Archive

Archive for the ‘świętość’ Category

Święta Boża Rodzicielko- módl się za nami!

15822118_1574956289187507_1801946750_nWiększość z nas, zapytanych jaka uroczystość ma miejsce dziś, odpowiedzą „Nowy Rok, przecież!”. Tymczasem w kościele katolickim obchodzimy uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, Maryi. Huczne spędzanie sylwestra, popijanie każdej kolejnej godziny jeszcze większą ilością alkoholu, aż do momentu gdy zacznie się magiczne odliczanie i wzniesienie toastu, przyćmiewa ową uroczystość, która rozpoczęła się już o północy. Oczywiście opis jest uogólniony, skierowany do 80% świętujących tego dnia. Jednak idźmy dalej…

… Miejsca Maryi, również w kościele, nie poświęca się tak wiele jak w czytaniach liturgicznych np. z 15 sierpnia. Wspomina się ją trzy razy. Najpierw jako niewiastę, z której zostanie zrodzony Zbawiciel (por. Ga 4, 4-7) a następnie w Ewangelii razy dwa. Skupmy się na tym ostatnim wspomnieniu, a mianowicie na fragmencie „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2, 19). O czym to świadczy, że , jakby nie patrzeć wszystkie najważniejsze sprawy zachowała w cichości i skrytości serca? A mianowicie tym, że nie potrzebowała rozgłosu. I tak wystarczająco się nacierpiała przy ucieczce jeszcze jako kobieta brzemienna, a i sporo się nacierpi przez całe życie Jezusa, z rąk wszelakiej maści ludzi.

Maryja nie chce rozgłosu, nie chce być sławną celebrytką, katocelebrytką, Mother of the year czy gwiazdą Hollywood. Ona pragnie być dobrą matką w skrytości swego serca i w zaciszu rodzinnym.

Właśnie dlatego wielu z nas zapomina o Maryi, z racji tego, że sama nie chce się rozgłaszać na wszystkie strony.  Zapomina się o jej wielkich małych poczynaniach, o jej osobie, o tym, że w zasadzie gdyby nie została wybrana na Matkę Zbawiciela, to może losy całego człowieczeństwa wyglądały by inaczej (inaczej nie znaczy tylko lepiej ale być może i gorzej, kto wie). Oczywiście znów uogólniam, znów są to gdybania i scenariusze być może prawdopodobne..

Każdy jednak odpowiada za swe własne czyny i każdy odpowiada przed Panem. Starajmy się jednak nie zapominać o Świętej Bożej Rodzicielce. Darzmy ją wielką sympatią ale i pamięcią. Różańce w  dłoń!

Módl się za nami Święta Boża Rodzicielko abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych!

 

Zwiastowanie Pańskie – Dzień Świętości Życia

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. Łk 1,26-38

Wczoraj 25 marca – 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem, obchodzimy uroczystość Zwiastowania Pańskiego oraz ustawiony przez Episkopat Dzień Świętości Życia. Dzisiejszy dzień przypomina o dniu, w którym zaczęła się zupełnie nowa era w dziejach ludzkości – dzień, w którym Archanioł Gabriel przyszedł do Maryi, niewiasty z Nazaretu, z oświadczeniem, że nosi pod sercem naszego Pana Jezusa Chrystusa. A to, że uroczystość Zwiastowania Pańskiego najczęściej przypada w Wielkim Poście pokazuje, że tajemnica Wcielenia jest nierozerwalnie związana z tajemnicą śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

A co z Dniem świętości życia? Jest ono ściśle związane z duchową adopcją dziecka poczętego i ich ochroną. Jak dziś pamiętam swoją pierwszą adopcję dziecka. Byłam wtedy w gimnazjum, bodajże 2 klasa (ok.15 lat). Rok starsza koleżanka zaproponowała mi, żebym poszła z nią na dziesiątkę różańca odmawianą na długiej przerwie w intencji dzieci zagrożonych aborcją. Poszłam razem z nią, a na pozostałe lekcje wróciłam z Bożym błogosławieństwem i większą siłą. Po tym dniu stwierdziłam, że chcę ratować dzieci zagrożone aborcją, że chcę pomóc i zmienić świat. Więc postanowiłam i zaczęłam swoją pierwszą w życiu adopcję. Wtedy kupiłam pierwszy różaniec w formie pierścionka i chwilę po zakończeniu jednej adopcji, zaczynałam kolejną. Tak chyba było 3 czy 4 razy. Później pojawiła się przerwa, choć sama nie do końca wiem dlaczego. Ale jednak czułam pewien brak, czułam, że mogłabym zrobić więcej. Po kilku (3-4) latach przerwy z moim Lubym postanowiliśmy wziąć pod opiekę jedno dziecko, z koncepcją, że to będzie „nasze” pierwsze dziecko. Więc podjęliśmy modlitwę. Choć dzieli nas ponad 300 kilometrów, codziennie się razem się modlimy, codziennie o tym pamiętamy, choć widujemy się o wiele rzadziej. Ale jaki jest tego sens? Po co to robimy? Bo chcemy uratować choć jednego człowieka. Bo chcemy mieć świadomość, że damy życie choć jednemu dziecku, bo wiemy, że zrobimy coś co wpłynie na przyszłość naszą, naszego późniejszego małżeństwa oraz macierzyństwa czy ojcostwa. W każdym bądź razie – każdemu polecam.

Przykład Nazaretu – Niedziela Świętej Rodziny

28 grudnia 2014 Dodaj komentarz

Przykład Nazaretu

Nazaret jest szkołą, w której zaczyna się pojmować życie Jezusa: jest to szkoła Ewangelii.
Tutaj przede wszystkim uczymy się patrzeć, słuchać, rozważać i przenikać głębokie i tajemne znaczenie tego bardzo prostego, pokornego i jakże pięknego objawienia się Syna Bożego. Może też i całkiem nieświadomie uczymy się Go naśladować.
Tutaj jest nam dane zrozumieć w pełni, kim jest Chrystus. Tu pojmujemy konieczność rozważenia tego, co stanowiło ramy Jego pobytu wśród nas: miejsca, czasu, zwyczajów, języka, praktyk religijnych, słowem, tego wszystkiego, czym się posłużył Jezus, żeby objawić się światu. Wszystko tutaj przemawia, wszystko nabiera znaczenia. Tu, w tej szkole widzimy potrzebę duchowego wyrobienia, jeśli chcemy iść za nauką Ewangelii i być uczniami Chrystusa.
O, jak bardzo pragnęlibyśmy powrócić na nowo do lat dziecinnych i poddać się tej pokornej, a wzniosłej szkole nazaretańskiej! Jakbyśmy chcieli pod okiem Maryi uczyć się na nowo prawdziwej wiedzy o życiu i najwyższej mądrości praw Bożych!
Ale tylko przechodzimy tędy. Musimy się wyrzec tego pragnienia, aby tu się uczyć rozumienia Ewangelii, tej nauki, której właściwie nigdy nie ma końca. Zanim jednak stąd odejdziemy, musimy pośpiesznie i jak gdyby ukradkiem przyswoić sobie kilka krótkich pouczeń Nazaretu.
Najpierw lekcja milczenia. Niech się odrodzi w nas szacunek dla milczenia, tej pięknej i niezastąpionej postawy ducha. Jakże jest nam ona konieczna w naszym współczesnym życiu, pełnym niepokoju i napięcia, wśród jego zamętu, zgiełku i wrzawy. O milczenie Nazaretu, naucz nas skupienia i wejścia w siebie, otwarcia się na Boże natchnienia i słowa nauczycieli prawdy; naucz nas potrzeby i wartości przygotowania, studium, rozważania, osobistego życia wewnętrznego i modlitwy, której Bóg wysłuchuje w skrytości.
Jest jeszcze i lekcja życia rodzinnego. Niech Nazaret nauczy nas, czym jest rodzina, jej wspólnota miłości, jej surowe i proste piękno, jej święty i nierozerwalny charakter. Uczmy się od Nazaretu, że wychowanie rodzinne jest cenne i niezastąpione i że w sferze społecznej ma ono pierwszorzędne i niezrównane znaczenie.
Wreszcie przykład pracy. O Nazaret, „domu Syna cieśli”, tu właśnie chcielibyśmy zrozumieć i umocnić surowe, a przynoszące zbawienie prawo ludzkiej pracy, przywrócić świadomość jej wartości, przypomnieć, że praca nie może być sama w sobie celem, ale że jej wartość i wolność, którą daje, płyną bardziej z wartości celu, jakiemu ona służy, niż z korzyści ekonomicznych, jakie przynosi. Jakżebyśmy chcieli pozdrowić stąd wszystkich pracujących całego świata i ukazać im wielki wzór ich Boskiego Brata, Proroka wszystkich słusznych ich praw – Chrystusa, naszego Pana!

Z przemówienia papieża Pawła VI
(Nazaret, dnia 5 stycznia 1964 r.)

Źródło: http://brewiarz.pl/xii_14/2812/godzczyt.php3

Wykrzycz Bogu, to co leży Ci na sercu!

29 listopada 2014 Dodaj komentarz

monstrancja

Bóg nie chce, żebyśmy byli tak święci, że aż nieludzcy. Nie oczekuje wymuszonych modlitw i obłudnych pochwał. Bóg pragnie szczerego, autentycznego, prawdziwego związku.
Regina Brett, „Bóg nigdy nie mruga”

Gdy czytałam tę książkę ten cytat bardzo mnie urzekł. Dlaczego? Bo ja często zapominam, że Bóg jest Osobą, prawdziwa Osobą. Założę się, że wielu ludzi także o tym zapomina. Często wydaje nam się, że Bóg chce, żebyśmy byli tak święci, że aż aureolki będą nam już na ziemi przyświecać nad głowami, w tej świętości być niczym drewniane, spokojne święte figury, wpatrujące się w ołtarz bez mrugnięcia i jednocześnie klęcząc na grochu. Wydaje nam się, że Bóg oczekuje od nas, że musimy być idealni, bez słabości i skaz. Żebyśmy wyzbyli się naszego człowieczeństwa, żebyśmy byli idealni niczym obrazek. Ale przecież to jest niemożliwe! W końcu tylko ON jest idealny.

Bóg pragnie szczerego, autentycznego, prawdziwego związku. No właśnie. A na czym opiera się taki związek. Na rozmowie. Tak więc zamiast wymuszanych, regułkowych modlitw – powiedz Bogu wprost co Cię boli, co Ci leży na sercu. Jeżeli trudno jest Ci się pogodzić z Jego wolą – wykrzycz mu to, klęknij pod Najświętszym Sakramentem lub krzyżem i wyrzuć Jezusowi wszystkie Twoje żale, bóle i niezadowolenia. Wszystko. Łącznie z łzami i krzykami bólu, rozczarowania, rozgoryczenia, niezadowolenia. Wykrzycz. On to przyjmie i odpowie. Prędzej czy później i często w najmniej oczekiwany sposób – ale odpowie. Jeżeli nie jesteś siłach – nie wymuszaj z siebie obłudnych pochwał. Wyrzuć swój ból. On właśnie tego chce. Żebyś powiedział mu o wszystkim, co Ci leży na sercu, o wszystkim co Cię boli czy cieszy. Siądź w Jego obecności i porozmawiaj z nim, po prostu z nim porozmawiaj jak z najlepszym przyjacielem, zwierz mu się. Jeżeli idziesz na kawę z przyjaciółką i chcesz z nią porozmawiać/zwierzyć się to czy korzystasz z gotowych wyuczonych formułek i obsypujesz ją obłudnymi komplementami. Przypuszczam, że nie. Więc czemu nie traktujesz Boga jako swojego przyjaciela? Dlaczego nie traktujesz go jako Osoby, która czeka na to, aż przyjdziesz i jej się zwierzysz?

Wiele razy o tym zapominałam, próbowałam walczyć sama, ale jest to walka z wiatrakami. Samej ciężko się było mi pogodzić z wieloma rzeczami, jakie mnie spotkały. Ale jeżeli przychodzę do czekającego na mnie Boga i mówię/krzyczę/wypłakuję się w rękaw: Boże, nie daję rady. To nie dla mnie, to wszystko mnie przerasta. Weź to wszystko ode mnie zabierz! Nie podoba mi się to! W takich chwilach On patrząc się swoim kochającym wzrokiem przypomina o swojej obecności, o tym, że jest Emmanuelem – Bogiem z nami, o tym, że jest oparciem i przyjacielem. Tylko przyjdź do niego wykrzycz wszystko co Ci leży na sercu, pokaż mu swoje człowieczeństwo! Pamiętaj, że nie jest Mu ono obce – w końcu sam stał się człowiekiem.

„Dobry pasterz daje życie za owce”

Stanisław_Samostrzelnik,_Św_Stanisław

Jezus powiedział do faryzeuszów: «Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz». (J 10, 11-16 )

8 maja wspominamy świętego Stanisława, którego święty Jan Paweł II nazywał „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”. Święty Stanisław był przykładem pasterza zabiegającego o dobro wiernych i wspomagającego najuboższych. Stanisław urodził się w Szczepanowie (obecnie diecezja tarnowska) prawdopodobnie około roku 1030. Studiował najpierw w gnieźnieńskiej szkole katedralnej, a w późniejszym czasie we Francji lub też w Belgii. Po studiach otrzymał święcenia kapłańskie ok. 1060 r. Po śmierci biskupa krakowskiego Lamberta w 1070 r,. został ordynariuszem diecezji, a w 1072 za zgodą księcia Bolesława Szczodrego został konsekrowany na biskupa krakowskiego. Okres w którym Stanisław został osadzony na biskupstwie krakowskim zaliczany jest do najświetniejszych za panowania Piastów. W tym też czasie, dzięki wsparciu ze strony króla Bolesława Śmiałego udało mu się zorganizować od nowa metropolię gnieźnieńską, dzięki czemu ustały pretensje metropolii magdeburskiej do zwierzchnictwa nad diecezjami polskimi. Stanisław sprowadził do Polski legatów rzymskich, wspierał klasztory benedyktyńskie stanowiące w tamtych czasach ośrodki ewangelizacyjne. W pewnym momencie doszło jednak do konfliktu pomiędzy królem a biskupem, nie ma jednak jednoznacznej odpowiedzi co leżało o jego podstaw. Gall Anonim opisał te wydarzenia w „Kronice” trzydzieści lat po śmierci Stanisława, jakkolwiek z pewnych względów nie podał przyczyny sporu, choć można przypuszczać, że dobrze je znał. Dowiadujemy się, że biskup dopuścił się zdrady politycznej (traditor episcopus), za którą król wydał go na śmierć przez obcięcie członków. Nie da się wykluczyć, że postępowanie biskupa wypływało ze szlachetnych pobudek, ale jako będące nie na rękę królowi zostało zakwalifikowane jako polityczna zdrada. Według alternatywnej wersji, opisanej przez Wincentego Kadłubka, biskup Stanisław stanął w obronie żon rycerzy walczących na wyprawie kijowskiej a które dopuściły się niewierności. Wedle kroniki Stanisław najprawdopodobniej zagroził królowi ekskomuniką. Król nakazał zabicie biskupa w kościele na Skałce w czasie odprawiania przez niego mszy świętej. Służba odmówiła wykonania wyroku, więc król własnoręcznie zamordował świętego. Data śmierci Stanisław nie jest dokładnie znana, podaje się 11 kwietnia albo 8 maja. W roku 1253, w bazylice świętego Franciszka w Asyżu, Stanisław został kanonizowany przez Innocentego IV. Pierwsza uroczystość ku czci św. Stanisława została odprawiona 8 maja 1254 roku w Krakowie. Tradycyjne wspomnienie św. Stanisława obchodzone jest 11 kwietnia, natomiast w polskim Kościele 8 maja i ma rangę uroczystości liturgicznej (podniesienie relikwii w Polsce). Kult św. Stanisława w Polsce rozpoczął się w 1088 roku a więc z chwilą przeniesienia jego relikwii do katedry krakowskiej. Król Władysław II Jagiełło przypisywał zwycięstwo w bitwie pod Grunwaldem wstawiennictwu Św. Stanisława, Zygmunt I Stary uznał go za swego patrona. W roku 1963 papież Jan XXIII ustanowił świętego Stanisława, wraz z Najświętszą Maryją Panną Królową Polski i św. Wojciechem, pierwszorzędnym Patronem Polski.

„Święta Agata- piękno ciała, piękno duszy”

Autentyczność męczeństwa św. Agaty jest potwierdzona przez liczne apokryfy i hagiograficzne legendy, jakkolwiek dokładna przyczyna jej śmierci i opis męczeństwa nie są znane. Od setek lat św. Agata, piękna i niezłomna młoda kobieta, która miała odwagę przeciwstawić się prawu Imperium Rzymskiego i poświęciła swoje życie w imię wartości w które wierzyła, jest natchnieniem dla rzeszy wyznawców oraz artystów. Fenomen św. Agaty polega prawdopodobnie na niezwykłym połączeniu piękna cielesnego i jeszcze piękniejszego umysłu tej kobiety. Umysłu, który wzniósł się ponad niewyobrażalne cierpienie i miał siłę poświęcić swe ciało na ołtarzu miłości. Aby w pełni zrozumieć z czym miała się zmierzyć przyszła św. Agata, warto przybliżyć epokę w której żyła. Agata przyszła na świat w bogatym mieście kupieckim Katanii na Sycylii około roku 235 w rodzinie rzymskich arystokratów. Urodziła się w czasach, kiedy Imperium Rzymskie było w swoim największym rozkwicie i rozciągało się od Oceanu Atlantyckiego do Mezopotamii i od Brytanii aż po Egipt, wchłaniając w siebie różnorodne kultury, języki a także zwyczaje. Imperium Rzymskie starało się umocnić swoją pozycję wprowadzając jeden obowiązujący język urzędowy, rzymskie prawa oraz religię. Niepokój rządzących bojących się o stabilność Imperium zaczęła wzbudzać religia chrześcijańska, która miała coraz więcej wyznawców. Dekretem Septimiusa Sewerusa każdy chrześcijan miał być postawiony przed sąd, gdzie miał wyrzec się Boga, unikając tym sposobem tortur i śmierci.

W czasach kiedy rozpoczyna się historia męczeństwa św. Agaty, centrum Katanii był potężny pałac prefekta Kwincjana, gdzie mieszkał on wraz ze swoją żoną, niewolnikami oraz wojskiem, kontrolującym ład i porządek w całym regionie. Pod koniec roku 249 cezar Decjusz Trajan ustanowił nowy dekret, zgodnie z którym każdy chrześcijanin miał być pochwycony, torturowany oraz zabity. Mimo ryzyka, Agata skończywszy 15 lat złożyła śluby czystości poprzez symboliczne ściągnięcie welonu i przykrycie głowy flammeum (welonem, które nosiły panny młode w Rzymie), tym samym stając się oblubienicą Chrystusa. Informacja o ślubach czystości złożonych przez wyznawczynie Chrystusa dotarła do prefekta Kwincjana, który szczególnie zainteresował się jej przypadkiem, gdyż widział w tym sposobność przejęcia majątku jej rodziny. Ludzie Kwincjana rozpoczęli poszukiwania Agaty. Mimo prób ucieczki, Agata została pojmana i przyprowadzona przed oblicze prefekta. Kwincjan zapragnął mieć dziewczynę dla siebie. Ta odrzuciła jednak względy prefekta. Kwincjan zdecydował się dać jej czas do namysłu. Na jego rozkaz św. Agata została oddana na miesiąc do domu rozpusty pod opiekę Afrodyzji, aby ta uczyniła mu ją powolną. Dziewczyna nie wyparła się jednak Chrystusa i nie zamierzała oddać się Kwincjanowi. Zawiedziony w swych nadziejach próbował ją zastraszyć, kiedy jednak i to zawiodło, została skazana na więzienie. Św. Agata została ponownie postawiona przed obliczem prefekta, który nie mógł złamać jej oporu, wynikiem czego została poddana torturom. Kwincjan chcąc ją poniżyć nakazał liktorowi obciąć jej piersi. Jedna z legend o św. Agacie mówi, że po kaźni została umieszczona w celi czekając na śmierć, jednakże tej samej nocy jej rany uleczył św. Piotr. Kwincjan na drugi dzień przywołał ją ponownie przed swe oblicze i żądał, aby wyrzekła się Boga. Kiedy ta odmówiła, męczennicę rzucono na rozpalone węgle. Tortury przerwano z powodu trzęsienia ziemi, które odczytano jako gniew Boga za niewinne męczeństwo św. Agaty. Zgromadzeni widzowie zdjęli kobietę z ognia jednak ta zmarła na ich rękach. Zgodnie z opisem Jakuba de Voragine’a w “Złotej legendzie”, trzęsienie ziemi ocaliło św. Agatę od spalenia żywcem i ta umarła w więzieniu. W rok po jej śmierci doszło do erupcji Etny i rozpalona lawa zagroziła miastu. Mieszkańcy miasta posłużyli się czerwonym welonem św. Agaty dla powstrzymania lawy. Z welonem w dłoniach ludzie podążyli w kierunku płynącej lawy, która zatrzymała się nie niszcząc miasta.

Relikwie Świętej znajdują się w katedrze w Katanii nazywanej Duomo Santa Agata. W dniu swojej patronki mieszkańcy Katanii biorą udział w uroczystej procesji La Festa di Sant’Agata, podczas której ulicami miasta obwożony jest relikwiarz Świętej (http://www.youtube.com/watch?v=zYBAICQWuBE). Procesja odbywa się już od 500 lat, prawie w niezmienionej formie i rozpoczyna się 3 lutego. O świcie 4 lutego relikwiarz umieszcza się na srebrnym rydwanie, który jest ciągnięty przez 5000 mężczyzn. La Festa di Sant’Agata jest jedną z największych procesji na świecie i rokrocznie bierze w niej udział ponad milion uczestników.

W Polsce wspomnienie liturgiczne św. Agaty jest obchodzone 5 lutego. W tradycji ludowej w tym dniu święcono chleb, sól i wodę. Ze względu na specyfikę legendy o św. Agacie, od wieków jest ona patronką zawodów mających kontakt z ogniem: ludwisarzy, kominiarzy. Jest także orędowniczką w chorobach piersi a także opiekunką matek karmiących. W Polsce, kobiety po mastektomii na swoją patronkę wybrały właśnie św. Agatę, ponieważ ta podobnie jak i one została pozbawiona atrybutu kobiecości.

Postać św. Agaty ma nam przypominać czym jest prawdziwe poświęcenie i walka o to, w co się wierzy nawet kosztem własnego życia. Śmierć i męczeństwo św. Agaty jest odbiciem męki i śmierci samego Chrystusa. Jezus pod postacią św. Agaty zadaje nam nieme pytanie: „jak wiele jesteście w stanie poświęcić aby mnie odnaleźć?

Bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej (1880-1906)

8 listopada 2013 Dodaj komentarz

bl_elzbieta

O momencie sakramentalnego spotkania z Jezusem czytamy w jej Dzienniczku: „Nie mówiliśmy do siebie. Miłowaliśmy się. Moja dusza stała się mieszkaniem Boga, Pan posiadł me serce. Posiadł, tak dalece, że od tej godziny, od tej tajemnej rozmowy, od chwili tego boskiego, pełnego rozkoszy obcowania nie mam już innych tęsknot, jak oddać Mu życie, odwzajemnić choć trochę Jego wielką miłość w Eucharystii. (…) O, święty, piękny dniu, kiedy Jezus wszedł do mnie i w głębi duszy pozwolił mi usłyszeć swój Głos…”.

W 1887 roku zmarł ojciec Elżbiety i znaczne pogorszenie się sytuacji finansowej rodziny zmusiło jej matkę do przeprowadzki do Dion. Zamieszkały tam w pobliżu klasztoru karmelitanek bosych. To właśnie bliskość Karmelu będzie już w niedługim czasie wyznaczać rytm życia Elżbiety. Jako kilkunastoletnia dziewczyna doświadczała pierwszych łask mistycznych. Była piękna, radosna i naturalna w sposobie bycia, budziła ogólną sympatię. Lubiła muzykę, sama doskonale grała na pianinie.
Rozpoczął się okres dorastania i dojrzewania Elżbiety. Matka dbająca zarówno o jej edukację, jak i o wychowanie towarzyskie i artystyczne, prowadzała Elżbietę na różnego rodzaju spotkania i przyjęcia. Tutaj jest osobą zauważaną, nie tylko ze względu na urodę, ale przede wszystkim ze względu na coś, co emanuje z całej jej osobowości. Elżbieta jest postrzegana jako osoba wyjątkowa, nie tylko w towarzystwie, ale również na scenie muzycznej – w konkursie fortepianowym w 1893 roku zdobyła pierwszą nagrodę. Życie światowe, pełne atrakcji i przyjemności jest dla Elżbiety – choć nie daje tego poznać – jedynie marginesem. Prawdziwym jej światem i miejscem przebywania jest głębia serca, gdzie przebywa w komunii z Chrystusem – jej Jedynym Umiłowanym. Radowała się z zaproszeń do bogatych i wytwornych domów, a przecież właśnie pośród najlepszej zabawy chciała się znaleźć przy tabernakulum, aby dotrzymać towarzystwa Chrystusowi.
Do osiemnastego roku życia pozostała beztroską dziewczyną, ceniącą stroje i podróże. Lubiła dalekie wojaże, zwiedziła różne zakątki Francji, doznała uszczęśliwiającego „zawrotu głowy” w Pirenejach, do tego stopnia, że sądziła, że bez nich życie nie będzie już miało dla niej uroku.
Elżbieta liczyła zaledwie 14 lat, gdy złożyła w swym sercu ślub czystości i usłyszała wezwanie do Karmelu, na które odpowiedziała „tak”. Oczywiście, nie mogła wtedy o niczym decydować. Mijały dni, miesiące, lata. Postanowiła wreszcie wyznać matce swe pragnienie całkowitego oddania się Bogu. Jej matka zareagowała ostro. Ograniczyła córce chodzenie do kościoła, przystępowanie do Komunii świętej, a nade wszystko zabroniła odwiedzać siostry w Karmelu. Chciała w ten sposób zapobiec jej – jak myślała – wybujałej religijności. Elżbieta poddała się z bólem rozkazom matki. W tym jakże trudnym dla niej czasie wykrystalizowała się podstawa jej duchowości, jaką było doświadczalne przeżywanie obecności Trójcy Świętej w duszy oraz miłość do Jezusa Eucharystycznego i Ukrzyżowanego. Wierność powołaniu i walka z własną wrażliwością oczyściły ją dostatecznie na pierwsze łaski mistyczne. Uświadomiła je sobie w czasie rekolekcji w styczniu 1899 r. Nie rozumiała ich, dlatego radziła się spowiednika; ten pomógł jej ukierunkować wolę na całkowity dar Bogu z siebie.
Dopiero po kilku latach matka zgodziła się, by jej córka wstąpiła do Karmelu, lecz dopiero po ukończeniu 21 lat. Gdy osiągnęła wymagany przez matkę wiek, w 1901 r. wstąpiła do pobliskiego klasztoru karmelitanek w Dijon. W 8 dni po jej wstąpieniu do Karmelu przełożona zapytała ją: „Jaki jest twój ideał świętości?” Odpowiedź padła bez wahania: „Żyć miłością”. „A jaki jest sposób, by najszybciej to osiągnąć?” „Uczynić się całkiem małą, oddać się Bogu bezpowrotnie”. Po czterech miesiącach postulatu otrzymała karmelitański habit oraz imię Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej. Uroczystość obłóczyn odbyła się w jej ukochane święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Siostra Elżbieta rozpoczęła nowicjat, który w porównaniu z pogodnym czasem postulatu, stał się dla niej ciemną nocą oczyszczającej udręki duchowej. Jej nadmierną uczuciowością zaczęły wstrząsać niepokoje zewnętrzne i burze wewnętrzne. Ukochana i upragniona przez nią „pustynia” Karmelu okazała się miejscem ustawicznych zmagań; jej samej i przełożonym wydawało się, że fizycznie i psychicznie nie podoła wymogom zakonu.
Jednak w tym samym czasie pisała do cioci: „Znalazłam moje Niebo na ziemi w mojej drogiej samotności w Karmelu, gdzie jestem sama z Bogiem samym. Wszystko robię z Nim, wszystko więc czynię z Bożą radością. Czy zamiatam, czy pracuję, czy się modlę, wszystko jest dobre i radosne, bo wszędzie widzę mego Mistrza!…”
W Uroczystość Objawienia Pańskiego w 1903 r. Elżbieta otrzymała zgodę na złożenie ślubów. Czyni to z czystą wiarą, przeżyła bowiem właśnie dni zamętu i duchowej pustyni. Wkrótce jednak pogoda powróci do jej duszy. W noc, która poprzedzała ten wielki dzień – napisała 6 miesięcy później – podczas gdy byłam na chórze, oczekując na Oblubieńca, pojęłam, że moje Niebo rozpoczęło się na ziemi, Niebo w wierze, w cierpieniu i całopaleniu dla tego, którego kocham.

Dla Elżbiety tajemnicą, która wycisnęła na niej szczególne piękno, było mistyczne przeżycie obecności w ludzkiej duszy Trzech Osób Boskich. Już wstępując do Karmelu nie miała wątpliwości: w Karmelu musi żyć tajemnicą obecności Trójcy Świętej, gdyż to przecież znaczyło jej imię (Elżbieta – dom Boga). W kwestionariuszu który wypełniała każda postulantka wstępując do Karmelu, na pytanie: Jakie jest twoje hasło? Elżbieta odpowie: Bóg we mnie a ja w Nim. Jeszcze w świecie, mając 19 lat mówiła do swojej przyjaciółki: Wydaje mi się, że On tu jest. Dla niej Trójca Święta obecna jest wszędzie. Każde wydarzenie, święta liturgiczne, rozmowy z kapłanami, listy do rodziny i przyjaciół pełne są Trójcy. Elżbieta jest zatopiona w Tym, który jest Bogiem Trójjedynej miłości.
Pewnego dnia, Elżbieta została niemal porażona zdaniem, które przeczytała. Był to fragment z Listu św. Pawła do Efezjan: Bóg stworzył nas do uwielbienia swej chwały. Uwielbienie Chwały – Laudem Gloriae od tego momentu staje się jej nowym imieniem. Ona sama jest nim zachwycona. Swoje listy, które pisuje często, podpisuje już nie jako s. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, lecz Laudem Gloriae. Nowe imię wydaje się streszczać cały program jej duchowego życia. Elżbieta zapomina zupełnie o sobie. W jej życiu nie ma już miejsca na sprawy ziemskie. Żyje jakby po drugiej stronie, w pełni już tu na ziemi uczestnicząc w chwale uwielbienia Boga w niebie. W jej wspaniałej modlitwie znanej jako „O mój Boże, Trójco Święta, którą uwielbiam…” z 21 listopada 1904 roku, ofiarowała siebie Najświętszej Trójcy: „Uspokój moją duszę – prosi Boga – uczyń z niej Twoje Niebo, Twoją umiłowaną siedzibę i miejsce odpoczynku…”

Nadchodzi rok 1906, którego końca nie ujrzy już Elżbieta na ziemi. Jej zdrowie niszczeje coraz szybciej. Dolegliwość została już określona: choroba Addisona (niedoczynność nadnerczy). Przypadłość ta mało jest jeszcze znana i niewłaściwie leczona. Choroba wywołuje u niej krańcową słabość, mdłości, różnego rodzaju zaburzenia żołądkowo-jelitowe, niskie ciśnienie, jakby jadłowstręt, a wszystkiemu towarzyszą wielkie cierpienia.

Do przyjaciółki swej matki pisze jak jej ukochany Apostoł: „W moim ciele dopełniam cierpieniem braki udręk Chrystusa” (por. Kol 1,24). Jest odważna i usiłuje zminimalizować przed otoczeniem powagę swego stanu. W listach do matki ukrywa najboleśniejsze szczegóły, kładzie nacisk na zabiegi „mądre i skwapliwe”, jakie otrzymuje. Bez przerwy myśli o innych i nie porzuca apostołowania listami, przynajmniej na tyle, na ile pozwalają jej siły. Czasem jednak ataki choroby są tak silne, że otoczenie sądzi, iż nadeszła jej ostatnia godzina. Pod koniec choroby nie może ani jeść, ani pić. 30 października kładzie się do łóżka, z którego już więcej nie wstanie. Nazajutrz przyjmuje raz jeszcze ostatnie namaszczenie, a w dniu Wszystkich Świętych po raz ostatni – Jezusa Eucharystycznego.

8 listopada wypowiada ostatnie słowa, jakie zdołano zrozumieć: „Idę do Światła, do Miłości, do Życia”. Nazajutrz, o szóstej rano, zjednoczona z aniołami śpiewała oficjum Prymy już w Niebie. Zmarła w wieku 26 lat. Beatyfikował ją Jan Paweł II w 1984 r.
Elżbieta miała świadomość swojego posłannictwa dla całego Kościoła. Sama zresztą o tym powie: Przekazuję wam moje powołanie w łonie Kościoła: uwielbienie chwały Trójcy Przenajświętszej. Droga do owego uwielbienia Trójcy nie jest jednak łatwa. To droga krzyża, zaparcia się siebie, poddania wyłącznie twórczemu działaniu Ducha Świętego w duszy. Elżbieta doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tej niełatwej drodze była wierna w całym swoim życiu. Żyła zapatrzona w to co niewidzialne i wieczne, będąc niejako osobą „z tamtej strony”.