Archiwum

Posts Tagged ‘Bóg’

Jak dziecko

19 lutego 2018 Dodaj komentarz

Znalezione obrazy dla zapytania great lent child

Zaczął się piękny czas Wielkiego Postu. Jednakże nie każdy rozumie, co tak naprawdę w trakcie tego okresu należy robić ze swoim życiem. Nie zliczę ile razy odpowiadałam dzisiaj w szkole swoim uczniom na pytanie: „A co to jest Wielki Post?”. No właśnie, co to jest?

Dorośli niejeden już przeżyli, więc teoretycznie wiedzą, co on oznacza i czym się różni od innych okresów roku liturgicznego. Mali ludzie (czyt. dzieci) jednak nie wiedzą, dlatego trzeba umieć dobrze im to wytłumaczyć, by pielęgnowali Wielki Post w sercu już od maleńkości.

Uwielbiam małe dzieci, ale już takie chodzące, na Mszach Świętych. Najczęściej rozpraszają moją uwagę, z czego dumna nie jestem, ale sam Jezus chciał, by przyprowadzać do Niego dziatwę, więc ja tylko podziwiam zaangażowanie tych dzieciaczków w szukanie Pana Jezusa po całej świątyni i w każdym kącie. W niedzielę świadkiem byłam sytuacji, która, według mnie, jest jednym z lepszych obrazów, jak wygląda życie człowieka i jak powinno się zmienić w Wielkim Poście.

Otóż obecna w kościele była dziewczynka, maksymalnie półtoraroczna, śliczna, bledziutka z rudą czupryną rozwianą na wszystkie strony. Dzieciątko widać bardzo było przywiązane do dziadków i swojej mamy, bo całą uwagę skupiało na nich, a wyglądało to w taki oto sposób.

Dzieciątko wyrywa się z matczynych rąk domagając się głośnym „Opa! Opa!” (na Śląsku i w Niemczech tak się nazywa dziadków, gwoli wyjaśnienia) obecności przy dziadku. Jako że stoją przy drzwiach wyjściowych, to mama na początku nie chciała pozwolić dziecku chodzić po kościele, ale w końcu dała za wygraną. Za pierwszym razem podeszła do dziadków, którzy siedzieli w ławce i podała im dziecko, usuwając się na swoje miejsce bez zawracania innym głowy. Sytuacja nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie dwa fakty: 1. Sama mówiłam na mojego dziadka „opa”, więc mam sentyment do tej nazwy i ktokolwiek, gdziekolwiek by jej nie używał, zawsze zwraca to moją uwagę; 2. Dziewczynka po chwili zaczęła wołać „Mama! Mama!”. I tu właśnie zaczęłam dzielić swoją uwagę między głoszącego kazanie księdza a dziecko.

Dziewczynka została oddana mamie, szczęśliwa wtuliła się w jej ramiona, jednak nie minęło pięć minut, a znowu domagała się dziadka. Więc została postawiona na ziemi i swoimi drobnymi nóżkami przemierzała od ławki do ławki z tym uroczym „Opa?” na ustach. Opę w końcu znalazła, została przez niego wzięta w ramiona i… nie minęło kilka minut, jak znowu zaczęła wołać o mamę.

I tak przynajmniej pięć razy. Co nam to mówi o nas, ludziach?

Otóż w tej sytuacji ja zobaczyłam obraz każdego człowieka. Opa to w tej „przypowieści” Bóg. Mama to rzeczy, do których jesteśmy bardzo przywiązani, ale nie zawsze są one dla nas dobre (nie ubliżając żadnej mamie, to tylko na cele opowieści). Całe nasze życie kursujemy między Bogiem a tymi rzeczami: pracą, pieniędzmi, przyjaciółmi, grzechem. Na tym ostatnim się chcę skupić, bo akurat pasuje idealnie na czas Wielkiego Postu. Wyrywamy się grzechowi wołając „Boże!” i trafiamy po spowiedzi w Jego ramiona. Nasza niezwykła przyjaźń z Nim znów jest odbudowana, jest cudownie, aż do czasu, gdy przypomnimy sobie o przyjemności, jaka wiąże się z niektórymi grzechami. Uciekamy z rąk Boga w ręce grzechu, aż do czasu, gdy znowu zatęsknimy za Ojcowskimi ramionami pełnymi miłości. I tak w kółko…

W przypadku dziewczynki z mojej opowieści, wystarczyłoby, że mama stanęłaby przy ławce dziadków. Mała widziałaby ukochanego opę i być może nie wyrywałaby się mamie. Albo odwrotnie, byłaby na kolanach dziadka i widziała ukochaną mamusię.

A co to oznacza dla nas? Wystarczy żyć (przebywać) bliżej Boga i w chwilach zwątpienia uciekać się do Niego o pomoc, której z pewnością udzieli. I na tym też, według mnie i mojej duszy, polega Wielki Post. Na ciągłym szukaniu Boga i wracaniu do Niego, na robieniu tego, co nas do Nieba przybliża.

Ave!

Reklamy

Bóg daje to, o co prosimy, ale…

29 września 2016 1 komentarz

Dzisiaj trochę o życiu. Nie bez powodu do tego posta dołączyłam obrazek dosc zabawny, ale jakże prawdziwy. Jest to mój najulubieńszy z obrazków wygrzebanych z internetowych odchłani. Dlaczego? 

Jak widzimy na załączonym obrazku, bohaterem jest kiwi. Nie owoc, ale ptak, tak dla jasności. Kiwi siedzi sobie pomiędzy wysokimi trawami Australii i patrzy na szybujące po niebie ptaki. Patrzy i tak zerka na swoje nielotne skrzydełka (każdy chyba wie, że kiwi to nieloty. No chyba że się nimi rzuci, ale nie polecam.)

Tu zaczyna się robić ciekawie. Kiwi idzie do Boga i pyta się, czy kiwi tez może mieć życzenie. A jakże! Każde Boże stworzenie może o cos prosić. Więc nasz nielotny kiwi prosi o to, by nie był sam.

Teraz jest kilka dróg, jakie mógłby wybrać Pan Bóg: a) mógł dać kiwi skrzydła, żeby latał z innymi ptakami; b) mógł inne ptaki uczynić nielotami, wtedy kiwi miałby towarzystwo na ziemi; c) mógł i zrobił to, co zrobił. 

Na ostatnim obrazku widzimy kiwi tulącego się do innego kiwi (albo raczej: innej kiwi) i oglądającego wspólnie latające ptaki. 

Zawsze się wzruszam na widok tego obrazka.

Bóg wybrał najwłaściwszą drogę. Dał kiwi poczucie, że nie jest odosobniony, ale nie zranił przy tym innych (zrobiłby tak, gdyby inne ptaki nie mogły latać). Dał kiwi to, czego potrzebował, a co w głębi swego serca chciał: towarzyszkę.

Pamiętajmy, że Bóg wysłuchuje naszych próśb. I tak, jak mówiłam to uczniom w liceum, Bóg daje nam nie zawsze to, czego chcemy, ale to co potrzebujemy.

W wypadku pary kiwi: miłość.

W Waszym wypadku: sami zobaczycie.

Ave!

Dlaczego?

5 września 2016 Dodaj komentarz

wp-1473110302808.jpg

Dzisiaj uraczę Was krótkim świadectwem – moim świadectwem.

Otóż od dnia dzisiejszego aż do 30 września prowadzić będę katechezę w jednym z opolskich liceów. Jest to liceum, które ja sama ukończyłam ponad cztery lata temu, stąd możecie sobie wyobrazić jaki stres mi się udzielił kiedy stanęłam przed poszczególnymi klasami.

Obrałam sobie taką taktykę (wojenną): przedstawię się, poproszę by wyciągnęli karteczki (wtedy najczęściej na ich twarzach pojawiało się niedowierzanie – no bo jak to, kartkówka w drugi dzień szkoły?), a później będzie „suprise, suprise”. Moim celem było to, aby a tychże kartkach zapisali swoje imię i nazwisko oraz klasę (mam ambitny plan nauczyć się ich wszystkich i do końca września zacząć im mówić po imieniu), a później, w trakcie lekcji, pytania jakie im się nasuną (a których woleliby nie wypowiadać na forum), uwagi co do prowadzenia przeze mnie zajęć, plusy i minusy. (żeby przełamać lody prosiłam, aby dali mi szansę i przynajmniej do końca lekcji nie wychodzili z klasy – zostali wszyscy aż do dzwonka!)

W domu przejrzałam wszystkie kartki, które od nich zebrałam, i przy niektórych łzy stawały mi w oczach. Ponieważ uczniowie, który pierwszy raz widzieli mnie na oczy chcieli, abym została w szkole i uczyła ich dłużej niż miesiąc (szkoda że nie mogę). Niektóre zaś były zabawne: padły pytania o znak zodiaku (?!); o to, czy gram w Wiedźmina 3 (nie wiem czemu ich tak to ciekawi, ale jutro się dowiedzą); czy miałam kiedyś kryzys wiary; czy podobają mi się studia. No i pojawiło się, nawet kilka razy, pytanie: dlaczego zdecydowałam się na studia teologiczne?

Licealistom trudno wytłumaczyć coś, czego nie próbowaliby podważyć. O tym wie każdy z nas, kto uczęszczał na lekcje religii w szkole średniej. Więc jak im wytłumaczyć to, że zwyczajnie poczułam powołanie do zostania teologiem? Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – po prostu Palec Boży popchnął mnie w kierunku Wydziału Teologicznego. I już. Nie było fanfar, tortu i gości, którzy gratulowali mi wyboru. Zamiast tego była rodzina, która martwiła się o to, jak znajdę pracę po studiach, czy wyżyję; znajomi, którzy ostrzegali mnie przed straceniem wiary; przyjaciele, którzy stukali się w głowę i pytali się, czy na pewno wszystko ze mną OK.

Ale tak. Ze mną wszystko OK. Studiuję dzielnie od lat czterech, teraz czeka mnie ostatnia walka, bitwa trwająca rok. I wiem, że gdyby Bóg nie chciał bym studiowała teologię, nie pozwoliłby mi wkuć wszystkiego i zdać egzaminów. Dlatego przez ostatni rok przejdę jak burza (albo malutki grzmocik).

Odpowiedź na pytanie zadane mi przez jedną z licealistek? Ponieważ wiem, że tą drogą dojdę do zbawienia.

Amen!