Archiwum

Archive for the ‘świadectwa’ Category

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Zmiana

Dziś obchodzone jest w Kościele święto nawrócenia św. Pawła. To wyjątkowy święty, bo jak żaden inny żyjący za czasów Chrystusa, może być dla nas dziś żyjących, świadkiem własnego nawrócenia. Paweł z początku zagorzały przeciwnik chrześcijaństwa, gorliwy Żyd, prześladowca wyznawców i samego Chrystusa, nagle radykalnie się zmienia.

Co się takiego stało? Spotkał osobiście Chrystusa!

Jakie to musiało być spotkanie? Ile było w nim mocy Bożej? Jak bardzo dotkliwie musiał odczuć i usłyszeć w duszy głos Jezusa, żeby natychmiast stracić swoją moc, potęgę nienawiści, żeby upaść, on młody, silny, kondycyjnie sprawny mężczyzna, oślepnąć, potem pościć fizycznie, zamilknąć, poświecić całą swoją energię, wolę, jaźń, myśli, chęci, na modlitwę, rozmowę z Bogiem! Odnalazł nagle dystans do samego siebie i swoich żądz, które nim kierowały.

Paweł podkreślał i akcentował mocno to, że wszystko to, co mu się przydarzyło, jest efektem zjawiska nadprzyrodzonego, cudu, czegoś niezwykłego. On, pobożny i gorliwy faryzeusz, który nie miał bezpośredniego kontaktu z Jezusem, nawet chyba specjalnie tego kontaktu nie szukał, żyjący z dala od „sprawy Jezusa”, wiedzący o niej tylko tyle, ile dowiedział się od przesłuchiwanych przez siebie wyznawców Jezusa, których prześladował okrutnie; nagle, niespodziewanie, spotkał się z Tym, którego miał w nienawiści. Nie ma w Dziejach Apostolskich mowy, że Paweł miał jakieś wątpliwości prześladując wyznawców Jezusa, wtedy jeszcze nie chrześcijan, ale żydów, którzy zaczęli głosić dziwne poglądy, zaczęli sprzeciwiać się prawu. Ówczesny judaizm nie był dzisiejszym judaizmem rabinicznym, nie miał Talmudu, nie cytował komentarzy, egzegezy i wykładni. To było wiele judaizmów, plątanina szkół, sekt, grup, które łączyło to, że miały wspólny fundament, na który składały się:
– wiara w Jednego Boga
– przyjęcie Biblii jako Objawionego Słowa Bożego, ze szczególnym akcentem na Pięcioksiąg
– świadomość wspólnej przynależności do Narodu Wybranego, z którym (a nie z żadnym innym!) Bóg Jedyny zawarł przymierze. Znakiem widocznym tego było obrzezanie, czyli brak napletka u mężczyzn tego Narodu, któremu Bóg dał specjalne prawa, ale i nałożył obowiązki inne niż dla innych ludów,
– obecność na Ziemi Obiecanej, wyrażająca się istnieniem Świątyni w Jerozolimie.

Patrząc z tej perspektywy, to pierwsi wyznawcy Jezusa spełniali te wszystkie kryteria przynależności do judaizmu, a dodatkowo twierdzili tylko, że Jezus był Mesjaszem. Nie jest jasnym (Dzieje Apostolskie o tym milczą), dlaczego akurat judaizm faryzejski uparł się na prześladowanie tej drobnej ilościowo, młodej grupy wyznawców, której przywódca już nie żył i w zasadzie, według wszelkich praw socjologii, powinna ona rozsypać się i odejść w zapomnienie. Nie wiadomo dlaczego Szaweł z Tarsu akurat się tak bardzo uwziął na nich.

I nagle stał się cud. Zjawisko nieracjonalne, niewytłumaczalne, bo nic nie wskazywało na to, że będzie miało ono miejsce. Zjawisko, po którym już nic nie było tak samo, jak przed nim. Punkt zwrotny i to zwrotny całkowicie, nie do pojęcia, zawrócenie w przeciwnym kierunku, nawrócenie
na drodze do Damaszku! Szaweł przemienia się w Pawła. Już sama radykalna zmiana imienia wskazująca na zmianę duchową, spotykana i w naszej literaturze: Kmicic-Babinicz, Gustaw-Konrad, była znamienna. Słowo „paulos” po grecku oznacza: mały, lichy, mikry, drobny. A w rzeczywistości Paweł to największy znany Boży atleta, ten, który chrześcijaństwu nadał kształt obowiązujący do dziś, wielki architekt Kościoła, wizjoner i tytan pracy, ten który podkreślał nieustannie swoją bezradność wobec tego, co go spotkało. On jest tylko „płodem poronionym”, „niewolnikiem”, „mikrym paulosem”, sam z siebie nic niemogącym wykrzesać. Gdyby nie cud, nie spotkanie, jakiego zaszczyt miał doznać, to pewnie do końca swojego życia ćwiczyłyby się w pogłębianiu nienawiści do Chrystusa i Jego wyznawców a swoich braci Żydów, jeżdżąc po Judei, Galilei, Samarii, Syrii, Dekapolu, Arabii i okolicach. Zapewne robiłby to solidnie, systematycznie i z całą gorliwością, z całym przekonaniem. Bo taki był. Solidny, systematyczny, przekonany, zorganizowany, sprawny i umiejący posługiwać się różnymi technikami. To nie był Piotr, zmieniający bez przerwy zdanie, wahający się, stojący na uboczu, na wszelki wypadek oglądający się za siebie.

Paweł miał również odwagę, żeby przyznać się: że to tak naprawdę nie ja jestem sprawcą tej przemiany, ja jestem tylko narzędziem, wybranym przez Kogoś innego. Mówił: to nie ja, to Ten, który stanął na Drodze do Damaszku i powalił mnie na kolana. Jakże wiele w tym wyznaniu skruchy, bo ten który dobrze jeździł konno, był kimś mocno uprzywilejowanym. Nauczyciel z Nazaretu i Jego uczniowie chodzi pieszo. Jezus tylko raz pozwolił sobie na osiołka, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Rzymscy legioniści, panowie Ziemi Obiecanej chodzili piechotą. Tylko wybrani mieli przywilej jazdy konnej.

Kojarzy mi się mocno dzisiejszy dzień z Psalmem 116 nazywanym Dziękczynieniem uratowanego od śmierci.
Bo czy ten fizyczny upadek Szawła nie był zbawienny dla Pawła?! Czy nie uchronił jego duszy od śmierci?! Czasem trzeba nam przewrócić się na kolana, zakrztusić się piachem na drodze, zamilknąć, oślepnąć, by przejrzeć i zobaczyć to, czego usilnie szukamy a nie znajdujemy.

Wróć, duszo moja, do swego spokoju, *
bo Pan dobro ci wyświadczył.
Uchronił bowiem moją duszę od śmierci, *
oczy od łez, nogi od upadku.
Będę chodził w obecności Pana *
w krainie żyjących.

Czyściec, moja gotowość na…

Weszliśmy w kolejny Adwent. Czy jesteś już gotowy(-a) na przyjście? O jakim przyjściu myślisz? Tym pierwszym, a może tym ostatnim? Bo jeśli okaże się, że to ostatni Adwent w Twoim życiu?

Chcę dziś, u progu Adwentu połączyć pewną klamrą koniec listopada…

Z Koronki do Miłosierdzia Bożego…


„Dziś sprowadź mi dusze, które są w więzieniu czyśćcowym i zanurz je w przepaści miłosierdzia mojego, niechaj strumienie krwi mojej ochłodzą ich upalenie. Wszystkie te dusze są bardzo przeze mnie umiłowane, odpłacają się mojej sprawiedliwości; w twojej mocy jest im przynieść ulgę. Bierz ze skarbca mojego Kościoła wszystkie odpusty i ofiaruj za nie…
O, gdybyś znała ich mękę, ustawicznie byś ofiarowała za nie jałmużnę ducha
i spłacała ich długi mojej sprawiedliwości”.

Dla chrześcijan śmierć jest chwilą przejścia z tego świata do Nieba. Dlaczego więc tak często boimy się śmierci? Bo jest początkiem czegoś nowego, nieznanego, zaskakującego, wykraczającego poza nasze wyobrażenia? Bo lękamy się Miłosierdzia? Bo nie ma w nas bezgranicznej ufności Bogu?

W tradycji Kościoła znane są tzw. Ćwiczenia Jerozolimskie, które polegają na codziennej Medytacji nad spotkaniem Boga żywego, w Niebie. Śmierć człowieka jest powszechnie uznawana za smutną i nieprzyjemną okoliczność, przede wszystkim dlatego, że jej przyczyną jest zerwanie więzi towarzyskiej i rodzinnej ze zmarłym. Pierwszym zjawiskiem zachodzącym w czasie śmierci jest oddzielenie duszy od ciała (tymczasowe) na czas, w którym dusza zachowuje tajemniczą więź z ciałem, pragnąc ponownego złączenia się z nim, w dniu powstania z martwych. Kościół daje do wierzenia, że pomiędzy śmiercią osobistą, sądem szczegółowym i powrotem Pana Jezusa jest czas pośredni. Papież Benedykt XVI mówił, że… „Na sądzie szczegółowym będziemy sądzeni z tego, w jaki sposób odrzucaliśmy i przyjmowaliśmy darmową miłość Boga w naszym życiu. Według Benedykta XVI czyściec jest raczej „przedsionkiem nieba”, choć wielu z nas kojarzy się z cierpieniem. „W nim już nadzieja zbawienia staje się pewnością, a czyściec jest drogą do pełnej szczęśliwości dla tych, którzy są w sytuacji otwarcia się na Boga, lecz w sposób niedoskonały.” Według niego: „Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Bożej miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga.”
Czyściec to nie jest obóz karny jak sądził Tertulian, w którym człowiek musi pokutować, to jest przemiana, proces, w którym człowiek staje się zdolny do wspólnoty z Bogiem, Jezusem Chrystusem i wspólnotą Świętych. Tym, co ratuje człowieka przed piekłem i wiecznym potępieniem, jest jego „tak” na Bożą Miłość. Jest to czas dojrzewania do tej Miłości. Wg wizji św. Katarzyny z Genui dusze czyśćcowe nie mogą oglądać Boga twarzą w twarz, ale mają one pewność zbawienia. W czyśćcu dusza ma pośredni kontakt z Bogiem poprzez Świętych obcowanie i modlitwę. Nie może sama już niczego naprawić, może jedynie gorliwie pokutować, widząc teraz wyraźnie swoje winy. Bo nie może ich już po ludzku usprawiedliwić, zataić, umniejszyć, nie zauważyć. Jest to więc bolesne dochodzenie duszy do absolutnie doskonałej miłości, koniecznej do osiągnięcia szczęścia w Niebie razem z Bogiem. Osoby pielgrzymujące na tej ziemi mogą ofiarowywać w intencji dusz zmarłych, pokutujących, swe umartwienia i dobre uczynki. W Kościołach katolickich praktykowana jest także modlitwa wiernych za zmarłych, w formie wypominek. „Po śmierci życie Twoich wiernych, Panie, zmienia się, ale się nie kończy” – jak głosi pierwsza prefacja za zmarłych z Mszału rzymskiego. Modlitwa tych, którzy pielgrzymują jeszcze na ziemi potrzebna jest tym, którzy przeszli przez śmierć. Dlatego wiara Kościoła odnosi zbawienne skutki Ofiary Mszy świętej także do zmarłych – gdy zamawiamy Msze za zmarłych. I odwrotnie – zmarli, którzy weszli już do odpoczynku Królestwa, mogą się wstawiać za zmarłych poddanych oczyszczeniu w czyśćcu, oraz za wiernych na ziemi. Można też prosić Świętych bezpośrednio o modlitwę, np. w Litanii do wszystkich Świętych.

W Rzymie, nieopodal Watykanu, w położonym nad Tybrem małym kościele Sacro Cuore del Suffragio (Wstawiennictwa Najświętszego Serca) znajduje się Muzeum Dusz Czyśćcowych. Jego kolekcji nie tworzą dzieła sztuki sakralnej, ale fizyczne dowody na istnienie czyśćca, „pozostawione” przez dusze w czyśćcu cierpiące, które miały się upominać u swoich bliskich o modlitwę w ich intencji.
Historia powstania samego kościoła i muzeum rozpoczęła się w 1897 roku, kiedy w małej kaplicy, która kiedyś stała w tym samym miejscu, wybuchł pożar. Pośród płomieni ks. Victor Jouët, który szczególnie ukochał modlitwę za zmarłych, zauważył na ścianie obraz smutnej, cierpiącej twarzy. Zakonnik był przekonany, że to jakaś dusza woła o pomoc, więc nie tylko zachował ten wizerunek, ale także postanowił odbudować kościół i zadedykować go właśnie duszom w czyśćcu cierpiącym.
Co można zobaczyć w zakrystii kościoła Sacro Cuore del Suffragio, bo to właśnie w niej znajduje się Muzeum Dusz Czyśćcowych?

  • Wypalony w drewnie ślad dłoni.
    Na tym fragmencie drewna z biurka należącego do Sługi Bożej matki Isabelli Fornari, która była przeoryszą klarysek w Todi, widać wyraźny odcisk dłoni. Według przekazów 1 listopada 1731 r. zostawił go zmarły opat benedyktynów z Mantui, o. Panzini. Miał w ten sposób dać znać, że cierpi w czyśćcu i potrzebuje modlitwy.
  • W tym samym czasie matka Isabella poinformowała swojego spowiednika, o. Isidoro, że udręczona dusza położyła jej rękę na rękawie, wypalając w nim dziurę. I fragment biurka, i spalonego ubrania znajdują się w kolekcji muzeum.
  • Odcisk dłoni na koszuli nocnej.
    W 1789 r. Joseph Leleux, który zdecydowanie nie prowadził świątobliwego życia, przez 11 kolejnych nocy słyszał jakieś dziwne odgłosy. Potem, 21 czerwca 1789 r., zobaczył swoją zmarłą matkę, która nawoływała go do nawrócenia i modlitwy za bliskich zmarłych. Następnie położyła dłoń na jego koszuli nocnej, wypalając na niej odcisk. Leleux później rzeczywiście diametralnie zmienił swoje życie, a nawet założył stowarzyszenie dla świeckich katolików.
  • Wypalone odciski palców na szlafmycy.
    W 1875 roku Luisa Le Sénèchal, która zmarła dwa lata wcześniej, ukazała się swojemu mężowi Luigiemu. Prosząc go o modlitwę i mszę w jej intencji, zostawiła wypalone ślady pięciu palców na jego szlafmycy.

W tych historiach powtarza się motyw wypalonych śladów. Bo: „Zwęglone obrazy, które przechowujemy w muzeum, są symbolem ognia, który płonie, ale jednocześnie oczyszcza. Stopniowo wypala i oczyszcza dusze przebywające w czyśćcu. Choć my widzimy fizyczną manifestację tego ognia, to dla dusz czyśćcowych jest to ogień wewnętrzny” jak mówi kustosz muzeum.

O duszach czyśćcowych wspomina wielu świętych Kościoła, choćby ś. Faustyna Kowalska.


„Ujrzałam Anioła Stróża, który mi kazał pójść za sobą. W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję „Gwiazdą Morza”. Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe.” (Dz. 20)

Także o. Pio z Pietrelciny przez całe życie był gorliwie oddany duszom czyśćcowym. Na co dzień doświadczał zjawisk nadprzyrodzonych, był świadkiem manifestacji pokutujących dusz, rozmawiał z nimi i potrafił im pomóc. To, co innych napawało trwogą, dla niego było częścią powołania. Dusze czyśćcowe w sposób sobie wiadomy przychodziły do o. Pio najczęściej, wtedy gdy przebywał on samotnie zatopiony w modlitwie lub gdy klęczał w chórze zakonnym. Cel tych wizyt był prawie zawsze ten sam: dusze czyśćcowe szukały pomocy i ratunku w modlitwach, cierpieniach i Mszach ofiarowanych za nie przez umiłowanego ich orędownika u Boga — o. Pio.

Dusze zmarłych mogą jedynie liczyć na naszą pomoc w postaci modlitw, wypominek, odpustów i Mszy świętych. Może więc, zamiast narzekać na to, co nieuniknione, użalać się nad sobą i pustką po niechcianym odejściu, psioczyć na tych, którzy nam kiedyś zawinili, w swojej zaciekłości gniewać się na nieobecnych, wracać z lubością do ich wad i przewinień za życia, spróbujmy pogodzić się, zdążyć przebaczyć im będąc tu na ziemi, jeszcze w trakcie naszego życia, byśmy mogli kiedyś razem, cieszyć się obcowaniem ze Świętymi i Bogiem w Niebie!

Swego czasu na obrazku prymicyjnym młodziutkiego kapłana przeczytałam takie słowa:

„Dziękując Panu Bogu i Matce Najświętszej za dar powołania, Rodzicom za dar życia, a wam wszystkim, których Bóg postawił na mojej drodze, za to, że jesteście, jednocześnie ośmielam się prosić o modlitwę za mnie, niegodnego sługę Pańskiego, za mojego życia i po mojej śmierci. Zawierzam Ci Panie także tych, do których mnie poślesz.” A.D. 2015.


Ten obrazek znalazłam przypadkiem kilka lat później, w kaplicy szpitalnej, gdzie w okresie lata 2015 r., wspomniany ksiądz posługiwał. Nie znałam go zbyt dobrze. Pamiętam, nasze spotkanie na jednym z oddziałów i Komunię, której mi wtedy udzielił. Na wspomnienie tego spotkania i jego słów z obrazka przeszły mnie ciarki, bo ten młody człowiek mający przed sobą całe życie, w zapobiegliwości a może w świetle łaski Bożej, pomyślał o modlitwie po jego śmierci. Nie spodziewał się pisząc te słowa, że ta śmierć nadejdzie tak niespodziewanie i szybko, tragicznie, 11.03.2016 r., niecały rok po święceniach kapłańskich… Uznałam ten obrazek za taką właśnie prośbę o modlitwę z czyśćca. Spełniam tę jego prośbę, codziennie…

Wakacyjne rozstania

Dobiegają końca wakacje i przyszedł czas na zakończenie cyklu artykułów o św. Ignacym Loyoli. Mam nadzieję, że choć trochę i w miarę zrozumiały sposób udało mi się przybliżyć postać i reguły Ćwiczeń duchownych, stworzonych przez św. Ignacego. Jeśli udało mi się kogoś z Was namówić w ramach wakacyjnego wypoczynku, choćby na przeczytanie „Opowieści Pielgrzyma”, to Bogu niech będą dzięki. Jeśli nie, będę dalej próbować innym razem. Zmiany zawsze zaczynają się od pierwszych, maleńkich kroczków.

Doświadczenie uczy nas, że tam, gdzie napotyka się na liczne przeszkody, można zazwyczaj spodziewać się większych owoców.

… jak mawiał Ignacy.

Rozpoczynając ten cykl dwa miesiące temu, obiecałam opowiedzieć o mojej przyjaźni z Ignacym. Wszystko zaczęło się z końcem lata 2016 r. Jak to mówią stał się cud, a może rzeczywiście się stał… (dziś wiem, że się stał 😀). Mój świat wewnętrzny nagle stanął na głowie i ruszyła lawina dziwnych zbiegów okoliczności (a może raczej łask), by w ciągu tygodnia zacząć zdzierać ze mnie maski nagromadzone latami, zacząć kruszyć mury, którymi się odgrodziłam, by stopniowo zacząć uwalniać od przywiązań. Nie powiem, bolało bardzo, ale i paradoksalnie zaczęłam zdrowieć. Odbyłam spowiedź generalną i próbowałam korzystania z pierwszego w życiu kierownictwa duchowego. Po kilku tygodniach pewnego rodzaju walki, z której ja niewiele jeszcze rozumiałam, a spowiednik nie wiele mógł wyjaśnić, bo niewiele rozumiałam, usłyszałam od niego o rekolekcjach ignacjańskich. (I nie był to jezuita!).

Początkowo próbowałam znaleźć informacje i poczytać: co to za Fundamenty i Tygodnie? A kiedy dotarłam do warunków owocnego uczestnictwa w rekolekcjach i zobaczyłam, że muszę zdecydować się na całkowite milczenie, na brak dostępu do telewizji, radia, internetu (to jeszcze było do przeżycia) i telefonu (niemożliwe, niewykonalne) przez okres pełnych pięciu dni stwierdziłam kolokwialnie: „porąbało go!” i na długie trzy miesiące odsunęłam myśl o rekolekcjach od siebie. Najbardziej zabolała wizja braku kontaktu z bliskimi, zastanawianie się jak sobie poradzą beze mnie? A jeśli coś się stanie? A jeśli będą potrzebować rady, pomocy? A jeśli ktoś umrze, zachoruje? I wymyślałam bez przerwy, przez te trzy miesiące setki nowych powodów, dla których muszę zrezygnować…

Aż wreszcie nowe pomysły wyczerpały się i zrozumiałam zmęczona walką ze samą sobą przerażoną, że wreszcie chyba dorosłam do rekolekcji ignacjańskich. Na wszelki wypadek zapisałam się na Fundament w styczniu – na lipiec, wmawiając sobie samej, kolejno… że to lato, wakacje, dzieci w domu, brak infekcji, ciepło… ale tak naprawdę to był dodatkowy okres na przemyślenia, na oswojenie się z myślą i poszukiwania jeszcze kilku wymówek, czekania na to, co się może jeszcze wydarzyć, bo wtedy zawsze przecież można się jeszcze wycofać. Nic się nie wydarzyło! Nic, co mogłoby pokrzyżować plany.

Za to chwilę przed wyjazdem, wszystko sprzysięgło się przeciwko. Wszystkie błahostki urosły nagle do rozmiarów wieloryba… a to żelazko zaczęło wysiadać, a to walizka się skurczyła, a to nagle żołądek odmawiał posłuszeństwa, i napięcie rosło jak temperatura za dnia, na środku pustyni. Przecież wybierałam się na pustynię! (Wtajemniczeni wiedzą, że właśnie ta cisza jest niezbędna, by w trakcie rekolekcji wyjść samotnie na pustynię serca i poszukać siebie i Boga, nauczyć się Go słyszeć i słuchać). Po następnych kilku wyjazdach mogę powiedzieć, tak jest zawsze! Zawsze coś przeszkadza, utrudnia, komplikuje, odciąga, do ostatniej chwili. Kiedy przejdzie się przez furtę domu zakonnego i zamknie drzwi, nagle to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i odczuwa się tylko błogi pokój. A z ciszą można się zaprzyjaźnić tak bardzo, że zostaje naszą najlepszą powierniczką i to tak miłą, że już godzinę po rekolekcjach tęskni się za nią, do następnych rekolekcji, za rok. Nie wiem, czy inni mają tak samo, ale u mnie to wejście po rekolekcjach w codzienność, w normalny świat, okupione jest przez kilka dni bólem uszu, z powodu hałasu. To jest ta istotna różnica. Cisza wcale nie jest męcząca, nie dobija, nie przeszkadza, nie zagłusza. To hałas, w którym żyjemy nieustannie każe tak myśleć i zakrzykuje wszystkie nasze myśli skierowane przeciwko sobie. W ciszy można się zatrzymać, pobyć, pomyśleć, zagłębić się, mieć czas na przyjrzenie się tym wszystkim rzeczom, o których chcielibyśmy porozmawiać z Bogiem, czasem również wykrzyczeć je lub wypłakać, ale w codzienności nie mamy czasu i zagonieni, zaszczuci, zapominamy o tym, co chcieliśmy przemyśleć, odkładamy to w nieskończoność. Gnamy nie wiadomo gdzie i po co, by przy końcu czyjegoś życia, gdy przyjdzie nam stanąć nad grobem bliskiej czy znajomej osoby, niejako z przymusu zwanego przyzwoitością, dopiero wtedy znaleźć czas na refleksję o tym, czego nie zdążyliśmy zrobić. Za późno! Szkoda, że zaraz potem, przestępując bramę cmentarza, znów wpadamy w wir, dajemy się bezwiednie wciągnąć i manipulować, żyjąc pod presją czasu. Żyjemy często bezrefleksyjnie.

Po kilku takich szybkich wizytach na cmentarzu przyjdzie kiedyś czas na spacer, może w listopadzie, na przejście nostalgicznie alejką, by odgarnąć liście i poczytać napisy na nagrobkach. Czy zdążysz ze wszystkimi sprawami nim odczytasz tam swoje imię i nazwisko, rok urodzenia, datę śmierci? I ze zdziwieniem usłyszysz, „oh patrz jak się szybko zwinął”, „nawet nie zdążył pożyć”, „nawet nie zdążyła uporządkować wszystkich spraw”, „zmarła nawet nie wiadomo kiedy”? I to nie będzie sen!

Dziś, po pięciu latach wspólnego kroczenia z Ignacym wiem, że nie zamieniłabym tego czasu za nic w świecie, na coś innego. To on uczy mnie smakowania wartości życia, pomaga odnaleźć samą siebie, zrywać kolejne maski, zdejmować ciężary noszone latami, uczy mnie właściwego spojrzenia na życie i doceniania rzeczy ważnych, smakowania życia i dokonywania właściwych wyborów. Wciąż mnie tego uczy! A przede wszystkim uczy mnie nie bać się rozmawiać, spotykać się z Bogiem, być przed Nim szczerą, autentyczną, odczuwać realnie Jego obecność i nie wstydzić się przed Nim własnych słabości.

Dziś wiem, że nie jestem produktem ubocznym, kimś gorszym, wybrakowaną wersją samej siebie. Nie muszę walczyć o prestiż, o dowartościowanie siebie, rywalizować o względy, bo mam pewność, że jestem wartościowym człowiekiem, że uczę się kochać, być wdzięczną, nadawać wartość własnemu życiu, odnajdywać i pielęgnować otrzymane talenty, rozdawać je ludziom.
Bo Miłość jest największą wartością człowieka. Miłość jest rozdawaniem siebie, bez liczenia strat i zysków.

Chcę wspomnieć o jeszcze jednej refleksji poruszanej na Ćwiczeniach duchownych. Często jest tak, że poranieni, zgorzkniali i zagniewani na drugiego człowieka, nie potrafimy przełamać się i zdobyć na rozmowę, próbę przebaczenia, zrozumienia siebie i intencji krzywdzącego. Najłatwiej przychodzi nam wtedy przerzucać ten gniew, noszony w sobie często latami, na Boga i winić Go za wszystkie krzywdy i niepowodzenia w życiu. Czujemy się wtedy niejako usprawiedliwieni, bo przecież to nas skrzywdzono.

Heraklit z Efezu mówił:

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Tylko ze względu na to, że po pewnym czasie ta rzeka nie jest już tą samą rzeką… Woda i ryby z tamtych lat już dawno przepłynęły. Konary zbutwiały, zgniły i rozsypały się. Zmieniła się roślinność, zmienił się nurt, brzegi zyskały nowe żłobienia, wiry zmieniły miejsce a piasek oczyścił się i wygładził dno i kamienie. Jest to zupełnie nowa rzeka, nowa rzeczywistość. Wiec tak naprawdę nie chodzi tu jak mylnie często interpretuje się, o odwrócenie się plecami do winowajcy, a o ponowne zwrócenie się do niego sercem, mając nadzieję, że czas, który upłynął był błogosławionym czasem na poprawę, zrozumienie błędów i zastanowienie się jak je naprawić, jak się zmienić. Jest to czas drugiej szansy, może ostatniej, na pojednanie.

Życzę wszystkim odwagi w pokonywaniu lęków przeszłości i odwagi w odnajdywaniu samych siebie i Boga, pod rękę z Ignacym. On zna właściwy kierunek drogi, poprowadzi. Wystarczy tylko zacząć współpracować z łaską.

Ślepota wyostrza zmysły…

Ilustracja
El Greco, Święty Paweł (1610-1614)

Paweł z Tarsu, Paweł Apostoł, Szaweł, hebr. ‏שָׁאוּל התרסי‎ Szaul ha-Tarsi. Urodzony ok. 5-10 w Tarsie w Cylicji, zmarł śmiercią męczeńską ok. 64-67 w Rzymie – Żyd z Tarsu, zwany Apostołem Narodów, choć nie należał do grona dwunastu apostołów ani nawet do szerszej grupy uczniów Jezusa Chrystusa, towarzyszących mu w czasie Jego publicznej działalności. Był nawróconym faryzeuszem, który wcześniej prześladował i zabijał chrześcijan.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym jak dokonuje się nawrócenie? Przecież wśród świętych są również dawni mordercy, złodzieje, prostytutki i niegodziwcy… Co takiego stało się, że nagle zmienili kierunek drogi? Jezus mówił:

On usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

Mt 9,12-13

Wybaczenie dzieje się w pełni wtedy, gdy przed kimś otwierasz pole zaangażowania, kiedy otwierasz się na wezwanie, na misję, na dobro, które możesz spełniać.

Dla współtowarzyszy mniej więcej 26-letniego Szawła, w drodze do Damaszku nie zdarzyło się nic niebywałego. Spowił go snop oślepiającego światła. Upadł na gościniec, podnieśli go i uznali, że oślepł. Na obrazach często przedstawiany jest jako spadający z konia. Nie będąc oficerem rzymskim, ani członkiem świty Heroda Antypasa, raczej z pewnością podróżował pieszo. Dla innych będących razem z nim w podróży zasłabł, poplątały mu się nogi i upadł, może stracił przytomność. Niektórzy twierdzili, że słyszeli jakiś głos… Widzieli światło… Coś się stało w drodze… Od Jerozolimy do Damaszku dzieliła ich odległość ok. 280 km i przebycie jej zajmowało średnio 7-8 dni. Mijali Jezioro Galilejskie, Tyberiadę, Kafarnaum, wspinali się na zbocza Golanu i przemierzali dystans po kamienistych bezdrożach spowitych kurzem i wypalonych upalnym żarem pustyni. Jedyną ochłodę przynosił ostry wiatr. Dopiero pod koniec drogi krajobraz zaczynał się zmieniać. Dla Szawła ten upadek i wszystko co zdarzyło się potem, będzie już zawsze wyjątkowym spotkaniem z Panem Jezusem. On dokładnie pamięta każdy szczegół tego zdarzenia rozciągniętego na kolejne dni. Mimo ślepoty, mimo upadku, oszołomienia, targany niepokojem może omdlały, odtwarza w myśli z precyzją, każdy szczegół tego spotkania. Pamięta słowa rozmowy. Pozostaje w domu Judy przez trzy dni nic nie jedząc i nadal nie widząc. Co się więc wydarzyło, że ten młodzieniec, niskiego wzrostu, urodzony za granicą, faryzeusz surowo praktykujący, świetnie wykształcony, znający grekę, hebrajski, aramejski, może również łacinę, agresywny, bezlitosny i okrutny wobec chrześcijan, nagle zmienia się w gorliwego wyznawcę Chrystusa, mówiąc o sobie, że jest apostołem i został posłany do pogan, by głosić im Chrystusa?

W ciągu kilku dni zmienia zupełnie swoje postępowanie, zawraca z drogi okrucieństwa, agresji, obsesyjnej rządzy zabijania wyznawców Chrystusa. Zaczyna nagle iść w zupełnie odwrotnym kierunku. Jak wielkie musiało to być spotkanie, że na młodym gniewnym faryzeuszu wywarło takie wrażenie? Jak wielka łaska powołania? Pan Bóg czasami posuwa się do dziwnych zdarzeń, okoliczności, znaków by móc się z nami porozumieć. Dlaczego? Bo czasem potrzeba nam zatrzymać się na chwilę, oślepnąć, ogłuchnąć przed światem, by móc usłyszeć Boga. Bo Bóg przemawia w ciszy. Jeśli Go nie słyszysz w swoim sercu, jeśli wołasz jak Ci się zdaje bezskutecznie, spróbuj przystanąć i posłuchać, rozejrzeć się dookoła… On zawsze jest w pobliżu, nie narzuca się i nie krzyczy, nie obraził się na Ciebie. Czeka na to spotkanie z tęsknotą…

Ilustracja
Bartolomé Esteban Murillo, Nawrócenie św. Pawła Apostoła (ok. 1675-1680)

Poszukaj znaków, które podsuwa Tobie przez Pawła…

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną.

Kor 15,3-10

Mowa Apostoła przed królem

Wolno ci mówić w swojej obronie – powiedział Agryppa do Pawła. Wtedy Paweł wyciągnąwszy rękę rozpoczął mowę obronną: Uważam to za szczęście, że mogę dzisiaj bronić się przeciwko wszystkim zarzutom, jakie stawiają Żydzi, przed tobą, królu Agryppo, który najlepiej znasz wszystkie zwyczaje i spory Żydów. Dlatego proszę, wysłuchaj mnie cierpliwie! Wszyscy Żydzi znają moje życie. Od początku upływało ono wśród mego narodu w Jerozolimie. Wiedzą o mnie od dawna – gdybyż chcieli zaświadczyć! – że żyłem według [zasad] najsurowszego stronnictwa naszej religii jako faryzeusz. A teraz stoję przed sądem, gdyż spodziewam się obietnicy, danej przez Boga ojcom naszym, której spełnienia ma nadzieję doczekać się dwanaście naszych pokoleń, służących Bogu wytrwale we dnie i w nocy. Z powodu tej nadziei, królu, oskarżyli mnie Żydzi. Dlaczego uważacie za nieprawdopodobne, że Bóg wskrzesza umarłych? Przecież mnie samemu zdawało się, że powinienem gwałtownie występować przeciw imieniu Jezusa Nazarejczyka. Uczyniłem to też w Jerozolimie i wziąwszy upoważnienie od arcykapłanów, wtrąciłem do więzienia wielu świętych, głosowałem przeciwko nim, gdy ich skazywano na śmierć, i często przymuszałem ich karami do bluźnierstwa we wszystkich synagogach. Prześladowałem ich bez miary i ścigałem nawet po innych miastach. Tak jechałem do Damaszku z upoważnienia i z polecenia najwyższych kapłanów. W południe podczas drogi ujrzałem, o królu, światło z nieba, jaśniejsze od słońca, które ogarnęło mnie i moich towarzyszy podróży. Kiedyśmy wszyscy upadli na ziemię, usłyszałem głos, który mówił do mnie po hebrajsku: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi”. „Kto jesteś, Panie?” – zapytałem. A Pan odpowiedział: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Ale podnieś się i stań na nogi, bo ukazałem się tobie po to, aby ustanowić cię sługą i świadkiem tego, co zobaczyłeś, i tego, co ci objawię. Obronię cię przed ludem i przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga. Aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi”. Temu widzeniu z nieba nie mogłem się sprzeciwić, królu Agryppo! Lecz nawoływałem najprzód mieszkańców Damaszku i Jerozolimy, a potem całej ziemi judzkiej, i pogan, aby pokutowali i nawrócili się do Boga, i pełnili uczynki godne pokuty. Z tego powodu pochwycili mnie Żydzi w świątyni i usiłowali zabić. Ale z pomocą Bożą żyję do dzisiaj i daję świadectwo małym i wielkim, nie głosząc nic ponad to, co przepowiedzieli Prorocy i Mojżesz że Mesjasz ma cierpieć, że pierwszy zmartwychwstanie, że głosić będzie światło zarówno ludowi, jak i poganom.

Tracisz rozum, Pawle – zawołał głośno Festus, gdy on tak się bronił – wielka nauka doprowadza cię do utraty rozsądku. Nie tracę rozumu, dostojny Festusie – odpowiedział Paweł – lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane. Zna te sprawy król, do którego śmiało mówię. Jestem przekonany, że nic z nich nie jest mu obce. Nie działo się to bowiem w jakimś zapadłym kącie. Czy wierzysz, królu Agryppo, Prorokom? Wiem, że wierzysz. Na to Agryppa do Pawła: Niewiele brakuje, a przekonałbyś mnie i zrobił ze mnie chrześcijanina. A Paweł: Dałby Bóg, aby prędzej lub później nie tylko ty, ale też wszyscy, którzy mnie dzisiaj słuchają, stali się takimi, jakim ja jestem, z wyjątkiem tych więzów.

Na to wstał król i namiestnik, i Berenike, i ci, którzy z nimi wzięli udział w posiedzeniu. Kiedy odeszli, mówili jedni do drugich: Ten człowiek nie uczynił nic podpadającego pod karę śmierci lub więzienia. A Agryppa powiedział do Festusa: Można by zwolnić tego człowieka, gdyby się nie odwołał do Cezara.

Dz 26

Patron roku

Patron to religijny opiekun kraju, miasta, diecezji, przedsięwzięcia, profesji, obiektu budowlanego, konkretnych osób, grup ludzi czy zawodów. W ciągu całego swojego życia obieramy, bądź mamy wybieranych, kilku patronów. W ten sposób otrzymujemy przecież imię lub imiona, nadawane przez rodziców po urodzeniu. W Kościele katolickim i innych Kościołach chrześcijańskich, takie imię ma często związek z postaciami świętych lub błogosławionych, którzy stają się opiekunami poszczególnych ludzi, noszących ich imię (wezwanie). Każdy ochrzczony ma lub powinien mieć choć jednego świętego patrona, którego imię otrzymał na Chrzcie Świętym i jest to ściśle regulowane w przepisach kościelnych. Ponadto, jako osoba dorosła w rozumieniu przepisów Katechizmu Kościoła Katolickiego, każdy wybiera już sam, patrona od bierzmowania. Dobór takich patronów zależy z reguły od ich charakterystyki, popularności czy losów biograficznych. Każdy katolik powinien znać przynajmniej w jakimś stopniu, życie i drogę powołania do świętości, swojego patrona czy patronów.

Czasem zdarza się też, że ktoś wiedziony pragnieniem, zachętą i zachwycony życiem czy wiarą jakiegoś konkretnego świętego lub świętej, obiera go sobie prywatnie: za patrona, opiekuna, nauczyciela, kierownika duchowego, by postępując jego drogą, podążać przez życie do świętości. Można też wykorzystać fakt, że ten czy inny święty gdzieś, kiedyś zafascynował mnie, przemówił do mnie swoją postawą, słowem, modlitwą, z którą dane mi było się zetknąć w życiu. Moim „dodatkowym świętym od spraw nadzwyczajnych”, poza św. Michałem Archaniołem, którego szkaplerz przywdziałam pięć lat temu, jest św. o. Pio. W 2017 r. obrałam go w prywatnym akcie zawierzenia, za swojego patrona Sakramentu Pojednania. Chciałam by był moim osobistym nauczycielem i mentorem, opiekunem rachunku sumienia i spowiedzi. By był wspomożycielem dla mnie oraz spowiednika i kierownika duszy, ktokolwiek nim będzie. By udzielał swojego błogosławieństwa, pomagał, wskazywał i prowadził. Tak więc można mieć swojego patrona: od modlitwy, spowiedzi, drogi zawodowej czy życiowej, … i w dalszym życiu kierować się jego nauką, mieć wzór do naśladowania.

Tak jak ludzie z Dalekiego Wschodu przywiązują dużą uwagę do corocznego odczytywania horoskopu chińskiego, a astrologowie próbują na podstawie układu gwiazd i planet wywnioskować przyszłość znaków zodiaku, tak z dużo większą pewnością i precyzją, katolik korzystając z naturalnej zmiany w trakcie nowego roku kalendarzowego i chęci podejmowania na nowo postanowień, może poszukać wśród świętych i błogosławionych swojego patrona.

Można również wykorzystać możliwość losowania swojego patrona na dany rok. Jak to zrobić… Tradycja wyboru patrona na dany rok od dawna pielęgnowana jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Do tego wydarzenia wielką wagę przywiązywała św. Siostra Faustyna, spodziewając się wielkiej pomocy z nieba, udzielanej jej na prośbę Patrona Roku. Tak opisuje to wydarzenie w swoim „Dzienniczku”:

U nas jest zwyczaj w Nowy Rok wyciągać sobie patronów szczególnych na cały rok. Rano, w czasie medytacji, obudziło mi się jedno z takich tajnych pragnień: żeby Jezus Eucharystyczny był mi szczególnym patronem i na ten rok – jak dawniej. Jednak tając się przed swym Umiłowanym z tym pragnieniem, mówiłam z Nim o wszystkim z wyjątkiem tego, że Go chcę mieć za patrona. Kiedy przyszłyśmy do refektarza na śniadanie, po przeżegnaniu zaczęło się ciągnienie patronów. Kiedy się zbliżyłam do obrazeczków, na których są napisani patroni, wzięłam bez namysłu, jednak nie czytając zaraz, chciałam się przez parę minut umartwić. – Wtem słyszę głos w duszy: Jestem twoim patronem, czytaj. W tej chwili spojrzałam na napis i przeczytałam: „Patron na rok 1935 – Najświętsza Eucharystia”. Serce mi zadrgało z radości i wysunęłam się potajemnie z grona sióstr i poszłam przed Najświętszy Sakrament, chociaż na krótką chwilę, i tam dałam uczuciom serca swego folgę.

Dz. 360

Od kilku lat siostry dzielą się swym zwyczajem również z internautami. Umożliwia to specjalny formularz na stronie faustyna.pl. – Akcja cieszy się dużym zainteresowaniem. Co roku patrona wylosowuje ponad 100 tyś. osób, przede wszystkim z Polski, ale również z Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Włoch, Rosji, Francji… Wraz z Patronem otrzymujemy roczną intencję do modlitwy, którą możemy podejmować na różne sposoby, nawet krótkim aktem strzelistym, oraz przesłanie, które najczęściej pochodzi z „Dzienniczka” św. Siostry Faustyny. Święci to nie tylko wzory chrześcijańskiego życia, od których wiele się można nauczyć, ale także możni orędownicy u Boga, którzy wstawiają się za nami i są pomocą w stawaniu się lepszym. Akcji i losowania nie należy traktować jako zabawy. Udział może stać się wyzwaniem, ale również cenną nauką. Do wyboru orędownika, który ma nam towarzyszyć każdego dnia, a jego przykład będzie dla nas drogowskazem, trzeba podchodzić z wiarą. Święci mają ogromne możliwości działania, ale my możemy doświadczyć ich wsparcia wtedy, gdy o nie poprosimy. Bo święci, tak jak Pan Bóg, nie narzucają się ze swoją obecnością, szanują naszą wolność, czekają na prośbę, którą wyrażamy właśnie w modlitwie. Bóg przychodzi nam z pomocą bardzo często przez drugiego człowieka, dlatego warto mieć patrona, bo to jest ktoś, kto ma większe możliwości działania niż my, może nam wiele rzeczy uprosić, pokazać, pomóc znaleźć rozwiązania naszych problemów… I tak się dzieje, co potwierdzają liczne świadectwa. Chodzi też o to, by poprzez takie praktyki spełniać akty miłosierdzia, bo to największe bogactwo, jakie możemy gromadzić na ziemi. Wystarczy dobre słowo, czyn, modlitwa za innych, a świat staje się bogatszy o kolejne uczynki miłosierdzia, a my piękniejsi przed Bogiem.

Przytoczę kilka Świadectw…

  • Wojtek nie potrafił przebaczyć tym, którzy moralnie go skrzywdzili. Bardzo dręczyło to jego duszę. Wszystko zmieniło się, kiedy przyjechał do Łagiewnik i wziął udział w losowaniu. Jego patronem została św. Agata. Praktyka natomiast brzmiała: modlę się za tych, którzy mnie skrzywdzili lub od których doznałem przykrości. I tego dnia otrzymał łaskę przebaczenia tym, którym dotąd nie był w stanie wybaczyć – cytuje fragment świadectwa s. Elżbieta.
  • Kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży, która bardzo bała się porodu, wylosowała św. Łukasza Ewangelistę, patrona lekarzy, pielęgniarek oraz służby zdrowia, który – jak zapewnia – pomógł jej uporać się z lękiem i towarzyszył podczas rozwiązania.
  • Pewien mężczyzna wylosował bł. Jana Beyzyma i modlitwę za ludzi przewlekle oraz nieuleczalnie chorych, by doświadczali miłości przez ofiarną posługę. „Byłem uszczęśliwiony wyborem, gdyż w najbliższej rodzinie mam chorego. Mogłem się w ten sposób za niego modlić i duchowo mu towarzyszyć.”

Zgromadzenie otrzymuje wiele takich świadectw pokazujących, jak wstawiennictwo wylosowanego patrona odmienia życie ludzi. Może warto poszukać więc dobrego przyjaciela na dłużej, a może i na całe życie, zaznajomić się, zaprzyjaźnić i posłuchać co ma mi do powiedzenia, poprosić go o pomoc, wstawiennictwo w ważnej sprawie, poczuć jego obecność w życiu codziennym, w dziwnych zbiegach okoliczności, które po ludzku, nie mają często racjonalnego wyjaśnienia, a zbliżają nas wyraźnie do Boga. Niech święci Patronowie wspierają nas, niech pomagają coraz pełniej uczestniczyć w życiu i misji Jezusa objawiającego światu miłosierną miłość Boga!

Bądź więc zawsze wierna Bogu w dotrzymaniu złożonych Mu obietnic i nie przejmuj się szyderstwami głupich. Wiedz, że święci są zawsze pośmiewiskiem świata i ludzi światowych, bo pod swymi stopami położyli świat i jego hasła.

św. o. Pio

Nie obfitość treści nasyca duszę, ale smakowanie wnętrza

Święty Ignacy z Loyoli urodził się w 1491 roku w Hiszpanii w zamożnej rodzinie baskijskiej, otrzymując na chrzcie imię Iñigo. Był najmłodszym wśród prawdopodobnie jedenaściorga rodzeństwa. Jako rycerz prowadził życie pełne zbytku, zabaw, przygód i romansów. W wieku prawie 30 lat, 20. maja 1521 walcząc przeciwko mieszkańcom Nawarry i ich francuskim sprzymierzeńcom, został bardzo poważnie ranny, stając w obronie fortecy Pampeluna. Kula armatnia roztrzaskała mu prawą nogę i poważnie raniła lewą. Wrogowie potraktowawszy go bardzo łagodnie pozwolili mu wrócić do domu, sądząc, że nie przeżyje drogi. Po powrocie trwającym dwa miesiące, zajęło się nim kilku lekarzy. Okazało się, że w czasie długiej podróży, kości źle się zrosły i trzeba było powtórnie je łamać. Ignacy chciał koniecznie kontynuować karierę wojskową i oczywiście prowadzić dotychczasowe życie pełne miłostek i zabaw. Stawiając na szali swoje życie, karierę i marzenia poddał się posłusznie tym wszystkim zabiegom, okrutnie cierpiąc i prawie przypłacając je życiem. Rekonwalescencja była bardzo długa i bolesna. W tym czasie przez cierpienie i lekturę nabożnych ksiąg doświadczył nawrócenia. Porzucił dotychczasowy tryb życia, udał się w pielgrzymkę do Jerozolimy a swój miecz rycerski ofiarował jako wotum Matce Najświętszej w opactwie benedyktynów na górze Montserrat. Tam odbył również spowiedź generalną. Oddawszy swój strój napotkanemu przypadkowo biedakowi a przebrawszy się w jego skromne odzienie, zszedł w dolinę stając się rycerzem Boga. W 1522 roku zamknął się w grocie pod Manresą prowadząc bardzo surowy tryb życia, poszcząc, oddając się wielogodzinnym modlitwom i rozmyślaniom. Przez rok doświadczał specjalnych łask Bożych i oświeceń Ducha Świętego. Spisał swoje przeżycia i doświadczenia z tego okresu w książeczce, którą nazwał Ćwiczeniami Duchownymi, a ta stała się fundamentem charyzmatu Towarzystwa Jezusowego, które później założył. W marcu 1523 roku, uzyskawszy pozwolenie od papieża Hadriana VI, Ignacy udał się w pielgrzymkę do Jerozolimy. Chory, osłabiony dotarł tam, ale mimo zezwolenia samego papieża, nie otrzymał zgody na pobyt od franciszkanów, którzy w owym czasie pełnili pieczę nad grobem Pańskim. W połowie stycznia 1524 roku znalazł się w Wenecji, a następnie udał się przez Genuę do Barcelony, by tam podjąć studia, kontynuując je w Alcali i Salamance, i oddając się jednocześnie dziełom miłosierdzia i praktykom religijnym. Przez te wszystkie dzieła zwrócił na siebie uwagę inkwizycji i podejrzany o herezję, osamotniony w walce, więziony, kilkukrotnie był przesłuchiwany. Stawał co najmniej ośmiokrotnie jako podejrzany przed sądem inkwizycji. Oczyszczony wreszcie z zarzutów w roku 1528 pieszo dotarł do Paryża, by kontynuować studia na paryskiej Sorbonie. Tam zgromadził grupę siedmiu przyjaciół, którzy stali się zaczynem przyszłego Towarzystwa Jezusowego. Złożyli 15 sierpnia 1534 roku przysięgę i ślubowali zachowanie ubóstwa, czystości i chęć odbycia pielgrzymki do Ziemi Świętej, a w przypadku, gdyby to ostatnie stało się niemożliwe, zobowiązali się do zachowania posłuszeństwa Ojcu Świętemu. W marcu 1535 roku Ignacy uzyskał licencjat z filozofii. W lipcu tego roku udał się za namową lekarzy w podróż rekonwalescencyjną do domu rodzinnego. W tym czasie nie przerywając pracy apostolskiej: katechizował, praktykował uczynki miłosierdzia i głosił kazania. Przybywając w lipcu do swej posiadłości, zakończył wszystkie sprawy dotyczące dziedziczenia. Następnie udał się do Walencji, Genui i Wenecji. Tam spotkał się ze swoimi przyjaciółmi z Paryża i otrzymawszy zezwolenie na pielgrzymkę do Jerozolimy, wysłał ich z prośbą o błogosławieństwo do samego papieża. Ci wezwani na dysputę teologiczną, otrzymali nieoczekiwanie również zgodę kanoniczną na przyjęcie święceń kapłańskich. 24. czerwca 1537 roku, w święto Jana Chrzciciela otrzymali w Wenecji święcenia kapłańskie z rąk biskupa Arbe. Niestety nie dane im było dotrzeć do Jerozolimy, ze względu na napiętą sytuację polityczną w Turcji i wybuch wojny. Zamieszkali więc w opuszczonym klasztorze San Pietro w Vivaroli. W październiku 1537 roku wrócili do Wenecji, gdzie 13-go Ignacy ostatecznie otrzymał dokument uwalniający go od zarzutów stawianych przez inkwizycję. Kilka tygodni później wyruszyli do Rzymu. W drodze Ignacy miał objawienie: ujrzał Boga Ojca i Jezusa Chrystusa dźwigającego Krzyż. Ojciec Niebieski powiedział do Syna: Chcę, abyś przyjął go na służbę. Wtedy Jezus zwrócił się do Ignacego: Chcę, abyś Nam służył. Zdarzenie to utwierdziło Ignacego w przekonaniu, że ze swoimi towarzyszami ma pod sztandarem Krzyża służyć Chrystusowi w Kościele. W Rzymie towarzysze Ignacego od razu podjęli pracę. Widząc narastające zadania, zastanawiali się, czy ich działalność nie byłaby bardziej owocna, gdyby poddali się kierownictwu jednego spośród siebie. Po kilkumiesięcznych modlitwach i naradach przedłożyli Ojcu Świętemu tzw. Formułę Instytutu i ostatecznie 27. września 1540 roku papież Paweł III zatwierdził powstanie Towarzystwa Jezusowego. 19. kwietnia 1541 roku w czasie ponownego głosowania Ignacy przyjął wybór na stanowisko pierwszego generała zakonu. Kiedy 31 lipca 1556 roku Ignacy umarł przeżywszy 64 lata, Towarzystwo Jezusowe liczyło już ok. 1000 członków i posiadało 110 placówek na świecie. Umarł ciężko chory, nie udzieliwszy ostatniego błogosławieństwa braciom, bez ostatniego namaszczenia i bez błogosławieństwa papieża, bo te odbyło się zbyt późno. Został pochowany w kościele Maria della Strada w Rzymie. Ignacy został beatyfikowany w 1609 roku a kanonizowany 12. marca 1622 roku przez papieża Grzegorza XV.

Strona tytułowa pierwszego wydania Ćwiczeń duchownych z 1548 r.

„Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją.”

św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia Duchowne

Przez wieki Ćwiczenia Duchowne spisane przez św. Ignacego stały się nie tylko głównym narzędziem kształtowania następnych pokoleń jezuitów, ale także drogą dla innych zakonów oraz osób świeckich. Dziś wiele reguł zakonnych jest opartych na medytacji, kontemplacji oraz ignacjańskim rachunku sumienia. Ćwiczenia te odbywane rokrocznie przez jezuitów, są następnie udzielane w wielu domach rekolekcyjnych kapłanom, członkom innych zgromadzeń zakonnych oraz osobom świeckim. Rekolekcje te zostały podzielone na kilka etapów i rozpoczynają się tzw. Fundamentem, który wprowadza w doświadczenie życia duchowego poprzez poznanie i praktykowanie różnych metod modlitwy, takich jak: medytacja, ignacjański rachunek sumienia, modlitwa prostoty, itp. Umożliwiają one wgląd w siebie i odkrycie Boga zarówno w Jego słowie jak i w dotychczasowym życiu, w przeżytych doświadczeniach osobistych. Po pewnym czasie rekolektant może uczestniczyć w następnych etapach rekolekcji, zwanych kolejno tygodniami, które są kontynuacją Fundamentu. Celem jest przemiana wewnętrzna, poznanie siebie, pojednanie z Bogiem, uporządkowanie uczuć, oderwanie się od przywiązań, wybór dalszej drogi w życiu, zaproszenie do pójścia za Chrystusem i zagospodarowanie odzyskanej wolności. Warunkiem owocnego uczestnictwa w rekolekcjach ignacjańskich jest pewna dojrzałość fizyczna i emocjonalna, wewnętrzna równowaga psychiczno-duchowa, (stąd granica, że wiek kandydatów chętnych do ćwiczeń to minimum 21 lat), zdolność do zachowania pełnego milczenia w ciągu rekolekcji, w tym: wyłączenia telefonu komórkowego i nie korzystania z urządzeń łączących z Internetem, oraz zdolność do osobistej przedłużonej modlitwy, szczera wola spotkania z Bogiem i podjęcia trudu rekolekcyjnego życia, otwartość i gotowość do dzielenia się doświadczeniem rekolekcji z osobą towarzyszącą, kierownikiem duchowym w Ćwiczeniach.

http://dfdkalisz.jezuici.pl/rekolekcje-ignacjanskie/metoda/

Ci, którzy zdecydowali się i odważyli ponieść trud rekolekcji, w większości, co roku wracają na następne ćwiczenia, wiedzeni poczuciem zmian jakie zachodzą w ich dotychczasowym życiu.

http://dfdkalisz.jezuici.pl/rekolekcje-ignacjanskie/swiadectwa/

Dla mnie droga Rekolekcji ignacjańskich rozpoczęła się w 2017 roku, za namową pewnego kapłana diecezjalnego. Wejście w ciszę i regułę rekolekcji zdawało się być bardzo trudne albo wręcz niemożliwe. Ale jak mówi polskie przysłowie „strach ma wielkie oczy”, a nawrócenie wymaga trochę poświęcenia, czasu i odwagi, zerwania z tym co wydaje się być może pozornie dobre, złudnie niereformowalne, a być może przyjęte mylnie za zły los, fatum, przekleństwo… Celem Ćwiczeń duchownych jest spotkanie Boga i przyjęcie Jego Woli, i nie może on być osiągnięty bez spełnienia podstawowego warunku, jakim jest wejście w siebie i poznanie siebie samego, odnalezienie swojej wartości, odzyskanie utraconych relacji i poznanie prawdziwego smaku miłości Bożej.

https://jezuici.pl/2019/11/terminarz-rekolekcji/

Dziś nie wyobrażam sobie kolejnego roku życia bez kolejnych ćwiczeń. Co wniosły w moje życie…

Dowartościowały je niesamowicie, uczyniły bardziej zrozumiałym, prostszym, pełniejszym i radośniejszym dając cel w życiu, nadając sens temu co wydawało się bez sensu, dając poczucie bezpieczeństwa, odwagę, siłę do walki ze złem, pogodzenie się z niezmiennością własnej historii i nadzieję, że to, co mimo wszystko spotyka mnie i może nie zawsze jest przyjemne w odbiorze, z Chrystusem jest zawsze do przejścia. 😄

W każdym położeniu dziękujcie!

14 lutego 2020 Dodaj komentarz

85154676_3582190725155919_3898505745443848192_o

Baczcie, aby nikt nie odpłacał złem za zło, lecz zawsze usiłujcie czynić dobrze sobie nawzajem i wszystkim. Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła. 1 Tes 5,15-22

Ostatni rok był dla mnie nadzwyczaj trudny. Najgorszy ze wszystkich możliwych. Gorszego nie było w moim 27-letnim życiu. Serio.  W pewnym momencie przyszła chwila, w której stwierdziłam, że Pana Boga nie ma, bo gdyby był taki wszechmocny i miłosierny – nie pozwolił by na to wszystko, co się dzieje i działo. Nie pozwoliłby na tyle zranień i tyle perturbacji. Nie widziałam Jego miłosierdzia, Jego planu w tym co się dzieje i działo. Wtedy stwierdziłam, że Jego nie ma. Ale prawda jest taka, że On był cały czas. Pomógł przetrwać, nie rozsypać się. Pokazał drogę. Dał siłę. Niósł na rękach. Pamiętam jak znajomy ksiądz wtedy pilnował, żebym nadal chodziła do Kościoła i przyszła do spowiedzi. Więc W każdym położeniu dziękujcie! Bo na przykład posłał takiego kapłana, pokazał ilu mam przyjaciół.

On ma plan i wszystko ma cel Dziękuj za to co masz, za to co dostałeś. On Cię kocha, a Twoje problemy wcale nie są większe niż Jego miłość. On jest Miłością. Przede wszystkim On widzi dalej, niż My. On ma obraz wszystkiego. On wie co robi i nie da Ci ciężarów większych niż jesteś w stanie unieść.

On jest dobry i wspaniały!

Oto człowiek!

maxresdefault.jpg

Wielu ludzi nauczyło mnie miłości bliźniego, ale też wielu pokazało mi jak go zgnoić. Wielu ludzi, którzy kiedykolwiek stanęli na mojej drodze było czy są dla mnie wzorem, wielu też okazuje mi najgorszą stronę człowieczeństwa. Wiele razy szłam dobrą drogą, a także wiele razy tą złą. Zastanawiając się nad swoim człowieczeństwem naprawę nie jestem w stanie określić, w jakim miejscu się teraz znajduje.

Może to jest ten czas, aby zdać sobie sprawę z faktu, że już niewiele czasu nam zostaje. Nie chodzi o czasy ostateczne, bo tego przewidzieć się nie da, ale o przestrzeni w jakiej aktualnie się znajdujemy. Mam dokładnie na myśli Wielki Tydzień, który zaczyna się już dziś. Wielki, bo dzieją się rzeczy wielkie i najbardziej istotne dla każdego, porządnego katolika. Nie tak jak to bywa w zwyczaju wielu, najważniejsze święta w roku to Boże Narodzenie, choinka i prezenty, dwanaście potraw czy spotkania rodzinne, ale TRIDUUM SACRUM, śmierć i zmartwychwstanie, śmierć i życie.

Zaczyna się piękny tydzień. Po pięknej, trudnej i bolesnej walce Wielkiego Postu, zastanawiam się czy jestem gotowa na to, co przede mną, co przed nami.

Zacznijmy od wjazdu Jezusa do Jerozolimy. W radości i radosnych okrzykach. Ten, Król chwały, Książę pokoju, dziś witany przez tłumy, a za nim podążający tłum, który go wyda. Ileż w każdym z nas radosnego katolika, który chwali Pana, jest z Nim w zgodzie, przestrzega przykazań, aby zaraz później wyśmiewać i wyszydzać, oskarżać i nienawidzić.

Zajrzyj w swoje serce, napraw to, co udało ci się zepsuć. Czy jesteś gotowy na przyjęcie zranionej Miłości, Miłości tryskającej z krzyża, Miłości już nie tej maleńkiej, ukołysanej, nowonarodzonej, ale prawdziwie żyjącej, działającej cuda, która wykrzyczała „Wykonało się” ?

To On, nasz Pan- Ecce Homo!

Siła kobiet

3 października 2017 Dodaj komentarz

kobiecosc

Przez lata słyszałam, że mam być silna – jako starsza siostra mająca być wzorem, jako pierworodna córka, jako osoba chora na reumatoidalne zapalenie stawów, jako kobieta, której w pewnym momencie rozwaliło się życie… Przez lata wyrobiła mi się wizja silnej i niezależnej kobiety, takiej fest baby, niczym Horpyna z sienkiewiczowskiej powieści, która ze wszystkim da radę sama, która nie ma prawa się rozpłakać, a okazywanie uczuć, emocji, jest słabością. Przez lata myślałam, że płacz, czułość, proszenie o pomoc, okazywanie emocji – również (w zasadzie szczególnie tych negatywnych) jest czymś złym, jest realnym okazaniem słabości. Przez lata myślałam, że będę silną kobietą, wtedy kiedy sama będę nosić kilkunastokilogramowe worki z mięsem, spać po 4 godziny na dobę i robić wszystko sama. Kiedy będę na pograniczu chłopczycy… Jednak (na szczęście) uświadomiłam sobie, że to nie tak działa!

Jednak skończyłam 24 lat, chwilę wcześniej przerwałam studia i w zasadzie z dnia na dzień przestałam być uczennicą, zaczęłam pracę w fast foodzie. Sama praca – nic nowego, pracowałam już wcześniej w gastronomii. Jednak w tym momencie swojego życia, kiedy pracowałam jeszcze jako niania, po raz pierwszy zaczęłam myśleć o sobie jako kobiecie, a nie dziewczynie. I po raz pierwszy zobaczyłam, że poproszenie o pomoc – to nic złego, wręcz rzeczą konieczną czasami. Po raz pierwszy zobaczyłam, że mogę pokazać, że mnie coś mnie boli – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Po raz pierwszy zobaczyłam, że moją siłą, jako kobiety, jest cierpliwość, kiedy dziecko po raz kolejny pyta się „ciociu/mamo, a dlaczego?”, albo musisz to samo komuś tłumaczyć po raz kolejny, nie ważne jak to jest dla mnie łatwe. Że siłą jest pozwolenie sobie łzy, że siłą jest dotrzymanie obietnicy i wierność przyjaciołom. Że siłą jest okazywanie emocji, że w każdym bądź razie nie jest to słabość, to domena nas – kobiet! To pokazanie ciepła, wyjście z inicjatywą, ale w sposób delikatny, nienarzucający się. To pokazanie, kiedy jestem zdenerwowana, smutna, rozżalona, zmęczona czy szczęśliwa, a nie chowanie tego wszystkiego pod maską z czerwoną szminką na ustach. Nie bycie chłopczycą, a delikatność, czułość to nasza siła. Po raz pierwszy zobaczyłam, że mogę przy kimś się rozpłakać i nie skończy się świat. Nie płaczą tylko roboty… Siłą jest zapewnienie komuś bezpieczeństwa, przede wszystkim tego psychicznego – w moim domu, w mojej obecności. Siłą nie jest bycie na piedestale i robienie wszystkiego samemu – to bycie obok najbliższych, wspieranie, delikatność, niczym Maryja towarzysząca Jezusowi przy Jego pierwszym cudzie w Kanie Galilejskiej. Siła to umiejętność zejścia w cień i nie chodzi tu wcale o fałszywą, udawaną skromność. Siła to przede wszystkim także umiejętność przyznania się do błędu. Uświadomiłam sobie, że siłą nas ludzi niezależnie od płci czy narodowości, jest to, że się uzupełniamy i jeden drugiemu może pomóc i czegoś nauczyć. Tak, jestem tylko człowiekiem, wciąż lubię chodzić w glanach, zdarza mi się wypić piwo czy zapalić, ale mam świadomość, że to tylko otoczka… Siła kobiety tkwi w jej wnętrzu, a nie w tym, ile ma szminek i w jak wysokich obcasach chodzi.

Biblia pokazuje historie wielu kobiet silnych i świadomych swojej siły oraz piękna. Począwszy od Maryi – najpiękniejszej i najsilniejszej ze wszystkich kobiet, która stała się Matką Boga. Była Judyta, Rut Moabitka, Anna, żona Tobiasza, Samarytanka u studni czy Elżbieta – żona Zachariasza. Jednak u początku siły kobiet jest przebywanie z Bogiem w ciągłym kontakcie, przebywanie w Jego Obecności. Silna kobieta robi wszystko z Nim, a nie sama.