Archiwum

Archive for the ‘życiowe’ Category

We wnętrzu miłosierdzia…

Po wakacyjnym cyklu o św. Ignacym z Loyoli i tym wcześniejszym, dotyczącym modlitwy serca postanowiłam wrócić jeszcze na chwilę do kilku istotnych spraw dotyczących poruszanych tematów.

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem!
Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Te słowa wypowiedziane kiedyś w mojej obecności przez pewnego kapłana, stały się kroplą drążącą skałę.

Przez ostatnie lata składałam swoje życie duchowe w ponowną całość. Jakże wielu rzeczy nie wiedziałam i jak wiele przeoczyłam wcześniej. W poszukiwaniu samej siebie pomogły Rekolekcje ignacjanskie, praca nad sobą, nad przywracaniem własnej godności, szacunku do samej siebie, odnajdywanie fragmentów drogi życia, które kiedyś źle rozpoznałam i pomyliłam przyjaciół z nieprzyjaciółmi, a nie miałam dość odwagi i siły, by naprawić sama swój błąd. Teraz z pomocą stałego towarzyszącego spowiednika, krok po kroku, uczę się właściwej oceny rzeczy i przyjaźni. Bo to, że czujemy się skrzywdzeni przez kogoś w życiu, to tylko zewnętrzny obraz nas samych widziany w lustrze codziennie, ilekroć patrzymy na siebie, widzimy smutną twarz jak maskę, oczy zagubione gdzieś w oddali, ukryte przed wzrokiem tłumu, zaciśnięte milczące usta, bruzdy na czole tak napięte i wyżłobione, aż bolą od stresu, usta gotowe do skoku, do ataku i kąsania, tak na wszelki wypadek, zawczasu. Bo cierpiąc nieświadomie, często czujemy się źle oceniani, słyszymy przykre słowa, zauważamy wywołujące strach gesty czy kojarzymy natychmiast paraliżujące nas sytuacje, wchodzimy w schemat odruchów, jak psy Pawłowa.

Największe spustoszenie jednak dzieje się zawsze w środku nas, w sercu, w duszy, w umyśle. Te zmiany pozostają w nas latami, czasem na całe życie, zakorzenione, wrośnięte w pamięć, wryte w serce i dające natychmiastowe schematyczne reakcje. Motywują nas one do charakterystycznego działania, ilekroć spotkamy się w życiu z analogiczną sytuacją. Same Rekolekcje nie wystarczą by tę niszczącą, obronną postawę przerwać. Rekolekcje trwają tylko 5-8 dni. Mogą być jedynie dla nas sygnałem do pracy nad sobą cierpiącym. Tu potrzebny jest ktoś, kto przez cały czas będzie czuwać, będzie blisko, kto w trudnym momencie pomoże, nauczy nas stopniowo wychodzenia ze schematu, wskaże właściwą drogę, pomoże rozróżnić nasze pomyłki od prawdy, pozna i scharakteryzuje nasze przyzwyczajenia, doda otuchy, podtrzyma, będzie wyrazistym lustrem z kryształu, w którym będziemy mogli się przejrzeć, ilekroć najdą nas wątpliwości. A będą nachodzić nas nieustannie. Ktoś, kto stanie się zaufanym przyjacielem, wskaże drogę do Bożej miłości i Miłosierdzia, zaopatrzy krwawiące rany, zasugeruje odpowiednie leki na nasze dolegliwości. Potrzeba stałego spowiednika i kierownika duchowego. Kapłana rozsądnego, pełnego Ducha, odważnego, rozważnego, mądrego, wybranego z polecenia, wśród osób godnych i zaufanych, po głębokim zastanowieniu i po solidnej modlitwie.

Jeśli ktoś doświadczył już stałego spowiednictwa i kierownictwa, tym bardziej szanuje i docenia ten dar od Boga. Jeżeli nigdy nie korzystał do tej pory z pomocy stałego spowiednika, nie będzie umiał należycie ocenić tej formy pomocy. Można taką osobę kapłana przyrównać trochę do specjalisty lekarza, u którego leczymy konkretną ciężką chorobę od lat, mamy zaufanie, dostrzegamy poprawę, rozumiemy, znamy, nie mamy przed nim tajemnic. Tu jest podobnie. Wtedy taka współpraca z łaską owocuje. To nie ma być ktoś, kto będzie chciał z nas uczynić swój obraz, odcisnąć w nas swój styl, ideologię – siłą. Chodzi raczej o towarzyszenie i delikatne, ale i stanowcze upominanie, prowadzenie czy pokazywanie nam tego, czego nie widzimy, nie dostrzegamy, nie realizujemy. Przede wszystkim towarzyszy nam w sakramencie spowiedzi. Ponieważ wszystkie najważniejsze zmiany w życiu, rozpoczynają się od spowiedzi. Od odkrycia kilku istotnych rzeczy, o których niby wiemy, a tak naprawdę okazuje się, że nie mamy zielonego pojęcia. Chcę się z Wami podzielić kilkoma uwagami, które dla mnie okazały się bardzo istotne i odkrywcze, a dotyczyły m.in. szczególnej formy sakramentu pojednania – spowiedzi generalnej.

Może dla kogoś też okażą się pomocne…

Rozeznawanie duchów

Pojęcie „rozeznawania duchów” brzmi co najmniej dziwnie i na pierwszy rzut oka kojarzy się z egzorcyzmami, okultyzmem lub innymi wywołującymi strach praktykami. Rzadko komu przywodzi na myśl św. Pawła, Orygenesa czy Ojców Pustyni, chociaż to oni jako pierwsi umieszczali w listach i innych pismach rzetelne informacje na ten temat. Jeszcze rzadziej kojarzy się z psychologią czy filozofią, mimo że to m.in. w nich należy szukać rozwinięcia tematu. Tytułowe rozeznawanie duchów ma bowiem długą i pasjonującą historię. Co więcej, walka duchów – czy chcemy tego, czy nie – wciąż trwa, a jej polem staje się każde kolejne ludzkie życie. I tylko czasem, bardzo wyraziście można zauważyć skutki tej walki, bo z reguły jesteśmy mistrzami kamuflażu. Ostatnie słowo w tej kwestii jeszcze nie padło. Świat wciąż oczekuje na paruzję. By dowiedzieć się więcej, wróćmy do postaci św. Ignacego Loyoli i zagłębijmy się w jego regułach rozeznawania duchów, które po dziś dzień stanowią podstawę wielu wytrawnych ćwiczeń duchownych.

Dla Ignacego wszystko zaczęło się podczas monotonnej kuracji w sierpniu 1521 r. w rodzinnej posiadłości – Loyoli. W czasie rekonwalescencji roztrzaskanej armatnią kulą nogi, nudził się strasznie i z braku innych zajęć często przyglądał się własnym myślom i uczuciom. Pozornie nic wielkiego nie odkrył, bo stwierdził tylko, że „jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym” Głębokie intuicje miewają jednak skromne początki. Nowość kryła się nie w treści, ale w metodzie. Co takiego odkrył Ignacy Loyola? Jak sam mówi w Autobiografii, odkrył działanie duchów w swoim wnętrzu, tj. wewnętrzne poruszenia i ich decydujący wpływ na życie. Oczywiście sam Ignacy znacznie później zrozumiał głęboki sens tych pierwszych duchowych doświadczeń. To niepozorne odkrycie okazało się pierwszym krokiem na drodze, która doprowadziła do radykalnego przewrotu w jego życiu: do nawrócenia.

Chcąc z pożytkiem wejść w lekturę tekstów Ćwiczeń duchownych Ignacego, konieczne jest powielenie jego drogi, to znaczy, że trzeba odkryć realność duchowych poruszeń we własnym wnętrzu. W przeciwnym razie lektura rozczaruje i zmęczy. Tekst Ćwiczeń duchownych trzeba czytać ze świadomością. Wielkie odkrycia nie zawsze znajdują łatwe zastosowanie. Podobnie było w życiu Ignacego i zapewne będzie w naszym! Pierwsze próby rozeznawania duchów nie uczyniły z niego duchowego mistrza czy specjalisty od trudnych wyborów. Jedną z pierwszych decyzji, która dotyczyła obrony czci Najświętszej Maryi Panny, „podjęła” za niego…samica muła, której dosiadał 😉 Rozbrajająca szczerość, z jaką o tym później opowiadał, z pewnością doda otuchy tym, którzy z tematem rozeznawania zmagają się od dawna, tracąc czasem cierpliwość do samych siebie. Jednak ma za zadanie też przestrzec, wszystkich „w gorącej wodzie kąpanych”. Mistrzem rozeznawania duchów staje się stopniowo, z ogromnym poszanowaniem praw duchowego wzrostu i pod kierunkiem doświadczonych kierowników, jeśli nie samego Boga. To jest stopniowy proces. Studiując więc reguły, trzeba uwzględniać wewnętrzną logikę Ćwiczeń duchownych.

W uproszczeniu można powiedzieć, że pierwsza seria reguł dotyczy walki duchowej, która toczy się w obszarze dobra i zła, zaś druga seria – już samego dobra. Logika Ignacego jest więc odzwierciedleniem klasycznej drogi duchowej doskonałości i prowadzi od oczyszczenia przez oświecenie, ku zjednoczeniu z Bogiem. Reguły rozeznawania duchów Pierwszego Tygodnia mają za cel doprowadzenie człowieka do życia w łasce uświęcającej, czyli w wolności od grzechu. Utrzymaniu człowieka w tym stanie służą teksty Ignacego o różnych duchach, o pocieszeniu i strapieniu duchowym oraz o różnych sposobach postępowania w tych stanach. Ignacy cierpliwie wyjaśnia sprawy proste, powoli przechodząc do coraz trudniejszych i złożonych. Co więcej, on uczy tego, czego doświadczył sam. Dlatego obowiązkową lekturą uzupełniającą do reguł rozeznawania powinna być Autobiografia Ignacego. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mistrzów duchowości, on nie ukrywa własnych błędów i nie chroni się za jakąś wypracowaną metodą. Jest szczery do bólu. Jedną z takich poruszających ilustracji do reguł może być moment duchowego udręczenia skrupułami w Manresie. Był tak zdesperowany, że gotów był pobiec „za szczenięciem, żeby od niego otrzymać pomoc”, gdyby tylko Bóg zalecił mu takie lekarstwo, na jego skrupuły. To strapienie było tak dojmujące, że często nachodziła go gwałtowna pokusa, by odebrać sobie życie i w taki sposób przerwać wewnętrzne męki. Po takim przykładzie inaczej czyta się reguły o cierpliwości w znoszeniu strapienia i pokornym oczekiwaniu na pocieszenie.

W ignacjańskich opisach nie brak barwnych i dobitnych określeń na zachowanie „nieprzyjaciela” człowieka, czyli ducha złego. Ignacy porównuje je kolejno do taktyki kobiecej mściwości, do zachowań uwodziciela lub wodza wojsk oblężniczych. Niewątpliwie jest to echo wcześniejszych doświadczeń Ignacego, dworzanina i żołnierza, które przemyślane z psychologiczną wnikliwością, tym razem służą jako wyjaśnienie wewnętrznych poruszeń. Praktyczna lekcja, którą dają te reguły, dotyczy roli samoświadomości i wiedzy na własny temat oraz podejścia do własnych słabości.

Druga seria reguł rozeznawania duchów dotyczy walki duchowej w obszarze samego dobra. Człowiek Pierwszego Tygodnia Ćwiczeń – czyli oczyszczony z przywiązania do grzechu – powołany jest do głębszego poznania Boga i zjednoczenia z Nim przez naśladowanie Jezusa Chrystusa. Wyższy poziom oznacza jednak wyższy stopień trudności, dlatego reguły stają się subtelniejsze, a działanie duchów bogatsze i bardziej zróżnicowane. Po frontalnych bitwach Pierwszego Tygodnia, gdzie zło i dobro były jasno i wyraźnie określone, teraz mamy do czynienia z wojną podjazdową, w której nie zawsze wiadomo, kto swój, a kto wróg. Zły duch wyrzucony za drzwi wraca z siedmioma gorszymi od siebie, gdzie w logice zła gorszy znaczy bardziej podstępny, chytry, przewrotny, cyniczny itp. Myśl Ignacego wraca do tych samych tematów, np. działania dobrego i złego ducha, do pocieszenia i strapienia, ale odsłaniając nowe i ukryte do tej pory znaczenia.

Cel działania różnych duchów radykalnie się różni, ale ich metody działania chwilami niebezpiecznie się nakładają. Śladami dobrego ducha są wciąż te poruszenia wewnętrzne, które pociągają człowieka do większej miłości Boga i życia Ewangelią. Pojawia się nowy rodzaj pocieszenia: „pocieszenie bez przyczyny uprzedniej” Zaś znakiem obecności ducha złego są te poruszenia, które hamują człowieka na drodze wzrostu lub przynajmniej mu przeszkadzają. Jest to możliwe między innymi dlatego, że zły duch zna i stosuje techniki kamuflażu i „przemienia się w anioła światłości”, który „idzie razem z duszą pobożną (stopniowo i delikatnie zmieniając tor drogi), a potem stawia na swoim”. Na tym etapie drogi można łatwo ulec zaślepieniu i poddać się bezwiednie działaniu złego ducha, które choć nie prowadzi wprost do zła lub grzechu, to owocuje pozorem dobra lub jego zaniedbaniem. Barwnym przykładem z Autobiografii może być wizja tajemniczego węża z wielką ilością błyszczących punktów, która dawała Ignacemu wiele pociechy i estetycznych doznań, ale nic ponadto. Dopiero po swojej najważniejszej mistycznej wizji nad rzeką Cardoner, Ignacy rozpoznał, że było to pocieszenie szatańskie i choć wizja ta nawiedzała go jeszcze później wiele razy i przez długi czas, to „na znak pogardy odpędzał ją kosturem”.

U Ignacego nie brak też rozeznawania w sprawach prozaicznych, dotyczących jedzenia i picia, snu i wypoczynku, nauki i pracy itp. To dzięki takiej pokornej praktyce, zapewne związanej z codziennym rachunkiem sumienia, nauczył się rozpoznawać nie tylko podstępy złego ducha, ale i złe skłonności własnej natury. Potomek Loyolów był bowiem w gorącej wodzie kąpany i co pomyślał, od razu wcielał w życie. Tej gwałtowności swojej natury zawdzięczał początkowe przesadne praktyki ascetyczne. Zgubnych skutków zdrowotnych stosowanych głodówek i wyczerpania fizycznego doświadczał już do końca życia. Dlatego, kiedy później zaleca uważne badanie przebiegu myśli, ich początku, środka i zakończenia, to wie, o czym mówi. Może nawet przy spisywaniu tych reguł, zniszczony przesądnymi postami żołądek podpowiadał mu, że duchowe treści należy trawić dłużej i dogłębniej badać, by nieopatrznie nie zatruć własnej duszy. Wszelki pośpiech jest synonimem niepokoju i zamieszania, czyli oznak działania złego ducha.

W jednym ze współczesnych komentarzy do reguł rozeznawania duchów – a dokładniej do następstw pocieszenia bez przyczyny uprzedniej – można przeczytać, że „należałoby się upewnić, czy zmiany, jakie zaszły i utrzymują się u człowieka, nie są raczej wynikiem gratyfikacji jego społecznej roli lub obrazu samego siebie, aniżeli bezpośrednim skutkiem działania łaski Bożej” Autor tego komentarza Luigi M. Rulla oraz jego współpracownicy i uczniowie od kilkudziesięciu już lat potwierdzają niepokojącą statystykę, że aż 60-80% osób zaangażowanych w realizację powołania zakonnego lub kapłańskiego stymulowanych jest przez własne nieuświadomione potrzeby, a nie przez wartości powołania. Sztuka rozeznawania duchowego Drugiego Tygodnia ma więc wciąż wielkie zadanie i warto, by posłużyła się przy tym nowoczesnymi technikami, pozwalającymi lepiej dotrzeć do osoby, którą świetnie funkcjonujące mechanizmy obronne, utrzymują w stanie błogiej niewiedzy.

Na koniec warto dotknąć jednego z najważniejszych problemów związanych z rozeznawaniem duchowym, tj. kwestii pewności i nieomylności nabytej wiedzy. Z praktycznego punktu widzenia problem jest oczywisty: chcemy mieć pożytek z przyglądania się sobie, by podejmować trafne i nieomylne decyzje w życiu. Jeśli więc słyszymy o regułach rozeznawania duchowego, to oczekujemy, że te zasady będą całkowicie sprawdzone i pewne. Tę palącą potrzebę i towarzyszący jej niepokój można wyczytać nawet w poważnych, naukowych opracowaniach tego tematu. Paradoksalnie, poszukując pewności w rozeznawaniu duchowym, możemy rozminąć się z prawdą.
Spróbujmy spojrzeć na nierozwiązywalny dylemat z perspektywy św. Ignacego, który w praktyce pokazał, jak przy użyciu rozeznawania duchów dochodzić do prawdy, ale niekoniecznie drogą weryfikowanej naukowo pewności. Dobitnie widać to w sposobie, w jaki pisze on Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, dokument o ogromnym znaczeniu nie tylko dla jezuitów, ale wielu innych zgromadzeń zakonnych. Otóż każdy ich punkt był owocem racjonalnego namysłu i duchowego rozeznawania wszystkich racji za i przeciw. Następnie taki punkt Ignacy przedkładał na modlitwie samemu Bogu i od Niego oczekiwał znaku potwierdzenia. Znakiem było ustalone uprzednio pocieszenie. Takim sposobem, w sercu jednego człowieka zapadły decyzje o formie życia i pracy wielu tysięcy ludzi. Trudno o lepsze potwierdzenie praktycznego personalizmu Ignacego. Co więcej, Ignacy również ufał rozeznawaniu współbraci. Bo choć Konstytucje pełne są ściśle określonych norm postępowania, to jednocześnie otwarte pozostają na możliwe modyfikacje i doprecyzowania ze strony konkretnego człowieka: prawowitego przełożonego. Ignacy głęboko wierzył, że człowiek wolny od nieuporządkowanych przywiązań i szczerze miłujący Boga – a takim powinien być przełożony – jest najlepszym źródłem rozeznawania woli Bożej.

Czerpiąc m.in. z artykułu.

Ponadczasowy wzorzec…

Czy św. Ignacy z Loyoli może być wzorem dla współczesnego świata, przykładem wojownika dla burzliwych naszych czasów? Czy ma wystarczające cechy potrzebne, aby imponować? „Był człowiekiem wielkich pragnień, nie bał się stawiać czoła wyzwaniom, kochał ludzi i charakteryzował się wielką duchową głębią” – powiedział w jednej z rozmów na falach Radia Watykańskiego o. Jesús Zaglul Criado SJ.

Ignacy był niepoprawnym marzycielem. Jak większość z nas. Ale nie ograniczał swoich pragnień tylko do marzeń. Mając na uwadze trudności, które mogą pojawić się na drodze do ich realizacji, szukał nowatorskich rozwiązań. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby niezauważenie przeżyć życie, wykonując jakieś zwyczajne zajęcia i poprzestać tylko na tym, marzyć tylko o samych marzeniach. „Jego celem zawsze było podbicie całego świata. Niezależnie czy na danym etapie chciał być rycerzem, czy później, po nawróceniu, prześcignąć wszystkich świętych” – powiedział jezuita z Dominikany.
Działał zawsze „Na większą chwałę Bogu” wg hasła, które stało się dewizą Towarzystwa Jezusowego: „Ad maiorem Dei gloriam”.

Kolejną cechą Ignacego była umiejętność stawiania czoła wyzwaniom. W realizację swoich pragnień wkładał całą pasję, serce i umiejętności. Napotykał wiele trudności, związanych ze specyfiką współczesnych sobie czasów, również z powodu nowatorstwa swoich propozycji, ale nigdy nie poddawał się, nawet w obliczu groźby śmierci, w czasie oskarżeń i procesów inkwizycji. Określał siebie mianem pielgrzyma, który cały czas jest w drodze, w poszukiwaniu realizacji woli Bożej. Na pewnym etapie odkrył, że misja, do której jest powołany, musi być realizowana w grupie, we wspólnocie. Pierwszych towarzyszy Ignacego połączyła przyjaźń i wspólne doświadczenie miłości Boga. Ćwiczenia duchowe, przeżyte pierwotnie przez samego Ignacego i spisane, a potem dawane sobie wzajemnie, pozwoliły współbraciom wejść w postawę rozeznawania, aby wiedzieć gdzie, w jakich miejscach i do czego Bóg ich wzywa, zaprasza.

Ignacego charakteryzowała także niezwykła głębia duchowa, zdolność do refleksji na temat własnego życia i patrzenia na świat oczyma Jezusa, odkrywania miłości Boga i tego, w jaki sposób Bóg komunikuje się z nami, w jaki sposob do nas mówi. Dzięki medytacji i kontemplacji oraz rozeznawaniu działania duchów dobrych i złych na człowieka, stworzył niepowtarzalne metody wejścia w relację człowieka z Bogiem, który się nam objawia, tu i teraz, by człowiek mógł się lepiej skoncentrować na wielkości Boga, Miłości i nią konsekwentnie żyć. Bez odniesienia do Boga życie nie ma swej właściwej wartości. To wejście w świat miłości Boga, ma być bowiem inną nazwą spełnienia siebie, dojrzałości ludzkiej, znalezienia sensu życia i szczęścia.

Św. Ignacy nazywał zakon minima societas – najmniejsze towarzystwo. Robił to nie dla kokieterii ani z fałszywej skromności. Pragnąc czynić wszystko wg zasady, która stała się podstawą ćwiczeń i duchowości jezuitów: „MAGIS” — z języka łacińskiego „bardziej”, „więcej” i nie pragnął tych wielkich dzieł, tylko dla wzbudzenia podziwu. Nawet szkolnictwo, w wielu regionach świata „markowy produkt jezuitów” nie leżało w polu jego priorytetowych zainteresowań. Św. Ignacy po prostu reagował na potrzeby czasów, apele papieża i hierarchów. Był dyspozycyjny i dyspozycyjności uczył.

Ignacy podkreślał znaczenie dialogu, rozmowy duchowej. Widział tu uprzywilejowany środek w trosce o ludzkie dusze. Ćwiczenia duchowne, które spisał to najważniejsze narzędzie, w tych rozmowach. To nie zbiór kazań i konferencji, lecz praktyczna metoda uczenia dialogu z Bogiem, poznawania Boga i siebie samego.

Rok Ignacjański to świetny czas by przypomnieć i nauczyć wielu genialnych rozwiązań św. Ignacego Loyoli, do których dochodził metodą rozeznawania. Dziś tak wiele mówi się w świecie o kryzysie, który dotyka praktycznie wszystkich dziedzin. Może warto byłoby siegnąć i zacząć wykorzystywać mądrości „mistrza zarządzania kryzysami”. Lubimy marzyć o lepszym świecie, spróbujmy go znaleźć w sobie samym i wokół nas. Być walecznym jak rycerz, cierpliwym jak pielgrzym i wytrwałym jak wędrowiec na pustyni. Bo wg Ignacego trzeba wyjść na pustynię własnego serca, by móc posłuchać Boga. Wyjść na pustynię z Bogiem, to znaczy zmierzyć się z własną przeszłością, uporządkować, to co jest jeszcze możliwe do uporządkowania i w ciszy tej pustyni usłyszeć Jego szept, rozpoznać Go i pójść za tym głosem z ufnością. Bo moje serce, moje wnętrze jest Ziemią Świętą. Moje życie jest Jego darem. Tu się objawia sam Bóg. Czy mam tyle odwagi w sobie i zdejmę sandały przed moim wnętrzem i stanę przed Bogiem? Czy chcę doświadczyć Jego obecności? On jest życiem, nie pustynią. Trzeba powyrzucać przysłowiowe papierki po dawnych prezentach od życia, czasem bardzo trudnych i zadających rany, które często skrzętnie kolekcjonujemy, by móc rozkoszować się wciąż, własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak kolorowe bibeloty. Może warto poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ! Może przyszedł już czas na porządki w Twoim życiu i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań, zbieranych i kolekcjonowanych latami, które przywiązują, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i może poczucie przegranej. Są jak pustynia wokół. SĄ PUSTYNIĄ!

Rekolekcje ignacjańskie — Wprowadzenie w tematykę

Przynajmniej niektórzy z Was zetknęli się w życiu z określeniem Rekolekcje ignacjańskie (inaczej zwane Ćwiczeniami duchownymi czy duchowymi). Czym są Ćwiczenia duchowe?

Jest to forma rekolekcji w zupełnym milczeniu, prowadząca do spotkania z Bogiem i ze samym sobą. W tej ciszy chodzi nie tylko o przysłowiowe zamknięcie ust, ale również o odcięcie się od wszelkich kontaktów z bliskimi, znajomymi, od mediów społecznościowych, internetu, radia i telewizji. Wszystko po to, by stworzyć w sobie i wokół siebie ciszę, przestrzeń, by zwolnić tempo, by zminimalizować bodźce zewnętrzne, które rozpraszają, hałasują, odciągają i drażnią. Ta cisza konieczna jest by móc jasno i przejrzyście słyszeć, by zatrzymać się nad słowem, które usłyszę w takich warunkach. To podstawowy warunek owocnego odprawienia Ćwiczeń duchowych

Temu, kto pragnie we wszystkim ile tylko może postąpić, można dać całe Ćwiczenia duchowe wedle porządku, w jakim jedne po drugich następują. Normalnie postąpi on w nich tym więcej, im bardziej odłączy się od wszelkich przyjaciół i znajomych i od wszelkiej troski doczesnej, aby żyć w jak największym odosobnieniu i ukryciu.

ĆD 20

Nazywane są rekolekcjami ignacjańskimi, od imienia ich autora i pomysłodawcy św. Ignacego z Loyoli (1491-1556), założyciela zakonu jezuitów.

W książeczce Ćwiczenia Duchowne, opisującej treść całych Ćwiczeń i sposób ich odprawiania, Ignacy zawarł w metodyczny sposób drogę doświadczenia duchowego, które sam wcześniej przeżył. Wyjątkowa skuteczność Ćwiczeń duchowych, wypróbowana przez samego św. Ignacego i jego pierwszych towarzyszy, doprowadziła do oficjalnego ich zatwierdzenia w 1548 roku przez papieża Pawła III dla innych kapłanów, zakonników i zakonnic oraz ludzi świeckich. Od tamtych czasów jezuici najpierw sami przechodzą przez drogę Ćwiczeń, a następnie służą innym w ich odprawianiu. Doświadczenie Ćwiczeń duchowych jest bazą tego wszystkiego, co określa się jako duchowość ignacjańska.

Ćwiczenia duchowe to modlitwa i poszukiwanie Boga na bazie Słowa Bożego i w całkowitym milczeniu. Stwarzają one okazję do odkrycia miłości Bożej a także do lepszego poznania siebie. Przeprowadzają rekolektanta przez kolejne etapy życia duchowego. Odprawiane z możliwie najpełniejszym zaangażowaniem, otwartością i hojnością wobec Boga i siebie, mogą stać się drogą pogłębionego życia wewnętrznego. Są szkołą modlitwy – zwłaszcza medytacyjnej, kontemplacyjnej i Ignacjańskiego Rachunku Sumienia. Są czasem uczenia się rozeznawania duchowego, koniecznego do właściwego podejmowania decyzji tych codziennych, i tych najważniejszych jak choćby związanych z wyborem drogi życia. Pomagają tym, którzy chcą dokonać gruntownej reformy swojego życia.

Nieodzownym elementem Ćwiczeń jest codzienna 20 minutowa rozmowa ze stałą przydzieloną osobą towarzyszącą (tzw. kierownikiem duchowym), z którą rekolektant dzieli się przeżywanymi treściami i poruszeniami duchowymi, swoimi problemami i radościami na drodze odkrywania Boga.

Pierwszym etapem Ćwiczeń duchowych jest 5-dniowy Fundament. Po doświadczeniu Fundamentu rekolektant może kontynuować drogę Ćwiczeń, odprawiając kolejne 4 ośmiodniowe Tygodnie Ćwiczeń, a po ich przejściu – Syntezę Ćwiczeń duchowych.

Rekolekcje ignacjańskie są przeznaczone dla osób pełnoletnich po 21 r.ż. Dla młodzieży alternatywną propozycją są rekolekcje prowadzone w ramach Szkoły Kontaktu z Bogiem.

Celem Ćwiczeń duchowych jest spotkanie Boga i przyjęcie Jego Woli. Cel ten nie może być osiągnięty bez spełnienia podstawowego warunku, jakim jest wejście w siebie i poznanie siebie samego.
„Obym poznał siebie, abym poznał Ciebie” – św. Augustyn.

Ta współzależność wynika – jak to ujął św. Jan Paweł II – z uwikłania współczesnego człowieka w ludzką zmienność, z powodu której „żyje on poza sobą zajęty zbytnio rzeczami zewnętrznymi”. Nadmierne zajęcie się tym, co widzialne i doczesne, czyni człowieka niezdolnym do wejścia w swoją głębię i poznanie siebie. Konsumpcyjny charakter naszej cywilizacji zabija wrażliwość na duchowy wymiar człowieka. Uwagi papieża na temat życia poza sobą i nieznajomości siebie znajdują także potwierdzenie w naszym codziennym doświadczeniu. Nierzadko bywamy zaskakiwani własnymi reakcjami: zdziwienie budzą niektóre nasze odruchy, nie rozumiemy w pełni gwałtowności wielu naszych uczuć, niepokojów, pragnień i pożądań. Ta sytuacja świadczy o braku zrozumienia siebie samych. Dodajmy i to, że zamiast w sobie szukać przyczyny wielu naszych negatywnych uczuć, które niszczą nas i innych (depresja, agresja), upatrujemy jej wyłącznie w bliźnich, przerzucając na nich całą odpowiedzialność za własne wewnętrzne konflikty.

To poprzez Ćwiczenia — jak mówi św. Ignacy — rekolektant przygotowuje i usposabia duszę do „usunięcia wszystkich nieuporządkowanych uczuć, a po ich usunięciu do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy” (ĆD 1). Ten proces dokonuje się dzięki uświadamianiu sobie swoich uczuć, bezpośredniej ich werbalizacji wobec dającego Ćwiczenia oraz poddawaniu ich zbawczej mocy Chrystusa i Jego Ducha.

Poznać siebie to także poznać swoją rzeczywistą godność i wielkość, która ma swe źródło w podobieństwie stworzenia do Stwórcy. Owa godność i wielkość człowieka przejawia się w pragnieniu serca, które nie zaznaje spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu.
„Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” — św. Augustyn.

Ćwiczenia duchowe umieszczają rekolektanta w tym właśnie duchowym horyzoncie, ponieważ już w pierwszym zdaniu mówią, że „człowiek stworzony jest po to, aby Boga, Pana naszego chwalił, czcił, Jemu służył a przez to zbawił swoją duszę” (ĆD 23).

To odkrycie Boga jako jedynego celu życia budzi w pełni sumienie, które ukazuje człowiekowi najgłębszy sens grzechu: polega on na braku żywej i świadomie przeżywanej więzi ze Stwórcą — na złym użyciu wolności (ĆD 50) i na działaniu przeciw Dobroci (ĆD 52).

Tak więc Ćwiczenia duchowe, będąc czasem intensywnej modlitwy i uważnego wglądu w siebie, umożliwiają rekolektantowi powrót do jego „własnego domu”, w którym Bóg jest mu bliższy niż on sam sobie — św. Augustyn.

Wielkość osiągniętego owocu Ćwiczeń uzależniona jest — jak stwierdza św. Ignacy — od stopnia, w jakim rekolektant potrafi zagłębić się w samotność i milczenie wewnętrzne odrywając się od „wszelkiej troski doczesnej”. Zewnętrzne i wewnętrzne wyciszenie okazuje się jednak niekiedy czasem trudnym, ponieważ — jak stwierdza Hans Valdenfels SJ, wielki znawca medytacji ignacjańskiej – „tam, gdzie człowieka otacza zewnętrzna cisza, ujawnia się z całą mocą przytłumiony dotychczas niepokój wewnętrzny, brak uporządkowania, wina i pożądanie, strach i opór, wielorakie formy przywiązania i zniewolenia. Człowiek przeżywa wówczas swoje Ja, które kryje się zwykle na co dzień za maską człowieka poczciwego. Kto nie przygotowany i bez kierownictwa spotyka się z taką sytuacją, łatwo ulega niebezpieczeństwu rozbicia”. Aby jednak nie ulec niebezpieczeństwu rozbicia, o którym mówi H. Valdenfels SJ, św. Ignacy, wprowadzając człowieka w Ćwiczeniach duchowych w całkowite milczenie nie tylko zewnętrzne, ale przede wszystkim wewnętrzne, daje mu kierownika duchowego, w którym znajduje on pomoc do dobrego rozeznania swojej wewnętrznej sytuacji. Dający Ćwiczenia jest jakby zwierciadłem, w którym rekolektant może się przejrzeć, aby zobiektywizować swoje doświadczenie Boga i doświadczenie siebie.

Ćwiczenia duchowe przeżywane z całą szczerością i otwartością wobec Boga, ujawniają to wszystko, przed czym człowiek nieraz świadomie ucieka. Człowiek pragnący owocnie odprawić Rekolekcje ignacjańskie winien być gotowy podjąć trud milczenia ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Chociaż w Ćwiczeniach duchowych nie można pominąć swoich trudności i problemów natury osobistej, to jednak nie są one jakąś refleksją czysto psychologiczną, ale całościowym poznaniem sytuacji ludzkiego serca, które w wytrwałej modlitwie powierza się Bogu, szukając w Nim pomocy i ratunku. Stąd też pragnienie odprawienia Ćwiczeń musi wypływać przede wszystkim z motywów religijnych: z pragnienia całkowitego powierzenia swojego życia Bogu i pełnienia we wszystkim jego Najświętszej Woli. Św. Ignacy zachęca więc tych, którzy chcą dobrze odprawić Ćwiczenia, aby wchodzili w nie „wielkodusznie i z hojnością względem swego Stwórcy i Pana” i złożyli mu „w ofierze całą swoją wolę i wolność, aby Boski Jego Majestat tak jego osobą jak i wszystkim, co posiada, posługiwał się wedle Najświętszej Woli swojej” (ĆD 5).

Suscipe Domine… — Zabierz Panie i przyjmij
(Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli, 234)

Zabierz Panie, i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą,
cokolwiek mam i posiadam.

Ty mi to wszystko dałeś –
Tobie to, Panie, oddaję.
Twoje jest wszystko.

Rozporządzaj tym w pełni
wedle swojej woli.
Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę,
albowiem to mi wystarcza.


Tekst powstał w oparciu o różne strony internetowe poświęcone Duchowości ignacjańskiej.

Wyjątkowo długi rok…

Dziś u progu wakacji, chciałam zabrać Ciebie drogi czytelniku(-czko) w niezwykłą podróż do świata średniowiecznych zamków Hiszpanii, podbojów rycerskich, bitew, wojen i sekretnych miłości, dam serca, rycerzy, walk o honor, ojczyznę i Boga. To świat pełen zapomnianych już dla współczesności priorytetów i marzeń, bo dziś żyjemy z reguły, zupełnie inaczej. Nie zaprzątamy sobie głowy honorem, dotrzymaniem sekretów, miłością bliźniego, szacunkiem, delikatnością. Nauczyliśmy się chamstwa, ignorancji, poniżania, a nasze słowo mamy za nic, albo bluźniąc nagminnie, albo perfidnie okłamując, albo rzucając je na wiatr, albo oczerniając innych. Żyjemy na maksa, często wykorzystując wszystko i wszystkich, ile się da i jak się da. Nie zważamy na drugiego człowieka, ba… nie szanujemy nawet siebie! Chlubimy się za to nagminnie ze sprytu, mylonego z cwaniactwem i chytrością. Zapominamy permanentnie o własnym honorze i wiarygodności. Za to z mistrzowską perfekcją wyczarowujemy wobec siebie samych, nasz nieprawdziwy obraz, chlubiąc się z tego, czego w rzeczywistości nie posiadamy w sobie. Żyjemy w zakłamaniu i iluzji, a gdy przyjdzie się mierzyć z rzeczywistością, zerwać maskę, szybko schodzimy do przysłowiowego parteru, by poużalać się nad sobą samym, porozmawiać ze sobą samym i może nie słysząc świata; bo przecież nadal go ignorujemy, tak samo jak przez całe dotychczasowe życie, dochodzimy do wniosku, że jedynym rozwiązaniem jest pozbawić się tego życia. Naszym nagminnym problemem stało się to, że nie umiemy rozmawiać z drugim człowiekiem. Zamykamy się szczelnie na dialog już od początku, uczeni że jesteśmy pępkiem świata i wszystko tylko nam się należy. A gdy okazuje się, że wcale tak nie jest, rozżaleni i rozgoryczeni odsuwamy się, zamykamy lub odchodzimy, czasem na zawsze. Gdzie leży błąd? Bardzo blisko, zbyt blisko, by go zauważyć! Miłość – to nie dogadzanie sobie samemu, kosztem innych a rozdawanie siebie samego, bez liczenia kosztów. By móc nauczyć się na nowo zauważać tę różnicę, zapraszam Ciebie na początek do krainy dziecięcych marzeń o księciu i księżniczce z bajki, która rozpoczęła się naprawdę ponad 500 lat temu. Polecam Ci pewną książkę na wakacje, będącą autobiografią św. Ignacego pt. Opowieść Pielgrzyma, a dla wolących oglądać — film pt. Ignacy Loyola. Te pozycje z pewnością przybliżą tematykę i osobę, o której chcę porozmawiać w te wakacje. Pretekst jest ważny i na czasie. Bo w dniach 16-23 maja 2021 roku odbyły się w jezuickich kościołach uroczystości inaugurujące Jubileuszowy Rok Ignacjański w Kościele katolickim. Obchodzimy 500-lecie nawrócenia św. Ignacego z Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym, które założył św. Ignacy i na świecie będzie trwał on od 20 maja tego roku do 31 lipca 2022. Wszystkie jezuickie kościoły stały się na ten okres Świątyniami Jubileuszowymi, w których można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami. Każdą jezuicką placówkę nawiedzą relikwie św. Ignacego Loyoli, oraz ikona z jego wizerunkiem. Peregrynacja rozpoczęła się od Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie (17-25 maja). Kolejne miejsca na trasie peregrynacji są sukcesywnie podawane na stronie jezuici.pl.

Jeszcze kilka słów o św. Ignacym, moim dobrym znajomym, z którym będę chciała Was lepiej zaznajomić w te wakacje. Może również dlatego, by przeciwstawić się powszechnie panującym i wciąż propagowanym nieprawdziwym osądom, o zakonie jezuitów. Sama spotkałam się z takimi bezpodstawnymi osądami całkiem niedawno i dlatego chcę przez okres wakacji przedstawić Wam samego Ignacego i jezuitów od tej najlepszej strony, jaką dane mi było poznać przez ostatnie lata. Towarzystwo Jezusowe bo tak brzmi oficjalna nazwa, SJ (łac. Societas Iesu), jezuici, to męski papieski zakon apostolski, którego założycielem był św. Ignacy Loyola. Zanim do tego doszło w 1540 roku przeszedł długą drogę poddając się działaniu Boga. Inigo, bo takie było jego imię, jakie otrzymał na chrzcie świętym, pochodził z bardzo licznej rodziny szlacheckiej z kraju Basków w Hiszpanii i był trzynastym dzieckiem. Urodził się 23 października 1491 r. w Azpeitia w Hiszpanii. Jego przodkowie z narażeniem życia bronili króla Kastylii. Bardzo wcześnie utracił matkę. W dzieciństwie i wczesnej młodości otrzymał wychowanie religijne, modlił się z innymi w domu, nawiedzał pobliskie sanktuarium maryjne. Na zamku w Arevalo przyuczano Iniga do służby na dworze królewskim. Marzył już wtedy o sławie. Chciał ożenić się z panią serca należącą do książęcego a nawet do królewskiego rodu. W swojej Opowieści Pielgrzyma przyznał, że prowadził życie nieuporządkowane (hulaszcze). Po jakimś czasie został rycerzem i z narażeniem życia w 1521 roku bronił przed królem Nawarry i Francuzami twierdzy Pampeluny. Tam kula armatnia roztrzaskała mu lewą nogę i raniła prawą. Po kilku dniach, bliskiego śmierci, przetransportowano go do domu rodzinnego, gdzie z wielkim trudem powracał do zdrowia. Źle zrośniętą nogę kazał sam dwukrotnie łamać lekarzowi, przez co rekonwalescencja wydłużyła się o kolejne tygodnie. W tym czasie bywały takie dni, że bliski był śmierci. Przełom nastąpił w uroczystość świętych apostołów Piotra i Pawła.

Podczas rekonwalescencji, z braku zajęcia i innych książek, początkowo niechętnie zaczął czytać Ewangelię i Żywoty świętych. Zauważył wtedy, że pociecha płynąca z tych lektur trwa dłużej aniżeli ta spowodowana przyziemnymi pragnieniami. Jezus coraz mocniej dotykał jego serca, posługując się jego wrodzoną ambicją i pragnieniem odznaczenia się czymś wielkim. Myślał sobie: „skoro św. Dominik i św. Franciszek dokonali tak wielkich rzeczy dla Boga, dlaczego i ja nie miałbym podobnych dokonać?”. Pewnego dnia 1522 roku postanowił na dobre zerwać z próżnym życiem, by całkowicie oddać swe życie Jezusowi. Swój rycerski strój zamienił na strój spotkanego żebraka i w jego zgrzebnej sukni pieszo udał się do sanktuarium Matki Bożej w Montserrat. Tam czuwał przez całą noc, jak przystało na prawdziwego rycerza swojej Pani. Otrzymał wtedy dozgonną łaskę całkowitej wolności od pokus cielesnych. Następnie skierował swoje kroki do Manresy, gdzie zamieszkał w szpitalu. Posługiwał chorym a w wolnych chwilach oddawał się osobistej modlitwie.

Stoczył tam prawdziwą walkę duchową, był nękany nawet pokusą samobójstwa. Odbył kilkudniową spowiedź generalną. Robił już wtedy notatki ze swych medytacji i przeżyć mistycznych, które stały się w przyszłości filarem dla jego Ćwiczeń duchownych zatwierdzonych później przez papieża w 1548 roku.
Nad rzeką Cardoner, która płynęła opodal, doświadczył łaski widzenia „całości wiary”. W jednym momencie pojął najważniejsze tajemnice chrześcijańskiej wiary w ich wzajemnym powiązaniu. Kilka lat przed swoją śmiercią powiedział o niej, „że była to większa od wszystkich innych łask otrzymanych w ciągu całego życia.” W Manresie zapragnął przez całe życie „być z Jezusem”, by z całkowitym oddaniem walczyć pod Sztandarem Krzyża. Będzie to później jedna z medytacji zawartej w Ćwiczeniach duchownych. Pragnienie naśladowania Jezusa zaprowadziło go w 1523 roku do Jerozolimy. Powróciwszy do Hiszpanii od 1526 roku zaczął studiować w Alkali. Jednocześnie udzielał Ćwiczeń duchownych, co spotkało się z trudnościami. Był za to kilkukrotnie stawiany przed sądem inkwizycji. Sędziowie zakazywali mu prowadzenia rekolekcji do czasu, gdy ukończy studia filozoficzne i teologiczne, i otrzyma święcenia kapłańskie. Inigo udał się więc na krótko do Salamanki a następnie w 1528 roku do Paryża, gdzie jako dorosły ponad trzydziestoletni mężczyzna niestrudzenie uczył się łaciny razem z dziećmi. Tam, urzeczony historią męczennika z Antiochii, zmienił imię na Ignacy. Szybko pozyskał sobie pierwszych przyjaciół, bł. Piotra Favra i św. Franciszka Ksawerego i kilku innych towarzyszy, z którymi 15 sierpnia 1534 roku złożył śluby czystości i ubóstwa. Kilka lat później, w 1537 roku przyjął w Wenecji święcenia kapłańskie i rozpoczął pracę apostolską razem z przyjaciółmi. Ci, podobnie jak kiedyś Ignacy, pragnęli udać się do Ziemi Świętej. A kiedy przez rok nie odpłynął tam żaden statek, udali się do Rzymu, by oddać się do dyspozycji papieżowi.

W uroczystość Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1538 roku Ignacy odprawił swoją Mszę świętą prymicyjną. Pierwotnie chciał to uczynić w Betlejem, w miejscu narodzin Zbawiciela świata. By zachować jedność w grupie przyjaciół oddanych Panu, postanowili założyć zakon, którego pierwszym generałem, z niemałymi oporami został Ignacy Loyola. Zaczął wtedy pisać Konstytucje Towarzystwa Jezusowego. Bardzo pragnął, by nowy zakon nosił Imię Jezusa i był oddany w służbie Stolicy Świętej. Miało go cechować przywiązanie do Ojca Świętego, co było w tym czasie niezwykle ważne, ze względu na rozszerzającą się wtedy reformację. Zakon zatwierdzony został 27 września 1540 roku.

Ignacy zmarł 31 lipca 1556 roku. Zakon liczył już wtedy ok. 1000 jezuitów. Niektórzy z nich brali udział jako eksperci na soborze Trydenckim. Pierwsi jezuici działali we wszystkich zakątkach świata podejmując pracę edukacyjną i misyjną. Największą chlubą zakonu był św. Franciszek Ksawery, misjonarz w Indiach, Japonii i na Molukach. W 1567 roku do rzymskiego nowicjatu jezuitów zapukał pierwszy Polak, św. Stanisław Kostka. Święty Ignacy został kanonizowany przez Grzegorza XV w 1622 roku. Pius XI ogłosił go patronem wszystkich rekolekcji w Kościele. Jest również patronem rodzących, wspomożycielem matek oczekujących potomstwa i wszystkich pragnących bezskutecznie potomstwa. Tu na uwagę zasługuje jedno z sakramentaliów: woda św. Ignacego (więcej na stronie).

Ćdn.

Pustynia serca #6

Zachód Słońca, Wschód, Zmierzch, Podróży, Wieczorem

Na pustyni jest się trochę samotnym. Równie samotnym, jak wśród ludzi…

Antoine de Saint-Exupéry – Mały książę

Podstawowa różnica między medytacją a kontemplacją polega na roli i aktywności rozumu. By wyjaśnić Ci drogi czytelniku różnicę ogólną, posłużę się łacińskimi źródłosłowami tych pojęć:

  • medytacja – łac. meditatio – zagłębianie się w myślach, rozważanie, rozmyślanie, rozpamiętywanie, przemyśliwanie, dumanie, zamyślanie się.
  • kontemplacja – łac. contemplatio – przypatrywanie się, oglądanie, stan, w którym człowiek mistycznie odczuwa obecność Boga, który jest Absolutem.

W medytacji rozum jest aktywny: rozważa, rozmyśla, rozumie i odnosi wszystko do własnego życia; w kontemplacji zaś pozostaje możliwie bierny. Szuka ciszy, nie rozważa, nie rozmyśla i nie manipuluje – zachowuje pasywność. Pozostaje tylko proste uczestniczenie i doświadczanie tego, co obserwujemy. Kontemplacja zakłada pewne wyciszenie, zatrzymanie się, tracenie czasu dla Boga i z Bogiem. W kontemplacji bardziej skupiamy się na obrazach, mniej na słowach. Uczymy się patrzeć oczami dziecka, które potrafi fascynować się i zadziwiać prostotą myśli, uczuć, obrazów. Kontemplacja jest pokornym powierzeniem się woli Boga i przeżywaniem jej. Uczy nas, jak bardziej przylgnąć do Niego. Jest prostym dzieleniem towarzystwa z Jezusem w samotności.

Kontemplacja jest milczącą miłością.

św. Jan od Krzyża

Można więc powiedzieć, że medytacja czyni mnie obserwatorem. Kontemplacja zaś czyni mnie uczestnikiem życia Jezusa.

Tu już nie chodzi o rozmyślanie i o rozumienie samego siebie. Tu chodzi o przeżywanie obecności Jezusa i odnajdywanie siebie w tej obecności. Medytacja nad samym sobą uczy nas kontaktu z samym sobą, rozpoznawania stanów, jakie są w nas, nazywania emocji, uczuć, myśli, postaw. Kontemplować – to z prostotą uczestniczyć w życiu Jezusa czując, widząc, słysząc, smakując, dotykając, przeżywając relację z Nim. I tu już nie chodzi o obserwowanie, analizowanie i rozumowanie. Tu chodzi o proste doświadczanie relacji. Odwracam wzrok od samego siebie i kieruję go na Jezusa. Z prostotą patrzę na Niego, słucham Jego słów, wsłuchuję się w tembr głosu, oddycham tym samym co On powietrzem i przeżywam całe spektrum emocji, jakie w tym spotkaniu się rodzą. Bez analizowania, cenzurowania, oceniania. Jedynie przeżywam.

To jest pewien proces. Co oznacza, że rozum wycisza się powoli, stopniowo. Nie da się tego wymusić, ani osiągnąć natychmiast. Doświadczenie takiej ciszy wewnętrznej jest z jednej strony łaską, a z drugiej wymaga cierpliwego praktykowania takiej formy modlitwy – latami.

Kontemplacja jest stanem, kiedy nie potrzeba już słów, czy obrazów, aby trwać przed Bogiem. Potrzeba uwagi, potrzeba miłości – trwania w Jego obecności.

Kontemplacja to najwyższy przejaw intelektualnego i duchowego życia człowieka. To właśnie owo życie, w pełni przebudzone, w pełni czynne, w pełni świadome tego, że żyje. To duchowy cud. To nagłe zatrwożenie świętością życia i zachwyt nad nią. To wdzięczność za życie, za świadomość i za istnienie.

Thomas Merton – Nowe źródła kontemplacji

Pustynia serca #3

Pustynia, Burza Piaskowa, Piasek, Suchej, Wydmy, Wydma

Pustynia – „Wśród huku i wycia wichru słychać było dziwne głosy podobne do szlochania, to do śmiechu, to do wołania o pomoc. Lecz to były złudy.” Tak pisze H. Sienkiewicz o tym miejscu na kartach „W pustyni i w puszczy”.

Jakie głosy przeważają w Twojej pustyni serca?

Dziś chcę porozmawiać o modlitwie ustnej. Nie mam na myśli tylko zwykłego pacierza, który dla każdego wierzącego jest i powinien być codziennym, najprostszym potwierdzeniem wyznania wiary, takim „dzień dobry” wypowiedzianym przed Panem Bogiem. Bo przecież Twój pacierz to nic innego, jak świadome przyznanie się do tej znajomości i zażyłości z Bogiem. Czy nadal pamiętasz, by wygospodarować choć chwilę w ciągu dnia, by Go zapewnić o Twojej pamięci? Czy robisz to regularnie, w oparciu o wyznaczone pory dnia, dopasowując je indywidualnie do Twojego trybu życia? Czy w tej modlitwie pamiętasz i obejmujesz troską wszystko, co leży Ci na duszy? Nikt nie każe przecież wstawać Ci przed świtem i spędzać wielu godzin na tej modlitwie. A z drugiej strony warto ułożyć sobie swój indywidualny plan dnia z Bogiem, obejmujący Twoje preferencje. Wszyscy lubimy mieć swoje przyzwyczajenia i ulubione schematy, rytuały… Dlaczego nie mieć ulubionych modlitw rano czy wieczorem, lub o innej dogodnej porze dnia? To może być coś niewielkiego po porannej herbacie: akt osobistego ofiarowania: Jezusowi, Maryi czy ulubionemu świętemu. Mamy wiec taki kompas na cały dzień. Dołóżmy standardową modlitwę: Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo…, Wyznanie wiary, modlitwę do Anioła Stróża, Egzorcyzm prosty (Święty Michale Archaniele…), może Litanię do Wszystkich Świętych (z uwzględnieniem ulubionych patronów i świętych) i tak wyposażeni możemy ruszać na podbój świata, ufni w Ich obecność i pomoc. To może być również w miarę możliwości Brewiarz. Nie trzeba być tylko i wyłącznie osobą konsekrowaną, by z niego korzystać.

Popołudnie to również dobry czas na modlitwę. Szczególnie w Polsce, bo tu mamy okazję, do tego by codziennie uzyskać pod zwykłymi warunkami odpust zupełny. Tylko na terenie Polski od 12 stycznia 2002 r. za pobożne odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego, przed wystawionym Najświętszym Sakramentem lub tabernakulum, co oznacza wizytę w kościele lub kaplicy, mamy taką możliwość. Przyjęło się odmawiać tę modlitwę o 15:00, ale przecież jeśli o 15:00 jesteśmy w ferworze pracy, można ją odmówić o każdej innej porze, a o 15:00 wystarczy westchnąć krótko do Jezusa Miłosiernego okazując Mu w ten sposób pamięć i wdzięczność.

To może być różaniec w ciągu dnia. Ile razy stojąc w kolejce, jadąc środkiem komunikacji miejskiej nudzisz się i psioczysz na korki czy opieszałość ekspedientki w sklepie. Można to zamienić na dziesiątkę różańca; będzie mniej stresująco i z pożytkiem. To może być dziesiątka „żywego różańca”, za adoptowane dziecko poczęte, za proboszcza, który znów Cię wkurzył, za bezdomnego, od którego śmierdzi w całej okolicy, za sąsiada, który wczoraj świętował imieniny i dziś śpi słodko, a Ty niewyspany(-a) gnasz o 6:00 do pracy. To może być każda intencja! W krótce zauważysz, że konkretne pory dnia i konkretne miejsca zaczniesz kojarzyć i przeliczać na „Zdrowaśki”. I dotrze do Ciebie, że droga do pracy to nie beznadziejny dojazd i stanie w korku przez godzinę, a różaniec odmówiony spokojnie w tym czasie. Jeśli masz taką możliwość, to może być codzienna Msza Święta. Jeśli wybierzesz się chwilę wcześniej, to możesz wykorzystać ten czas na osobistą modlitwę przed tabernakulum np. wspomnianą wcześniej Koronką do Miłosierdzia Bożego. Przy odrobinie wytrwałości i chęci to jest to dla Ciebie możliwość ofiarowania za czyjąś, jedną duszę odpustu zupełnego – codziennie. Zamiast kręcić głową nad kolejnym raportem o ofiarach CoViD-19, możesz im osobiście pomóc wyjść z czyśćca, natychmiast. Możesz wysłać SMSa do pogotowia dla konających, by ktoś razem z Tobą pomodlił się za umierającego znajomego i zgłosić jego imię w postaci krótkiej wiadomości. Wieczorem, warto skupić się na codziennym rachunku sumienia i nie mówię tu o przygotowaniu się do spowiedzi a o modlitwie Ignacjańskim Rachunkiem Sumienia (zwanym inaczej kwadransem szczerości czy modlitwą miłującej uwagi).

Kwadrans szczerości. Wprowadzenie do modlitwy codziennego rachunku sumienia  (247061) - Józef Augustyn SJ - Książka, recenzja, streszczenie

Ignacjański Rachunek Sumienia

To podstawowa modlitwa codzienna dla wszystkich idących drogą duchowości ignacjańskiej. Czym różni się od zwykłego rachunku sumienia?

Zatrzymajmy się dziś na chwilę nad tą modlitwą, by wyjaśnić jej sens tym, którzy spotykają się z nią pierwszy raz w życiu. Święty Ignacy wierzył w to, że możemy odnaleźć Boga we wszystkim, w każdej chwili życia, nawet tej najbardziej po­spolitej. By tak się stało, musimy jedynie poświęcić trochę czasu na refleksję nad tym, czego doświadczamy, przyjrzeć się wydarzeniom minionego dnia i rozeznać ich znaczenie. Ignacy zachęca nas, byśmy spojrzeli retrospektywnie na wybrany odcinek czasu i zwrócili uwagę na to, co działo się wówczas w nas i wokół nas. Następnie zaprasza nas, byśmy spojrzeli w nadchodzący czas, ku temu, co nas czeka, tak by w tym czasie działać w sposób godny naszego powołania chrześcijańskiego. Codzienna praktyka modlitwy rachunkiem sumienia (przez kwa­drans) pomaga nam rozeznać, jak Bóg wzywa nas na wiele różnych sposobów. Boga znaleźć można w tym, co rzeczywi­ste i dlatego od tego, co rzeczywiste, powinniśmy wychodzić w naszej modlitwie. Jest podzielony na pięć kroków. Nie oznacza to jednak konieczności uwzględniania każdego z nich lub trzymania się dokładnie tych samych sformułowań. Nie chodzi tu bowiem o to, by wypełnić jakieś zadanie, lecz by budować więź z Bogiem. Poniżej przedsta­wiam zarys tych pięciu kroków.

1. Podziękuj Bogu za dary dnia

Pierwszym i najważniejszym krokiem na drodze duchowej wędrówki jest dla Ignacego wdzięczność. Często praktykowana postawa wdzięczności pomaga nam odnaleźć Boga we wszystkim i potrafi przemienić sposób, w jaki patrzymy na nasze życie i innych ludzi. Dlatego przejdź myślą przez cały dzień i nazwij konkretnie otrzymane od Boga dary i błogosławieństwa, poczynając od tych najbardziej znaczących, kończąc na bardziej powsze­dnich i zwyczajnych. Bóg (nie diabeł!) tkwi w szczegółach i dlatego dziękowanie Bogu powinno być bardzo konkretne! Dokonując takiego bilansu, pamiętaj o darach innych ludzi w twoim życiu, nie zapominaj jednak także o darach istniejących w Tobie, gdyż i one pochodzą od Boga. Niech jednak nie kieruje Tobą przymus rozliczenia każdej godziny dnia lub sporządzenia listy wszystkich darów. Zamiast tego smakuj dary pokazywane Ci przez Boga, jakiekolwiek by one były. Prowadzony łagodnie przez Boga pozwól, by cały dzień przepłynął jeszcze raz przed Twoimi oczyma.

2. Pomódl się o Bożą pomoc do Ducha Świętego

Modlitwa nie ma w sobie nic z magii. Modlitwa to rozmowa z Bogiem. Dlatego zaproś Boga, by był z Tobą podczas tego uświęconego czasu dnia. Proś Boga, by pomógł Ci z wdzięcz­nością i szczerością spojrzeć na miniony dzień. Staraj się dostrzec, z pomocą Boga, jak Duch Święty działał w Tobie, w innych ludziach i w całym stworzeniu. Spróbuj zobaczyć ten dzień tak, jak go widzi Bóg.

3. Przemódl ważne emocje ujawniające się podczas rachunku sumienia

Ignacy wierzył w to, że Bóg komunikuje się z nami nie tylko przez nasze intuicje mentalne, lecz także przez nasze „wewnętrzne poruszenia”: uczucia, emocje, pragnienia, nastro­je, przez to, co nas pociąga i co nas odpycha. Poddając re­fleksji miniony dzień, dostrzeżesz być może, jak rodzą się w Tobie silne emocje. Mogą być one bolesne lub przyjemne: na przykład radość, pokój wewnętrzny, smutek, niepokój, niepewność, nadzieja, współczucie, żal, że się coś zrobiło lub powiedziało lub że się czegoś nie zrobiło lub nie powie­działo, gniew, ufność, zazdrość, zwątpienie, znudzenie lub podekscytowanie. Uczucia same w sobie nie są moralnie dobre ani złe, do­piero to, co z nimi robimy, zyskuje kwalifikację moralną. Takie wewnętrzne poruszenia mogą być dla nas informacją, w którą stronę zmierzało tego dnia nasze życie. A wydoby­cie ich na powierzchnię może pomóc osłabić destrukcyjny uścisk, w którym niektóre z nich nas trzymają.

Wybierz takie jedno lub dwa najsilniejsze uczucia lub poruszenia wewnętrzne i uczyń je punktem wyjścia modlitwy. Proś Boga, by pomógł Ci zrozumieć, co je wzbudziło i dokąd cię zapro­wadziły:

  • Czy doprowadziły Cię bliżej Boga?
  • Czy pomogły wzrosnąć w wierze, nadziei i miłości?
  • Czy dzięki nim z większą hojnością i wielkodusznością dzieliłeś(-aś) się swo­im czasem i zdolnościami?
  • Czy zrodziły w Tobie większe poczucie pełni, tego, że bardziej żyjesz i jesteś bardziej człowiekiem?
  • Czy dzięki nim wzrosło Twoje poczucie wię­zi z innymi ludźmi i czy były podnietą do życiodajnego wzrostu?
  • A może przeciwnie, uczucia te oddaliły Cię od Boga, spra­wiły, że było w Tobie mniej wiary, mniej nadziei i mniej miłości?
  • Czy spowodowały, że pojawił się w Tobie większy niepokój i większe skupienie na sobie?
  • Czy wciągnęły Cię w zwątpienie i niepewność?
  • Czy doprowadziły do zerwa­nia więzi z innymi?

4. Poproś o przebaczenie

Raduj się chwilami, które przybliżyły Cię do Boga, i proś o przebaczenie za te chwile minionego dnia, gdy stawiałeś(-aś) opór obecności Boga w Twoim życiu. Wychwalaj Boga za łaskę świadomości daną Ci podczas tego czasu mo­dlitwy, nawet jeśli uświadomiła Ci coś, co nie jest dla Ciebie powodem do dumy. Ta świadomość jest początkiem procesu uzdrowienia i nawrócenia.

5. Popatrz na kolejny dzień

Bóg, który towarzyszył Ci dzisiaj, będzie z Tobą podczas snu, a także jutrzejszego ranka, kiedy się zbudzisz. Zaproś Go, by stał się częścią Twej przyszłości. W czym potrzebujesz pomocy Boga? Podejdź do tego pytania konkretnie i praktycz­nie. Jeśli okaże się to przydatne, spójrz na swój jutrzejszy plan dnia. Bóg chce być z Tobą w najbardziej wzniosłych i najbardziej prozaicznych chwilach Twojego życia. Poproś Go o potrzebną łaskę, na przykład o odwagę, pewność siebie, mądrość, cierpliwość, determinację lub pokój wewnętrzny. A może jest jakaś inna osoba, którą chcesz przywołać imien­nie w modlitwie i modlić się za nią?

Zakończ rachunek sumienia kierując do Boga słowa pły­nące prosto z serca lub odmawiając jakąś ulubioną modlitwę, na przykład: Ojcze Nasz.

Pewien jezuita dołączył do siedmiu błogosławieństw w kazaniu na górze jeszcze jedno:

Błogosławieni dojeżdżający środkami komunikacji miejskiej…

Pomyśl o rytmie swojej indywidualnej modlitwy przed Bogiem. Co możesz zmienić, poprawić, poszerzyć o ten błogosławiony czas spędzony w autobusie, metrze, sklepie, by móc wieczorem powiedzieć: spędziłem(-am) dzień z Tobą Boże i czułem(-am) Twoją obecność i dziękuję za nią!

Rozmowy serca

Jedna z definicji miłości mówi, że jest to reakcja spontaniczna naszego organizmu, psychiki na zastaną sytuację czy poznaną osobę. Pojawiają się emocje, które są informacją o naszym wnętrzu, potrzebach, które chcemy i pragniemy zaspokoić. Pojawia się ekspresja, czyli ukierunkowanie na działanie. Nie ma złych emocji, bo wszystkie emocje są dobre i potrzebne, są neutralne moralnie i nie podlegają ocenie moralnej. Jesteśmy odpowiedzialni dopiero za wybór dalszej strategii działania, w oparciu o emocje. Pojawiają się pierwsze nieśmiałe słowa, z początku zdawkowe, z czasem przechodzące w coś więcej: w informację o naszym wnętrzu, o potrzebach, o odczuciach. Nie bójmy się rozmawiać. Rozmawiać – to nie znaczy plotkować, obmawiać, udowadniać rację, przekonywać siłą, manipulować, narzucać coś w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Rozmowa nie jest stawianiem na swoim, udowadnianiem swoich racji za wszelką cenę czy przypisywaniem intencji drugiej stronie. W rozmowie potrzebny jest szacunek, delikatność i zrozumienie. Wejście w miarę możliwości w odczucia, pragnienia drugiej osoby. Właśnie taka rozmowa jest dialogiem. Dialog jest potrzebny, by drugi człowiek dowiedział się o naszych emocjach, potrzebach, myślach. Po latach czasem małżonkowie wyrzucają sobie wzajemnie brak zainteresowania, złą interpretację, krytykowanie, brak szacunku, niedowartościowanie… Bo zabrakło dialogu! On/ona nigdy się nie domyśli sam/sama(!). Należy zawsze o wszystkim komunikować.

Dialog jest rozmową, która prowadzi do spotkania osób. Zanim więc impulsywnie wyrzucimy z siebie wagon emocji, niespełnionych potrzeb i rozżalenia na drugą osobę, odpowiedzmy sobie na pytanie: ile razy naprawdę rozmawiamy a ile poniżamy, udowadniamy, rozkazujemy albo zawzięcie milczymy?

Tylko taka rozmowa jest dialogiem, w której jest zachowane pierwszeństwo słuchania przed mówieniem, rozumienia przed ocenianiem, dzielenia się przed dyskutowaniem, a nade wszystko przebaczenie.

Trzeba zamilknąć, by usłyszeć wypowiedź drugiego człowieka. Jeśli chcemy przyjąć dar serca to wyciągnijmy dłonie i otwórzmy je. Trzymając ręce zaciśnięte w pięści, nigdy nie zdołamy zatrzymać daru, bo najzwyczajniej w świecie upuścimy go i rozbijemy o ziemię. Zwróćmy uwagę na optykę, na rzeczywistość: jak ją postrzegamy. Czy moje serce jest pełne do połowy (i potrafię cieszyć się tym co mam) czy może jest zawsze puste od połowy, niezadowolone, bo wciąż ma za mało, bo szuka tego co nieosiągalne (i ignoruję, bagatelizuję to co już mam). Żeby zostać zrozumianym, trzeba być zrozumiałym, tzn. nie tylko dobierać słowa, ale zadbać o to, by były spójne z tym co wyrażamy gestem, mową ciała, spojrzeniem, mimiką twarzy. Czy w czasie rozmowy staramy się zachować kontakt wzrokowy z rozmówcą? Czy słuchamy i słyszymy słowa, które wypowiada? Czy przerywamy, komentujemy, wystawiamy natychmiast opinię? Czy słuchając staramy się rozumieć, a jeśli nie rozumiemy to wyrażamy swoje wątpliwości, pytamy o potwierdzenie lub zaprzeczenie? Czy potrafimy słuchać z uwagą, bez zniecierpliwienia i uważać to co słyszymy za ważne? Dopiero wtedy, gdy otrzymamy potwierdzenie i mamy pewność, że rozumiemy się wzajemnie, mamy czas i prawo wypowiadać własne zdanie i opinię. Taki dialog nigdy nie będzie przerzucaniem odpowiedzialności, obrzucaniem się epitetami, manipulowaniem, dyskusją w atmosferze impulsywności, rozbieżnością zdań przeradzającą się w kłótnię.

Lato jest czasem odpoczynku dla większości z nas. Może ono również stać się czasem pracy nad dialogiem dobrze pojmowanym. Ta umiejętność najbardziej jaskrawy wydźwięk ma w małżeństwie, ale można poszukać jej w każdej relacji dwojga ludzi. To może być również narzeczeństwo, rodzeństwo, kapłaństwo, życie zakonne, praca, szkoła… Każdy z nas chciałby być akceptowany, szanowany i rozumiany.

Może warto więc spróbować tego lata swoich sił w dialogu?

Widzisz, czy jesteś niewidomy?

Dziś na wielką uwagę zasługuje główny bohater Ewangelii, który jest niewidomy. Uczniowie pytają Jezusa całkiem poważnie, skąd jego choroba? Kto zgrzeszył! On, czy jego rodzice? I ten człowiek, tkwił w przekonaniu, że ktoś zawinił. Jezus im odpowiedział Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby na nim objawiły się sprawy Boże.

Jaki związek ma Ewangelia z dzisiejszą Niedzielą Laetare? To niedziela radości, radości tych, którzy byli smutni, tak jak niewidomy. On nie wiedział co znaczy widzieć, nie wiedział jak wygląda świat, jego rodzina, jak wygląda Jezus, który sam go zauważył. Chrystus nie położył na niego rąk, by go uzdrowić, ale zmieszał swoją ślinę z błotem i dotknął jego oczu. W ludzkim rozumieniu jest to pewien dyskomfort, ponieważ ani ślina, ani błoto, nie kojarzą nam się dobrze. A Jezus przez to, przywraca mu wzrok. Niewidomy, który przejrzał po raz pierwszy w swoim życiu na oczy poczuł RADOŚĆ!

Według niektórych ludzi jedynym, który zgrzeszył był Pan Jezus. Skupili się na błocie, obmyciu i szabacie, a umknęło ich uwagi uzdrowienie, bo oto niewidomy od urodzenia odzyskał wzrok. Tak jakbym przyzwyczaili się, że niewidomy był żebrakiem, że Jezus zrobił, coś, czego według innych nie powinien był zrobić.

A jak jest z nami? Należymy, do tych, którzy nie widzą od urodzenia? Czy do tych, którzy widzą? Jezus chce dawać nam radość, nie taką prozaiczną, ale szczerą i prawdziwą. Tylko Bóg wie, w jaki sposób przywrócić nam wzrok, żeby przywrócić nam radość. Tylko Jezus umie dotknąć nas tak, aby nas uzdrowić. Być może zamknęliśmy Boga w ramach, nauczyliśmy się Go? Nie wyznaczajmy Bogu zadań, On wie co i kiedy jest dla nas najlepsze.

Nie tak widzi człowiek jak widzi Bóg (1 Sm 16, 7) Ciemność jaką czasami czujemy, nie jest wyrokiem, nie jest przekleństwem, jest brakiem Boga. Jest chwilą, w której Bóg chce działać, że na nas wypełniły się sprawy Boże.

Bóg chce byśmy byli szczęśliwi, współpracujmy z Nim.

Wielki Czwartek

5abbd28b7a86b_o,size,969x565,q,71,h,452c0cNie odkryłam Ameryki a także nie przekaże niczego nowego ale uwierzcie – wszyscy jesteśmy grzesznikami!

Doszłam do tego podczas 2 godzinnej adoracji z przerwą na spowiedź.
Gdy wchodzisz do kościoła i już w kruchcie widzisz długie kolejki ludzi do konfesjonałów, a następnie idziesz dalej i kolejna fala ludzi zalewa ławki osobami które się modlą, dochodzisz do wniosku, że coś jest nie tak. Przecież jest już po 21:00 !

Klękasz i modlisz  się razem z nimi, tzn. bardziej sam. A wszystko w całkowitej ciszy. Ludzie wchodzą i wychodzą ale z klasą i szacunkiem nie przeszkadzając innym.
Twarzy nie kojarzysz. Czasem przewinie się ktoś z osiedla, koledzy z pracy, uczniowie.
Większości ludzi nie znasz. I zaczynasz się zastanawiać dlaczego.  Gdy po dłuższej adoracji dochodzisz do wniosku, że nie bez przyczyny spotkały się tu akurat te osoby, idziesz do spowiedzi i już wiesz co ich wszystkich łączy : Bóg oraz bycie grzesznikiem. Tadam.

Rozmyślanie.

Wiem, że to jest oczywiste, ale nie dla kogoś, kto uważa, że już wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że jego prawda/racja jest najlepsza. Tak, to ja.

Wielki Post przyniósł sporo trudności
(pisałam o tym tutaj: https://ddasz.wordpress.com/2018/03/25/oto-czlowiek/ ) a Wielki Tydzień przyniósł ich jeszcze więcej. I nie dzięki sobie, a dzięki innym i wielkiej łasce Pana Boga, uświadomiłam sobie, jak trudno jest być katolikiem, a łatwo za to stać się oskarżycielem. Do tej pory dziwię się dlaczego jeszcze nikt nie strzelił mi w twarz, a przecież mógł…

Wielki Czwartek…

….to okazja do uświadomienia sobie dwóch rzeczy: wartości sakramentu Eucharystii i wartości kapłaństwa (oraz poniekąd powołania). Do pierwszego sakramentu przystąpić mogą ci, którzy pojednali się z Panem Bogiem, którzy szczerze uświadomili sobie a następnie wyznali podczas spowiedzi swoje przewinienia. Do drugiego natomiast ci, którzy wybrali drogę służby na wyłączność Panu Bogu i przecież nam, ludziom. Dzięki nim, możemy przystąpić do sakramentu pierwszego. I koło się zamyka.

Uświadommy sobie wartość obu sakramentów i zatrzymajmy się nad każdym z nich już prywatnie.

Kończąc…

Środek Wielkiego Tygodnia przyniósł mi prawdziwy pokój serca. Ale gdyby nie pierwsze jego dni, to kto wie, może dalej tkwiłabym w przekonaniu, że ja jestem najważniejsza na świecie. Dziękuję Joannie, za słowa pełne wiary, podczas wtorkowej rozmowy telefonicznej. Jednocześnie korzę się i przepraszam. Myślę, że przyjęcie na siebie części winy, dodając do tego złośliwość rzeczy martwych, jest najbardziej właściwą rzeczą, jaką mogę zrobić.
Ale nie tylko Asię przepraszam, a każdego, kto mógł poczuć się, kto czuł się lub kto dalej czuje się przeze mnie urażony. Pamiętam o Was w modlitwie.