Archiwum

Archive for the ‘święci’ Category

Zmiana

Dziś obchodzone jest w Kościele święto nawrócenia św. Pawła. To wyjątkowy święty, bo jak żaden inny żyjący za czasów Chrystusa, może być dla nas dziś żyjących, świadkiem własnego nawrócenia. Paweł z początku zagorzały przeciwnik chrześcijaństwa, gorliwy Żyd, prześladowca wyznawców i samego Chrystusa, nagle radykalnie się zmienia.

Co się takiego stało? Spotkał osobiście Chrystusa!

Jakie to musiało być spotkanie? Ile było w nim mocy Bożej? Jak bardzo dotkliwie musiał odczuć i usłyszeć w duszy głos Jezusa, żeby natychmiast stracić swoją moc, potęgę nienawiści, żeby upaść, on młody, silny, kondycyjnie sprawny mężczyzna, oślepnąć, potem pościć fizycznie, zamilknąć, poświecić całą swoją energię, wolę, jaźń, myśli, chęci, na modlitwę, rozmowę z Bogiem! Odnalazł nagle dystans do samego siebie i swoich żądz, które nim kierowały.

Paweł podkreślał i akcentował mocno to, że wszystko to, co mu się przydarzyło, jest efektem zjawiska nadprzyrodzonego, cudu, czegoś niezwykłego. On, pobożny i gorliwy faryzeusz, który nie miał bezpośredniego kontaktu z Jezusem, nawet chyba specjalnie tego kontaktu nie szukał, żyjący z dala od „sprawy Jezusa”, wiedzący o niej tylko tyle, ile dowiedział się od przesłuchiwanych przez siebie wyznawców Jezusa, których prześladował okrutnie; nagle, niespodziewanie, spotkał się z Tym, którego miał w nienawiści. Nie ma w Dziejach Apostolskich mowy, że Paweł miał jakieś wątpliwości prześladując wyznawców Jezusa, wtedy jeszcze nie chrześcijan, ale żydów, którzy zaczęli głosić dziwne poglądy, zaczęli sprzeciwiać się prawu. Ówczesny judaizm nie był dzisiejszym judaizmem rabinicznym, nie miał Talmudu, nie cytował komentarzy, egzegezy i wykładni. To było wiele judaizmów, plątanina szkół, sekt, grup, które łączyło to, że miały wspólny fundament, na który składały się:
– wiara w Jednego Boga
– przyjęcie Biblii jako Objawionego Słowa Bożego, ze szczególnym akcentem na Pięcioksiąg
– świadomość wspólnej przynależności do Narodu Wybranego, z którym (a nie z żadnym innym!) Bóg Jedyny zawarł przymierze. Znakiem widocznym tego było obrzezanie, czyli brak napletka u mężczyzn tego Narodu, któremu Bóg dał specjalne prawa, ale i nałożył obowiązki inne niż dla innych ludów,
– obecność na Ziemi Obiecanej, wyrażająca się istnieniem Świątyni w Jerozolimie.

Patrząc z tej perspektywy, to pierwsi wyznawcy Jezusa spełniali te wszystkie kryteria przynależności do judaizmu, a dodatkowo twierdzili tylko, że Jezus był Mesjaszem. Nie jest jasnym (Dzieje Apostolskie o tym milczą), dlaczego akurat judaizm faryzejski uparł się na prześladowanie tej drobnej ilościowo, młodej grupy wyznawców, której przywódca już nie żył i w zasadzie, według wszelkich praw socjologii, powinna ona rozsypać się i odejść w zapomnienie. Nie wiadomo dlaczego Szaweł z Tarsu akurat się tak bardzo uwziął na nich.

I nagle stał się cud. Zjawisko nieracjonalne, niewytłumaczalne, bo nic nie wskazywało na to, że będzie miało ono miejsce. Zjawisko, po którym już nic nie było tak samo, jak przed nim. Punkt zwrotny i to zwrotny całkowicie, nie do pojęcia, zawrócenie w przeciwnym kierunku, nawrócenie
na drodze do Damaszku! Szaweł przemienia się w Pawła. Już sama radykalna zmiana imienia wskazująca na zmianę duchową, spotykana i w naszej literaturze: Kmicic-Babinicz, Gustaw-Konrad, była znamienna. Słowo „paulos” po grecku oznacza: mały, lichy, mikry, drobny. A w rzeczywistości Paweł to największy znany Boży atleta, ten, który chrześcijaństwu nadał kształt obowiązujący do dziś, wielki architekt Kościoła, wizjoner i tytan pracy, ten który podkreślał nieustannie swoją bezradność wobec tego, co go spotkało. On jest tylko „płodem poronionym”, „niewolnikiem”, „mikrym paulosem”, sam z siebie nic niemogącym wykrzesać. Gdyby nie cud, nie spotkanie, jakiego zaszczyt miał doznać, to pewnie do końca swojego życia ćwiczyłyby się w pogłębianiu nienawiści do Chrystusa i Jego wyznawców a swoich braci Żydów, jeżdżąc po Judei, Galilei, Samarii, Syrii, Dekapolu, Arabii i okolicach. Zapewne robiłby to solidnie, systematycznie i z całą gorliwością, z całym przekonaniem. Bo taki był. Solidny, systematyczny, przekonany, zorganizowany, sprawny i umiejący posługiwać się różnymi technikami. To nie był Piotr, zmieniający bez przerwy zdanie, wahający się, stojący na uboczu, na wszelki wypadek oglądający się za siebie.

Paweł miał również odwagę, żeby przyznać się: że to tak naprawdę nie ja jestem sprawcą tej przemiany, ja jestem tylko narzędziem, wybranym przez Kogoś innego. Mówił: to nie ja, to Ten, który stanął na Drodze do Damaszku i powalił mnie na kolana. Jakże wiele w tym wyznaniu skruchy, bo ten który dobrze jeździł konno, był kimś mocno uprzywilejowanym. Nauczyciel z Nazaretu i Jego uczniowie chodzi pieszo. Jezus tylko raz pozwolił sobie na osiołka, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Rzymscy legioniści, panowie Ziemi Obiecanej chodzili piechotą. Tylko wybrani mieli przywilej jazdy konnej.

Kojarzy mi się mocno dzisiejszy dzień z Psalmem 116 nazywanym Dziękczynieniem uratowanego od śmierci.
Bo czy ten fizyczny upadek Szawła nie był zbawienny dla Pawła?! Czy nie uchronił jego duszy od śmierci?! Czasem trzeba nam przewrócić się na kolana, zakrztusić się piachem na drodze, zamilknąć, oślepnąć, by przejrzeć i zobaczyć to, czego usilnie szukamy a nie znajdujemy.

Wróć, duszo moja, do swego spokoju, *
bo Pan dobro ci wyświadczył.
Uchronił bowiem moją duszę od śmierci, *
oczy od łez, nogi od upadku.
Będę chodził w obecności Pana *
w krainie żyjących.

Ponadczasowy wzorzec…

Czy św. Ignacy z Loyoli może być wzorem dla współczesnego świata, przykładem wojownika dla burzliwych naszych czasów? Czy ma wystarczające cechy potrzebne, aby imponować? „Był człowiekiem wielkich pragnień, nie bał się stawiać czoła wyzwaniom, kochał ludzi i charakteryzował się wielką duchową głębią” – powiedział w jednej z rozmów na falach Radia Watykańskiego o. Jesús Zaglul Criado SJ.

Ignacy był niepoprawnym marzycielem. Jak większość z nas. Ale nie ograniczał swoich pragnień tylko do marzeń. Mając na uwadze trudności, które mogą pojawić się na drodze do ich realizacji, szukał nowatorskich rozwiązań. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby niezauważenie przeżyć życie, wykonując jakieś zwyczajne zajęcia i poprzestać tylko na tym, marzyć tylko o samych marzeniach. „Jego celem zawsze było podbicie całego świata. Niezależnie czy na danym etapie chciał być rycerzem, czy później, po nawróceniu, prześcignąć wszystkich świętych” – powiedział jezuita z Dominikany.
Działał zawsze „Na większą chwałę Bogu” wg hasła, które stało się dewizą Towarzystwa Jezusowego: „Ad maiorem Dei gloriam”.

Kolejną cechą Ignacego była umiejętność stawiania czoła wyzwaniom. W realizację swoich pragnień wkładał całą pasję, serce i umiejętności. Napotykał wiele trudności, związanych ze specyfiką współczesnych sobie czasów, również z powodu nowatorstwa swoich propozycji, ale nigdy nie poddawał się, nawet w obliczu groźby śmierci, w czasie oskarżeń i procesów inkwizycji. Określał siebie mianem pielgrzyma, który cały czas jest w drodze, w poszukiwaniu realizacji woli Bożej. Na pewnym etapie odkrył, że misja, do której jest powołany, musi być realizowana w grupie, we wspólnocie. Pierwszych towarzyszy Ignacego połączyła przyjaźń i wspólne doświadczenie miłości Boga. Ćwiczenia duchowe, przeżyte pierwotnie przez samego Ignacego i spisane, a potem dawane sobie wzajemnie, pozwoliły współbraciom wejść w postawę rozeznawania, aby wiedzieć gdzie, w jakich miejscach i do czego Bóg ich wzywa, zaprasza.

Ignacego charakteryzowała także niezwykła głębia duchowa, zdolność do refleksji na temat własnego życia i patrzenia na świat oczyma Jezusa, odkrywania miłości Boga i tego, w jaki sposób Bóg komunikuje się z nami, w jaki sposob do nas mówi. Dzięki medytacji i kontemplacji oraz rozeznawaniu działania duchów dobrych i złych na człowieka, stworzył niepowtarzalne metody wejścia w relację człowieka z Bogiem, który się nam objawia, tu i teraz, by człowiek mógł się lepiej skoncentrować na wielkości Boga, Miłości i nią konsekwentnie żyć. Bez odniesienia do Boga życie nie ma swej właściwej wartości. To wejście w świat miłości Boga, ma być bowiem inną nazwą spełnienia siebie, dojrzałości ludzkiej, znalezienia sensu życia i szczęścia.

Św. Ignacy nazywał zakon minima societas – najmniejsze towarzystwo. Robił to nie dla kokieterii ani z fałszywej skromności. Pragnąc czynić wszystko wg zasady, która stała się podstawą ćwiczeń i duchowości jezuitów: „MAGIS” — z języka łacińskiego „bardziej”, „więcej” i nie pragnął tych wielkich dzieł, tylko dla wzbudzenia podziwu. Nawet szkolnictwo, w wielu regionach świata „markowy produkt jezuitów” nie leżało w polu jego priorytetowych zainteresowań. Św. Ignacy po prostu reagował na potrzeby czasów, apele papieża i hierarchów. Był dyspozycyjny i dyspozycyjności uczył.

Ignacy podkreślał znaczenie dialogu, rozmowy duchowej. Widział tu uprzywilejowany środek w trosce o ludzkie dusze. Ćwiczenia duchowne, które spisał to najważniejsze narzędzie, w tych rozmowach. To nie zbiór kazań i konferencji, lecz praktyczna metoda uczenia dialogu z Bogiem, poznawania Boga i siebie samego.

Rok Ignacjański to świetny czas by przypomnieć i nauczyć wielu genialnych rozwiązań św. Ignacego Loyoli, do których dochodził metodą rozeznawania. Dziś tak wiele mówi się w świecie o kryzysie, który dotyka praktycznie wszystkich dziedzin. Może warto byłoby siegnąć i zacząć wykorzystywać mądrości „mistrza zarządzania kryzysami”. Lubimy marzyć o lepszym świecie, spróbujmy go znaleźć w sobie samym i wokół nas. Być walecznym jak rycerz, cierpliwym jak pielgrzym i wytrwałym jak wędrowiec na pustyni. Bo wg Ignacego trzeba wyjść na pustynię własnego serca, by móc posłuchać Boga. Wyjść na pustynię z Bogiem, to znaczy zmierzyć się z własną przeszłością, uporządkować, to co jest jeszcze możliwe do uporządkowania i w ciszy tej pustyni usłyszeć Jego szept, rozpoznać Go i pójść za tym głosem z ufnością. Bo moje serce, moje wnętrze jest Ziemią Świętą. Moje życie jest Jego darem. Tu się objawia sam Bóg. Czy mam tyle odwagi w sobie i zdejmę sandały przed moim wnętrzem i stanę przed Bogiem? Czy chcę doświadczyć Jego obecności? On jest życiem, nie pustynią. Trzeba powyrzucać przysłowiowe papierki po dawnych prezentach od życia, czasem bardzo trudnych i zadających rany, które często skrzętnie kolekcjonujemy, by móc rozkoszować się wciąż, własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak kolorowe bibeloty. Może warto poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ! Może przyszedł już czas na porządki w Twoim życiu i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań, zbieranych i kolekcjonowanych latami, które przywiązują, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i może poczucie przegranej. Są jak pustynia wokół. SĄ PUSTYNIĄ!

Preludium do imienin…

Końcówka lipca to dla każdego żyjącego duchowością ignacjańską wielkie święto. 31 lipca obchodzone jest w Kościele wspomnienie obowiązkowe św. Ignacego Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym jest to wielka uroczystość odpustowa ku czci założyciela zakonu. Chcąc jeszcze bardziej przybliżyć Tobie, drogi czytelniku postać tego świętego proponuję cykl spotkań z ojcem jezuitą, bez wychodzenia z domu.

Żołnierze czarnego papieża. Tych braci obawiał się każdy…

Dziś chciałabym przytoczyć dla Ciebie drogi czytelniku fragmenty historii ludzkich knowań, które przyczyniły się przez wieki do krzywdzącej opinii dla Towarzystwa Jezusowego. Ta opinia po dziś dzień jest niesłusznie i bezpodstawnie powielana w wielu kręgach jak mantra. Szczególnie często przez ludzi, którzy bliżej nie zetknęli się z jezuitami albo też rywalizują z nimi o wpływy. Pozwól drogi czytelniku, że uczynię to dziś słowami pewnego artykułu, na który natknęłam się kiedyś na łamach Focus.pl
Artykuł został opublikowany 09.06.2017 a jego autorem jest Kazimierz Pytko.

Jezuitów bali się wszyscy: i heretycy, i duchowni Kościoła katolickiego. Czarna legenda przypisywała im skłonność do spiskowania i okrucieństwa. Czy rzeczywiście jezuici zasłużyli na taką opinię?

Żołnierze czarnego papieża. Tych braci obawiał się każdy. Jezuicka zaraza chodzi wielkimi krokami, po drodze zieje trującym tchnieniem na miasta, prowincje, królestwa – tych słów nie napisał zajadły przeciwnik Kościoła, lecz zatroskany o jego sprawy polski katolik. Jezuitów wypędzono z ponad 50 krajów i prowincji. W Polsce nigdy do tego nie doszło, ale to nasi przodkowie jako jedni z pierwszych przypisali im podstępne dążenie do zniszczenia starego świata w celu przejęcia władzy nad nowym.
Anonimowy autor wyjaśniał, dlaczego są tak niebezpieczni: „Czyż nie widzicie, że (…) chcą wedle swego zdania dyktować nam obiór króla i królewski majestat uczynić swym powolnym narzędziem? Że zmierzają do wywrócenia Kościoła rzymskiego i jego nauki, że godzą w uświęcone tradycją prawa i obyczaje Rzeczypospolitej”, która w wyniku ich knowań już „zaraziła się zwyczajami francuskimi, włoskimi, hiszpańskimi i z wyżyn świetności swej stoczyła się do stanu żałosnego”.

W tym krótkim tekście mieści się wszystko, co pobudza wyobraźnię zwolenników teorii spiskowych: zamach na narodową tradycję, podważanie wartości religijnych, szerzenie obcych, a więc zgubnych wpływów, doprowadzanie kraju do upadku, by tym łatwiej przejąć nad nim kontrolę.
Budzące grozę oskarżenia nabrały jeszcze większej siły rażenia, gdy – również w Polsce – ukazała się książeczka o wymownym tytule „Monita Secreta Societatis Jesu” (Sekretne rady Towarzystwa Jezusowego). Według towarzyszącego jej komentarza miała to być wykradziona instrukcja generała zakonu Claudia Aquavivy skierowana do jego podwładnych. Historykom udało się ustalić, że twórcą fałszywki był wydalony z zakonu Hieronim Zahorowski, który mścił się na współbraciach. W tekście, który krążył po całej Europie i stał się dla antyjezuitów tym, czym „protokoły Mędrców Syjonu” dla antysemitów, generał instruował podwładnych, jak przejmować kontrolę nad królami, oszukiwać biskupów, wyłudzać pieniądze od bogatych i mamić młodzież. Szczegółowe zalecenia dotyczyły na przykład sposobów odwodzenia zamożnych wdów od ponownego zamążpójścia i nakłaniania ich do zapisywania w testamencie całego majątku zakonowi.
Jezuici nigdy nie ukrywali, że chcą zmieniać świat. O ich ambicjach świadczył już wybór nazwy, w której jako pierwszy zakon w historii odważyli się użyć imienia Jezusa. Oficjalnie zainaugurowali działalność w roku 1540, po zatwierdzeniu przez papieża Pawła III konstytucji Towarzystwa Jezusowego – Societas Jesu. Ale ich historia zaczęła się nieco wcześniej.

Przypomnę tylko fragment tej historii…
15 sierpnia 1534 roku siedmiu studentów i magistrów paryskiej Sorbony złożyło uroczyste ślubowanie, że od tego momentu będą żyć w ubóstwie i czystości, a dalsze lata poświęcą służbie Kościołowi, głoszeniu Ewangelii i nawracaniu niewiernych. Niekwestionowanym przywódcą grupy założycielskiej był 43-letni Bask Inigo Lopez de Loyola, który po złożeniu ślubów przybrał imię jednego z Ojców Kościoła, biskupa Ignacego z Antiochii.
Loyola pochodził z rodziny szlacheckiej, ale jako trzynaste pod względem starszeństwa dziecko nie miał żadnych szans na przejęcie rodowego majątku. Pozostawały mu zatem dwie drogi – kariera wojskowa lub duchowna. Wybrał pierwszą, dosłużył się rangi oficerskiej, a przy okazji zyskał opinię niezłego zabijaki i hulaki. W wieku 30 lat został ciężko ranny w bitwie z Francuzami pod Pampeluną, kula armatnia strzaskała mu nogi. Przeżył, ale kości zrastały się źle, na jego żądanie lekarze dwukrotnie je łamali, mimo to do końca życia utykał.
W czasie długiej rekonwalescencji czytał żywoty świętych, rozmyślał nad nimi, doznawał mistycznych objawień. I z jednej skrajności popadł w drugą – z wojowniczego hidalga zmienił się w ascetę. Pościł tak intensywnie, że niemal zagłodził się na śmierć. Po odzyskaniu zdrowia odbył dziękczynną pielgrzymkę do sanktuarium maryjnego w Montserrat, złożył tam jako wotum swoją broń, rozdał ubrania żebrakom i wyruszył do Ziemi Świętej z zamiarem nawracania muzułmanów.
Paweł III wysoko ocenił wiedzę, talent i zapał Ignacego i jego duchowych przyjaciół. Uznał, że lepiej niż w Palestynie przysłużą się Kościołowi w Rzymie, wspierając go w zmaganiach z reformacją.

św. Stanisław Kostka SJ

Dla protestantów szybko stali się trudnym i niewygodnym przeciwnikiem. W odróżnieniu od kiepsko wyedukowanych księży i mnichów, jezuici pod względem znajomości Biblii i doktryny chrześcijańskiej nie ustępowali największym luterańskim czy kalwińskim erudytom.
Gdy polemistom zabrakło rzeczowych argumentów, sięgali po propagandę. Z protestanckich drukarni w Niemczech i Szwajcarii wychodziły broszury, z których czytelnicy mogli się dowiedzieć, że „jezuici są zazwyczaj bladzi i wychudzeni, ukrywają prawdziwe zamiary, nie patrząc rozmówcy w oczy, lecz udając fałszywą pokorę, wbijają wzrok w ziemię”. Oto jak kształtował się stereotyp, który okazał się tak trwały, że jeszcze dziś przymiotnik „jezuicki” jest synonimem obłudy, dwulicowości i intryganctwa.
Przypisanie tych cech jezuitom nie wzięło się znikąd. Było rezultatem obserwacji ich zachowań, tyle że bez rozumienia przyczyn i sensu. Ignacy Loyola wprowadził bowiem do działalności misyjnej nowatorskie metody, które dziś określa się jako socjotechnikę. Zerwał z tradycją odgórnego pouczania przez duchownych, straszenia piekłem czy nawracania siłą. Zamiast tego zalecał umiejętne dostosowywanie się do poziomu rozmówcy, tak by ten poczuł się doceniony i dowartościowany. Niezwykle pomocna okazała się sformułowana przez jezuickich teologów zasada, według której „czystość intencji może stanowić usprawiedliwienie dla czynów sprzecznych z moralnością i prawem ludzkim”.
W przekładzie na język praktyki oznaczało to, że władca, który w imię wyższych racji popełniał ciężkie grzechy – kłamał, wypowiadał wojny, skazywał na śmierć – mógł liczyć na wyrozumiałość. Dzięki takiej taktyce jezuici w większości katolickich monarchii stali się nadwornymi spowiednikami królów i najważniejszych dostojników.

Wybierano ich, gdyż nakładali łagodniejsze pokuty i rozgrzeszali z niemal każdej winy. Stały dostęp do władców i znajomość ich sekretów dawały jezuitom olbrzymie możliwości wpływania na podejmowane decyzje. Opracowując regułę zakonu, Ignacy Loyola odwołał się także do swych doświadczeń wojskowych. Wrogowie Towarzystwa Jezusowego nazywali je zbrojnym ramieniem papiestwa, a jego członkowie nie protestowali. Wręcz przeciwnie, sami chętnie używali terminologii militarnej, mówili o sobie, że są żołnierzami Chrystusa, prowadzili kampanie ewangelizacyjne, przełożonego zakonu tytułowali generałem. Oprócz trzech klasycznych ślubów zakonnych: czystości, ubóstwa i dyscypliny( posłuszeństwa) składali czwarty, zobowiązujący do absolutnego posłuszeństwa papieżowi. Czyniło to z nich faktycznie bardzo sprawne narzędzie w ręku Ojca Świętego.

Każdy dowódca jednak wie, że sam rygor to za mało, by armia odnosiła zwycięstwa. Równie ważne jest głębokie przekonanie żołnierzy o słuszności sprawy, za którą walczą. – Powiedziałem Jezusowi „tak” i to mnie zobowiązuje – tę zasadę wpajano każdemu wstępującemu do zakonu, utwierdzając go w przekonaniu, że został osobiście powołany przez Chrystusa. Był więc wybrańcem Boga. Żeby się w tym ostatecznie utwierdzić, kandydat w ciągu dwóch pierwszych lat nowicjatu musiał uczyć się nie tylko podstaw niezbędnej do wypełniania misji wiedzy, ale także samodyscypliny. Służyły temu, opracowane przez Ignacego „Ćwiczenia duchowe”, czyli praktyki ascetyczne połączone z modlitwą, refleksją nad dotychczasowym życiem, wizualizacją popełnionych grzechów i cierpiącego za nie Jezusa. Ten trudny sprawdzian siły wiary i woli eliminował osoby przypadkowe; pozostawali jedynie ci, którzy naprawdę byli gotowi do poświęcenia wszystkiego Kościołowi i Towarzystwu. Niemal natychmiast po zatwierdzeniu reguły zakonnej przez papieża jezuici dotarli do większości państw europejskich, Indii, Chin, Japonii, Ameryki. W roku śmierci założyciela (1556) było ich już ponad tysiąc, sto lat później – ponad 20 tysięcy. Wielkie osiągnięcia budziły jednak nie tylko podziw, ale także zawiść i lęk.

Niepokój konserwatywnej polskiej szlachty skwapliwie podsycali mnisi z konkurencyjnych zakonów. Doskonale wykształceni, znający świat jezuici dostrzegali bowiem słabości ustroju Rzeczypospolitej i jej gospodarcze zacofanie. Wskazywali więc na konieczność wzmocnienia władzy centralnej, zamiany pańszczyzny na czynsz, przyznania praw mieszczanom. Szlachta odbierała to jednak jako zamach na swoje prawa i uświęconą tradycję, stąd brały się gwałtowne ataki, a nawet żądania zamknięcia przed nimi granic. Straszono, że są nowym wcieleniem Krzyżaków, tym razem w służbie Włoch i Hiszpanii.
Jezuici tylko na krótko zapomnieli o zaleceniu Ignacego Loyoli, by w ocenie każdej sytuacji nie kierować się emocjami i fanatyzmem, lecz chłodną analizą. Zrozumieli, że chcąc „cywilizować” Sarmatów, popełniają błąd. Wycofali się więc z projektów reform i skupili na zdobywaniu przychylności szlachty. Wystarczyło kilka lat, by zniknęły dawne lęki, a nuncjusz papieski mógł w roku 1607 pisać do Rzymu: „Herezję w Polsce złożono do grobu”. Kluczową rolę w tym zwycięstwie kontrreformacji nad protestantyzmem odegrało właśnie Towarzystwo Jezusowe.

Katoliccy fundamentaliści, niechętni Towarzystwu Jezusowemu, zwierali szeregi. Szczególnie ostro atakowali go francuscy janseniści skupieni wokół opactwa Port-Royal. Mieli w swoich szeregach intelektualistów tej miary, co Blaise Pascal, więc ich głos był dobrze słyszalny. A wytaczali naprawdę ciężkie oskarżenia, zarzucając jezuitom – poza odstępstwami od dogmatów wiary – tolerowanie, czy wręcz podżeganie do najgroźniejszych przestępstw. Powoływali się przy tym na ich teorię o usprawiedliwianiu czynów niemoralnych czystością intencji, co oznaczało, że każdą zbrodnię, nawet zamordowanie króla, można uznać za uzasadnioną. W tej walce kompromis był niemożliwy i jedna ze stron musiała przegrać. Zwyciężyli jezuici, który doprowadzili nie tylko do zakazu działalności jansenistów, ale nawet zrównania z ziemią budynków Port-Royal.

św. Andrzej Bobola SJ

Pokonani pałali żądzą zemsty i wszelkimi sposobami utrwalali czarną legendę zakonu. Chętnie podchwycili ją następni, dużo groźniejsi przeciwnicy Towarzystwa – masoni i ideolodzy oświecenia. Dla rzeczników wyznaniowej tolerancji, wolności myśli, rozdziału Kościoła od państwa jezuici byli uosobieniem tego, co najbardziej drażniło ich w katolicyzmie – dążenia do podporządkowania całego życia jednostki i społeczeństwa nakazom religii. Wszystko zatem co mogło ich osłabić, uważano za pożyteczne. Wystarczyło trochę podkoloryzować, przedstawić jezuitów jako groźną sektę kierowaną przez czarnego papieża, jak ze względu na kolor sutanny nazywano generała zakonu, by trafić do masowej wyobraźni.
Zakonni intelektualiści rewanżowali się oskarżeniami masonów o spiskowanie w celu zniszczenia chrześcijaństwa i przejęcia władzy nad światem. Żadna ze stron nie przebierała w słowach, a efektem tej walki było wzajemne utrwalanie stereotypu, że jedni i drudzy potajemnie knują, by omotać swymi mackami całą ludzkość. „Dopóki zakon istnieje, niemożliwe jest utrzymanie prawdziwego i trwałego pokoju w Kościele” – to nie cytat z jeszcze jednej antyjezuickiej broszury, lecz bulli papieża Klemensa XIV. Jej wydanie poprzedziła seria rozgrywanych według podobnego scenariusza intryg.

Zaczęli Portugalczycy. Po nieudanej próbie zamachu na króla Józefa I, od trzech aresztowanych jezuitów wymuszono torturami przyznanie się do udziału w spisku. Liberalny, związany z wolnomularstwem premier markiz de Pombal wykorzystał to jako okazję do osłabienia wpływów wszechwładnego Kościoła i pozbawienia go „zbrojnego ramienia”. Sprawę mocno nagłośniono, przypomniano wszystkie negatywne stereotypy związane z jezuitami i w 1759 roku kazano im opuścić kraj. Pięć lat później wypędzono ich z Francji. W 1767 r. podobny los spotkał 6 tysięcy ich współbraci w Hiszpanii, gdzie uznano zakon za zagrożenie dla monarchii i zakazano mu działalności. Wypędzeni wyjeżdżali do Państwa Kościelnego. Stanowili zatem nadal zbrojne ramię papieża, które w każdej chwili mogło zostać użyte. Rządy europejskich mocarstw naciskały teraz na zwierzchnika Kościoła, by rozwiązał problem ostatecznie i zlikwidował zakon. Klemens XIII kategorycznie odmawiał, ale po jego śmierci europejscy dyplomaci zadbali o wybór odpowiedniego następcy. 21 lipca 1773 r. uległy Klemens XIV złożył podpis pod bullą „Dominus as Redemptor noster”, na mocy której zakon został rozwiązany.

Wykonania papieskiej decyzji odmówiło dwóch władców, których trudno posądzać o sympatię do jezuitów i nadmierną religijność – król protestanckich Prus Fryderyk II i cesarzowa prawosławnej Rosji Katarzyna II. W granicach ich imperiów, obejmujących także zagarnięte ziemie Rzeczypospolitej, zakon trwał nadal, wybierał „generałów na wygnaniu”. Jednym z nich został Polak Tadeusz Brzozowski.
Po 41 latach, w 1814 roku, Pius VII zmienił decyzję poprzednika i reaktywował Towarzystwo Jezusowe. Odrodzony zakon, przez wrogów nadal przedstawiany jako zgromadzenie obskurantów i ortodoksów, nie zmienił oblicza. Pozostał otwarty na świat i zachodzące w nim zmiany. Gdy w reakcji na postęp nauki i techniki papież potępił tzw. modernizm, a Sobór Watykański I ogłosił dogmat o jego nieomylności teologicznej, jezuici wprowadzili do programów nauczania w swoich kolegiach i uniwersytetach fizykę, biologię, chemię.

Odrzucali ideę oblężonej twierdzy i wnikali do hermetycznych wspólnot naukowców, by „wzbogacać bezbożne struktury o wartości chrześcijańskie”. Nie bali się też wchodzić do środowisk robotniczych, silnie penetrowanych przez komunistów. Wciąż zgodnie z nakazem szanowania tradycji i obyczajów ewangelizowanej społeczności, zamiast sutanny, nakładali dżinsy i kraciaste koszule. Niektórzy posuwali się bardzo daleko: Amerykanin James Garney, pracujący w Hondurasie jako ojciec Lupe, przyłączył się do lewicowych partyzantów, by z bronią w ręku walczyć o sprawiedliwość społeczną. Jose Maria Diez-Alegria, socjolog z jezuickiego uniwersytetu Gregorianum, oświadczył: „To Marks doprowadził mnie do ponownego odkrycia Jezusa i znaczenia jego przesłania”. Nikaraguański jezuita Fernando Cardenal, wbrew zakazowi obejmowania przez duchownych stanowisk politycznych, wszedł jako minister do komunistycznego rządu.
Towarzystwo Jezusowe znów stało się celem ataków z prawa i z lewa. Dla ateistów było konkurentem w walce o rząd dusz wyzyskiwanego ludu, dla konserwatystów wylęgarnią radykałów.

– Powodujecie zamęt wśród chrześcijan i budzicie zaniepokojenie Kościoła, a także osobiście papieża – te mocne słowa wypowiedział Jan Paweł II. Korzystając ze swych uprawnień, odwołał w 1979 r. nazbyt pobłażliwego generała, przypomniał o składanym przez wszystkich zakonników ślubie posłuszeństwa i wytyczył dopuszczalne granice swobody. Najbardziej nieprzejednani, tacy jak Cardenal czy Garney, odeszli z zakonu, ale Towarzystwo Jezusowe odzyskało spójność i znów stało się zdyscyplinowaną, najbardziej elitarną armią Kościoła w jego zmaganiach z coraz bardziej laickim światem.

Na czele Towarzystwa Jezusowego stoi przełożony generalny, nazywany potocznie generałem, wybierany dożywotnio przez zebranych na Kongregacji Generalnej delegatów z całego świata. Zakon działa obecnie w 114 krajach, prowadzi ponad 400 szkół średnich i wyższych, wydaje ok. 150 czasopism. Jest najliczniejszym męskim zakonem – 18,8 tys. członków. W roku 2008 do nowicjatu przyjęto ok. 800 osób. Najliczniejsze zgromadzenia działają w Indiach – ok. 4 tys. i USA – 3 tys. Struktura zakonna jest silnie zhierarchizowana. Na jej szczycie znajdują się profesi, którzy składają cztery śluby i egzaminy podsumowujące kolejne etapy kariery naukowej. Tylko oni mają prawo ubiegania się o godność generała i najwyższe stanowiska. Pracę misyjną i duszpasterską prowadzą sufragani, funkcje pomocnicze pełnią bracia, którzy nie muszą mieć pełnych święceń kapłańskich. Profesi i sufragani są wyświęconymi księżmi.

Do Towarzystwa Jezusowego mogą wstępować wyłącznie mężczyźni, nie istnieje i nigdy nie istniał żeński odłam zakonu. Towarzystwo Jezusowe dało Kościołowi ok. 50 świętych i ponad 150 błogosławionych. Są wśród nich trzej Polacy – Stanisław Kostka, Andrzej Bobola i Melchior Grodziecki. Do Polski jezuitów sprowadził w 1564 r. biskup Stanisław Hozjusz. Do najbardziej zasłużonych polskich jezuitów należą: autor pierwszego tłumaczenia Biblii Jakub Wujek, wybitny kaznodzieja Piotr Skarga, historyk Adam Naruszewicz, komediopisarz Franciszek Bohomolec, sekretarz Komisji Edukacji Narodowej Grzegorz Piramowicz, autor słynnego herbarza Kasper Niesiecki, poeta Franciszek Kniaźnin. Niemal przez 30 lat (1915–1942) na czele Towarzystwa Jezusowego stał Polak ojciec Włodzimierz Ledóchowski.

Dzięki jezuitom Europejczycy poznali tajemnicę wyrobu chińskiej porcelany, wanilię, rabarbar i chininę – pierwszy lek na malarię.

Wyjątkowo długi rok…

Dziś u progu wakacji, chciałam zabrać Ciebie drogi czytelniku(-czko) w niezwykłą podróż do świata średniowiecznych zamków Hiszpanii, podbojów rycerskich, bitew, wojen i sekretnych miłości, dam serca, rycerzy, walk o honor, ojczyznę i Boga. To świat pełen zapomnianych już dla współczesności priorytetów i marzeń, bo dziś żyjemy z reguły, zupełnie inaczej. Nie zaprzątamy sobie głowy honorem, dotrzymaniem sekretów, miłością bliźniego, szacunkiem, delikatnością. Nauczyliśmy się chamstwa, ignorancji, poniżania, a nasze słowo mamy za nic, albo bluźniąc nagminnie, albo perfidnie okłamując, albo rzucając je na wiatr, albo oczerniając innych. Żyjemy na maksa, często wykorzystując wszystko i wszystkich, ile się da i jak się da. Nie zważamy na drugiego człowieka, ba… nie szanujemy nawet siebie! Chlubimy się za to nagminnie ze sprytu, mylonego z cwaniactwem i chytrością. Zapominamy permanentnie o własnym honorze i wiarygodności. Za to z mistrzowską perfekcją wyczarowujemy wobec siebie samych, nasz nieprawdziwy obraz, chlubiąc się z tego, czego w rzeczywistości nie posiadamy w sobie. Żyjemy w zakłamaniu i iluzji, a gdy przyjdzie się mierzyć z rzeczywistością, zerwać maskę, szybko schodzimy do przysłowiowego parteru, by poużalać się nad sobą samym, porozmawiać ze sobą samym i może nie słysząc świata; bo przecież nadal go ignorujemy, tak samo jak przez całe dotychczasowe życie, dochodzimy do wniosku, że jedynym rozwiązaniem jest pozbawić się tego życia. Naszym nagminnym problemem stało się to, że nie umiemy rozmawiać z drugim człowiekiem. Zamykamy się szczelnie na dialog już od początku, uczeni że jesteśmy pępkiem świata i wszystko tylko nam się należy. A gdy okazuje się, że wcale tak nie jest, rozżaleni i rozgoryczeni odsuwamy się, zamykamy lub odchodzimy, czasem na zawsze. Gdzie leży błąd? Bardzo blisko, zbyt blisko, by go zauważyć! Miłość – to nie dogadzanie sobie samemu, kosztem innych a rozdawanie siebie samego, bez liczenia kosztów. By móc nauczyć się na nowo zauważać tę różnicę, zapraszam Ciebie na początek do krainy dziecięcych marzeń o księciu i księżniczce z bajki, która rozpoczęła się naprawdę ponad 500 lat temu. Polecam Ci pewną książkę na wakacje, będącą autobiografią św. Ignacego pt. Opowieść Pielgrzyma, a dla wolących oglądać — film pt. Ignacy Loyola. Te pozycje z pewnością przybliżą tematykę i osobę, o której chcę porozmawiać w te wakacje. Pretekst jest ważny i na czasie. Bo w dniach 16-23 maja 2021 roku odbyły się w jezuickich kościołach uroczystości inaugurujące Jubileuszowy Rok Ignacjański w Kościele katolickim. Obchodzimy 500-lecie nawrócenia św. Ignacego z Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym, które założył św. Ignacy i na świecie będzie trwał on od 20 maja tego roku do 31 lipca 2022. Wszystkie jezuickie kościoły stały się na ten okres Świątyniami Jubileuszowymi, w których można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami. Każdą jezuicką placówkę nawiedzą relikwie św. Ignacego Loyoli, oraz ikona z jego wizerunkiem. Peregrynacja rozpoczęła się od Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie (17-25 maja). Kolejne miejsca na trasie peregrynacji są sukcesywnie podawane na stronie jezuici.pl.

Jeszcze kilka słów o św. Ignacym, moim dobrym znajomym, z którym będę chciała Was lepiej zaznajomić w te wakacje. Może również dlatego, by przeciwstawić się powszechnie panującym i wciąż propagowanym nieprawdziwym osądom, o zakonie jezuitów. Sama spotkałam się z takimi bezpodstawnymi osądami całkiem niedawno i dlatego chcę przez okres wakacji przedstawić Wam samego Ignacego i jezuitów od tej najlepszej strony, jaką dane mi było poznać przez ostatnie lata. Towarzystwo Jezusowe bo tak brzmi oficjalna nazwa, SJ (łac. Societas Iesu), jezuici, to męski papieski zakon apostolski, którego założycielem był św. Ignacy Loyola. Zanim do tego doszło w 1540 roku przeszedł długą drogę poddając się działaniu Boga. Inigo, bo takie było jego imię, jakie otrzymał na chrzcie świętym, pochodził z bardzo licznej rodziny szlacheckiej z kraju Basków w Hiszpanii i był trzynastym dzieckiem. Urodził się 23 października 1491 r. w Azpeitia w Hiszpanii. Jego przodkowie z narażeniem życia bronili króla Kastylii. Bardzo wcześnie utracił matkę. W dzieciństwie i wczesnej młodości otrzymał wychowanie religijne, modlił się z innymi w domu, nawiedzał pobliskie sanktuarium maryjne. Na zamku w Arevalo przyuczano Iniga do służby na dworze królewskim. Marzył już wtedy o sławie. Chciał ożenić się z panią serca należącą do książęcego a nawet do królewskiego rodu. W swojej Opowieści Pielgrzyma przyznał, że prowadził życie nieuporządkowane (hulaszcze). Po jakimś czasie został rycerzem i z narażeniem życia w 1521 roku bronił przed królem Nawarry i Francuzami twierdzy Pampeluny. Tam kula armatnia roztrzaskała mu lewą nogę i raniła prawą. Po kilku dniach, bliskiego śmierci, przetransportowano go do domu rodzinnego, gdzie z wielkim trudem powracał do zdrowia. Źle zrośniętą nogę kazał sam dwukrotnie łamać lekarzowi, przez co rekonwalescencja wydłużyła się o kolejne tygodnie. W tym czasie bywały takie dni, że bliski był śmierci. Przełom nastąpił w uroczystość świętych apostołów Piotra i Pawła.

Podczas rekonwalescencji, z braku zajęcia i innych książek, początkowo niechętnie zaczął czytać Ewangelię i Żywoty świętych. Zauważył wtedy, że pociecha płynąca z tych lektur trwa dłużej aniżeli ta spowodowana przyziemnymi pragnieniami. Jezus coraz mocniej dotykał jego serca, posługując się jego wrodzoną ambicją i pragnieniem odznaczenia się czymś wielkim. Myślał sobie: „skoro św. Dominik i św. Franciszek dokonali tak wielkich rzeczy dla Boga, dlaczego i ja nie miałbym podobnych dokonać?”. Pewnego dnia 1522 roku postanowił na dobre zerwać z próżnym życiem, by całkowicie oddać swe życie Jezusowi. Swój rycerski strój zamienił na strój spotkanego żebraka i w jego zgrzebnej sukni pieszo udał się do sanktuarium Matki Bożej w Montserrat. Tam czuwał przez całą noc, jak przystało na prawdziwego rycerza swojej Pani. Otrzymał wtedy dozgonną łaskę całkowitej wolności od pokus cielesnych. Następnie skierował swoje kroki do Manresy, gdzie zamieszkał w szpitalu. Posługiwał chorym a w wolnych chwilach oddawał się osobistej modlitwie.

Stoczył tam prawdziwą walkę duchową, był nękany nawet pokusą samobójstwa. Odbył kilkudniową spowiedź generalną. Robił już wtedy notatki ze swych medytacji i przeżyć mistycznych, które stały się w przyszłości filarem dla jego Ćwiczeń duchownych zatwierdzonych później przez papieża w 1548 roku.
Nad rzeką Cardoner, która płynęła opodal, doświadczył łaski widzenia „całości wiary”. W jednym momencie pojął najważniejsze tajemnice chrześcijańskiej wiary w ich wzajemnym powiązaniu. Kilka lat przed swoją śmiercią powiedział o niej, „że była to większa od wszystkich innych łask otrzymanych w ciągu całego życia.” W Manresie zapragnął przez całe życie „być z Jezusem”, by z całkowitym oddaniem walczyć pod Sztandarem Krzyża. Będzie to później jedna z medytacji zawartej w Ćwiczeniach duchownych. Pragnienie naśladowania Jezusa zaprowadziło go w 1523 roku do Jerozolimy. Powróciwszy do Hiszpanii od 1526 roku zaczął studiować w Alkali. Jednocześnie udzielał Ćwiczeń duchownych, co spotkało się z trudnościami. Był za to kilkukrotnie stawiany przed sądem inkwizycji. Sędziowie zakazywali mu prowadzenia rekolekcji do czasu, gdy ukończy studia filozoficzne i teologiczne, i otrzyma święcenia kapłańskie. Inigo udał się więc na krótko do Salamanki a następnie w 1528 roku do Paryża, gdzie jako dorosły ponad trzydziestoletni mężczyzna niestrudzenie uczył się łaciny razem z dziećmi. Tam, urzeczony historią męczennika z Antiochii, zmienił imię na Ignacy. Szybko pozyskał sobie pierwszych przyjaciół, bł. Piotra Favra i św. Franciszka Ksawerego i kilku innych towarzyszy, z którymi 15 sierpnia 1534 roku złożył śluby czystości i ubóstwa. Kilka lat później, w 1537 roku przyjął w Wenecji święcenia kapłańskie i rozpoczął pracę apostolską razem z przyjaciółmi. Ci, podobnie jak kiedyś Ignacy, pragnęli udać się do Ziemi Świętej. A kiedy przez rok nie odpłynął tam żaden statek, udali się do Rzymu, by oddać się do dyspozycji papieżowi.

W uroczystość Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1538 roku Ignacy odprawił swoją Mszę świętą prymicyjną. Pierwotnie chciał to uczynić w Betlejem, w miejscu narodzin Zbawiciela świata. By zachować jedność w grupie przyjaciół oddanych Panu, postanowili założyć zakon, którego pierwszym generałem, z niemałymi oporami został Ignacy Loyola. Zaczął wtedy pisać Konstytucje Towarzystwa Jezusowego. Bardzo pragnął, by nowy zakon nosił Imię Jezusa i był oddany w służbie Stolicy Świętej. Miało go cechować przywiązanie do Ojca Świętego, co było w tym czasie niezwykle ważne, ze względu na rozszerzającą się wtedy reformację. Zakon zatwierdzony został 27 września 1540 roku.

Ignacy zmarł 31 lipca 1556 roku. Zakon liczył już wtedy ok. 1000 jezuitów. Niektórzy z nich brali udział jako eksperci na soborze Trydenckim. Pierwsi jezuici działali we wszystkich zakątkach świata podejmując pracę edukacyjną i misyjną. Największą chlubą zakonu był św. Franciszek Ksawery, misjonarz w Indiach, Japonii i na Molukach. W 1567 roku do rzymskiego nowicjatu jezuitów zapukał pierwszy Polak, św. Stanisław Kostka. Święty Ignacy został kanonizowany przez Grzegorza XV w 1622 roku. Pius XI ogłosił go patronem wszystkich rekolekcji w Kościele. Jest również patronem rodzących, wspomożycielem matek oczekujących potomstwa i wszystkich pragnących bezskutecznie potomstwa. Tu na uwagę zasługuje jedno z sakramentaliów: woda św. Ignacego (więcej na stronie).

Ćdn.

Uroczystość św. Stanisława, Biskupa i Męczennika, Głównego Patrona Polski

święty Stanisław ze Szczepanowa - Imiona świętych i błogosławionych

Święty Stanisław urodził się w Szczepanowie (dzisiejsza diecezja tarnowska) w roku 1030. Po studiach w Gnieźnie i Paryżu został kapłanem i kanonikiem diecezji krakowskiej. W roku 1071 został nominowany biskupem Krakowa. Jako gorliwy pasterz wypominał nadużycia, nawet królowi Bolesławowi Śmiałemu. Gdy napomnienia nie przyniosły efektu św. Stanisław wyłączył króla ze społeczności kościelnej, a ten oburzony kazał zabić biskupa. Rozkaz wykonano 11 kwietnia 1079 roku w czasie odprawiania Mszy świętej w kościele św. Michała na Skałce. Św. Stanisław został kanonizowany w Asyżu 8 września 1253 roku. Jego relikwie spoczywają w katedrze na Wawelu. Św. Stanisław jest jednym z trojga głównych patronów Polski (obok Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski i św. Wojciecha BM). Ponosząc śmierć w obronie moralności katolickiej św. Stanisław stał się naśladowcą Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa, który oddaje swoje życie za owce.

Modlitwa za Ojczyznę o. Piotra Skargi

Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła imieniowi Twemu,
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący, wieczny Boże,
wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.
Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen

Majowy początek…

Wspomnienie dowolne św. Józefa, rzemieślnika

Obrazek ze św. Józefem - Św. Józef - WOF Niepokalanów

Dziś czcimy św. Józefa rzemieślnika, męża Maryi, jako patrona wszystkich ludzi pracujących, aby od Niego uczyli się pracować z pożytkiem materialnym i duchowym. 1. maja 1955 zwracając się do Katolickiego Stowarzyszenia Robotników Włoskich Papież Pius XII proklamował ten dzień świętem Józefa rzemieślnika nakazując obchodzenie go w Kościele. W ten sposób Kościół akcentuje szczególną godność i znaczenie pracy, wyraża zrozumienie i poszanowanie jej roli w duchowym rozwoju człowieka, a także składa hołd tym jej wartościom, które pozwalają stosunki międzyludzkie opierać na zasadach pokoju społecznego.

Św. Józef chętnie poddawał się obowiązkowi pracy, oddając w ten sposób chwałę Bogu i zasługując na nagrodę wieczną.

Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego. Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi, świadomi, że od Pana otrzymacie dziedzictwo [wiekuiste] jako zapłatę. Służycie Chrystusowi jako Panu!

Kol 3,14-15.17.23-24

Maj – miesiąc poświęcony Maryi

Z miesiącem poświęconym Maryi kojarzy się nieodłącznie nabożeństwo majowe. Za największego apostoła nabożeństw majowych uważa się o. Muzzarelli SJ. W roku 1787 wydał broszurkę, w której propagował nabożeństwo majowe. Rozesłał ją do wszystkich biskupów Italii. Pius VII nabożeństwo majowe obdarzył odpustami. Dalsze odpusty, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem przypisał w 1859 roku papież bł. Pius IX.

Warto zwrócić uwagę, że od 28 sierpnia 2020 r. do Litanii Loretańskiej zostały dodane trzy nowe wezwania. Szczegółowe informacje poniżej.

Wspomnienie Dobrego Łotra

Kim był skazaniec, któremu Jezus obiecał na krzyżu: „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”? Zwykłym nieszczęśnikiem, który zmarnował swoje życie? Wybrańcem, który miał niebywałe szczęście, że został ukrzyżowany obok Zbawiciela? Świadkiem wielkiego Miłosierdzia Boga dla potomnych? Nie do końca świadomym wagi wydarzeń, narzędziem ewangelizacji?
Dobry Łotr nie znalazł się w centrum najważniejszych wydarzeń w dziejach ludzkości przypadkowo…

Święty Dobry Łotr to jeden z dwóch łotrów, powieszonych na krzyżu obok Jezusa. Pisze o nim św. Łukasz w Ewangelii. Pisało o nim również wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię: Dyzma (w prawosławiu Rach)- pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. Kiedy drugi z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, Dyzma skarcił go mówiąc, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. Zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi – bo tak go od tego czasu nazywamy – że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał sam Chrystus.

Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia, można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzma jest patronem skruszonych złodziei, więźniów, umierających, skazanych na śmierć i dobrej śmierci oraz kapelanów więziennych, pokutujących i nawróconych grzeszników. Stanowi wzór doskonałego żalu za grzechy.

W ikonografii przedstawiany jest jako młodzieniec lub mężczyzna w wieku dojrzałym, a nieraz też jako starzec. Jego strojem jest opaska na biodrach lub krótka tunika. Atrybutami – krzyż, łańcuch, maczuga, miecz lub nóż.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że dolna (trzecia) ukośna belka prawosławnego krzyża symbolizuje skazańców ukrzyżowanych razem z Chrystusem. Jej prawy kraniec, uniesiony do góry, wskazuje niebo, do którego poszedł Dobry Łotr. Lewy kraniec wskazuje piekło, do którego trafił ten, który nie wyraził skruchy.

W roku 2009 Episkopat Polski zdecydował, że wspomnienie św. Dobrego Łotra obchodzone będzie od tej pory w Polsce, jako Dzień Modlitw za Więźniów.

Postawa Dobrego Łotra prowokuje do bardzo osobistych przemyśleń nie tylko na temat wiary, postawy człowieka grzesznego ale również Miłosierdzia Bożego.

Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

Obraz św. Rodziny w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu

Ukochany Ojciec, Ojciec czułości, w posłuszeństwie i w gościnności; Ojciec twórczej odwagi, Robotnik, zawsze w cieniu…

Tak w Liście apostolskim „Patris Corde – Z ojcowskim sercem” Ojciec Św. Franciszek opisuje w czuły i poruszający sposób św. Józefa.

Miesiąc marzec jest w Kościele katolickim obchodzony jako miesiąc św. Józefa, męża Maryi, opiekuna Jezusa.

W dniu 19 marca obchodzimy w Kościele katolickim Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny.

Papież Franciszek zaznaczył w liście, że św. Józef konkretnie wyraził swoje przybrane ojcostwo, „czyniąc ze swojego życia ofiarę z siebie w miłości oddanej służbie Mesjaszowi”. W Nim „Jezus widział czułość Boga”, czułość, która „pozwala przyjąć naszą słabość”, ponieważ „to właśnie pomimo naszej słabości i poprzez nią” realizuje się większość Bożych planów. Józef jest również ojcem w posłuszeństwie Bogu: poprzez swoje „fiat” ratując Maryję i Jezusa, i ucząc swojego przybranego Syna „wypełniania woli Ojca”. W ten sposób „współuczestniczy w wielkiej tajemnicy Odkupienia i jest prawdziwie Sługą zbawienia”. Jest również „Ojcem w przyjmowaniu”, ponieważ „przyjmuje Maryję bez uprzednich warunków”. Oblubieniec Maryi jest tym, który ufając Panu, przyjmuje w swoim życiu nawet te wydarzenia, których nie rozumie, pozostawiając na boku swoje dociekania i godząc się z własną historią. Józef w ojcowskiej relacji do Jezusa staje się „cieniem Ojca Niebieskiego na ziemi”. Józef wprowadza Jezusa w doświadczenie życia bez zatrzymywania Go i traktowania jako własności. W tym sensie przysługuje Mu przydomek „przeczystszy”, który jest „przeciwieństwem posiadania. Usunął się, by zostawić w centrum Jezusa i Maryję.” Jego szczęście wynikało więc z „daru z siebie”. Wyrzekł się pokusy życia życiem swojego dziecka i obdarzył to życie szacunkiem i wolnością. Jest jedyną postacią w Biblii, która nie wypowiada na Jej kartach, ani jednego słowa.

8 grudnia 1870 roku bł. Papież Pius IX obdarzył tytułem Patrona Kościoła katolickiego św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Dla uczczenia 150. rocznicy tego wydarzenia Papież Franciszek ogłosił, 8 grudnia 2020 roku, rok 2021 specjalnym Rokiem poświęconym Opiekunowi Jezusa.

Z tej okazji w kościołach zainicjowano nabożeństwa ku czci św. Józefa. Najważniejsze obchody Roku, wśród których swoje miejsce będzie mieć zawierzenie Narodu Polskiego i Kościoła w Polsce, będą się odbywać w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

Z tej okazji również, przez cały miesiąc marzec, codziennie, z Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, transmitowane są konferencje dotyczące obchodów samego Roku oraz osoby przemożnego Patrona. Poniżej pierwsza z konferencji, następne można znaleźć na kanale Dom Józefa, na YouTubie. Konferencje są nadawane na żywo w ramach nabożeństwa o godzinie 20:30 lub można je odsłuchać z jednodniowym opóźnieniem ww. na kanale.

Zachęcamy do odkrywania postaci św. Józefa.

Specjalna strona, przygotowana na Rok Świętego Józefa: https://rokswjozefa.pl/

Najbardziej znana pieśń ku czi św. Józefa. Nagranie pochodzi z Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

Święto Katedry świętego Piotra

* Oryginalna „katedra” św. Piotra po raz ostatni została publicznie wystawiona w roku 1867.

Święto katedry św. Piotra, zwane od IV wieku jako łac. Natale Petri de cathedra – to święto liturgiczne obchodzone 22 lutego w Kościele rzymskokatolickim. W tym czasie katolicy wspominają z czcią tron św. Piotra Apostoła uznawanego za pierwszego papieża. Święto to przypomina, że Stolica Piotrowa jest podstawą jedności Kościoła.

W 1558 roku papież Paweł IV ustalił na 18 stycznia, pamiątkę wstąpienia na tron rzymski św. Piotra, a 22 lutego obchód święta objęcia stolicy w Antiochii. Oba święta obchodzone początkowo w Rzymie, Paweł IV rozszerzył obowiązkowo na cały Kościół łaciński.

Do roku 1962 Kościół obchodził oba święta. Po reformie Jana XXIII zostały one połączone w jedno, pod brzmieniem ogólnym: święto „Katedry św. Piotra”.

Dzięki założeniu przez św. Piotra stolicy biskupiej i papieskiej w Rzymie, miasto to stało się ośrodkiem całego chrześcijaństwa. W bazylice św. Piotra na watykanie przechowuje się drewnianą « katedrę », czyli przenośny tron biskupi, który miał służyć św. Piotrowi.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1963, s. 793

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: « Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? » A oni odpowiedzieli: « Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków ». Jezus zapytał ich: « A wy za kogo Mnie uważacie? » Odpowiedział Szymon Piotr: « Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego ». Na to Jezus mu rzekł: « Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie ».

Mt 16, 13-19

1. Na Boży rozkaz opadły kajdany, *
które więziły Piotra Apostoła, *
bo Chrystus jego wyznaczył na stróża *
swojej owczarni i nauczyciela, *
by chronił owce przed wilkiem drapieżnym.

2. Cokolwiek odtąd zawiąże na ziemi, *
będzie i w niebie mocno zawiązane, *
a co swym słowem na ziemi rozwiąże, *
także w niebiosach rozwiązane będzie *
i on w wieczności osądzi narody.

3. Niech będzie Ojcu majestat i chwała, *
Jego Synowi cześć i panowanie, *
pokorne hołdy Duchowi Świętemu; *
Kościół wzniesiony na skale Piotrowej *
niech Boga w Trójcy wysławia z wdzięcznością.
Amen.