Wybranego, z którym (a nie z żadnym innym!) Bóg Jedyny zawarł przymierze. Znakiem widocznym tego było obrzezanie, czyli brak napletka u mężczyzn tego Narodu, któremu Bóg dał specjalne prawa, ale i nałożył obowiązki inne niż dla innych ludów,
– obecność na Ziemi Obiecanej, wyrażająca się istnieniem Świątyni w Jerozolimie.

Patrząc z tej perspektywy, to pierwsi wyznawcy Jezusa spełniali te wszystkie kryteria przynależności do judaizmu, a dodatkowo twierdzili tylko, że Jezus był Mesjaszem. Nie jest jasnym (Dzieje Apostolskie o tym milczą), dlaczego akurat judaizm faryzejski uparł się na prześladowanie tej drobnej ilościowo, młodej grupy wyznawców, której przywódca już nie żył i w zasadzie, według wszelkich praw socjologii, powinna ona rozsypać się i odejść w zapomnienie. Nie wiadomo dlaczego Szaweł z Tarsu akurat się tak bardzo uwziął na nich.

I nagle stał się cud. Zjawisko nieracjonalne, niewytłumaczalne, bo nic nie wskazywało na to, że będzie miało ono miejsce. Zjawisko, po którym już nic nie było tak samo, jak przed nim. Punkt zwrotny i to zwrotny całkowicie, nie do pojęcia, zawrócenie w przeciwnym kierunku, nawrócenie
na drodze do Damaszku! Szaweł przemienia się w Pawła. Już sama radykalna zmiana imienia wskazująca na zmianę duchową, spotykana i w naszej literaturze: Kmicic-Babinicz, Gustaw-Konrad, była znamienna. Słowo „paulos” po grecku oznacza: mały, lichy, mikry, drobny. A w rzeczywistości Paweł to największy znany Boży atleta, ten, który chrześcijaństwu nadał kształt obowiązujący do dziś, wielki architekt Kościoła, wizjoner i tytan pracy, ten który podkreślał nieustannie swoją bezradność wobec tego, co go spotkało. On jest tylko „płodem poronionym”, „niewolnikiem”, „mikrym paulosem”, sam z siebie nic niemogącym wykrzesać. Gdyby nie cud, nie spotkanie, jakiego zaszczyt miał doznać, to pewnie do końca swojego życia ćwiczyłyby się w pogłębianiu nienawiści do Chrystusa i Jego wyznawców a swoich braci Żydów, jeżdżąc po Judei, Galilei, Samarii, Syrii, Dekapolu, Arabii i okolicach. Zapewne robiłby to solidnie, systematycznie i z całą gorliwością, z całym przekonaniem. Bo taki był. Solidny, systematyczny, przekonany, zorganizowany, sprawny i umiejący posługiwać się różnymi technikami. To nie był Piotr, zmieniający bez przerwy zdanie, wahający się, stojący na uboczu, na wszelki wypadek oglądający się za siebie.

Paweł miał również odwagę, żeby przyznać się: że to tak naprawdę nie ja jestem sprawcą tej przemiany, ja jestem tylko narzędziem, wybranym przez Kogoś innego. Mówił: to nie ja, to Ten, który stanął na Drodze do Damaszku i powalił mnie na kolana. Jakże wiele w tym wyznaniu skruchy, bo ten który dobrze jeździł konno, był kimś mocno uprzywilejowanym. Nauczyciel z Nazaretu i Jego uczniowie chodzi pieszo. Jezus tylko raz pozwolił sobie na osiołka, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Rzymscy legioniści, panowie Ziemi Obiecanej chodzili piechotą. Tylko wybrani mieli przywilej jazdy konnej.

Kojarzy mi się mocno dzisiejszy dzień z Psalmem 116 nazywanym Dziękczynieniem uratowanego od śmierci.
Bo czy ten fizyczny upadek Szawła nie był zbawienny dla Pawła?! Czy nie uchronił jego duszy od śmierci?! Czasem trzeba nam przewrócić się na kolana, zakrztusić się piachem na drodze, zamilknąć, oślepnąć, by przejrzeć i zobaczyć to, czego usilnie szukamy a nie znajdujemy.

Wróć, duszo moja, do swego spokoju, *
bo Pan dobro ci wyświadczył.
Uchronił bowiem moją duszę od śmierci, *
oczy od łez, nogi od upadku.
Będę chodził w obecności Pana *
w krainie żyjących.

Zło nie lubi ciszy.

Benedykt XVI w wydanej przed dwunastu laty adhortacji „Verbum Domini” pisał: „Milczenie Boga jest przedłużeniem Jego poprzednich słów”(VD 21). Co to znaczy? Jeśli wydaje Ci się, że Bóg milczy, to znaczy, że wzywa Cię do tego, byś przypomniał sobie i przemyślał słowa, które powiedział do Ciebie wcześniej. Ziarno zostało już wrzucone w ziemię, teraz musi w Tobie obumrzeć. Czekało na pęknięcie łuski i wykiełkowanie. Może to milczenie jest w Tobie hałasem, tego wyczekiwanego przez Boga rozdarcia? Może do tej pory łuska wokół tego, co najlepsze w Tobie, była zbyt twarda, by usłyszeć coś istniejącego poza nią, choćby ciszę?

Jak wygląda Twoja modlitwa przed Bogiem? Czy przeważa w niej cicha Twoja obecność, czy gadulstwo i kolejne próby zwrócenia na siebie uwagi? Bo jeśli Bóg nie zadziała jak dobra wróżka, nie będzie przysłowiowym Amazonem, czy InPostem, to się na Niego śmiertelnie obrazisz? Ile w tej pozie jest z Ciebie autentycznie? Bo jeśli większa część, to może trzeba zastanowić się, jaka jest ta wiara, którą deklarujesz? W co wierzysz? Jak traktujesz Boga? Jeśli sam sobie jesteś bogiem, to dlaczego, kiedy okazuje się, że sobie nie radzisz, nagle szukasz innego Boga? Dlaczego dopiero wtedy? Dlaczego stałość w uczuciach umiemy okazywać właściwie tylko sobie? Albo sobie hołdujemy, albo siebie gnoimy? Uwielbiamy być stali, tacy sami, niezmienni, bez chęci poprawy czegokolwiek w nas, bez chęci rozwoju intelektualnego, duchowego, moralnego. Za to innych chcemy i lubimy zmieniać nagminnie, notorycznie, bo wciąż nie odpowiadają naszym gustom i standardom!
Może trzeba przeżyć w życiu takie pęknięcie, by zorientować się, że żyję w hałasie, który rozsadza mi głowę, zagłusza myśli, otumania, zniewala duszę i ciało? Może trzeba doznać zawrotów głowy, uderzyć twarzą w beton ze zmęczenia hałasem, by poczuć, że hałas boli?


Czasem najlepszym rozwiązaniem jest cisza, która nastaje po upadku. Czy stając na krawędzi życia, podświadomie nie dążymy do niej; gdy już wszystko utraci sens i znaczenie, a my szukamy tylko spokoju… tej ciszy… w nagłej śmierci, na własne życzenie? Tylko czy taka cisza, jest Twoim pragnieniem; czy może raczej przymusem, gwałtem, na który jedynie Cię stać?
Może upajanie się własnym upadkiem, pochlebianie sobie bohaterstwem, które z odwagą przejścia przez życie nie ma nic wspólnego, jest tylko najmarniejszą wersją egoizmu, jest rozpaczą, do której nie mamy odwagi się przyznać? „Rozpacz to najwyższa forma miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. W każdym człowieku ukryte jest jakieś ziarno rozpaczy, ponieważ w każdym z nas jest pycha, która rozwija się, rozkrzewia w chwasty i bujne kwiaty żalu nad samym sobą, gdy tylko zawodzą nas nasze własne możliwości. A ponieważ te możliwości nieuchronnie nas zawodzą, wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu poddani zniechęceniu i rozpaczy. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad nami, oraz to, że nie jesteśmy w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach. Człowiek prawdziwie pokorny nie umie […] popaść w rozpacz, ponieważ w pokornym człowieku nie ma już miejsca na użalanie się nad sobą”. Pokora jest cnotą, jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej człowieka.

Może, zamiast ulegać pokusie hałasu, skusisz się dziś, by znaleźć pokorną ciszę w sobie?… w Adoracji, Medytacji, Kontemplacji czy Modlitwie Jezusowej.

Poszukasz smaku życia i miłości w Tym, który jest samym życiem i miłością doskonałą. Jest wierny Ojcu. Bo „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2Tm. 2,13) Stworzył nas z miłości, na Swój obraz i podobieństwo.
Skoro miłość Boga objawiona w Chrystusie posuwa się tak daleko, to może zdołamy choć trochę pojąć, że rzeczywiście nie ma ona granic. Bóg nie kocha mnie za to, kim jestem, lecz jestem dlatego (istnieję), że Bóg mnie kocha. Miłość Boga jest bezinteresownym darem. Nie mogę jej utracić, ponieważ nie zawdzięczam jej żadnym własnym osiągnięciom. Rzeczywiście przekracza ona wszelkie ludzkie wyobrażenie. Jest większa niż nasze serca i większa niż nasza wina. Może nam pomóc zrozumieć, że nawet mając prawdziwe poczucie winy, możemy zbliżyć się do Boga i mieć pewność Jego akceptacji. Samoakceptacja to akt wiary. Jeżeli Bóg kocha mnie, ja również muszę siebie zaakceptować. Nie mogę być bardziej wymagający niż Bóg, czy nie tak?”
W Nim więc cała nadzieja!
Nauczyć się wytrwałości w akceptacji ciszy: takiej samej, z jaką codziennie włączasz laptopa, komputer czy smartfona. Kto Ci człowieku wmówił, że na jedno masz czas, a na drugie już nie? Kogo słuchasz?
„We współczesnym świecie cisza jest rzadkim luksusem i nie każdy może ją znieść, ale ma nieocenioną wartość, której nie można nabyć za żadne pieniądze, żadną potęgą czy inteligencją. Łaska bycia w ciszy i prostocie z Bogiem jest skarbem nieocenionym, który zapewnia wszystko inne, przynajmniej niektórym duszom”.

Cytaty zaczerpnięto z:
Thomas Merton w liście do siostry Elaine M. Bane OSF

Thomas Merton – „Piękno pustyni”

Peter G. van Breemen SJ – „Jak chleb który łamiemy”

Ocean słów.

Za kilkadziesiąt godzin zakończy się kolejny rok. Przyszedł więc tradycyjnie czas na podsumowania. Dziś będzie trochę inaczej, w innym kontekście.

Chcę zwrócić Twoją uwagę na słowa. Żyjemy w oceanie słów, często dokładając do niego wiele potoków z własnego głosu. Służą nam głównie do komunikacji, porozumiewania się… powinny temu służyć. Ale czy tylko takie słowa wyrzucamy z siebie? Ile z tych słów rzeczywiście jest wartościowymi, a ile ma na celu zwieść, oszukać, okłamać, wyśmiać, poróżnić, zawstydzić, upokorzyć, deprecjonować, wzbudzić poczucie winy, agresję, gniew… Mówimy bardzo dużo, za dużo, nagminnie korzystając z mylnie pojmowanej „wolności słowa”. Mówimy, nawet nie zauważywszy, że powoli uszczupla się grono słuchających, aż nagle okazuje się, że zostajemy sami ze swoimi słowami. Mówimy do siebie wzajemnie, przekrzykując swoje racje albo niby dwa oddzielone od siebie światy, oddzielone dźwiękochłonną szybą pancerną. Nie słuchamy się i/lub nie słyszymy. Dlaczego więc mówimy? W jakim celu? Bo kiedyś, ktoś nas nie wysłuchał, przerwał nam w pół słowa, wyśmiał, zignorował to, co miało dla nas w tamtym momencie wielką wartość, może zdecydowało o czymś? Bo nadal czujemy się urażeni, bo nosimy w sobie latami tę rysę/ranę, która każe nam podobnie potraktować innych?

Pamiętaj, że wszystko można zacząć od nowa. Jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów.

Lucy Maud Montgomery

Leczenie zadanych ran, wyrywanie kolejnych wdrukowanych w nas nawyków, to długi i żmudny proces, czasem powtarzany wielokrotnie, czasem przez całe życie. Może trzeba użyć innych słów, mających pierwiastek życia w sobie. Może dzięki nim uda się nam kiedyś usłyszeć, porozmawiać, być usłyszanym. Zacząć wracać do słów, które onieśmielają, zdumiewają, pokazują inny sens. Kilka dni temu „Słowo zamieszkało między nami”. Jeszcze nie ucichły pastorałki śpiewane przy tej okazji. Jeszcze jest czas, dopóki żyjemy by dołączyć do tego Słowa ze swoim głosem. To nic, że może przepity kolejną Wigilią, której nie pamiętam, zdarty wrzaskiem, chory przekleństwami, zeszpecony bluźnierstwami, rozjuszony szukaniem winnych tam, gdzie ich nie ma, zniszczony dymem papierosa, ściszony wiecznym lękiem przed razami, nieśmiały z braku słów, dawno zapomniany w ciszy rozpaczy.

To od Ciebie zależy czy kolejne słowo będzie słowem życia, czy słowem zmierzającym ku milczeniu śmierci? Słowo Boga jest wieczne jak On sam: nie przemija, nie starzeje się, nie dewaluuje, nie zmienia wartości dobra, dając życie, przysposabiając w nową jakość życia. Spotkanie z tym Słowem jest zawsze spotkaniem z Nim; który mówi tylko prawdę, nie poniża, nie oskarża, nie krzyczy, nie przeklina, nie bluźni, nie uraża, nie odrzuca. Może w ramach noworocznych postanowień warto zatrzymać się przy Słowie, nad Słowem, ze Słowem, choćby kilka minut dziennie… czerpiąc z Jego mądrości. Zaczerpnąć pełną garścią i nauczyć się brać, nie lękając o kres, o to, że zabraknie. Zostawić Jemu nasze doświadczenia życia, by je leczył, prostował i wygładzał, swoim słowem. Prosić o czystość słowa w nas, byśmy się wzajemnie słowem nie pozabijali. Poszukać czystości słowa w sobie, prosić o nią Słowo wcielone, wsłuchać się całym sobą w Jego głos. Czego i Tobie drogi czytelniku życzę w Nowym Roku 2022.

Jeśli plotkujesz na temat innego człowieka, tym samym usuwasz tę osobę ze swojego serca. Uświadom sobie, że razem z nią z twojego serca usuwany jest również Jezus.

św. o. Pio

PS
Warto poszukać pomocnika na następny rok wśród tych, których słowa i czyny za życia, wyniosły już do świętości…

Przebudzenie

13 października 2021 Dodaj komentarz

Wczorajsza niespodziewana wizyta małej sikorki na balkonie, uzmysłowiła mi, że zima za pasem. Przeminął już prawie kolejny rok. Za chwilę następna Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata i Adwent. Życie mija równie szybko. Szczególnie widać tę szybkość w statystykach o wypadkach. Carpe diem — pisał Horacy. Być nieśmiertelnym, to marzenie wielu. Wtedy może wreszcie zdążę zrobić wszystko, co zaplanowałam. Tyle że to ułuda.

A gdyby tak wykonać plan minimum przed czasem? Odwrócić zależność życia od czasu i na początek zająć się nieśmiertelnością? Zrobić wszystko, to co niezbędne, by mieć świadomość zbliżającej się nieśmiertelności w obecności Boga? Bo skoro i tak nikt nie zdąża i na kolejnym pogrzebie dowiem się, że zmarły nie zdążył z tym, czy z tamtym…? Może odwrócenie logiki pozwoli mi przestać pędzić za nieosiągalnym, skupić się bardziej na obecnej chwili, na sobie i myśli o bliskich kochanych?! Bo jeśli okaże się, że jutro nie nadejdzie dla mnie? Może dość zmarnowałam życia, może trzeba zacząć żyć „tu i teraz”! Bóg w swoich planach na miliardy lat, zawarł już nieśmiertelność. Tylko czy ja popieram te plany? To przecież był Jego najlepszy dar dla człowieka. Bo śmierci Bóg nie uczynił! Więc dlaczego tak łatwo i hojnie albo bezmyślnie żegnamy zmarłych słowami: „Bóg tak chciał…” Jaki obraz Boga noszę w sobie?

Dlaczego ten Bóg będący miłością i miłosierdziem, jest we mnie często bogiem lęku, tyranem, bezdusznym egoistą, głodnym uczuć buntownikiem… Może zatrzymam się przez chwilę i pomyślę, kto i w jaki sposób, tak bardzo spaczył ten obraz Boga we mnie? Bo tak jakoś jesteśmy bardzo plastyczni w budowie, a może delikatni i idealnie ukształtowani Bożą ręką, że często odbija się w nas, na naszej duchowej skórze, każdy nacisk, kopniak czy kuksaniec psychiczny, dodany przez kogoś w życiu. Te wycelowane w serce i duszę są najgorsze, bo pozornie niewidoczne, ale bolą najdłużej, często przez całe życie, zmieniając nas mimowolnie w cierpiących, obolałych inwalidów psychicznych i uczuciowych, bezdusznych twardzieli, egoistów, maniaków sportu, jedzenia, wyglądu…

Zadziwiające jest to, że czasem taki jeden „niewinny kuksaniec”, jest w stanie wywrócić kilkadziesiąt następnych lat naszego życia do góry nogami. Bo człowiek mimo danego mu rozumu i wolnej woli, często nie umie z tych darów korzystać należycie. Szukamy doskonałości tam, gdzie jej na pewno nie ma. W zamian za to znajdujemy często śmierć: fizyczną i duchową. Bo śmierć ma podwójny charakter! Może więc zamiast pędzić, zatrzymam się na chwilę i pomyślę, co mogę zrobić jeszcze dziś w blasku Bożej miłości i miłosierdzia, by uciec śmierci, by żyć!

Czy muszę codziennie po pracy, lecieć pędem na siłownię, do kosmetyczki, na basen, by katować się kolejny raz do granic wytrzymałości, bo inaczej nie jestem w stanie siebie zaakceptować, bo kilogram dodany do wagi będzie porażką, bo w pracy koleżanki powiedzą, że się opuściłam, bo wymarzona sukienka w rozmiarze, który pozostał na wieszaku w sklepie, musi być moja? Kiedyś znalazłam takie stwierdzenie:


Logika światowego powodzenia polega na urojeniu; na tej dziwnej pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Dziwne to istnienie, doprawdy, żyć zawsze w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość!

Thomas Merton — Siedmiopiętrowa góra

Może wiec warto wreszcie pomyśleć o sobie, a nie żyć opiniami innych. Czy kiedykolwiek pytałam Jezusa o to, jak mnie widzi? Czy próbowałam powyrzucać ze swojego życia te zbędne opakowania po czyichś krzywdzących opiniach i zajrzeć w najbardziej skryte wnętrze samej siebie? Co tam znalazłam? Czy mój Bóg jest bogiem bezosobowym, bogiem filozofów, bogiem kultu śmierci duchowej, bogiem bezmyślnych, zazdrosnych, którzy manipulują moim życiem, zaśmiecając je swoimi pomysłami?

Przecież prawdziwy Bóg jest Bogiem życia, jest jego dawcą. Jest na tyle hojny, że postanowił przypieczętować nasze uzdrowienie ofiarą z życia własnego, jedynego syna! Ten Bóg jest osobowy, jest realny i dostępny codziennie na Eucharystii, pod postacią chleba i wina.

Jezus śmierć nazywa snem. W Ewangelii można znaleźć liczne przykłady na przebudzenie z tego stanu. Może spróbuję dziś przed snem przebudzić się z letargu, zajrzeć w głąb siebie, poszukać Bożych odcisków palców na duszy, zerwać wszystkie niechciane opakowania, uczynione czyjąś ręką, by zaczerpnąć świeżego powietrza pełną piersią, by przestać się dusić czyimiś rękoma.

Dla wybranych, którzy widzieli cuda przebudzenia ze śmierci, Jezus nie jest pośmiewiskiem. Bo śmierć nie ma mocy, jeśli uwierzę, że On jest w stanie przywrócić stan pierwotny mojej duszy. To przecież tak niewiele… uwierzyć, by usłyszeć z Jego ust sercem: Twoja wiara Cię uzdrowiła! Komu wierzysz bardziej na słowo?

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton. Domysły współwinnego widza, s.139.

O spowiedzi słów kilka…

Dziwna rzecz, że jest tak mało takich kapłanów, którzy umieją w duszę wlać moc i odwagę, i siłę, że dusza, nie męcząc się, idzie zawsze naprzód. Pod takim kierownictwem dusza, nawet przy słabych siłach, wiele może dla chwały Bożej uczynić. I poznałam w tym jedną tajemnicę, to jest, że spowiednik, czyli kierownik, nie lekceważy drobnych rzeczy, które mu dusza przedstawia.
A kiedy dusza spostrzeże, że jest w tym kontrolowana, zaczyna się ćwiczyć i nie opuszcza najdrobniejszej sposobności do cnoty i także unika najdrobniejszych błędów…
I przeciwnie: jeżeli dusza spostrzeże, że spowiednik lekceważy te drobne rzeczy, więc i ona zaczyna je lekceważyć, przestanie z nich zdawać sprawę spowiednikowi, co gorsza, zacznie się zaniedbywać w drobnych rzeczach – i tak, zamiast naprzód, idzie się pomału wstecz. I dusza się dopiero spostrzeże, jak już wpadnie w rzeczy poważniejsze…

Dz. 937

Chcę podzielić się dzisiaj z tobą czytelniku(-czko), kilkoma spostrzeżeniami, jakie nasunęły mi się w czasie kilku lat własnych, regularnych spowiedzi. Być może zmagasz się właśnie z niezrozumieniem, niechęcią czy celowością częstych spowiedzi, czy w ogóle spowiedzi, bo znajomi sugerują, że to nie modne, że przecież nikogo nie zabiłem, do kościoła chodzę (czasem), pacierz mówię (ten sam od Pierwszej Komunii, bo tak mnie wtedy nauczono), więcej grzechów nie pamiętam! No i już… kolejny raz „odbębnione” na święta. A właściwie to, po co będę księdzu gadał do ucha o tym czego się wstydzę, nadwyrężał Swój wizerunek?!

W jaki sposób pojmujemy sakrament pokuty? Co tak naprawdę o nim wiemy? Czy jest dla mnie tylko wymuszoną, wstydliwą powinnością, kilka razy do roku? Czy po drugiej stronie konfesjonału widzę tylko człowieka, który tam siedzi fizycznie? Może podejrzewam go o niegodziwe intencje, o wścibstwo? Czy jestem pewny, że skoro to sakrament, to kapłan jest tylko szafarzem, tym który z mocy święceń pośredniczy w tym darze, a dawcą jest Bóg? Co otrzymuję?

A co z regularnością, bo dwa razy do roku z przyzwyczajenia na święta, to stanowczo zbyt minimalistycznie! Przesada w jedną i w drugą stronę jest zdecydowanie niewskazana. Przyjmuje się, że raz w miesiącu (najlepiej w okolicy pierwszego piątku miesiąca), to zdroworozsądkowe podejście do tematu. Nie mówię tu o osobach konsekrowanych, kapłanach czy rozeznających powołanie, bo ich obowiązują inne reguły: zakonne lub zwyczajowe. Skupmy się na osobach żyjących w normalnym otoczeniu. Więc raz w miesiącu oraz w czasie ważnych uroczystości, sakramentów przyjmowanych przez najbliższe nam osoby, czy w momencie, gdy nagle nasze sumienie zaczyna powracać co chwilę, do czegoś i solidnie wyrzuca nam, że trzeba trochę wyczyścić duszę z tego, co nam się przytrafiło przypadkowo, czy w związku ze słabością, by świadomie nie brnąć dalej i nie udawać, że nic się nie stało. By nie oszukiwać samych siebie a przede wszystkim Boga. To jest właśnie ta podstawowa granica, bo jeśli zaczynam siebie usprawiedliwiać to znaczy, że uświadomiwszy sobie swoje zaniedbanie, przewinienie, szukam wymówki, bronię się porównując z innymi, wybielam siebie i świadomie zaczynam popadać w kolejne grzechy. Uruchamiam kaskadę błędów. Nie będę skupiać się na ciężarze gatunkowym, bo rodzaj grzechu, tzw. materia jest wyraźnie oznaczona w dobrych rachunkach sumienia. Wystarczy wiec poszukać, by nie mieć wątpliwości. Dość wiedzieć, że grzesząc świadomie i dobrowolnie odwracam się od Boga i pozbawiam się łaski uświęcającej. Sam wprowadzam swoje sumienie w stan odrętwienia i obojętności, w którym kolejne grzechy przestają mieć znaczenie i ciężar, bo jeden w tą czy w tamtą, to przecież już żaden ciężar. Zaczynam wchodzić świadomie w coraz większe bagno i czas zacząć uważać, by się nie utopić, czas najwyższy zawrócić, bo chodzenie po śliskiej krawędzi bez asekuracji, zawsze kończy się dotkliwym upadkiem. Pozostaje tylko kwestia czasu, kiedy poczujemy nagle zdarte kolana i łokcie, a może i twarz, o ile przeżyjemy sam upadek? Warto wspomnieć też ważną kwestię, że grzechy świadomie zatajone lub wyspowiadane bez należytej dbałości co do wyjaśnienia przyczyny, ilości i okoliczności (mowa tu o grzechach ciężkich) czynią spowiedź nieważną(!) i każda przyjęta Komunia po takiej spowiedzi jest świętokradztwem(!).

Spowiedź może być uznana za nieważną z trzech powodów:
1) ze względu na brak uprawnień kapłana do spowiadania i rozgrzeszania
2) ze względu na popełnione przez penitenta świętokradztwo
3) ze względu na jego brak dyspozycji.

W Kościele katolickim wyłącznie kapłan jest szafarzem sakramentu pokuty. Same święcenia nie dają mu jednak prawa do odpuszczania grzechów. Kapłan, aby zostać spowiednikiem, potrzebuje jeszcze dodatkowego upoważnienia. Warto tu jednak wspomnieć, że to upoważnienie w dużej mierze dotyczy konkretnego terytorium, np. każdy biskup ma prawo do spowiadania ludzi na całym świecie, o ile nie spotka się ze sprzeciwem biskupa diecezjalnego.
Ponadto każdy kapłan ma prawo do odpuszczenia win osobie czy grupie osób, (w czasie katastrofy czy kataklizmu), znajdującej się w bezpośrednim niebezpieczeństwie śmierci, niezależnie od tego, czy posiada wymagane upoważnienia. Tu przypomnę o takiej wyjątkowej sytuacji, w czasie szalejącej burzy nad Giewontem ponad rok temu, gdy życie 5 osób zostało nagle tragicznie przerwane. Mówimy wtedy o absolucji zbiorowej. Nigdy jednak takie prawo nie przysługuje osobie świeckiej!

Spowiedź może być też nieważna, w znaczeniu świętokradzka, jeżeli penitent świadomie zataił przed spowiednikiem grzech ciężki bądź celowo umniejszył swoją winę (np. nie podając wszystkich okoliczności, w czasie których doszło do popełnienia grzechu, lub w taki sposób mówił o winie, by zmylić czy dezinformować spowiednika, co do istoty popełnionego grzechu np. z powodu strachu, nieufności w tajemnicę spowiedzi czy wstydu). Przy czym trzeba zaznaczyć, że świętokradztwo jako takie, również stanowi grzech ciężki, z którego trzeba się wyspowiadać. Najlepiej wrócić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji jak najszybciej, nie czekając na następną spowiedź wg grafiku. Takie przyznanie się do winy jest dużo lepsze niż notoryczne przeciąganie, kamuflowanie, tworzenie tajemnicy przed szafarzem i usiłowanie mataczenia przed Bogiem. Bo z czasem nabierzemy przekonania, że jesteśmy tajemnicą dla samych siebie, a wina i grzech zaczną przybierać w naszym mniemaniu odcienie dobra i szacunku dla własnej intymności? Czy dobrem i szacunkiem jest zabijanie własnej duszy i utrata możliwości życia wiecznego? Tu dochodzimy do absurdu jak w głodzeniu się anorektyka, obżeraniu bulimika, czy upijaniu alkoholika itd. Bo często o sakramentach myślimy wyłącznie po ludzku, zupełnie zapominając, że to również albo przede wszystkim, materia duchowa. Błędem jest myślenie, że przecież to tylko jakiś mały grzeszek, nic nieznacząca błahostka, może nawet przyjemność, jakieś niewyjaśnione od lat spory, urazy, wojny rodzinne… bo przecież wszyscy je mają. Gromadzone latami, zabijają w nas poczucie dziecka Bożego (…jak często wmawiasz sobie potem, że Bóg mnie nie kocha i ciągle zsyła na mnie gromy i dlatego nic mi w życiu nie wychodzi…), pomniejszają naszą samoocenę, każą myśleć i narzucają, że jesteśmy jakimś wybrakowanym produktem ubocznym, niszczą naszą psychikę, stają się ciężarem nie do zniesienia, monotonią i szarzyzną życia, krzyżem, poniżeniem i już tylko śmierć na końcu drogi ulży naszym cierpieniom, wiec może skrócić te męki samemu i jakiś sznur, rzeka albo pociąg…!!! Jak łatwo można od błahostki przejść do targnięcia się na własne życie?!

Osoba, która popełniła świętokradzką spowiedź, powinna przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania ponownie jak najszybciej i wyspowiadać się zarówno z faktu zatajenia grzechu, jak i z samego zatajonego grzechu, oraz ze wszystkich innych grzechów (pojedynczych, lekkich, nagminnych i ciężkich), które popełniła od poprzedniej ważnej spowiedzi. Bo w przypadku spowiedzi świętokradzkiej żadne(!) grzechy nie zostają odpuszczone!

Jeśli więc sytuacja trwała miesiącami bądź latami, z pełną naszą świadomością, to należałoby przystąpić do tzw. spowiedzi generalnej obejmującej cały ten okres. Trzeba znaleźć kapłana, który zgodzi się na taką spowiedź i podpowie jak się do niej przygotować. Rachunek sumienia w tym przypadku powinien być bardzo solidny i dokładny. Bo mamy przypomnieć sobie wszystkie(!) przewinienia, nawet te najmniejsze, szukając w pamięci również okoliczności i ilości, co do grzechów ciężkich. Po co taka skrupulatność? Bo trzeba sobie uświadomić, że żaden z grzechów popełnionych w tym okresie nie został odpuszczony(!) Wszystkie nasze spowiedzi przypadające na ten okres były nieważne(!).

Natomiast w sytuacji, gdy nie wyjawiliśmy grzechu ciężkiego, bo o nim zwyczajnie zapomnieliśmy przez roztargnienie, pośpiech, spowiedź świętokradzka nie ma miejsca. Należy wtedy przy następnej spowiedzi powiedzieć o tym fakcie w pierwszej kolejności.

O co chodzi z tym brakiem dyspozycji? Chodzi o nasze przygotowanie się do sakramentu i o naszą postawę przed Bogiem, o dbałość i należyte pamiętanie o wszystkich warunkach spowiedzi! Bo o nieważnej spowiedzi mówi się również w przypadku, kiedy penitent nie żałuje szczerze za grzechy i nie postanawia poprawy, bagatelizuje rachunek sumienia, robiąc go niedbale, naprędce, w drodze, między drzwiami wejściowymi kościoła a konfesjonałem. Wówczas – nawet jeśli kapłan wypowie formułę rozgrzeszenia – wierny nie otrzymuje odpuszczenia win(!). Bez właściwej dyspozycji (wewnętrznego przygotowania) niemożliwe jest bowiem przyjęcie sakramentu świętego, rozumianego jako widzialny znak i sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez samego Chrystusa.

Jeśli trudno jest Ci się zdecydować na wypełnienie wszystkich tych zasad i czujesz się słaby, masz trudności, masz wątpliwości, czujesz się zaskoczony tyloma warunkami do spełnienia, to warto poszukać dla siebie patrona dobrej spowiedzi, by w codziennej modlitwie prosić go o wstawiennictwo i pomoc w trudnościach. Może masz takiego ulubionego świętego? A może nie wiesz kogo wybrać? To powinien być ktoś szczególny, już za życia znany jako dobry pasterz, wyśmienity spowiednik, troskliwy kierownik duchowy jak choćby św. Jan Maria Vianney proboszcz z Ars, św. o. Pio, bł. ks. Michał Sopoćko, św. Leopold Mandić, czy sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo. Warto mieć swojego osobistego orędownika przed Bogiem i nauczyciela spowiedzi świętej, by powierzać mu codziennie w modlitwie swoje trudności ze spowiedzią i prosić o należyte kształtowanie sumienia.

Dla mnie właściwe odkrycie i zrozumienie wszystkich warunków dobrej spowiedzi i materii grzechów było swego czasu niezłym szokiem. Wydawało mi się, że wszystko już wiem, po szkolnych lekcjach religii i regularnym chodzeniu do kościoła, ze spowiedzią było trochę gorzej, coraz gorzej. Ciągle powtarzałam, że „wiem”!, kwitując czyjeś wypowiedzi. W rzeczywistości nie wiedziałam prawie nic, a większość słów, określeń, związanych z sakramentem spowiedzi była dla mnie symboliczna czy zupełnie pusta, albo wręcz mylnie rozumiana. Podjęłam pewnego dnia walkę i nadal ją prowadzę, pod okiem kolejnego, towarzyszącego mi od kilku lat stałego spowiednika. Bo warto mieć takiego zaufanego kapłana, który zna Twoją duszę na wylot. Wtedy, wychodząc od spowiedzi nie ma się poczucia, że byłem kolejnym anonimowym penitentem, którego nie zrozumiano, którego nie wysłuchano, który zajął kolejne 2 minuty. Nie ma się wrażenia, że wyszedłem i niczego nie rozumiem z nauki, którą kapłan każdemu anonimowemu penitentowi powtarza jak wyklepaną na blachę regułkę. Warto poszukać, popytać i zasięgnąć informacji, poobserwować, szczególnie stałe konfesjonały czy zakonników. Sprawdzić, czy potencjalny stały spowiednik mówi zrozumiałym dla mnie językiem, czy nie jest to tylko maska niedostępnego erudyty, który nigdy się nie myli. Warto zastanowić się kogo szukam i na jakim spowiedniku mi zależy. Może początki będą trudne, może okaże się, że będzie trzeba zacząć wymagać od siebie więcej, może trzeba będzie powalczyć i poszukać siebie w ukryciu, bardziej skupić się na własnych myślach, czynach czy doznaniach, albo poszperać w historii życia, czasem bolesnej, by znaleźć przyczyny pewnych swoich zachowań, naleciałości, konsekwencje zranień, by dotrzeć do miejsc w duszy najbardziej ciemnych i schorowanych, ukrytych przed światem i Bogiem, zrobić to razem z Jezusem Miłosiernym codziennie, by nauczyć się zauważać pokusy i podjąć walkę z nimi. Warto zawalczyć o siebie, póki jest jeszcze czas(!), by sakrament pokuty stał się sakramentem pojednania i radości, a nie kolejną kpiną i parodią w życiu duchowym, której konsekwencje będą śmiertelnie poważne i tragiczne.

Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co Ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.