Archiwum

Archive for the ‘refleksje’ Category

Trzy góry

(Galacjan 2:20)

W zeszłym tygodniu w Kościele obchodziliśmy święto Przemienienia Pańskiego. Zaprowadziło nas ono za Chrystusem, z Piotrem, Jakubem i Janem, na Górę Tabor. Po co to wszystko? By ich wzmocnić, pokrzepić, rozpalić tajemnicą Bóstwa przed Swoją śmiercią. Wzmocnić ich a z nimi, nas. W Ewangelii ta Góra prowadzi za chwilę na inną górę, na górę męki, cierpienia, opuszczenia i śmierci, na Golgotę.

W życiu potrzebujemy przeżyć wzniosłych i budujących entuzjazm, bo nasza droga życia zawsze, wcześniej czy później, również prowadzi przez naszą golgotę. Miłość zawsze staje w perspektywie krzyża, bo Miłość to rozdawanie, tracenie siebie, przeciwstawienie się własnemu „ego”. Kto nie traci, ten nie miłuje! To paradoks Ewangelii. Jeśli tak popatrzymy na krzyż, to jawi się on jako krzyż chwalebny, pełen ofiary z siebie. Tak właśnie powinien być odczytywany. Przecież stał się narzędziem Zmartwychwstania i odkupienia.

Czy jesteśmy zdolni do ofiary z siebie, do rozdawania siebie innym? Czy potrafię zaprzeć się siebie, by naśladować Jezusa? Uklęknąć u stóp krzyża i odrzucając własne „ego” wyznać przed nim, że jest moim Panem? Co mi przeszkadza? Jakich strat obawiam się najmocniej? Co mnie przywiązuje i uniemożliwia przejście z mojej góry własnego bóstwa na Górę śmierci Chrystusa? Czego nie potrafię oddać, w czym obumrzeć, by móc żyć dla Niego? Co jest moim wzniesieniem egocentryzmu i nie pozwala mi zejść do poziomu Miłości, by najpierw stracić, by potem zyskać?

Stracony czas…

Połowa lipca już za nami. Niektórzy będą mieć trochę dłuższe wakacje. Zaczęliśmy baczniej zwracać uwagę na pogodę. Jedni widzą w niej udany czy nieudany urlop, inni źródło niepokoju o zdrowie, o życie, jeszcze inni martwią się na zapas, o plony i zyski. A mnie przychodzi na myśl jej zmienność i nasz dystans zachowywany lub nie, do żywiołów. Jak łatwo tracimy zdrowy rozsądek a zyskujemy poczucie bezradności wobec przyrody, pogody i żywiołów. Ilu w czasie tych wakacji straci zdrowie i życie z własnej głupoty czy na skutek splotu nieszczęśliwych okoliczności? Wyjeżdżamy daleko w wymarzoną podróż: w góry, nad wodę, do innego kraju, zabierając ze sobą ciężki bagaż. Czy pakujemy też doń naszą wiarę, modlitwę, powinności, rozwagę i rozsądek? Jak często refleksja przychodzi po czasie, gdy się już coś wydarzy! Bo zostawiliśmy w domu wyjeżdżając na wakacje: Boga, Mszę świętą, naszą wiarę, Anioła stróża, naszych patronów, uważność, koncentrację, skupienie, robiąc sobie wolne od wszystkiego.

Uprzedmiotowiliśmy nasze duchowe wnętrze, ścieśniając do niepotrzebnego pudełka po zapałkach, które nigdzie już się w bagażu nie zmieściło! Co takiego ważniejszego skłania nas, że nagle codzienną modlitwę, Mszę świętą zamieniamy na dodatkową kąpiel w morzu czy wycieczkę w góry? Przecież na tę wycieczkę możemy zaprosić również Jezusa.

Modlitwa codzienna jest rozmową z Nim, dziękczynieniem za to, że nas darzy bliskością, opieką, otacza troską i miłością. Jest dzieleniem się z Nim również radością z wyjazdu, wspólnym odpoczynkiem, kontemplacją piękna otaczającej nas przyrody. Ta miłość musi być jednak odwzajemniona, by przynosiła owoce w postaci dialogu. Bo jeśli rozmawiamy z Nim tylko wtedy, gdy mamy interes do załatwienia, to raczej trzeba by mówić o naszym wyrachowaniu i prostactwie, a nie o miłości, jaką rzekomo deklarujemy. Wtedy często potrafimy nasze troski tak wyolbrzymiać i tyle o nich opowiadać, jakbyśmy chcieli Boga zagadać na śmierć. Zapominamy dać mu choćby sekundę w tym monologu, na Jego odpowiedź. Zamiast tego, żądając natychmiast(!) zmian, obrażamy się, że milczy! A kiedy niby miał zacząć mówić? Czy miał Swoje pięć minut?

Dzisiejsze słowo (Łk 10,38-42) zachęca nas do zatrzymania się i zasłuchania w Jego słowa. By przystanąć w pędzie życia i usiąść jak Maria u Jego stup. Posłuchać, zasłuchać się, potrwać chwilę w bezruchu, w ciszy, w milczeniu, by dać Bogu przestrzeń do rozmowy, by usłyszeć poruszenia własnego serca, usłyszeć Boga w sobie! To nie będzie stracony czas!

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Trudne czasy…

To był trudny tydzień, chyba dla większości z nas. Zmagania z kolejnymi podwyżkami, zmagania z niepogodą, zmagania z sytuacją na wschodniej granicy i widmo wojny zaglądające nam do domu, po prawie 80 latach, od końca poprzedniej. W rozmowach zasłyszanych w moim zakładzie pracy przewijały się różne pomysły o tym, jak żyć? Jedni całkiem realistycznie opowiadali o zapasach żywności, jakie zamierzają zrobić na wojnę; inni mówili raczej o drożyźnie i swojej zapobiegliwości w kryzysie, by zyskać; jeszcze inni, wykazując się sprytem, byli już gotowi zmienić miejsce pobytu, uciec z paszportem gdzieś daleko, do lepszego świata, przed wojną.

A mnie przyszło na myśl, jak słabi jesteśmy w naszych zmaganiach z życiem? Jak bardzo jakakolwiek niekorzystna zmiana, niewygoda, potrafi wyzwalać w nas natychmiast zaskakujące i egoistyczne emocje i odruchy? Mówimy o wolności, a jednocześnie dajemy się bardzo szybko manipulować, słysząc o jakichkolwiek przeszkodach, nawet tych nierealnych. Bo czy ktoś z nas może zaopatrzyć się zapobiegawczo na czas całego kryzysu w żywność i benzynę? Czy może przewidzieć, że jego dom oprze się kolejnej wichurze? Czy może być pewny, że wielcy tego świata realistycznie będą podejmować decyzje, spełniając swoje nierealistyczne zachcianki? Kto jest w stanie przewidzieć wszystkie scenariusze?

Zaskakujące jest to, jak szybko schodzimy „do parteru” w takich sytuacjach, myśląc tylko o własnej skórze i ucieczce przed groźną rzeczywistością, przed zagrożeniem. Zachowujemy się instynktownie. Jak bardzo brakuje nam wiary i zaufania Bogu, ludzkich odruchów i miłości. Realnym światem stał się ten świat dyktowany a może raczej narzucany nam ze szklanego ekranu, z komputera. Ze zgrozą można zauważyć wśród większości z nas, to co jeszcze kilka lat temu było żartem wśród pokolenia rodziców wychowanych bez komputera: że dla naszych dzieci, to czego nie znajdą w internecie, nie istnieje! Czy ta znieczulica, o której jeszcze głośno mówiło się kilka pokoleń temu, ta niewiara w istnienie czegoś poza wirtualną rzeczywistością, zaczęła dotykać kolejno wszystkich?
Dziś przestają istnieć takie wartości jak: świętość, wiara, człowieczeństwo, honor, prawda, ojczyzna, rodzina, szacunek, życie, poświęcenie, solidna praca… Wierzymy tylko w to, co namacalne i posiadane, łatwo zdobyte. Z wolna tracimy w sobie wszystkie cechy ludzkie, wrzucając do tego samego worka: cwaniactwo, wygodę, przemoc, spryt, arogancję, egoizm, złodziejstwo i nazywamy to wszystko chlubnie rozwagą, dalekowzrocznością czy zapobiegliwością! Jednocześnie przesunęliśmy wiarę w Boga i nasze człowieczeństwo na dalsze miejsce, może nawet ostatnie i traktujemy Jego obecność w życiu tylko jak ostatnią deskę ratunku?

Kiedyś mówiło się często: Jak trwoga to do Boga. Ile zła musimy jeszcze dopuścić w nas, w naszym życiu, w świecie, byśmy zaczęli się realnie bać o swoje życie duchowe? Ile musi się wydarzyć, byśmy pokornie wrócili do wiary w Boga w Kościele, w modlitwie, na co dzień ? Jak bardzo trzeba upodlić człowieka, zezwierzęcić, by móc powtórnie go nazwać człowiekiem rozumnym? Co musi się stać, byśmy w następnej kolejności wzrokiem się nie pozabijali w tej walce: o ogień?, o kawałek chleba?, o prymat w korporacji?, o uwagę Boga? Co musi się stać, by świat nie zidiociał do reszty?

O obietnicach i przysięgach.

Kilka dni temu przeżywaliśmy w Kościele Niedzielę Chrztu Pańskiego. Wspominaliśmy zapewne nasz własny chrzest.

Dla mnie było to również dodatkowe uczestnictwo w pewnej wyjątkowej uroczystości. W Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego w Kaliszu o. Romuald Domagała SJ złożył swoje ostatnie śluby zakonne na ręce o. Prowincjała. Dziękując Bogu za dar zakonnego powołania tego konkretnego kapłana i moją (planowaną) obecność w tej podniosłej i szczególnej, wyjątkowej chwili, przyszło mi na myśl: jak bardzo pamiętamy takie wyjątkowe chwile, na ile je doceniamy i rozumiemy, jak długo i solidnie przygotowujemy się do nich, będąc już w pełni władz umysłowych i wywiązujemy się z dawanych obietnic, ślubów, przyrzeczeń?

Otóż jezuici składają śluby „sub Hostiam”, czyli dosłownie „pod Hostią”. Po słowach „Panie nie jestem godzien…” przed przyjęciem Komunii świętej, klęcząc. To wyjątkowe chwile i przeżycia dla zakonnika, jego najbliższych, współbraci i wiernych uczestniczących.

W życiu każdego chrześcijanina jest co najmniej kilka takich uroczystości, przysięg składanych przed samym Bogiem. Kiedy jeszcze nie wiele rozumiemy i pamiętamy z racji wieku, składają je za nas nasi rodzice i chrzestni, potem towarzyszą nam świadkowie od bierzmowania, bo przecież jest to sakrament, w którym już sami potwierdzamy gotowość do wtajemniczenia chrześcijańskiego w Kościele katolickim. Bierzmowanie uważane jest za drugi po chrzcie sakrament inicjacji chrześcijańskiej. Niektórzy z nas byli lub będą szafarzami własnego ślubu. Warto pamiętać, że sakrament trwa przez całe życie, nie tylko przed ołtarzem w dniu chrztu, komunii czy ślubu, że przez ten sakrament zostajemy wzmocnieni, niejako konsekrowani do wypełniania obowiązków swojego stanu i do godności chrześcijańskiej czy godności małżonków. Niektórzy ślubują w życiu posłuszeństwo, ubustwo i czystość. Składamy różne śluby, przyrzeczenia i obietnice: szkolne, ministranckie, zawodowe, osobiste. A jak je realizujemy i wypełniamy? Ile w nas chwilę potem gorliwości i pamięci przed Bogiem, ile dbałości i chęci, by je dotrzymywać?

Do tych refleksji oprócz podniosłych i cennych duchowo odczuć zachęciła mnie niedawna wiadomość z Włoch. Ordynariusz sycylijskiej diecezji Mazara del Vallo jako kolejny włoski biskup podjął decyzję o czasowej rezygnacji z obecności rodziców chrzestnych podczas sakramentu chrztu.

Te postaci utraciły swoje duchowe znaczenie, a ich obecność na liturgii była czysto formalna” – mówił Radiu Watykańskiemu bp Domenico Mogavero. „Ich wiara schodzi coraz częściej na drugi plan, choć to ich zadaniem jest pomaganie chrześniakowi w życiu wiarą. Rodzi to coraz więcej hipokryzji i zakłamania stąd lepiej taką praktykę czasowo przerwać. Kiedyś postać chrzestnych odgrywała istotną rolę. Obecnie są to postaci, które stwarzają wiele problemów. Liczy się jedynie otoczka, a nie głęboki duchowy sens. Warto pamiętać, że Kodeks Prawa Kanonicznego nie nakłada obowiązku obecności matki i ojca chrzestnego. Wiele osób mówiło mi o tym, że chrzestni zupełnie nie wywiązują się z obowiązków wziętych na siebie w czasie sakramentu chrztu. Wzięliśmy pod uwagę faktyczny stan rzeczy w trosce o godność sakramentu i o to, by zupełnie nie zagubić wartości chrześcijańskiego świadectwa. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że chrzestni stają się jedynie ozdobnikiem do liturgii i potencjalnym źródłem prezentów postanowiliśmy przerwać tę tendencję. Potrzeba starań, by chrzestnym przywrócić ich pełne duchowe znaczenie i wtedy będą mogli znowu powrócić”.

Może właśnie w ten sposób trzeba walczyć o dobre imię naszych ślubów i składanych przysięg? Może takie napomnienie obudzi w nas wszystkich pilną potrzebę znalezienia, na nowo w sobie: czystości przekonań, prawdziwości słów i deklaracji, wartościowania zobowiązań i odpowiedzialności za czyny?

Skoro nauki przed… nic nie wnoszą poza tym, że chętnie i beztrosko rozprawiamy wśród rodziny i znajomych o łapczywości kapłanów, dopuszczeniach za pieniądze czy załatwione sprawy, skoro sami nic nie wnosimy do sakramentów poza własną próżną obecnością, otoczką i splendorem portfela oraz trendem najnowszej mody, skoro zamiast przysięgi i obecności Boga bardziej liczy się fałszywa, dwulicowa, obłudna, zakłamana hipokryzja bycia letnim chrześcijaninem, skoro potrafimy podrabiać pieczątki w trakcie przygotowań do I Komunii czy bierzmowania, skoro bez skrupułów potrafimy wycierać własnym słowem, błoto ze ślubnych butów już następnego dnia, skoro tak łatwo odchodzimy, zachęcani z byle powodu do apostazji, to może warto potrząsnąć naszym ospałym umysłem i zadać pytanie: ile rzeczywiście nam się należy a na ile musimy zapracować sami?

Zło nie lubi ciszy.

Benedykt XVI w wydanej przed dwunastu laty adhortacji „Verbum Domini” pisał: „Milczenie Boga jest przedłużeniem Jego poprzednich słów”(VD 21). Co to znaczy? Jeśli wydaje Ci się, że Bóg milczy, to znaczy, że wzywa Cię do tego, byś przypomniał sobie i przemyślał słowa, które powiedział do Ciebie wcześniej. Ziarno zostało już wrzucone w ziemię, teraz musi w Tobie obumrzeć. Czekało na pęknięcie łuski i wykiełkowanie. Może to milczenie jest w Tobie hałasem, tego wyczekiwanego przez Boga rozdarcia? Może do tej pory łuska wokół tego, co najlepsze w Tobie, była zbyt twarda, by usłyszeć coś istniejącego poza nią, choćby ciszę?

Jak wygląda Twoja modlitwa przed Bogiem? Czy przeważa w niej cicha Twoja obecność, czy gadulstwo i kolejne próby zwrócenia na siebie uwagi? Bo jeśli Bóg nie zadziała jak dobra wróżka, nie będzie przysłowiowym Amazonem, czy InPostem, to się na Niego śmiertelnie obrazisz? Ile w tej pozie jest z Ciebie autentycznie? Bo jeśli większa część, to może trzeba zastanowić się, jaka jest ta wiara, którą deklarujesz? W co wierzysz? Jak traktujesz Boga? Jeśli sam sobie jesteś bogiem, to dlaczego, kiedy okazuje się, że sobie nie radzisz, nagle szukasz innego Boga? Dlaczego dopiero wtedy? Dlaczego stałość w uczuciach umiemy okazywać właściwie tylko sobie? Albo sobie hołdujemy, albo siebie gnoimy? Uwielbiamy być stali, tacy sami, niezmienni, bez chęci poprawy czegokolwiek w nas, bez chęci rozwoju intelektualnego, duchowego, moralnego. Za to innych chcemy i lubimy zmieniać nagminnie, notorycznie, bo wciąż nie odpowiadają naszym gustom i standardom!
Może trzeba przeżyć w życiu takie pęknięcie, by zorientować się, że żyję w hałasie, który rozsadza mi głowę, zagłusza myśli, otumania, zniewala duszę i ciało? Może trzeba doznać zawrotów głowy, uderzyć twarzą w beton ze zmęczenia hałasem, by poczuć, że hałas boli?


Czasem najlepszym rozwiązaniem jest cisza, która nastaje po upadku. Czy stając na krawędzi życia, podświadomie nie dążymy do niej; gdy już wszystko utraci sens i znaczenie, a my szukamy tylko spokoju… tej ciszy… w nagłej śmierci, na własne życzenie? Tylko czy taka cisza, jest Twoim pragnieniem; czy może raczej przymusem, gwałtem, na który jedynie Cię stać?
Może upajanie się własnym upadkiem, pochlebianie sobie bohaterstwem, które z odwagą przejścia przez życie nie ma nic wspólnego, jest tylko najmarniejszą wersją egoizmu, jest rozpaczą, do której nie mamy odwagi się przyznać? „Rozpacz to najwyższa forma miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. W każdym człowieku ukryte jest jakieś ziarno rozpaczy, ponieważ w każdym z nas jest pycha, która rozwija się, rozkrzewia w chwasty i bujne kwiaty żalu nad samym sobą, gdy tylko zawodzą nas nasze własne możliwości. A ponieważ te możliwości nieuchronnie nas zawodzą, wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu poddani zniechęceniu i rozpaczy. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad nami, oraz to, że nie jesteśmy w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach. Człowiek prawdziwie pokorny nie umie […] popaść w rozpacz, ponieważ w pokornym człowieku nie ma już miejsca na użalanie się nad sobą”. Pokora jest cnotą, jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej człowieka.

Może, zamiast ulegać pokusie hałasu, skusisz się dziś, by znaleźć pokorną ciszę w sobie?… w Adoracji, Medytacji, Kontemplacji czy Modlitwie Jezusowej.

Poszukasz smaku życia i miłości w Tym, który jest samym życiem i miłością doskonałą. Jest wierny Ojcu. Bo „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2Tm. 2,13) Stworzył nas z miłości, na Swój obraz i podobieństwo.
Skoro miłość Boga objawiona w Chrystusie posuwa się tak daleko, to może zdołamy choć trochę pojąć, że rzeczywiście nie ma ona granic. Bóg nie kocha mnie za to, kim jestem, lecz jestem dlatego (istnieję), że Bóg mnie kocha. Miłość Boga jest bezinteresownym darem. Nie mogę jej utracić, ponieważ nie zawdzięczam jej żadnym własnym osiągnięciom. Rzeczywiście przekracza ona wszelkie ludzkie wyobrażenie. Jest większa niż nasze serca i większa niż nasza wina. Może nam pomóc zrozumieć, że nawet mając prawdziwe poczucie winy, możemy zbliżyć się do Boga i mieć pewność Jego akceptacji. Samoakceptacja to akt wiary. Jeżeli Bóg kocha mnie, ja również muszę siebie zaakceptować. Nie mogę być bardziej wymagający niż Bóg, czy nie tak?”
W Nim więc cała nadzieja!
Nauczyć się wytrwałości w akceptacji ciszy: takiej samej, z jaką codziennie włączasz laptopa, komputer czy smartfona. Kto Ci człowieku wmówił, że na jedno masz czas, a na drugie już nie? Kogo słuchasz?
„We współczesnym świecie cisza jest rzadkim luksusem i nie każdy może ją znieść, ale ma nieocenioną wartość, której nie można nabyć za żadne pieniądze, żadną potęgą czy inteligencją. Łaska bycia w ciszy i prostocie z Bogiem jest skarbem nieocenionym, który zapewnia wszystko inne, przynajmniej niektórym duszom”.

Cytaty zaczerpnięto z:
Thomas Merton w liście do siostry Elaine M. Bane OSF

Thomas Merton – „Piękno pustyni”

Peter G. van Breemen SJ – „Jak chleb który łamiemy”

Ocean słów.

Za kilkadziesiąt godzin zakończy się kolejny rok. Przyszedł więc tradycyjnie czas na podsumowania. Dziś będzie trochę inaczej, w innym kontekście.

Chcę zwrócić Twoją uwagę na słowa. Żyjemy w oceanie słów, często dokładając do niego wiele potoków z własnego głosu. Służą nam głównie do komunikacji, porozumiewania się… powinny temu służyć. Ale czy tylko takie słowa wyrzucamy z siebie? Ile z tych słów rzeczywiście jest wartościowymi, a ile ma na celu zwieść, oszukać, okłamać, wyśmiać, poróżnić, zawstydzić, upokorzyć, deprecjonować, wzbudzić poczucie winy, agresję, gniew… Mówimy bardzo dużo, za dużo, nagminnie korzystając z mylnie pojmowanej „wolności słowa”. Mówimy, nawet nie zauważywszy, że powoli uszczupla się grono słuchających, aż nagle okazuje się, że zostajemy sami ze swoimi słowami. Mówimy do siebie wzajemnie, przekrzykując swoje racje albo niby dwa oddzielone od siebie światy, oddzielone dźwiękochłonną szybą pancerną. Nie słuchamy się i/lub nie słyszymy. Dlaczego więc mówimy? W jakim celu? Bo kiedyś, ktoś nas nie wysłuchał, przerwał nam w pół słowa, wyśmiał, zignorował to, co miało dla nas w tamtym momencie wielką wartość, może zdecydowało o czymś? Bo nadal czujemy się urażeni, bo nosimy w sobie latami tę rysę/ranę, która każe nam podobnie potraktować innych?

Pamiętaj, że wszystko można zacząć od nowa. Jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów.

Lucy Maud Montgomery

Leczenie zadanych ran, wyrywanie kolejnych wdrukowanych w nas nawyków, to długi i żmudny proces, czasem powtarzany wielokrotnie, czasem przez całe życie. Może trzeba użyć innych słów, mających pierwiastek życia w sobie. Może dzięki nim uda się nam kiedyś usłyszeć, porozmawiać, być usłyszanym. Zacząć wracać do słów, które onieśmielają, zdumiewają, pokazują inny sens. Kilka dni temu „Słowo zamieszkało między nami”. Jeszcze nie ucichły pastorałki śpiewane przy tej okazji. Jeszcze jest czas, dopóki żyjemy by dołączyć do tego Słowa ze swoim głosem. To nic, że może przepity kolejną Wigilią, której nie pamiętam, zdarty wrzaskiem, chory przekleństwami, zeszpecony bluźnierstwami, rozjuszony szukaniem winnych tam, gdzie ich nie ma, zniszczony dymem papierosa, ściszony wiecznym lękiem przed razami, nieśmiały z braku słów, dawno zapomniany w ciszy rozpaczy.

To od Ciebie zależy czy kolejne słowo będzie słowem życia, czy słowem zmierzającym ku milczeniu śmierci? Słowo Boga jest wieczne jak On sam: nie przemija, nie starzeje się, nie dewaluuje, nie zmienia wartości dobra, dając życie, przysposabiając w nową jakość życia. Spotkanie z tym Słowem jest zawsze spotkaniem z Nim; który mówi tylko prawdę, nie poniża, nie oskarża, nie krzyczy, nie przeklina, nie bluźni, nie uraża, nie odrzuca. Może w ramach noworocznych postanowień warto zatrzymać się przy Słowie, nad Słowem, ze Słowem, choćby kilka minut dziennie… czerpiąc z Jego mądrości. Zaczerpnąć pełną garścią i nauczyć się brać, nie lękając o kres, o to, że zabraknie. Zostawić Jemu nasze doświadczenia życia, by je leczył, prostował i wygładzał, swoim słowem. Prosić o czystość słowa w nas, byśmy się wzajemnie słowem nie pozabijali. Poszukać czystości słowa w sobie, prosić o nią Słowo wcielone, wsłuchać się całym sobą w Jego głos. Czego i Tobie drogi czytelniku życzę w Nowym Roku 2022.

Jeśli plotkujesz na temat innego człowieka, tym samym usuwasz tę osobę ze swojego serca. Uświadom sobie, że razem z nią z twojego serca usuwany jest również Jezus.

św. o. Pio

PS
Warto poszukać pomocnika na następny rok wśród tych, których słowa i czyny za życia, wyniosły już do świętości…

Koloryt świąt

Jeszcze jedna świeca adwentowa i koniec. Z wolna zbliżamy się do Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiamy się, jakie będą? Czy zdążymy ze wszystkimi przygotowaniami, czy nic ich nie pokrzyżuje? Obyśmy w zdrowiu dotarli do Nowego Roku…


Chcę dziś przystanąć na chwilę przy tej świecy, różowej. Dlaczego właśnie tej, bo jest dla mnie wyrazem prawdziwej radości oczekiwania. Nie myli się z fioletem pozostałych świec i fioletem ornatów używanych podczas ceremonii pogrzebowych. Czarnych niestety już się nie używa. A szkoda.

Dla mnie ten czas jest zupełnie inny. W zeszłym roku mogłam cieszyć się codziennymi Roratami, mrokiem pięknego barokowego kościoła, nikłym płomieniem świec w lampionach. Roraty były wyznacznikiem oczekiwania na każdy dzień Adwentu. W tym, nie dane jest mi w nich uczestniczyć. Niestety — praca! Czekam na Boże Narodzenie inaczej, ale też z radością. To nie musi być właśnie tak wzorcowo. Bo inaczej, to już nie jest czekanie? Każda tęsknota ma coś w sobie z oczekiwania. To od nas zależy, od naszego nastawienia, jak będziemy oczekiwać. Czy będzie to oczekiwanie niecierpliwe, pełne troski o stół i prezenty, o wystrój? Nie ma w tym nic złego, ono też ma swoją wartość. Jednak czy powinno być na pierwszym miejscu? Może bardziej zrozumiałe było jeszcze kilka dekad temu, gdy w sklepach półki świeciły pustkami. Gdy każdą rzecz, każdy drobiazg trzeba było wystać, wyszarpać własnymi rękoma. Teraz, wszystkiego jest pod dostatkiem. Dlaczego więc nadal żyjemy jak zafiksowani, w pędzie, hałasie, nerwach? Daliśmy się wytresować mediom i reklamie! Czy kupno najmodniejszej kreacji i najnowszego sprzętu, to szczyt naszych marzeń? A może spłycenie ich do pożądania i zaspokojenia tej konkretnej zachcianki… Zgubiliśmy w tej tresurze poczucie smaku i sytości! Pragniemy, a może tylko zazdrościmy, pożądamy, osiągamy i na tym się kończy? Kiedyś, człowiek potrafił docenić to co ma, przez trudność z jaką na to zapracował i zdobył. Skupiał się przede wszystkim na potrzebnych rzeczach w codzienności.
Dziś, często wiedziony kolejną reklamą wymuszającą na nim kupno, bezmyślnie poddaje się manipulacji, która ma na imię „moda”. Przykład: w tamtym roku ozdoby choinkowe musiały być w kolorze złota a w tym koniecznie musi być na niebiesko. A czy przy zeszłorocznej choince Święta się nie odbędą? Karp będzie smakował inaczej? Prezenty będą do kitu, tylko dlatego, że oświeci je blask złotych światełek, a nie niebieskich? Może warto przystanąć, odetchnąć głęboko i zastanowić się, jak bardzo daliśmy się wmanipulować, by zaspokajać czyjeś wymyślone naprędce pomysły czy nabijać kieszeń pośrednikom. Bo przecież większość produkcji jest wytwarzana zupełnie w innej części świata i przez ludzi, którzy nie wiedzą, co to Święta Bożego Narodzenia. Może warto przystanąć, otrząsnąć się i poszukać właściwej perspektywy Świąt! czego i Wam życzę 😉