Archiwum

Archive for the ‘rozważania’ Category

Trzy góry

(Galacjan 2:20)

W zeszłym tygodniu w Kościele obchodziliśmy święto Przemienienia Pańskiego. Zaprowadziło nas ono za Chrystusem, z Piotrem, Jakubem i Janem, na Górę Tabor. Po co to wszystko? By ich wzmocnić, pokrzepić, rozpalić tajemnicą Bóstwa przed Swoją śmiercią. Wzmocnić ich a z nimi, nas. W Ewangelii ta Góra prowadzi za chwilę na inną górę, na górę męki, cierpienia, opuszczenia i śmierci, na Golgotę.

W życiu potrzebujemy przeżyć wzniosłych i budujących entuzjazm, bo nasza droga życia zawsze, wcześniej czy później, również prowadzi przez naszą golgotę. Miłość zawsze staje w perspektywie krzyża, bo Miłość to rozdawanie, tracenie siebie, przeciwstawienie się własnemu „ego”. Kto nie traci, ten nie miłuje! To paradoks Ewangelii. Jeśli tak popatrzymy na krzyż, to jawi się on jako krzyż chwalebny, pełen ofiary z siebie. Tak właśnie powinien być odczytywany. Przecież stał się narzędziem Zmartwychwstania i odkupienia.

Czy jesteśmy zdolni do ofiary z siebie, do rozdawania siebie innym? Czy potrafię zaprzeć się siebie, by naśladować Jezusa? Uklęknąć u stóp krzyża i odrzucając własne „ego” wyznać przed nim, że jest moim Panem? Co mi przeszkadza? Jakich strat obawiam się najmocniej? Co mnie przywiązuje i uniemożliwia przejście z mojej góry własnego bóstwa na Górę śmierci Chrystusa? Czego nie potrafię oddać, w czym obumrzeć, by móc żyć dla Niego? Co jest moim wzniesieniem egocentryzmu i nie pozwala mi zejść do poziomu Miłości, by najpierw stracić, by potem zyskać?

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Ja … Apostoł!


Pan Jezus powołał na początku swojej działalności dwunastu apostołów, wybierając spośród ubogich i niedoskonałych.
Określenie apostoł pochodzi z języka greckiego i oznacza wysłannik. Nazwa ta pojawiła się w Nowym Testamencie, w odniesieniu do najbliższych uczniów Jezusa Chrystusa. Większość z nich pochodziła z Galilei. Wszyscy byli przedstawicielami niższego stanu i przeważnie trudnili się rybołówstwem. Część z powołanej dwunastki wcześniej za nauczyciela miała Jana Chrzciciela.

Nie bez przyczyny Jezus wybrał akurat dwunastu uczniów. Liczba ta odnosiła się do dwunastu pokoleń Izraela i miała stanowić symbol odnowy narodu izraelskiego.
Jezus zgromadził ich wokół siebie, aby w czasie trzech lat swojej publicznej działalności, gdy będą z Nim podróżować i przebywać, przekazać im swoją naukę. Ci wybrani apostołowie otrzymali zadanie kontynuowania dzieła Jezusa po Jego śmierci i głoszenia Jego nauki kolejnym pokoleniom. Wyposażył ich w moc Ducha, dlatego mogli jak On czynić cuda: wypędzać złe duchy, leczyć choroby. Nauczył ich wypełniania przykazania miłości nadając ich wierze nie tylko wymiar prawa. Dzięki temu Jezus miał pewność, że pozostawia po sobie spuściznę, która nie zniknie wraz z jego odejściem z Ziemi, a z której ludzkość będzie mogła czerpać przez wszystkie wieki.

Pan Jezus posyłał uczniów, aby Go zwiastowali, by byli światłem tzn. by ludzie patrząc na nich, na ich czyny, słuchając ich słów mówionych z mocą i świadectwem, mogli dostrzec obecność i działanie Boga, by zrozumieli co jest ważne w Bożych oczach, że prawo i przepisy starego przymierza zostały wyparte przez nowy wymiar, przez przykazanie miłości, by mogli uczyć się Bożej logiki miłości, mogli naśladować samego Jezusa swoim życiem.

Warto zastanowić się dziś czy i jak, ja naśladuję Jezusa? Większość powie nie jestem doskonały, On był! Każdy z nas nie jest doskonały, bo gdyby był, byłby Bogiem. To nie jest dobra wymówka na nasze lenistwo duchowe. Każdy z nas ma wokół siebie bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów i może stać się bez przeszkód apostołem. Nawet jeśli nie czuje się na siłach, by mówić. Spełniamy wszystkie warunki, by nimi być. Nie wszyscy otrzymujemy powołanie, by stać się osobą konsekrowaną. Wielu dopiero po latach małżeństwa, wdowiejąc odnajduje się w tym powołaniu jako samotni: wdowcy i wdowy konsekrowane. Wielu decyduje na podjęcie tej drogi od początku, jako bracia, siostry, dziewice czy ojcowie, czyli bracia zakonni, którzy przyjęli również sakrament kapłaństwa. Są też tacy, którzy zgromadzeni w instytutach życia konsekrowanego, na co dzień pracują, angażując się w różne dzieła, prowadząc z pozoru normalne życie świeckie, niczym szczególnym sie nie wyróżniając.

Na ile z tych osób patrzymy widząc tylko i wyśmiewając ich pobożność, z ilu drwi się, bo drażni ich przywiązanie do modlitwy, do częstej spowiedzi, do życia w ciszy Kościoła, w samotności pozbawionej hałasu tego świata? Ilu niesłusznie osądzamy mierząc tą samą miarą za przykładem jednego „czarnego barana” wśród reszty, który nie bardzo wie, co tam robi, który pomylił wybór i powołanie z własną ambicją?

Może czasem nie mamy jednak odwagi, by zapytać, by spróbować naśladować ten pokój w sercu i życiu? Może we wnętrzu chcielibyśmy przystanąć jak oni, ale nie mamy czasu, bo nauczyliśmy się żyć w biegu, pędzie, w zgiełku, często czyniąc go zamierzenie wokół siebie, by poczuć się zauważonym, dowartościowanym.
Może zatem warto przystanąć, spojrzeć z innej perspektywy i spróbować choć raz na jakiś czas pobyć sam na sam z Bogiem. Wybrać jakąś formę rekolekcji w ciszy np. w ramach urlopu, by zapytać Go: Czego Ty Boże ode mnie chcesz? Gdzie jest moje miejsce? Jak ma wyglądać moje życie? Do czego mnie powołujesz? Może wtedy przestaniemy wybierać to, co dyktują nam inni, może zaczniemy żyć swoim życiem, z pominięciem logiki światowego powodzenia, która polega na urojeniu, na pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Może wreszcie nasze istnienie przestanie być dziwną ironią życia, zawsze tylko w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość! Może wtedy znajdziemy taki priorytet w życiu, że nie potrzebne nam będą inne, by zaistnieć, bo nasza pycha, chciwość i żądze nie będą tak natrętne. Może wreszcie wtedy nauczymy się widzieć nie tylko siebie, ale i innych również w przyjaźni, nie mierząc do przeciwnika tylko na zasadzie konkurencji, którą należy pozabijać i wytępić. Może wreszcie wielu znajdzie wyjście z sytuacji po ludzku bez wyjścia i zechce żyć pełnią życia, zamiast skracać je brutalnie przy pierwszej lepszej okazji. Może wreszcie ktoś zauważy, że poza szarością życia, czernią śmierci i nicością jest jeszcze jednak coś, co jest blaskiem, kolorem, który wnosi w życie nadzieję, radość, uśmiech, miłość i ma barwy różne od szarości. Może staniemy się dla drugiego człowieka takim światłem, świecą, która rozjaśni mu drogę. Może będziemy jedynym telegramem Pana Boga, latarnią morską, gwiazdą jak reflektor, jakie Bóg wyśle do kogoś, kto żyje tak, jakby On nie istniał… Zwiastujmy Chrystusa!

Wrócę jeszcze na chwilę do Światowego Dnia Życia Konsekrowanego. Często słyszę wypowiedzi ludzi, którzy zupełnie nie znając smaku takiego życia, nie wiedząc nic o powołaniu zakonnym czy kapłańskim, z góry negują, żałują patrząc z politowaniem, czy wręcz obrażają osoby konsekrowane mierząc ich decyzję życiową, swoją własną miarą sukcesów czy porażek.


…śluby zakonne składa się nie z powodu deficytów, ale nadmiaru. Czystość to pojemność serca, w którym mieści się Bóg i wielu ludzi. Ubóstwo to świadomość bogactwa większego niż pieniądze. Posłuszeństwo to wolność, która oddaje własną wolę, aby być dyspozycyjnym w służbie Kościoła.

Tak podsumował dar powołania konsekrowanych w dniu 2.02.2022 r. ks. Kanonik dr Janusz Chyła. Pozwolę sobie dodać do tej wypowiedzi, że Kościół to my, każdy z nas ochrzczonych, bo zostaliśmy wszczepieni w jego pień – w Chrystusa i jesteśmy jego latoroślami. To od nas zależy czy i ile czerpiemy od Chrystusa; czy chcemy zazielenić się i żyć, czy usychać, pościć duchowo i zwiędnąć nie przynosząc owoców w życiu.

We wnętrzu miłosierdzia…

Po wakacyjnym cyklu o św. Ignacym z Loyoli i tym wcześniejszym, dotyczącym modlitwy serca postanowiłam wrócić jeszcze na chwilę do kilku istotnych spraw dotyczących poruszanych tematów.

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem!
Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Te słowa wypowiedziane kiedyś w mojej obecności przez pewnego kapłana, stały się kroplą drążącą skałę.

Przez ostatnie lata składałam swoje życie duchowe w ponowną całość. Jakże wielu rzeczy nie wiedziałam i jak wiele przeoczyłam wcześniej. W poszukiwaniu samej siebie pomogły Rekolekcje ignacjanskie, praca nad sobą, nad przywracaniem własnej godności, szacunku do samej siebie, odnajdywanie fragmentów drogi życia, które kiedyś źle rozpoznałam i pomyliłam przyjaciół z nieprzyjaciółmi, a nie miałam dość odwagi i siły, by naprawić sama swój błąd. Teraz z pomocą stałego towarzyszącego spowiednika, krok po kroku, uczę się właściwej oceny rzeczy i przyjaźni. Bo to, że czujemy się skrzywdzeni przez kogoś w życiu, to tylko zewnętrzny obraz nas samych widziany w lustrze codziennie, ilekroć patrzymy na siebie, widzimy smutną twarz jak maskę, oczy zagubione gdzieś w oddali, ukryte przed wzrokiem tłumu, zaciśnięte milczące usta, bruzdy na czole tak napięte i wyżłobione, aż bolą od stresu, usta gotowe do skoku, do ataku i kąsania, tak na wszelki wypadek, zawczasu. Bo cierpiąc nieświadomie, często czujemy się źle oceniani, słyszymy przykre słowa, zauważamy wywołujące strach gesty czy kojarzymy natychmiast paraliżujące nas sytuacje, wchodzimy w schemat odruchów, jak psy Pawłowa.

Największe spustoszenie jednak dzieje się zawsze w środku nas, w sercu, w duszy, w umyśle. Te zmiany pozostają w nas latami, czasem na całe życie, zakorzenione, wrośnięte w pamięć, wryte w serce i dające natychmiastowe schematyczne reakcje. Motywują nas one do charakterystycznego działania, ilekroć spotkamy się w życiu z analogiczną sytuacją. Same Rekolekcje nie wystarczą by tę niszczącą, obronną postawę przerwać. Rekolekcje trwają tylko 5-8 dni. Mogą być jedynie dla nas sygnałem do pracy nad sobą cierpiącym. Tu potrzebny jest ktoś, kto przez cały czas będzie czuwać, będzie blisko, kto w trudnym momencie pomoże, nauczy nas stopniowo wychodzenia ze schematu, wskaże właściwą drogę, pomoże rozróżnić nasze pomyłki od prawdy, pozna i scharakteryzuje nasze przyzwyczajenia, doda otuchy, podtrzyma, będzie wyrazistym lustrem z kryształu, w którym będziemy mogli się przejrzeć, ilekroć najdą nas wątpliwości. A będą nachodzić nas nieustannie. Ktoś, kto stanie się zaufanym przyjacielem, wskaże drogę do Bożej miłości i Miłosierdzia, zaopatrzy krwawiące rany, zasugeruje odpowiednie leki na nasze dolegliwości. Potrzeba stałego spowiednika i kierownika duchowego. Kapłana rozsądnego, pełnego Ducha, odważnego, rozważnego, mądrego, wybranego z polecenia, wśród osób godnych i zaufanych, po głębokim zastanowieniu i po solidnej modlitwie.

Jeśli ktoś doświadczył już stałego spowiednictwa i kierownictwa, tym bardziej szanuje i docenia ten dar od Boga. Jeżeli nigdy nie korzystał do tej pory z pomocy stałego spowiednika, nie będzie umiał należycie ocenić tej formy pomocy. Można taką osobę kapłana przyrównać trochę do specjalisty lekarza, u którego leczymy konkretną ciężką chorobę od lat, mamy zaufanie, dostrzegamy poprawę, rozumiemy, znamy, nie mamy przed nim tajemnic. Tu jest podobnie. Wtedy taka współpraca z łaską owocuje. To nie ma być ktoś, kto będzie chciał z nas uczynić swój obraz, odcisnąć w nas swój styl, ideologię – siłą. Chodzi raczej o towarzyszenie i delikatne, ale i stanowcze upominanie, prowadzenie czy pokazywanie nam tego, czego nie widzimy, nie dostrzegamy, nie realizujemy. Przede wszystkim towarzyszy nam w sakramencie spowiedzi. Ponieważ wszystkie najważniejsze zmiany w życiu, rozpoczynają się od spowiedzi. Od odkrycia kilku istotnych rzeczy, o których niby wiemy, a tak naprawdę okazuje się, że nie mamy zielonego pojęcia. Chcę się z Wami podzielić kilkoma uwagami, które dla mnie okazały się bardzo istotne i odkrywcze, a dotyczyły m.in. szczególnej formy sakramentu pojednania – spowiedzi generalnej.

Może dla kogoś też okażą się pomocne…

Rozeznawanie duchów

Pojęcie „rozeznawania duchów” brzmi co najmniej dziwnie i na pierwszy rzut oka kojarzy się z egzorcyzmami, okultyzmem lub innymi wywołującymi strach praktykami. Rzadko komu przywodzi na myśl św. Pawła, Orygenesa czy Ojców Pustyni, chociaż to oni jako pierwsi umieszczali w listach i innych pismach rzetelne informacje na ten temat. Jeszcze rzadziej kojarzy się z psychologią czy filozofią, mimo że to m.in. w nich należy szukać rozwinięcia tematu. Tytułowe rozeznawanie duchów ma bowiem długą i pasjonującą historię. Co więcej, walka duchów – czy chcemy tego, czy nie – wciąż trwa, a jej polem staje się każde kolejne ludzkie życie. I tylko czasem, bardzo wyraziście można zauważyć skutki tej walki, bo z reguły jesteśmy mistrzami kamuflażu. Ostatnie słowo w tej kwestii jeszcze nie padło. Świat wciąż oczekuje na paruzję. By dowiedzieć się więcej, wróćmy do postaci św. Ignacego Loyoli i zagłębijmy się w jego regułach rozeznawania duchów, które po dziś dzień stanowią podstawę wielu wytrawnych ćwiczeń duchownych.

Dla Ignacego wszystko zaczęło się podczas monotonnej kuracji w sierpniu 1521 r. w rodzinnej posiadłości – Loyoli. W czasie rekonwalescencji roztrzaskanej armatnią kulą nogi, nudził się strasznie i z braku innych zajęć często przyglądał się własnym myślom i uczuciom. Pozornie nic wielkiego nie odkrył, bo stwierdził tylko, że „jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym” Głębokie intuicje miewają jednak skromne początki. Nowość kryła się nie w treści, ale w metodzie. Co takiego odkrył Ignacy Loyola? Jak sam mówi w Autobiografii, odkrył działanie duchów w swoim wnętrzu, tj. wewnętrzne poruszenia i ich decydujący wpływ na życie. Oczywiście sam Ignacy znacznie później zrozumiał głęboki sens tych pierwszych duchowych doświadczeń. To niepozorne odkrycie okazało się pierwszym krokiem na drodze, która doprowadziła do radykalnego przewrotu w jego życiu: do nawrócenia.

Chcąc z pożytkiem wejść w lekturę tekstów Ćwiczeń duchownych Ignacego, konieczne jest powielenie jego drogi, to znaczy, że trzeba odkryć realność duchowych poruszeń we własnym wnętrzu. W przeciwnym razie lektura rozczaruje i zmęczy. Tekst Ćwiczeń duchownych trzeba czytać ze świadomością. Wielkie odkrycia nie zawsze znajdują łatwe zastosowanie. Podobnie było w życiu Ignacego i zapewne będzie w naszym! Pierwsze próby rozeznawania duchów nie uczyniły z niego duchowego mistrza czy specjalisty od trudnych wyborów. Jedną z pierwszych decyzji, która dotyczyła obrony czci Najświętszej Maryi Panny, „podjęła” za niego…samica muła, której dosiadał 😉 Rozbrajająca szczerość, z jaką o tym później opowiadał, z pewnością doda otuchy tym, którzy z tematem rozeznawania zmagają się od dawna, tracąc czasem cierpliwość do samych siebie. Jednak ma za zadanie też przestrzec, wszystkich „w gorącej wodzie kąpanych”. Mistrzem rozeznawania duchów staje się stopniowo, z ogromnym poszanowaniem praw duchowego wzrostu i pod kierunkiem doświadczonych kierowników, jeśli nie samego Boga. To jest stopniowy proces. Studiując więc reguły, trzeba uwzględniać wewnętrzną logikę Ćwiczeń duchownych.

W uproszczeniu można powiedzieć, że pierwsza seria reguł dotyczy walki duchowej, która toczy się w obszarze dobra i zła, zaś druga seria – już samego dobra. Logika Ignacego jest więc odzwierciedleniem klasycznej drogi duchowej doskonałości i prowadzi od oczyszczenia przez oświecenie, ku zjednoczeniu z Bogiem. Reguły rozeznawania duchów Pierwszego Tygodnia mają za cel doprowadzenie człowieka do życia w łasce uświęcającej, czyli w wolności od grzechu. Utrzymaniu człowieka w tym stanie służą teksty Ignacego o różnych duchach, o pocieszeniu i strapieniu duchowym oraz o różnych sposobach postępowania w tych stanach. Ignacy cierpliwie wyjaśnia sprawy proste, powoli przechodząc do coraz trudniejszych i złożonych. Co więcej, on uczy tego, czego doświadczył sam. Dlatego obowiązkową lekturą uzupełniającą do reguł rozeznawania powinna być Autobiografia Ignacego. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mistrzów duchowości, on nie ukrywa własnych błędów i nie chroni się za jakąś wypracowaną metodą. Jest szczery do bólu. Jedną z takich poruszających ilustracji do reguł może być moment duchowego udręczenia skrupułami w Manresie. Był tak zdesperowany, że gotów był pobiec „za szczenięciem, żeby od niego otrzymać pomoc”, gdyby tylko Bóg zalecił mu takie lekarstwo, na jego skrupuły. To strapienie było tak dojmujące, że często nachodziła go gwałtowna pokusa, by odebrać sobie życie i w taki sposób przerwać wewnętrzne męki. Po takim przykładzie inaczej czyta się reguły o cierpliwości w znoszeniu strapienia i pokornym oczekiwaniu na pocieszenie.

W ignacjańskich opisach nie brak barwnych i dobitnych określeń na zachowanie „nieprzyjaciela” człowieka, czyli ducha złego. Ignacy porównuje je kolejno do taktyki kobiecej mściwości, do zachowań uwodziciela lub wodza wojsk oblężniczych. Niewątpliwie jest to echo wcześniejszych doświadczeń Ignacego, dworzanina i żołnierza, które przemyślane z psychologiczną wnikliwością, tym razem służą jako wyjaśnienie wewnętrznych poruszeń. Praktyczna lekcja, którą dają te reguły, dotyczy roli samoświadomości i wiedzy na własny temat oraz podejścia do własnych słabości.

Druga seria reguł rozeznawania duchów dotyczy walki duchowej w obszarze samego dobra. Człowiek Pierwszego Tygodnia Ćwiczeń – czyli oczyszczony z przywiązania do grzechu – powołany jest do głębszego poznania Boga i zjednoczenia z Nim przez naśladowanie Jezusa Chrystusa. Wyższy poziom oznacza jednak wyższy stopień trudności, dlatego reguły stają się subtelniejsze, a działanie duchów bogatsze i bardziej zróżnicowane. Po frontalnych bitwach Pierwszego Tygodnia, gdzie zło i dobro były jasno i wyraźnie określone, teraz mamy do czynienia z wojną podjazdową, w której nie zawsze wiadomo, kto swój, a kto wróg. Zły duch wyrzucony za drzwi wraca z siedmioma gorszymi od siebie, gdzie w logice zła gorszy znaczy bardziej podstępny, chytry, przewrotny, cyniczny itp. Myśl Ignacego wraca do tych samych tematów, np. działania dobrego i złego ducha, do pocieszenia i strapienia, ale odsłaniając nowe i ukryte do tej pory znaczenia.

Cel działania różnych duchów radykalnie się różni, ale ich metody działania chwilami niebezpiecznie się nakładają. Śladami dobrego ducha są wciąż te poruszenia wewnętrzne, które pociągają człowieka do większej miłości Boga i życia Ewangelią. Pojawia się nowy rodzaj pocieszenia: „pocieszenie bez przyczyny uprzedniej” Zaś znakiem obecności ducha złego są te poruszenia, które hamują człowieka na drodze wzrostu lub przynajmniej mu przeszkadzają. Jest to możliwe między innymi dlatego, że zły duch zna i stosuje techniki kamuflażu i „przemienia się w anioła światłości”, który „idzie razem z duszą pobożną (stopniowo i delikatnie zmieniając tor drogi), a potem stawia na swoim”. Na tym etapie drogi można łatwo ulec zaślepieniu i poddać się bezwiednie działaniu złego ducha, które choć nie prowadzi wprost do zła lub grzechu, to owocuje pozorem dobra lub jego zaniedbaniem. Barwnym przykładem z Autobiografii może być wizja tajemniczego węża z wielką ilością błyszczących punktów, która dawała Ignacemu wiele pociechy i estetycznych doznań, ale nic ponadto. Dopiero po swojej najważniejszej mistycznej wizji nad rzeką Cardoner, Ignacy rozpoznał, że było to pocieszenie szatańskie i choć wizja ta nawiedzała go jeszcze później wiele razy i przez długi czas, to „na znak pogardy odpędzał ją kosturem”.

U Ignacego nie brak też rozeznawania w sprawach prozaicznych, dotyczących jedzenia i picia, snu i wypoczynku, nauki i pracy itp. To dzięki takiej pokornej praktyce, zapewne związanej z codziennym rachunkiem sumienia, nauczył się rozpoznawać nie tylko podstępy złego ducha, ale i złe skłonności własnej natury. Potomek Loyolów był bowiem w gorącej wodzie kąpany i co pomyślał, od razu wcielał w życie. Tej gwałtowności swojej natury zawdzięczał początkowe przesadne praktyki ascetyczne. Zgubnych skutków zdrowotnych stosowanych głodówek i wyczerpania fizycznego doświadczał już do końca życia. Dlatego, kiedy później zaleca uważne badanie przebiegu myśli, ich początku, środka i zakończenia, to wie, o czym mówi. Może nawet przy spisywaniu tych reguł, zniszczony przesądnymi postami żołądek podpowiadał mu, że duchowe treści należy trawić dłużej i dogłębniej badać, by nieopatrznie nie zatruć własnej duszy. Wszelki pośpiech jest synonimem niepokoju i zamieszania, czyli oznak działania złego ducha.

W jednym ze współczesnych komentarzy do reguł rozeznawania duchów – a dokładniej do następstw pocieszenia bez przyczyny uprzedniej – można przeczytać, że „należałoby się upewnić, czy zmiany, jakie zaszły i utrzymują się u człowieka, nie są raczej wynikiem gratyfikacji jego społecznej roli lub obrazu samego siebie, aniżeli bezpośrednim skutkiem działania łaski Bożej” Autor tego komentarza Luigi M. Rulla oraz jego współpracownicy i uczniowie od kilkudziesięciu już lat potwierdzają niepokojącą statystykę, że aż 60-80% osób zaangażowanych w realizację powołania zakonnego lub kapłańskiego stymulowanych jest przez własne nieuświadomione potrzeby, a nie przez wartości powołania. Sztuka rozeznawania duchowego Drugiego Tygodnia ma więc wciąż wielkie zadanie i warto, by posłużyła się przy tym nowoczesnymi technikami, pozwalającymi lepiej dotrzeć do osoby, którą świetnie funkcjonujące mechanizmy obronne, utrzymują w stanie błogiej niewiedzy.

Na koniec warto dotknąć jednego z najważniejszych problemów związanych z rozeznawaniem duchowym, tj. kwestii pewności i nieomylności nabytej wiedzy. Z praktycznego punktu widzenia problem jest oczywisty: chcemy mieć pożytek z przyglądania się sobie, by podejmować trafne i nieomylne decyzje w życiu. Jeśli więc słyszymy o regułach rozeznawania duchowego, to oczekujemy, że te zasady będą całkowicie sprawdzone i pewne. Tę palącą potrzebę i towarzyszący jej niepokój można wyczytać nawet w poważnych, naukowych opracowaniach tego tematu. Paradoksalnie, poszukując pewności w rozeznawaniu duchowym, możemy rozminąć się z prawdą.
Spróbujmy spojrzeć na nierozwiązywalny dylemat z perspektywy św. Ignacego, który w praktyce pokazał, jak przy użyciu rozeznawania duchów dochodzić do prawdy, ale niekoniecznie drogą weryfikowanej naukowo pewności. Dobitnie widać to w sposobie, w jaki pisze on Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, dokument o ogromnym znaczeniu nie tylko dla jezuitów, ale wielu innych zgromadzeń zakonnych. Otóż każdy ich punkt był owocem racjonalnego namysłu i duchowego rozeznawania wszystkich racji za i przeciw. Następnie taki punkt Ignacy przedkładał na modlitwie samemu Bogu i od Niego oczekiwał znaku potwierdzenia. Znakiem było ustalone uprzednio pocieszenie. Takim sposobem, w sercu jednego człowieka zapadły decyzje o formie życia i pracy wielu tysięcy ludzi. Trudno o lepsze potwierdzenie praktycznego personalizmu Ignacego. Co więcej, Ignacy również ufał rozeznawaniu współbraci. Bo choć Konstytucje pełne są ściśle określonych norm postępowania, to jednocześnie otwarte pozostają na możliwe modyfikacje i doprecyzowania ze strony konkretnego człowieka: prawowitego przełożonego. Ignacy głęboko wierzył, że człowiek wolny od nieuporządkowanych przywiązań i szczerze miłujący Boga – a takim powinien być przełożony – jest najlepszym źródłem rozeznawania woli Bożej.

Czerpiąc m.in. z artykułu.

Pustynia serca #7

Pustynię upiększa to, że gdzieś w sobie kryje studnię.

Antoine de Saint-Exupéry — Mały Książe

Modlitwa Jezusowa jest łatwiejsza niż różaniec.” Jej prostota polega na tym, że pojedyncza modlitwa wyrażona jest w postaci zdania: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną.” Wielu rzeczywiście uważa tę modlitwę za łatwiejszą, bo skierowaną bezpośrednio do Chrystusa. Istnieje elastyczność polegająca na możliwości rozwinięcia tego podstawowego wezwania. Może mieć zastosowanie również w konkretnych medytacjach nad życiem Jezusa.

Są różne stopnie modlitwy Jezusowej. Można je pogłębiać odkrywając w Imieniu nowe tajemnice. Powinna rozpoczynać się jako forma podobna do adoracji i poczucia obecności, która następnie stanie się po prostu obecnością Zbawiciela (to w istocie oznacza Imię Jezusa). Przyzywanie Imienia jest tajemnicą zbawienia i przynosi wyzwolenie. Wymawiając Imię jednocześnie otrzymujemy to, czego potrzebujemy. Otrzymujemy to wszystko w Jezusie i przez Niego; On jest nie tylko Darem, ale i Tym, który obdarowuje. Jego Imię udziela pokoju kuszonym. Czy zamiast toczyć dyskusje z pokusą, przyglądać się szalejącej wokół „burzy”, odwracając wzrok od Jezusa (na tym polegał błąd Piotra, choć swoje pierwsze kroki krocząc po jeziorze postawił dobrze), nie lepiej utkwić wzrok w Jezusie i iść do Niego po rozszalałych falach, chroniąc się w Jego Imieniu?

Charakterystyczną zaletą tej modlitwy jest to, że łatwo staje się tłem naszej rozmowy z Bogiem, osiągając poziom serca. Jest narzędziem, które pomaga nam modlić się, stając się kotwicą w świecie pełnym hałasu, nieporządku, która utrzyma nas przy modlitwie i w zadaniu wytrwania w niej. Trudnością będzie pewnie dłuższe wytrwanie w ciszy modlitwy, w kompletnym bezruchu. Bo nasze myśli będą z pewnością ulegać rozproszeniu, odlatywać, powracać do spraw z przeszłości, zajmować się przyszłymi planami i powracać do obecnych trosk. Będzie w nas pojawiał się niepokój, rozproszenie. Nasze ciało może omdlewać i usilnie szukać odpoczynku, oparcia. Gdy tylko spróbujemy milczeć, odkryjemy istnienie wszelkich innych hałasów w sobie, które drażnią. Jedyne co można w takiej chwili zrobić, to ściągać swoje myśli do „tu i teraz”, cierpliwie i łagodnie wracać ciagle do siebie i sprowadzać nasze myśli do tej modlitwy. Na początku może to stanowić trudność, ale z czasem ćwiczenie kierowania uważności na Chrystusa nabierze realnego kształtu. Nie chodzi tu o ćwiczenie intensywnego skupienia, bo problem polega na tym, że nie ma w niej nic, na czym można by się skupić. A ten stan rzeczy powoduje, że wszystko inne dochodzi do głosu, przekrzykując modlitewne trwanie i bezruch. Raczej chodzi o świadomość obecności Jezusa, o zauważenie Jego obecności poprzez zwolnienie tempa i wyciszenie, skupienie myśli na tym spotkaniu, na dostrzeganiu elementów Jego obecności, na zdaniu sobie sprawy, że jestem tu i teraz przed Zbawicielem i staję taki jaki jestem, autentyczny z wszystkim co jest we mnie. Nasze przyzwolenie na narodziny Bożego słowa w naszym sercu, będą jednocześnie naszą zgodą na wkroczenie w ciszę serca, w ciszę Bożej łaski i Jego miłości.

Wierne praktykowanie modlitwy Jezusowej ma doprowadzić do modlitwy serca. Co to znaczy? Serce oznacza totalność człowieka i to, co decyduje o tym, kim on jest.

Szymon Hiżycki OSB, opat klasztoru Ojców Benedyktynów w Tyńcu

Dwa serca, jeden rytm #3

Weszliśmy już w czerwiec, miesiąc w sposób szczególny poświęcony czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult Serca Jezusowego wywodzi się z czasów średniowiecza i początkowo miał charakter prywatny.

Główna zasługa w rozpowszechnieniu nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa przypadła skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque.

Stolica Apostolska dopiero po dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta i na oddawanie czci wizerunkom Serca Jezusowego w formach powszechnie przyjętych. Święto Serca Pana Jezusa obchodzimy w piątek, który pierwotnie kończył oktawę Bożego Ciała. To Jezus polecił ustanowić święto Serca Jezusowego w piątek po oktawie Bożego Ciała. Intencją Komunii Świętej, przyjętej w tym dniu, powinno być wynagrodzenie za zniewagi, jakich czasami doznaje Najświętszy Sakrament w czasie wystawienia.

Kościół pośrednio zatwierdził objawienia, dane św. Małgorzacie Marii Alacoque, kiedy po surowym procesie wyniósł ją do chwały ołtarzy. Jej beatyfikacja odbyła się w roku 1864, a kanonizacja w roku 1920. Pierwszym z papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów, był Klemens XIII w roku 1765 – a więc prawie sto lat po objawieniach. Decydującym jednak w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

Sam Chrystus nadał temu nabożeństwu kierunek ekspiacyjny (ekspiacja z łac. expiatio – odpokutowanie za winę, oczyszczenie – ludzkie działanie o charakterze religijnym, mające na celu przywrócenie jedności z Bogiem naruszonej grzechem samego pokutującego lub innego człowieka czy społeczności). Ma ono uwrażliwiać nas na grzech, mobilizować w imię miłości Chrystusa do walki oraz do wynagradzania za tych, którzy ranią to Serce. Bóg jest miłością. Dowodem tej niepojętej miłości jest to, że zesłał swojego Syna, by nas wykupił od śmierci wiecznej i pokonał grzech. Uosobieniem tej największej Bożej miłości jest Serce Jezusowe. Ta właśnie miłość do rodzaju ludzkiego kazała Jezusowi przyjść na ziemię, przyjąć dla naszego zbawienia okrutną mękę i śmierć na Siebie. Z miłości tego Serca powstał Kościół, sakramenty i Eucharystia. To tę miłość odnajdujemy w spojrzeniu Eleusy, tę zgodę i pełne zaufanie Bogu.

Dzień później czcimy Niepokalane Serce Maryi.

Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX.

Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na swoje zamiary, ze względu na przyszłe Zwiastowanie, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). O Sercu Maryi jako pierwszy pisał św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes a 13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.

Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.

Maryja i Jezus pokazują nam, że te dwa policzki na ikonie i dwa serca, przytulone do siebie, bijące jednym rytmem miłości, wielkiej ufności i posłuszeństwa Bogu, są kluczem. Serca przepełnione tak wielkim uczuciem, jakiego tylko Matka i jej dziecko doświadczyć mogą w czułym przytuleniu pełnym poczucia bezpieczeństwa i macierzyńskiej miłości. Bo jak nazwać inaczej to spotkanie się dwóch policzków i dwóch serc, jeśli nie miłością doskonałą? Czy choć odrobinę próbuję upodobnić swoją miłość do tej miłości? Czy w ten tandem serc mam odwagę wpasować swoje nieśmiałe, nieporadne i słabe ludzkie serce? By nauczyło się bić taką samą miłością, by czerpało siłę do miłości z tych dwojga serc?

Pustynia serca #5

Oaza, Pustynia, Drzwi, Jezus, Open, Szkło, Ciepła

Wydmy zmieniają swój kształt na wietrze, jednak pustynia zawsze pozostaje taka sama. I tak będzie z naszą Miłością.

Paulo Coelho, Alchemik

Dziś chcę przybliżyć nieco i wprowadzić Ciebie drogi czytelniku w temat medytacji chrześcijańskiej. „Medytować znaczy ćwiczyć umysł w poważnej refleksji. Jest to możliwie najszersze znaczenie słowa medytacja.” Tak opisuje znaczenie tej modlitwy Thomas Merton w swojej książeczce „Kierownictwo duchowe i medytacja.” Medytacja, jak każda modlitwa, jest spotkaniem dwóch osób. Jeśli się zaangażuję, wejdę w nią z postawą otwartości, oczekiwania, czuwania, uważności; Bóg odpowie na moje pytania, wcześniej czy później, a ja usłyszę Jego głos w sercu. Trudność tkwi w tym, że usłyszeć to jeszcze nie jest równoznaczne z rozpoznać. Dopiero kiedy oddam Mu swoje życie i powierzę się prowadzeniu, będę w stanie powiedzieć, że rozpoznaję głos Boga w sobie. „Boga bardzo trudno przyłapać na gorącym uczynku, ale poznaje się Go później, po owocach.” Gdy zacznę zauważać owoce, mogę zaryzykować stwierdzenie, że wewnętrzny radar mojej duszy zaczął działać prawidłowo. Jest jak GPS, jak mapa pisana sympatycznym atramentem, podgrzana Jego miłością. Wtedy wszystko zaczynamy widzieć w innym świetle i nic już nie wygląda tak samo. Medytacja przypomina opalanie się na słońcu. Muszę podjąć decyzję, używając swojej wolności, wyjść z cienia, wystawić się na ciepło Jego promieni, wystawić swoje ciało na ekspozycję, regularnie, co jakiś czas. Muszę stanąć przed Bogiem na bosaka i czekać cierpliwie na efekty tego opalania. Opalanie to przecież proces. Modlitwa też dzieje się w czasie – ma swoje etapy, w przestrzeni mojej wiary czy niewiary.

Jeśli modlę się mając swój pomysł na życie i gotową receptę, a brak mi tylko środków i chcę je znaleźć prosząc o pomoc Boga, by użył swej mocy; to znaczy, że chcę posłużyć się Bogiem, by wykorzystać interesownie jego moc. Czy wtedy rzeczywiście się modlę, czy tylko wyliczam przed Nim swoje pragnienia, żądam i nakazuję ich realizację?

Modlitwa wiary odbywa się w przestrzeni, w której uznaję Boga za stwórcę, autora mojego życia, ufam Jego mądrości, wiem, że On chce mojego dobra, dlatego pragnę Go lepiej poznać, zrozumieć, słuchać, iść Jego śladami, opierając się o Jego wskazówki, jakie zostawia na mojej drodze. Chcę się zadziwić Jego cichą obecnością w moim życiu.

Medytacja nie jest ograniczona wyłącznie do refleksji religijnej, ale pociąga za sobą poważną umysłową aktywność, zaabsorbowanie i koncentrację, która nie pozwala naszym myślom błąkać się bez celu lub pozostawać ospałym, bez kontroli. Nie odwołuje się jednak tylko do intelektualnej aktywności czy samego rozumowania. Refleksja ta angażuje nie tylko umysł, ale również serce i całą naszą istotę.

Medytacja jest również źródłem wiedzy o życiu i Bogu. Jest wejściem w intymny kontakt z Bogiem, w najgłębsze aspekty życia i rzeczywistości, przeżywając je w Jego obecności. Jest środkiem prowadzącym do tego celu, jest nazwą procesu, w którym nasze serce i umysł ćwiczą się w ciągu wewnętrznych działań przygotowujących nas do zjednoczenia z Bogiem. Cechą charakterystyczną wyróżniającą religijną medytację jest fakt, iż jest ona poszukiwaniem prawdy, która wypływa z miłości. Medytacja jest również nazywana modlitwą myślną. Sposób w jaki każdy może medytować, zależy w dużej mierze od jego temperamentu i naturalnych darów. Jasność, która płynie z duchowej intuicji tego co prawdziwe, jest tym światłem, które urzeka całą duszę. Ważnym elementem w modlitwie myślnej jest ćwiczenie, które święty Ignacy Loyola nazywa zastosowaniem zmysłów.

Innymi słowy: musimy wybrać konkretny religijny przedmiot – scenę z Ewangelii i uzmysłowić sobie, wszystkie widzialne elementy tak, by stały się wyraźne i rzeczywiste w naszej wyobraźni. Umiejscawiamy siebie, w tej scenie, na ile potrafimy, w obecności Chrystusa, i wewnętrznie zachowujemy się tak, jakbyśmy rozmawiali osobiście z Nim. To co Jezus powiedział dwadzieścia wieków temu jest również w tym momencie skierowane do nas. W ten sposób może On być fizycznie obecny, tu i teraz, żywy pośród nas. Bóg patrzy zawsze z życzliwością i zatroskaniem, a w konsekwencji Chrystus, który żyje i mówi, staje się dla nas o wiele bardziej prawdziwie realny, niż osoby wokół nas, z którymi rozmawiamy w życiu codziennym. Dlatego też w żadnym przypadku, nie jest tylko grą wyobraźni, stawanie w obecności Chrystusa w wybranej scenie z Nowego Testamentu. Trzeba przede wszystkim pamiętać, że funkcją tego sposobu modlitwy jest rozbudzenie w nas aktów cnót teologicznych: wiary, nadziei i miłości, które są oznaką nadprzyrodzonej obecności Chrystusa w naszych duszach. Dlatego prawdziwa kulminacja chrześcijańskiej medytacji jest identyczna z kulminacją Modlitwy Liturgicznej i sakramentów: jest nią głębsze zjednoczenie przez łaskę i miłość ze słowem wcielonym, Jezusem Chrystusem, który jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem. O wiele łatwiej jest odczuć i docenić miłość Boga, kiedy widzimy ją skonkretyzowaną w ludzkiej miłości Jezusa Chrystusa do nas. Funkcją medytacji jest przede wszystkim umożliwić spojrzenie na doświadczenie tajemnic życia Chrystusa jako realnych momentów obecnych w naszej, duchowej egzystencji. By uczynić to doświadczenie głębszym i bardziej osobistym, medytacja zmierza do odczytania wewnętrznego znaczenia znaków ukrytych pod powierzchnią, a także do tego, by odnieść historyczne wydarzenie Ewangelii do naszego własnego życia duchowego, umiejscawiając je tu i teraz.


W oparciu o Thomas Merton „Kierownictwo duchowe i medytacja”

Pustynia serca #4

Afryka, Namibia, Krajobraz, Pustynia Namib, Pustynia

Rozgrzane, suche jak pieprz, smagane wiatrem… Te wydmy są tak nieprzyjazne, że tylko wystarczająco sprytni, i wystarczająco mali, mają szansę na przetrwanie. To jeden z najbardziej niegościnnych terenów na naszej planecie.

Wydmy na pustyni Namib, są największe i najstarsze na ziemi. Najwyższe z nich znajdują się w jej środkowej części i sięgają ponad 300 m wysokości. W ciągu dnia temperatura piasku może osiągnąć nawet 80°C. Wiatr wciąż i nieustannie kształtuje je a w ciągu zaledwie pół roku cały krajobraz ulega zmianie. 

To po części fragmenty narracji z przyrodniczego serialu „Mały świat” (Tiny World) dokumentu, który ukazuje różne oblicza otaczającej nas przyrody i jej małych bohaterów, tego złożonego, obfitego bogactwem i niezwykle pięknego świata stworzonego przez Boga. W każdym, wypełnionym imponującymi i zawierającym bardzo efektowne zdjęcia odcinku, narrator opowiada zaskakujące historie i przedstawia niezwykłe sposoby na przetrwanie tych najmniejszych ze stworzeń, opisuje złożone działanie różnych ekosystemów na ziemi, czyhające zagrożenia i piękno otaczającego nas świata. 

Dodając więc ten zachwyt nad niezwykłym pięknem przyrody do opisu z Księgi Rodzaju z rozdziału pierwszego nie pozostaje nic innego jak powiedzieć: „Świat stworzony przez Boga jest śliczny, przepiękny, zachwycający, zjawiskowy, zadziwiający, kolorowy i niezwykle płodny” nawet na wydmach pustyni.

Dziś chcę Ciebie drogi czytelniku zabrać w krótką podróż, w głąb świata modlitwy chrześcijańskiej, która na pierwszy rzut oka kojarzy się z przypatrywaniem się, zamyśleniem, podziwianiem: medytacji i kontemplacji ignacjańskiej. Medytacja i kontemplacja są rodzajami pogłębionej modlitwy, posiadają właściwą sobie elastyczną formę i nie bardzo da się ją ująć w schemat „krok po kroku”. Taka schematyczność na dłuższą metę, jest początkiem śmierci każdej modlitwy.

Św. Ignacy w swojej książeczce Ćwiczeń proponuje dość ścisły schemat modlitwy medytacji i kontemplacji, ale po pierwsze schemat ten odnosi się do samego procesu Ćwiczeń, a niekoniecznie do modlitwy praktykowanej codziennie, a po drugie, jest on wtedy elastycznie dostosowywany do odprawiającego rekolekcje, przez osobę duchowną dającą Ćwiczenia. Innymi słowy chodzi z jednej strony o nauczenie metody medytacji i kontemplacji (temu służy początkowy schemat), a z drugiej o elastyczne i twórcze poszukiwanie takiej formy modlitwy, która przynosi indywidualnie najlepszy owoc. Nie w tym więc rzecz by zatrzymywać się na schemacie modlitwy, lecz na szukaniu jej istoty. Na odnajdywaniu tropów Boga w swoim życiu.

Podstawowa i bardzo ogólna różnica między medytacją a kontemplacją polega na roli i aktywności rozumu i naszych zmysłów. W medytacji rozum jest aktywny: rozważa, rozmyśla, przypomina sobie, odtwarza, stara się zrozumieć i odnosi to wszystko do własnego życia. W kontemplacji zaś pozostaje możliwie bierny. Szuka nade wszystko ciszy, nie mąci jej, nie rozważa, nie rozmyśla, nie knuje, nie kombinuje – zachowuje się pasywnie. Do głosu dochodzą raczej same zmysły wzroku, słuchu, powonienia, smaku, dotyku. Pozostaje tylko świadomość uczestniczenia i doświadczanie, chłonięcie całym sobą odczuć i bodźców. To jest oczywiście proces, nie działa więc jak za pstryknięciem palca, bo rozum wycisza się powoli, stopniowo. Uczy się odczuwania wszystkich doznań, poszukiwania ich czystego i wyrazistego smaku i nie da się tego wymusić, ani osiągnąć natychmiast. Doświadczenie takiej ciszy wewnętrznej jest z jednej strony łaską, a z drugiej wymaga cierpliwego praktykowania takiej formy modlitwy… latami.

W samych Ćwiczeniach wg św. Ignacego medytacja i kontemplacja mają swoją dodatkową specyfikę. Chodzi o stopniowe wprowadzenie rekolektanta w metodę rozmyślania (medytacji), którą św. Ignacy proponuje na Fundamencie i w I tygodniu Ćwiczeń. Przedmiotem tych rozmyślań jest najogólniej mówiąc, doświadczenie własnego życia i rzeczywistej obecności w nim grzechu. Chodzi więc o wyeliminowanie nieprawdziwych obrazów Boga i samego siebie, które nosimy ze sobą jako bagaż różnych doświadczeń, często latami. Spoglądam więc na samego siebie, konfrontuję i dążę do pogłębienia świadomości tego kim rzeczywiście jestem, jakim widzi mnie Bóg, jak traktuję samego siebie, dokąd zmierzam. Ja jestem przedmiotem rozmyślania i moje życie. Rozmyślanie to prowadzi mnie do stopniowego nazwania wszystkiego, co jest w moim życiu i do przeżywania tego w sposób bardziej świadomy, do przemiany wewnętrznej i pojednania z Bogiem, do uporządkowania własnych uczuć i przywiązań. Stąd potrzebna jest praca umysłu.

W II tygodniu św. Ignacy proponuje odwrócenie wzroku od samego siebie i skierowanie go na Jezusa, na skupieniu się nad zagospodarowaniem daru wolności. I tu pojawia się kontemplacja. Tu już nie chodzi o rozmyślanie nad sobą i o rozumienie samego siebie. Tu chodzi o świadome przeżywanie obecności Jezusa w moim życiu. Medytacja nad samym sobą uczy mnie kontaktu ze samym sobą, rozpoznawania stanów jakie są we mnie, uczuć, myśli, postaw. Te umiejętności pozwolą mi pełniej i z prostotą uczestniczyć w życiu Jezusa odczuwając, widząc, słysząc, smakując i przeżywając relację z Nim.

Najogólniej mówiąc, medytacja czyni mnie więc obserwatorem i św. Ignacy proponuje przede wszystkim obserwację samego siebie po to, by móc żyć bardziej świadomie. Kontemplacja zaś czyni mnie uczestnikiem życia Jezusa. I tu już nie chodzi o obserwowanie, analizowanie, ocenę i rozumowanie. Tu chodzi o proste i delikatne doświadczanie relacji z Bogiem, przyjęcie Jego obecności w moim życiu jako niezwykły dar. Odwracam wzrok od samego siebie i kieruję go na Jezusa. Z prostotą patrzę na Niego, słucham Jego słów, oddycham tym samym, co On powietrzem, widzę te same obrazy, podziwiam te same kolory, słyszę te same odgłosy, smakuję tymi samymi odczuciami, sycę się tym samym zapachem i smakiem, przeżywam całym sobą ogromne spektrum emocji, jakie w tym spotkaniu się rodzą, bez analizowania, cenzurowania, oceniania.

Istota różnicy nie polega więc na schemacie modlitwy. On może się zmieniać. Istota różnicy polega na stopniu oddania kontroli Panu Bogu nad sobą. W medytacji ignacjańskiej rozum w pewnym sensie kontroluje modlitwę w poszukiwaniu lepszego poznania samego siebie w świetle Ewangelii, w kontemplacji rozum szuka bierności, by nie zakłócać prostoty doświadczenia zjednoczenia człowieka z Bogiem.

Medytować znaczy ćwiczyć umysł w poważnej refleksji. (…) Refleksja ta angażuje nie tylko sam umysł, ale również serce, całą naszą istotę. (…) W medytacji dążymy do wchłonięcia tego, co już przyjęliśmy. Rozważamy zasady, których się już nauczyliśmy, i które stosujemy w naszym życiu. (…) Jednoczące i miłosne poznanie zaczyna się w medytacji, lecz osiąga swój pełny rozwój tylko w modlitwie kontemplacyjnej. (…) Medytacja ma cel praktyczny, ponieważ musi oświecać nasze działania i sprawiać, że będą przynosiły owoc w komunii z Bogiem.

Thomas Merton, Kierownictwo duchowe i medytacja, Wydawnictwo M, Niepokalanów 1995