Archiwum

Archive for the ‘świadectwa’ Category

Siła kobiet

3 października 2017 Dodaj komentarz

kobiecosc

Przez lata słyszałam, że mam być silna – jako starsza siostra mająca być wzorem, jako pierworodna córka, jako osoba chora na reumatoidalne zapalenie stawów, jako kobieta, której w pewnym momencie rozwaliło się życie… Przez lata wyrobiła mi się wizja silnej i niezależnej kobiety, takiej fest baby, niczym Horpyna z sienkiewiczowskiej powieści, która ze wszystkim da radę sama, która nie ma prawa się rozpłakać, a okazywanie uczuć, emocji, jest słabością. Przez lata myślałam, że płacz, czułość, proszenie o pomoc, okazywanie emocji – również (w zasadzie szczególnie tych negatywnych) jest czymś złym, jest realnym okazaniem słabości. Przez lata myślałam, że będę silną kobietą, wtedy kiedy sama będę nosić kilkunastokilogramowe worki z mięsem, spać po 4 godziny na dobę i robić wszystko sama. Kiedy będę na pograniczu chłopczycy… Jednak (na szczęście) uświadomiłam sobie, że to nie tak działa!

Jednak skończyłam 24 lat, chwilę wcześniej przerwałam studia i w zasadzie z dnia na dzień przestałam być uczennicą, zaczęłam pracę w fast foodzie. Sama praca – nic nowego, pracowałam już wcześniej w gastronomii. Jednak w tym momencie swojego życia, kiedy pracowałam jeszcze jako niania, po raz pierwszy zaczęłam myśleć o sobie jako kobiecie, a nie dziewczynie. I po raz pierwszy zobaczyłam, że poproszenie o pomoc – to nic złego, wręcz rzeczą konieczną czasami. Po raz pierwszy zobaczyłam, że mogę pokazać, że mnie coś mnie boli – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Po raz pierwszy zobaczyłam, że moją siłą, jako kobiety, jest cierpliwość, kiedy dziecko po raz kolejny pyta się „ciociu/mamo, a dlaczego?”, albo musisz to samo komuś tłumaczyć po raz kolejny, nie ważne jak to jest dla mnie łatwe. Że siłą jest pozwolenie sobie łzy, że siłą jest dotrzymanie obietnicy i wierność przyjaciołom. Że siłą jest okazywanie emocji, że w każdym bądź razie nie jest to słabość, to domena nas – kobiet! To pokazanie ciepła, wyjście z inicjatywą, ale w sposób delikatny, nienarzucający się. To pokazanie, kiedy jestem zdenerwowana, smutna, rozżalona, zmęczona czy szczęśliwa, a nie chowanie tego wszystkiego pod maską z czerwoną szminką na ustach. Nie bycie chłopczycą, a delikatność, czułość to nasza siła. Po raz pierwszy zobaczyłam, że mogę przy kimś się rozpłakać i nie skończy się świat. Nie płaczą tylko roboty… Siłą jest zapewnienie komuś bezpieczeństwa, przede wszystkim tego psychicznego – w moim domu, w mojej obecności. Siłą nie jest bycie na piedestale i robienie wszystkiego samemu – to bycie obok najbliższych, wspieranie, delikatność, niczym Maryja towarzysząca Jezusowi przy Jego pierwszym cudzie w Kanie Galilejskiej. Siła to umiejętność zejścia w cień i nie chodzi tu wcale o fałszywą, udawaną skromność. Siła to przede wszystkim także umiejętność przyznania się do błędu. Uświadomiłam sobie, że siłą nas ludzi niezależnie od płci czy narodowości, jest to, że się uzupełniamy i jeden drugiemu może pomóc i czegoś nauczyć. Tak, jestem tylko człowiekiem, wciąż lubię chodzić w glanach, zdarza mi się wypić piwo czy zapalić, ale mam świadomość, że to tylko otoczka… Siła kobiety tkwi w jej wnętrzu, a nie w tym, ile ma szminek i w jak wysokich obcasach chodzi.

Biblia pokazuje historie wielu kobiet silnych i świadomych swojej siły oraz piękna. Począwszy od Maryi – najpiękniejszej i najsilniejszej ze wszystkich kobiet, która stała się Matką Boga. Była Judyta, Rut Moabitka, Anna, żona Tobiasza, Samarytanka u studni czy Elżbieta – żona Zachariasza. Jednak u początku siły kobiet jest przebywanie z Bogiem w ciągłym kontakcie, przebywanie w Jego Obecności. Silna kobieta robi wszystko z Nim, a nie sama. 

Reklamy

Dlaczego?

5 września 2016 Dodaj komentarz

wp-1473110302808.jpg

Dzisiaj uraczę Was krótkim świadectwem – moim świadectwem.

Otóż od dnia dzisiejszego aż do 30 września prowadzić będę katechezę w jednym z opolskich liceów. Jest to liceum, które ja sama ukończyłam ponad cztery lata temu, stąd możecie sobie wyobrazić jaki stres mi się udzielił kiedy stanęłam przed poszczególnymi klasami.

Obrałam sobie taką taktykę (wojenną): przedstawię się, poproszę by wyciągnęli karteczki (wtedy najczęściej na ich twarzach pojawiało się niedowierzanie – no bo jak to, kartkówka w drugi dzień szkoły?), a później będzie „suprise, suprise”. Moim celem było to, aby a tychże kartkach zapisali swoje imię i nazwisko oraz klasę (mam ambitny plan nauczyć się ich wszystkich i do końca września zacząć im mówić po imieniu), a później, w trakcie lekcji, pytania jakie im się nasuną (a których woleliby nie wypowiadać na forum), uwagi co do prowadzenia przeze mnie zajęć, plusy i minusy. (żeby przełamać lody prosiłam, aby dali mi szansę i przynajmniej do końca lekcji nie wychodzili z klasy – zostali wszyscy aż do dzwonka!)

W domu przejrzałam wszystkie kartki, które od nich zebrałam, i przy niektórych łzy stawały mi w oczach. Ponieważ uczniowie, który pierwszy raz widzieli mnie na oczy chcieli, abym została w szkole i uczyła ich dłużej niż miesiąc (szkoda że nie mogę). Niektóre zaś były zabawne: padły pytania o znak zodiaku (?!); o to, czy gram w Wiedźmina 3 (nie wiem czemu ich tak to ciekawi, ale jutro się dowiedzą); czy miałam kiedyś kryzys wiary; czy podobają mi się studia. No i pojawiło się, nawet kilka razy, pytanie: dlaczego zdecydowałam się na studia teologiczne?

Licealistom trudno wytłumaczyć coś, czego nie próbowaliby podważyć. O tym wie każdy z nas, kto uczęszczał na lekcje religii w szkole średniej. Więc jak im wytłumaczyć to, że zwyczajnie poczułam powołanie do zostania teologiem? Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – po prostu Palec Boży popchnął mnie w kierunku Wydziału Teologicznego. I już. Nie było fanfar, tortu i gości, którzy gratulowali mi wyboru. Zamiast tego była rodzina, która martwiła się o to, jak znajdę pracę po studiach, czy wyżyję; znajomi, którzy ostrzegali mnie przed straceniem wiary; przyjaciele, którzy stukali się w głowę i pytali się, czy na pewno wszystko ze mną OK.

Ale tak. Ze mną wszystko OK. Studiuję dzielnie od lat czterech, teraz czeka mnie ostatnia walka, bitwa trwająca rok. I wiem, że gdyby Bóg nie chciał bym studiowała teologię, nie pozwoliłby mi wkuć wszystkiego i zdać egzaminów. Dlatego przez ostatni rok przejdę jak burza (albo malutki grzmocik).

Odpowiedź na pytanie zadane mi przez jedną z licealistek? Ponieważ wiem, że tą drogą dojdę do zbawienia.

Amen!

Czym jest miłosierdzie?

9 sierpnia 2016 Dodaj komentarz

logonapis15_sdm

Drodzy czytelnicy!

Hasłem tegorocznych ŚDM były słowa jednego z ośmiu Błogosławieństw wypowiedzianych przez Jezusa. BŁOGOSŁAWIENI MIŁOSIERNI ALBOWIEM ONI MIŁOSIERDZIA DOSTĄPIĄ. Piękne słowa ale jak dla mnie były one nie zrozumiałe…

Czym jest miłosierdzie? Jak miłować innych, osoby, których nie znam, które niezbyt lubię? Jak miłować innych w codzienności? Nie chciałem uczyć się na pamięć formułki z katechizmu na temat miłosierdzia ale chciałem aby Bóg mi to objawił.

I właśnie podczas tego wielkiego wydarzenia  zrozumiałem znaczenie tych słów. Dowiedziałem  się co to znaczy być miłosiernym. I objawił mi to jak myślę sam Bóg.

Święta S. Faustyna zapisała słowa Jezusa, który powiedział by miłować czynem, słowem i modlitwą.

Mógłbym podawać miliony przykładów, w których Bóg za pomocą bliźnich mi to ukazał ale podam tylko jeden najważniejszy, który rozjaśnił mi wszystko i wydarzył się podczas ŚDM.

Ostatniego dnia przed wyjazdem zmęczeni wróciliśmy na nasze pole namiotowe. Nagle zerwała się gwałtowna burza, wicher i nasze namioty po prostu latały. Wszystko zostało zalane. I właśnie wtedy ukazało mi się znaczenie tego hasła. Miłosierdzie to nie patrzenie na własne nieszczęście, niedolę ale pomimo tego wszystkiego pomoc innym. Gdy zamiast ratować swoje rzeczy przed zalaniem pomagaliśmy innym. Każdy z nas zostawił swoje rzeczy w kałuży i biegł ratować ubrania osób, którzy nie miały siły zanieść ich do schronienia. Pomimo bolących nóg biegaliśmy pomagając innym. Niektóre osoby przez taką pomoc spały w mokrych ubraniach, niektórzy oddawali swoje by im pomóc, by jakoś przetrwać tą noc.

To jest właśnie miłosierdzie. Taki prosty gest. Mogliśmy nie pomagać, martwić się o siebie. I patrzeć jak inni tracą swoje rzeczy. Ale jeśli nie okażemy miłosierdzia to jak go mamy dostąpić?

I jaką nagrodę otrzymaliśmy za taką pomoc? Największą nagrodę jaką ja mogłem otrzymać to uśmiech na twarzach osób, którym pomogłem, które pomimo zalanych rzeczy uśmiechały się i ze smutkiem oczekiwały powrotu do domu. Czemu ze smutkiem? Bo będzie brakować nam wspólnych śniadań, zapchanego autobusu, katechez biskupów, Mszy Świętych, spotkań z papieżem i po prostu bycia razem.

Światowe Dni Młodzieży ukazały nam jak ważne jest bycie miłosiernym. Pokazały, że zawsze mamy pomagać innym. Ukazały, że pomimo zmęczenia na modlitwę zawsze ma się siłę. Po 8 godzinach w pociągu mieliśmy tyle energii na Mszy Świętej o 22, że razem zatańczyliśmy taniec miłosierdzia i modliliśmy się za nasze parafialne wspólnoty, które od ponad roku wspierały nas modlitewnie.

Podczas tego krótkiego tygodnia wypełniliśmy polecenie Jezusa i miłowaliśmy czynem, słowem i modlitwą i idąc za radą Papieża Franciszka nie idziemy na przedwczesną emeryturę ale jesteśmy  i głosimy Wam Boga, którego lepiej poznaliśmy na ŚDM i będziemy Go głosić co Wam obiecuję zawsze i wszędzie!

ŚDM ukazało mi imię Boga, mój Bóg ma na imię MIŁOSIERDZIE!

Dziękuję za modlitwę i proszę o nią nadal szczególnie w intencji rozpoznania mojego życiowego powołania!

 

Grunt pod nogami ks. Jana Kaczkowskiego

       2000904841        Trudno się przyznać, ale czasem trzeba- tak, mało książek czytam i tym samym biję się w piersi za ten mój książkowy analfabetyzm. Jednak Wielki Post stał się nie tyle czasem postanowień, co czasem dobrego wykorzystania czasu (jakkolwiek to brzmi). Wielki Post się dopiero rozpoczął a ja wypełniam swoje założenie w każdym calu.

     Ostatnio na wokandę wzięłam książkę ks. Jana Kaczkowskiego „Grunt pod nogami”. Najnowsze dzieło onkocelebryty- jak sam siebie nazywał. Publikacja ma charakter nieco poważniejszy niż np. „Życie na pełnej petardzie”. Tutaj ks. Jan publikuje swoje przemyślenia, rozważania ujęte w formie kazań, które rzeczywiście były wygłaszane w przeróżnych okolicznościach jak i w przeróżnych miejscach. Na pewno każdy, kto sięgnie po tę książkę znajdzie w niej coś dla siebie, pokłóci się trochę z autorem a na samym końcu podziękuje i pomodli się za ks. Jana.

    Mnie osobiście ujęły tematy poruszające kwestię kształtowania sumienia, posiadania sumienia i korzystania z sumienia. Może tez dlatego, że czasami nie wiem co wolno, czy robię dobrze, czy idę za głosem sumienia, czy za głosem ludzi.

„Sumienie, które mnie fascynuje, to jedyny głos, który nas potrafi w sposób obiektywny skrytykować. Z jednej strony trochę się go lękamy- jak Herod Jana. A z drugiej- wierzymy mu, wiemy, że nie kłamie. Wszystko utrudnia to, że jesteśmy mistrzami świata w oszukiwaniu własnego sumienia. Wiem po sobie. Sumienie nam coś mówi i choć wiemy, że to jest prawda, przykładamy to tysiącem argumentów, by go nie usłyszeć. Gdy już stworzymy mnóstwo teorii, dlaczego ono musi się mylić, i postąpimy wbrew niemu, słyszymy w sobie trzask.”

        Czy owy trzask słyszę i ja w swoim sumieniu? Jak często? Co sprawia, że słyszę ten trzask i jak mogę temu zapobiec?
Odpowiedzi na te i inne pytania można znaleźć w książce i  na pewno też publikacja nakłania do przemyśleń, gdy tych konkretnych, odpowiedzi wprost nie znajdziemy.

     Kolejny fragment, który mnie- tym razem jako pedagoga- uderzył, jest związany z sytuacją gdy matka Salome żąda głowy Jana Chrzciciela:

„Przyjrzyjmy się Salome, która uznaje matkę za autorytet, więc przychodzi ją zapytać, o co ma poprosić Heroda. Matka nie każe jej prosić o bogactwa, ale o to, by w jakimś sensie usprawiedliwiła jej zło. Abo przynajmniej usunęła je z jej oczu. Czy tak się momentami nie dzieje w naszym życiu, kiedy postępujemy niemoralnie i uczymy tego nasze dzieci? Kiedy mówimy: <<dziecko, kocham cię bardzo i zrobię dla ciebie wszystko>> ? Nie! <<Ponieważ cię kocham, nie zrobię dla ciebie wszystkiego. Bo chcę dla ciebie jak najlepiej. Nie nauczę cię nieuczciwości, nie będę cię krył, kiedy popełnisz przestępstwo, kiedy poprosisz mnie, bym ci kupił prawo jazdy albo dał łapówki, żebyś się dostał na studia. Nie będę uciekał się do nikczemnych sposobów, by cię wypromować. Nie, ponieważ cię kocham. Właśnie dlatego nie zrobię dla ciebie wszystkiego.”

     Jakże piękna została tu zastosowana definicja miłości rodziców do dziecka. Nie nauczę cię zła, oszustw bo cię kocham i nie zrobię dla ciebie wszystkiego. Zrobię to, co jest dobre.

  Ostatni fragment, który pokazuje piękno liturgii, piękno dbania o nią i piękno odnajdywane w liturgii przedsoborowej (która jest tak bardzo krytykowana, której wszyscy nie wiadomo dlaczego się boją i dlaczego tak bardzo nie chcą jej poznać) ale także fragment, który pokazuje, że potrzebujemy i powinniśmy poszukiwać Boga wymagającego, który od nas wymaga, a my tym wymaganiom stawiamy czoła:

„Jeżeli powie się księżom, ze chciałoby się odprawić Mszę Świętą w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, to gorzej niżby się chciało napluć na ołtarz. Musimy ją na nowo odczytać- do czego wzywał Benedykt XVI. Wolno w Kościele robić wszystkie dziwactwa z nową liturgią, a nie wolno sięgnąć po piękno tamtej, bo się wszyscy, nie wiadomo dlaczego, jej boją. (…) Nie bójcie się tego, co wymaga głębszego poznania. Karmcie się tym, Twórzcie osobistą relację z Panem Bogiem. Pochodzę z wychłodzonej religijnie rodziny. Kiedy w latach 90. próbowano mnie nawrócić i ciągnięto na rozmaite spotkania ewangelizacyjne, to coś mnie odpychało, nie znajdowałem w tym przestrzeni dla siebie. Tamten Chrystus był Chrystusem niewymagającym, takim misiem-przytulakiem albo też plastikowym Bogiem. Chrześcijaństwo nie może być plastikowe ani pluszowe, bo będzie nieprawdziwe.”

Zakończenie

To tylko niektóre z przemyśleń, jakie mnie osobiście uderzyły, dały do myślenia, pokazały pewne sprawy na nowo. Jest ich w książce zdecydowanie więcej i tym samym zachęcam do jej przeczytania. Oprócz samych kazań książka zawiera spisane rekolekcje, Drogę Krzyżową oraz tekst o kwestii spowiedzi- w sam raz trzy rzeczy na Wielki Post J

Kończąc ostatecznie.*

W ostatnich dniach ks. Jan trafił do szpitala i jest poddawany kolejnej chemioterapii. Jego stan się pogorszył, nowotwór znów dał się we znaki. Wspomnijcie proszę o nim w swoich modlitwach!

„Proszę, żebyście się czasem za mnie pomodlili, bym do końca tego życia dopłynął godnie. Mam ochotę żyć na pełnej petardzie, dopóki Pan Bóg daje mi jasność umysłu, bo wiadomo, że glejak wcześniej czy później zabierze mi umiejętność poprawnego formułowania myśli. Mam nadzieję, że jak najpóźniej. O to się dla mnie módlcie. Amen”


Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Grunt pod nogami” ks. Jana Kaczkowskiego, Wydawnictwo WAM 2016

*Wiadomości o tym, że ks. Jan trafił do szpitala zostały podane przez media, które to same nie ogarnęły prawdziwości posiadanych wiadomości. Ks. Jan jest u siebie, osłabiony ale działa dalej. Modlitwa wskazana.
Przepraszam za to, że uległam tym nieprawdziwym wiadomościom i wprowadziłam czytelników w błąd.

Nowenna pompejańska – jak odmawiać i krótkie świadectwo

2 października 2015 Dodaj komentarz

O nowennie pompejańskiej usłyszałam po raz pierwszy od koleżanki ze studiów już jakiś czas temu. Krótko później jakoś o Icona_Madonna_Pompeiniej zapomniałam, ale jednak wróciła do mojego życia całkiem niedawno za sprawą mojej Mamy, która podjęła wyzwanie zaczęła ją odmawiać. Aż pewnego dnia sama postanowiłam zacząć odmawiać nowennę, która ostatnio się skończyła. A czym tak w zasadzie jest nowenna pompejańska i jak się ją odmawia?

Jak odmawiać nowennę pompejańską?
To proste! Przez 54 dni odmawiamy codziennie 15 tajemnic różańca modląc się w jednej intencji oraz dodając do „standardowych” modlitw różańca kilka krótkich modlitw początkowych i końcowych.

Aby się nie pogubić, warto zaznaczyć sobie w kalendarzu dni rozpoczęcia i zakończenia nowenny wraz z dniami przejścia części błagalnej (pierwsze 27 dni) w dziękczynną (drugie 27 dni).

Poniżej przedstawiamy krótkie instrukcje różańca i nowenny pompejańskiej.

  1. Nowenna pompejańska krok po kroku
  2. Najpierw żegnamy się znakiem krzyża.
  3. Potem podajemy intencję i mówimy: „Ten różaniec odmawiam na Twoją cześć, Królowo Różańca świętego”.
  4. Przechodzimy do modlitw początkowych różańca (Wierzę w Boga, Ojcze nasz, 3 Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu) – odmawiamy jeden raz, na początku nowenny w danym dniu.
  5. Następnie odmawiamy różaniec – piętnaście tajemnic (15 dziesiątek) – nie musisz wszystkich na raz.
  6. Po skończeniu różańca modlimy się krótką modlitwą (błagalną lub dziękczynną – zobacz niżej). Wystarczy tę modlitwę odmówić raz na dzień, na końcu różańca.
  7. Na samym końcu modlimy się modlitwą „Pod Twoją obronę” oraz trzy razy z ufnością i wiarą mówimy: „Królowo Różańca świętego, módl się za nami!”

Modlitwy końcowe w trakcie części błagalnej – modlimy się tą modlitwą przez pierwsze 27 dni nowenny.

Pomnij o miłosierna Panno Różańcowa z Pompejów, jako nigdy jeszcze nie słyszano, aby ktokolwiek z czcicieli Twoich, z Różańcem Twoim, pomocy Twojej wzywający, miał być przez Ciebie opuszczony. Ach, nie gardź prośbą moją, o Matko Słowa Przedwiecznego, ale przez święty Twój różaniec i przez upodobanie, jakie okazujesz dla Twojej świątyni w Pompejach wysłuchaj mnie dobrotliwie. Amen.

Modlitwy końcowe w trakcie części dziękczynnej – modlimy się tą modlitwą przez drugie 27 dni nowenny.

Cóż Ci dać mogę, o Królowo pełna miłości? Moje całe życie poświęcam Tobie. Ile mi sił starczy, będę rozszerzać cześć Twoją, o Dziewico Różańca Świętego z Pompejów, bo gdy Twojej pomocy wezwałem, nawiedziła mnie łaska Boża. Wszędzie będę opowiadać o miłosierdziu, które mi wyświadczyłaś. O ile zdołam będę rozszerzać nabożeństwo do Różańca Świętego, wszystkim głosić będę, jak dobrotliwie obeszłaś się ze mną, aby i niegodni, tak jak i ja, grzesznicy, z zaufaniem do Ciebie się udawali. O, gdyby cały świat wiedział jak jesteś dobra, jaką masz litość nad cierpiącymi, wszystkie stworzenia uciekałyby się do Ciebie. Amen.

Nie jest to takie skomplikowanie, prawda? Osobiście przerażało mnie odmawianie 3 Tajemnic Różańca w ciągu dnia. No bo w końcu praca, studia, nauka, więc czasu nie ma zbyt wiele, więc jak znaleźć go na odmawianie takiej ilości modlitw? Ale jednak okazało się, że można znaleźć czas – osobiści modliłam się w różnych sytuacjach – w tramwaju, w pociągu, w drodze do pracy, podczas ćwiczeń na siłowni, podczas przerwy w pracy… Miałam w sercu silną intencję – prośbę o własne uzdrowienie. Już po kilku pierwszych dniach poczułam się lepiej – psychicznie oraz fizycznie. Dzień przed zakończeniem części błagalnej miałam kontrolną wizytę u reumatologa (choruję na reumatoidalne zapalenie stawów). I usłyszałam najpiękniejsze słowo jakie można usłyszeć w tej chorobie – REMISJA <3. Przypadek? Nie sądzę. A co to oznacza remisja? Że choroba nie postępuje, że mam szansę na kolejne kilka lat bez większego bólu. To przede wszystkim nadzieja… To jednak nie wszystko. W moim sercu zapanował przede wszystkim spokój, na twarzy częściej pojawiał się uśmiech…. Wszystko szło lepiej… Od kiedy skończyłam nowennę minęło już kilka dnia, a ja rozpoczęłam następną.

Szczerze polecam doświadczyć mocy nowenny pompejańskiej… Bóg zaskakuje, działa cuda, zwłaszcza, że jest to nowenna nie do odparcia… Uwaga na jedno – to wciąga;)

Moje pielgrzymkowe życie….

19 sierpnia 2015 Dodaj komentarz

Jasna Góra

Okres wakacyjny to szczególny okres różnego rodzaju pielgrzymek – szczególnie tych związanych z Maryją, na której cześć całe mnóstwo świąt i wspomnień w miesiącu sierpniu, a szczególnie z Matką Boską Częstochowską – szczególnie ukochaną przez Polaków. I w moim życiu pojawiło się kilka-kilkanaście pielgrzymek. I właśnie o nich chciałabym co nieco napisać….

Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Na początku maja, dokładnie miesiąc po swoich 9. urodzinach, po raz pierwszy do swojego serca przejęłam Pana Jezusa do swojego serca w I Komunii Świętej. Krótko później przyszedł sierpień, kiedy to Papież Jan Paweł II przyjechał do Polski na pielgrzymkę (jak później się okazało swoją ostatnią do swojej Ojczyzny). Moi Rodzice sami chcieli pojechać, przy okazji stwierdzili, że jestem na tyle duża i dojrzała, że mogę jechać z Nimi na spotkanie w Krakowie. Więc pojechałam. Co prawda nie pamiętam zbyt wiele z tamtego wyjazdu – pamiętam nocną podróż pociągiem, długi „spacer” na krakowskie błonia, drżący głos Papieża (choć ni w ząb nie pamiętam co mówił), Jego zielony Ornat, rodzinne jedzenie kanapek za billboardem czy chociażby to, że z mamą siedziałyśmy na ogrodzeniu i oglądałyśmy Eucharystię przez lornetkę pożyczoną przez nieznanych współpielgrzymkowiczów. W te same wakacje po raz pierwszy pojechałam na swoją rowerową pielgrzymkę. Tym razem do Matki Częstochowskiej – na Jasną Górę. To już przeżyłam mocniej, głębiej… Przeżyłam zdecydowanie większy wysiłek, zwłaszcza jako dzieciak, który nie miał bladego pojęcia do czego służą przerzutki w rowerze, które nigdy wcześniej nie zrobiło na bicyklu tak długiego dystansu… A do tego podróż z Tatą (Mama została z Bratem)….. Ale to był też dużo większy wysiłek duchowy – pokonać ból fizyczny, pokonać chęć poddania się (za czym przemawiały zadrapane kolana i łokcie), ale dojechałam po raz pierwszy myśląc o Maryi jako o własnej Matce prosząc ją pod chwilami „Mamo, przytul, mam dość…”. Podczas drogi jako grupa rowerowa mijaliśmy się czasami z grupami pieszych pielgrzymów, z którymi spotkaliśmy się u Miriam na błoniach. Wtedy też po raz pierwszy zamarzyłam o pójściu na pieszą pielgrzymkę na Jasna Górę. Ale jednak zanim na nią poszłam minęło trochę czasu…

Następna pielgrzymka miała w moim życiu miała miejsce w 2005 roku. Tym razem jako 12-latka jechałam na rowerze, ale tym razem do Babci – na Górę św.Anny. Znowu z moim Tatą jako organizatorem całego przedsięwzięcia. Tym razem jako najmłodsza, ale jednak już jako zdecydowanie dojrzalsza osoba, która dość mocno jak na swój wiek przeżyła śmierć Jana Pawła II. Dojechałam i już wiedziałam, że tam będę wracać, że mnie tam będzie ciągnąć… I ciągnie – już od 10 lat z małymi przerwami jeżdżę do Babci, często nadal jako najmłodsza….

Jednak o marzeniu pójścia na pieszą pielgrzymkę nie zapomniałam. Poszłam bodajże w 2007 lub 2008 roku, kiedy już byłam wystarczająco dojrzała, by iść na nią bez Rodziców. Wróciłam z pęcherzami na stopach, po wielu momentach płaczu – z bólu, radości, wysiłku… Ale dotarłam do Mamy… 3 lata później poszłam kolejny raz… I jak na razie ostatni… Teraz do pieszych pielgrzymek dyskwalifikowały mnie problemy zdrowotne, ale na szczęście do rowerowych już nie…

Na pielgrzymkach rowerowych byłam 9 razy – raz na Jasnej Górze, 8 na Górze św.Anny. Na pieszej byłam tylko 2 razy. Po raz ostatni u Babci byłam w te wakacje…

Góra św.Anny wita!

Co mi dała każda z tych pielgrzymek? Po każdej z nich stawałam się o wiele bardziej dojrzała w wierze, a także życiowo… Wracałam zawsze silniejsza, bliższa Boga… Każda z nich nauczyła mnie czegoś innego, czegoś nowego, każda przyniosła inne owoce… Przede wszystkim nauczyły mnie tego, że pielgrzymka to wysiłek fizyczny. To niesienie swojej intencji czy problemów wśród bólu, łez i potu… To wyrzeczenia… Pielgrzymki autokarowe czy samochodowe dla mnie nie to samo (choć bywałam na takich). Taka wydaje mi się bardziej wycieczką, atrakcją… Pielgrzymka to rekolekcje w drodze. A właśnie takie najlepiej przeżywam na rowerze. W kameralnej grupie, kiedy mogę spokojnie, we własnym tempie odmówić różaniec, bez śpiewów z pokazywaniem, bez konferencji, w większej ciszy… Tak, takie śpiewy mnie czasem drażnią. Nie lubię modlitwy na zawołanie, kiedy wszyscy każą, bo tak się modli stuosobowa grupa. Czy to takie wychowanie w domu cyklistów? Może doświadczenie? Może sentyment? Wiem jedno… Pielgrzymki zmieniają życie, światopogląd… Dlaczego rower? Bo jest bliższy memu sercu, mej duchowości… Bo wtedy mogę bardziej zbliżyć się do Miriam, do św.Anny, do Boga… Owocem ostatniej pielgrzymki jest nowenna pompejańska, na którą w końcu się odważyłam… Każda modlitwa ma owoce, w szczególności ta połączona z wysiłkiem podjętym podczas pielgrzymowania…

To tylko takie moje przygody związane z pielgrzymkami, moje przemyślenia… Często przejawia się tu słowo „dojrzałość”, a właśnie dzięki nim dojrzałam do wiary, doznawałam nawróceń, poprawionych relacji z wieloma ludźmi… A o ile bogatsze jest spotkanie na Eucharystii z kimś, z kim spędziło się kilka dni wysiłku w dążeniu do Ojca podczas pielgrzymki…

To ja podczas którejś z wizyt u Babci.

To ja podczas którejś z wizyt u Babci.

„Nie bój się i nie trać odwagi!”(Joz 8, 1b)

100_3387

Ile razy usłyszeliście, że jesteście dla kogoś świadectwem? Ile razy ktoś Wam podziękował za słowa otuchy zaczerpnięte z Pisma Świętego? Ile razy powiedziałeś komuś: „Nie martw się, Bóg Cię kocha!”? A czy właściwie sam czujesz, że wierzysz prawdziwie i że jesteś żywym świadectwem?

 

Zanim przestałam myśleć, że wiara nie boli, musiało minąć sporo czasu. Miliony rekolekcji wielkopostnych, adwentowych, oazowych, Dróg Krzyżowych, wyrzeczeń, czytania Pisma Świętego, spotkań formacyjnych i innych praktyk, które były obecne w moim życiu i na których opierałam swoją… maluczką wiarę. Nie czułam, że mogę być świadectwem, że mogę być posłana przez Najwyższego do wszystkich, którzy potrzebują wyciągniętej dłoni i dobrego słowa. Nie czułam tego. Do czasu, aż mi Ktoś tego nie powiedział:

 

„Ja, Pan, powołałem Cię słusznie,

 ująłem Cię za rękę i ukształtowałem,

 ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi,

 światłością dla narodów.” (Iz 42,6)

 

Aktualnie ten sam Bóg, posługuje się innymi ludźmi od których słyszę: „Od kilku lat jesteś dla mnie takim żywym świadectwem!”, „Dzięki Tobie wierzę!”. „Dziękuję jaka jesteś i jak wierzysz”. To cieszy, to podnosi na duchu i wiem, że robię coś dobrego. A tak na prawdę nie robię nic wielkiego. Jestem i głoszę, jestem i świadczę, jestem i wierzę.

Codziennie uczę się wiary. Tego podnoszenia, upadania i powstawania z jeszcze większa siłą. Często przez bolesną zmianę opatrunku, która jest nieunikniona by stać się silniejszym. Ale warto. Nawet jeśli okropnie boli, jeżeli jest trudno i pod górkę- WARTO!

Wielki Post skłania nas ku przemianie. A może by tak po prostu… stać się prawdziwie żywym świadectwem?

 „Wyciągnij ręce
Bym dał ci żar
On będzie światłem
Na drodze twej

 Czyny miłości
Do braci mych
Cię poprowadzą
Przez krzyża szczyt

 Tam Mnie odnajdziesz
Spotkasz w swym krzyżu
Dla innych ludzi
Światłem staniesz się

 Doświadczysz łaski
Przemiany serca
Jeśli na innych
Sercem spojrzysz swym”

(Wspólnota Miłości Ukrzyżowanej- „Wyciągnij ręce”)