Archiwum

Posts Tagged ‘miłość’

Czy ks. Bosko słuchałby rapu i założył facebooka?

Tak często  zdarza się dziś słyszeć jak bardzo zmieniły się czasy, a wraz z nimi młodzież.  Ale czy młodzież, którą zajmował się ks. Bosko była idealna? Nie! Idea oratoriów narodziła się z odwiedzania więzień – tak mówił św. Jan Bosko, który poznając biedę, zranienia i problemy współczesnej jemu młodzieży zauważył, że młodzi są pozostawieni sami sobie.  Uważał, że młody człowiek nie jest zły z natury, a najlepszą formą zapobiegania złu i naprawy społeczeństwa jest dobre wychowanie. Dlatego po ulicach Turynu szukał chłopców, tych, których inni przekreślili.

Po wielu trudnościach w Valdocco powstało pierwsze oratorium, które stało się dla chłopców domem, który przygarnia. Parafią, która ewangelizuje. Szkołą, która przygotowuje do życia i podwórkiem, gdzie spotykają się przyjaciele i żyją radośnie.  I tak narodził się system prewencyjny św. Jana Bosko, który oparty na religii, rozumie i miłości służył i służy do dziś Rodzinie Salezjańskiej. 

A gdyby ks. Bosko żył dziś? Zapewne znałby miejsca, w których spotyka się młodzież, wiedziałby co ich interesuje, czego słuchają, co jest w modzie, znałby wszystko, co kocha młodzież. Ale przede wszystkim wiedziałby czego im najbardziej brakuje, w czasach, w których mamy o wiele więcej niż ks. Bosko i Jego chłopcy 200 lat temu.  Jednak czy w dzisiejszym świecie łatwiej jest mówić o Bogu? O Jego Miłości i działaniu?

  Codziennie na całym świecie Salezjanie i Salezjanki podejmują ten trud głoszenia Ewangelii wśród młodzieży, pokazywania młodym ludziom jak bardzo są wartościowi i jak bardzo Bogu na nich zależy.

Wystarczy, że jesteście młodzi, aby Was kochał  – nic więcej.

Małe pożegnanie

18 lutego 2017 Dodaj komentarz

Bardzo bliska mi osoba, a raczej osoby, wczoraj przeżyły swój największy koszmar. Pomimo całego swojego cierpienia nie ustawali w pocieszaniu swojej rodziny i mnie.

Dwie najbliższe mi osoby wczoraj pożegnały swoją nienarodzoną jeszcze córeczkę. 

Miałam być ciocią, tak bardzo się cieszyłam, nie umieliśmy się doczekać, aż przywitamy maleństwo na świecie. Miało się urodzić w czerwcu, jego mamusia planowała jaki kocyk wydzierga na drutach, ja szukałam już ubranek.

Ale później wszystko się skomplikowało. Młoda mama trafiła do szpitala i kilka dni później lekarze rozłożyli ręce. Nie dało się uratować dzieciątka. Odeszła od nas w około 21 tygodniu ciąży. 

Psychicznie przygotowywaliśmy się na taką ewentualność. Jednak modliliśmy się o to, by mama mogła utrzymać ciążę na tyle długo, by udało się uratować maleństwo. Jednak, jak to sami powiedzieli młodzi rodzice, taki był plan. Nie musimy się z nim zgadzać, ale tak jest.

W czasie, kiedy młoda mama leżała w szpitalu, a jej mąż jeździł do niej codziennie i pomagał we wszystkim, zobaczyłam jak wielka miłość połączyła tych dwoje (wtedy jeszcze troje). On nie chciał jej zostawiać samej w obcej sali szpitalnej. Ona nie wyobrażała sobie przechodzić przez to samej, bez męża. 

Teraz razem trzymają się za ręce i planują pochówek swojej córeczki. Chcą ją pożegnać jak należy, ostatni raz zobaczyć jej jeszcze nie do końca wykształcone ciałko. Chcą powiedzieć swojej kruszynce „Do zobaczenia”.

Bo przecież kiedyś spotkają się w niebie.

Spoczywaj w pokoju, moja malutka.

Czekaj na nas w niebie, Zuzanno Mario. Kochamy Cię. 

Bóg daje to, o co prosimy, ale…

29 września 2016 Dodaj komentarz

Dzisiaj trochę o życiu. Nie bez powodu do tego posta dołączyłam obrazek dosc zabawny, ale jakże prawdziwy. Jest to mój najulubieńszy z obrazków wygrzebanych z internetowych odchłani. Dlaczego? 

Jak widzimy na załączonym obrazku, bohaterem jest kiwi. Nie owoc, ale ptak, tak dla jasności. Kiwi siedzi sobie pomiędzy wysokimi trawami Australii i patrzy na szybujące po niebie ptaki. Patrzy i tak zerka na swoje nielotne skrzydełka (każdy chyba wie, że kiwi to nieloty. No chyba że się nimi rzuci, ale nie polecam.)

Tu zaczyna się robić ciekawie. Kiwi idzie do Boga i pyta się, czy kiwi tez może mieć życzenie. A jakże! Każde Boże stworzenie może o cos prosić. Więc nasz nielotny kiwi prosi o to, by nie był sam.

Teraz jest kilka dróg, jakie mógłby wybrać Pan Bóg: a) mógł dać kiwi skrzydła, żeby latał z innymi ptakami; b) mógł inne ptaki uczynić nielotami, wtedy kiwi miałby towarzystwo na ziemi; c) mógł i zrobił to, co zrobił. 

Na ostatnim obrazku widzimy kiwi tulącego się do innego kiwi (albo raczej: innej kiwi) i oglądającego wspólnie latające ptaki. 

Zawsze się wzruszam na widok tego obrazka.

Bóg wybrał najwłaściwszą drogę. Dał kiwi poczucie, że nie jest odosobniony, ale nie zranił przy tym innych (zrobiłby tak, gdyby inne ptaki nie mogły latać). Dał kiwi to, czego potrzebował, a co w głębi swego serca chciał: towarzyszkę.

Pamiętajmy, że Bóg wysłuchuje naszych próśb. I tak, jak mówiłam to uczniom w liceum, Bóg daje nam nie zawsze to, czego chcemy, ale to co potrzebujemy.

W wypadku pary kiwi: miłość.

W Waszym wypadku: sami zobaczycie.

Ave!

Dlaczego?

5 września 2016 Dodaj komentarz

wp-1473110302808.jpg

Dzisiaj uraczę Was krótkim świadectwem – moim świadectwem.

Otóż od dnia dzisiejszego aż do 30 września prowadzić będę katechezę w jednym z opolskich liceów. Jest to liceum, które ja sama ukończyłam ponad cztery lata temu, stąd możecie sobie wyobrazić jaki stres mi się udzielił kiedy stanęłam przed poszczególnymi klasami.

Obrałam sobie taką taktykę (wojenną): przedstawię się, poproszę by wyciągnęli karteczki (wtedy najczęściej na ich twarzach pojawiało się niedowierzanie – no bo jak to, kartkówka w drugi dzień szkoły?), a później będzie „suprise, suprise”. Moim celem było to, aby a tychże kartkach zapisali swoje imię i nazwisko oraz klasę (mam ambitny plan nauczyć się ich wszystkich i do końca września zacząć im mówić po imieniu), a później, w trakcie lekcji, pytania jakie im się nasuną (a których woleliby nie wypowiadać na forum), uwagi co do prowadzenia przeze mnie zajęć, plusy i minusy. (żeby przełamać lody prosiłam, aby dali mi szansę i przynajmniej do końca lekcji nie wychodzili z klasy – zostali wszyscy aż do dzwonka!)

W domu przejrzałam wszystkie kartki, które od nich zebrałam, i przy niektórych łzy stawały mi w oczach. Ponieważ uczniowie, który pierwszy raz widzieli mnie na oczy chcieli, abym została w szkole i uczyła ich dłużej niż miesiąc (szkoda że nie mogę). Niektóre zaś były zabawne: padły pytania o znak zodiaku (?!); o to, czy gram w Wiedźmina 3 (nie wiem czemu ich tak to ciekawi, ale jutro się dowiedzą); czy miałam kiedyś kryzys wiary; czy podobają mi się studia. No i pojawiło się, nawet kilka razy, pytanie: dlaczego zdecydowałam się na studia teologiczne?

Licealistom trudno wytłumaczyć coś, czego nie próbowaliby podważyć. O tym wie każdy z nas, kto uczęszczał na lekcje religii w szkole średniej. Więc jak im wytłumaczyć to, że zwyczajnie poczułam powołanie do zostania teologiem? Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – po prostu Palec Boży popchnął mnie w kierunku Wydziału Teologicznego. I już. Nie było fanfar, tortu i gości, którzy gratulowali mi wyboru. Zamiast tego była rodzina, która martwiła się o to, jak znajdę pracę po studiach, czy wyżyję; znajomi, którzy ostrzegali mnie przed straceniem wiary; przyjaciele, którzy stukali się w głowę i pytali się, czy na pewno wszystko ze mną OK.

Ale tak. Ze mną wszystko OK. Studiuję dzielnie od lat czterech, teraz czeka mnie ostatnia walka, bitwa trwająca rok. I wiem, że gdyby Bóg nie chciał bym studiowała teologię, nie pozwoliłby mi wkuć wszystkiego i zdać egzaminów. Dlatego przez ostatni rok przejdę jak burza (albo malutki grzmocik).

Odpowiedź na pytanie zadane mi przez jedną z licealistek? Ponieważ wiem, że tą drogą dojdę do zbawienia.

Amen!

Pełna petarda według ks. Jana Kaczkowskiego

19 października 2015 Dodaj komentarz

Jak Ksiądz to robi? Rozmawiamy właśnie o Księdza śmiertelnej chorobie (czyli- nie okłamujmy się- mało pozytywnym temacie), a Ksiądz wyskakuje z tekstem o życiu na pełnej petardzie. Nie ogarniam.

A co mam zrobić? Siedzieć i płakać? Dobrze się czuję (nie licząc przeziębienia i zatok). Mam siłę. Moja sytuacja neurologiczna z pewnością się nie pogarsza. Jest stabilna. Przecież nie mogę zanudzić się na śmierć. Co mam Państwu powiedzieć? Że już mi się odechciało? Że nie chce mi się żyć? Przecież to nieprawda. Życie jest takie ciekawe, takie smaczne. Także smaczne dosłownie. Nie ma pan przypadkiem ochoty na wspaniałą, świeżutką polędwicę, z dobrym winem, w cudownym sosie? Lub choćby na talerz aromatycznej grochówki?

CAM00850W takim właśnie klimacie utrzymana jest cała książka. Kiedy trzeba- powaga, a kiedy..również trzeba- trochę śmiechu. Jeżeli chcesz poznać nie tylko ks. Jana Kaczkowskiego ale i wiele spraw funkcjonujących i przewijających się we współczesności, poglądy księdza jako księdza i księdza jako człowieka, jeżeli chcesz poznać dotąd niewyjaśnione albo zagadkowe życie bohatera, jeżeli szukasz czegoś na długie jesienne wieczory albo gdy masz chandrę- chwyć za książkę „Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość” autorstwa Piotra Żyłki i ks.Jana Kaczkowskiego.

Onkocelebryta- tak też nazywa się ks. Jan, ponieważ jest znany z tego, że ma raka, opowiada dziennikarzowi Piotrowi Żyłce o sprawach przyziemnych, codziennych, o wspomnieniach, o trudnościach z założeniem puckiego hospicjum, o problemach z przyjęciem do seminarium, o słabości do polędwicy oraz o miłości do Pana Boga. W skrócie- o wszystkim.

W książce urzeka mnie prostota i łatwość czytania ale przede wszystkim spojrzenie zwykłego księdza, na rzeczy zwykłe. Ksiądz, którego minione lata życia są cudem (od zdiagnozowania glejaka dawano mu 6 miesięcy. Od tego czasu minęły już…3 lata). To nie jest tak, że ludzie których znam nie mówią mi o wierze, o sprawach, które są na kanwie publicznej czy o zwykłym życiu. Mówią i to bardzo dużo. Książka jest dodatkiem do tego wszystkiego. Utwierdza w wielu przekonaniach ale i w wielu stawia znak zapytania, mając odmienne zdanie do zdania ks. Kaczkowskiego.

Gdybym streściła tutaj całą książkę to zapewne większość z Was by już po nią nie sięgnęło, bo przecież czym może mnie zaskoczyć ksiądz katolicki? Przeczytaj, zastanów się. Może jednak ten ksiądz katolicki przemówi Ci do rozumu, albo wzburzy w tobie krew. Może wyciśnie z ciebie kilka łez, albo wręcz przeciwnie- będzie powodem do śmiechu. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia J

Warto dodać, że kupując książkę wspierasz puckie hospicjum założone przez ks.Jana.

Moc Chrystusa oznacza, że Bóg może wszystko, po prostu wszystko. Jezus Chrystus jest moim Panem, w każdym aspekcie mojego życia, dlatego cały do niego należę (…). Wierzę, że On może wszystko. Dlatego w momentach przełomowych w moim życiu jedną z najtrudniejszych modlitw były słowa: „Przyjmij Panie, całą wolność moją, przyjmij rozum i całą wolę, wszystko, co mam, Tyś mi to dał i całkowicie zgadzam się z panowaniem Twojej woli.”

Joanna i Piotr- piękno narzeczeństwa i miłość mimo wszystko

Beretta Molla z mezem Piotrem        FOTO:www.duchaniegascie.pl

św. Joanna Beretta Molla z mężem Piotrem Molla

Historia pewnej miłości mogłaby się skończyć inaczej, gdyby nie dar i decyzja, które podsunął sam Bóg. Kobieta, pomimo choroby i wskazań medycznych do przerwania ciąży, postanawia urodzić dziecko, które chowała pod sercem. Gianna Emanuela przychodzi na świat 21 kwietnia 1962 roku… tydzień później umiera jej matka- Joanna Beretta Molla. Podjęła heroiczną decyzję. Zrobiła to z miłości. Z miłości, którą równie bardzo obdarzyła swojego męża.

Piotr i Joanna byli zgodnym małżeństwem. Darzyli siebie niewiarygodnie mocnym uczuciem pomimo częstych podróży Piotra, a więc jego nieobecności u boku Joanny.

W okresie narzeczeństwa pisali do siebie listy, które doczekały się wydania książkowego. Sama jestem już po tej lekturze, którą bardzo polecam i dlatego dzielę się listem, który szczególnie mnie urzekł. Urzekł szczerością i prawdziwością, pięknem i zwyczajnością. Urzekł mnie jako kobietę, być może przyszłą małżonkę. Pokazuje jak kochać i jak być kochaną…

9 kwietnia 1955

Mój najdroższy Piotrze

Jak podziękować Ci za przepiękny pierścionek? Drogi Piotrze, aby Ci się odwdzięczyć ja ofiaruję Ci moje serce i będę Cię kochać tak, jak kocham Cię teraz.

Myślę, że w wigilię naszych zaręczyn sprawi Ci przyjemność wiadomość, że jesteś dla mnie najdroższą osobą, ku której ciągle skierowane są moje myśli, uczucia i pragnienia. Nie oczekuję niczego innego jak tylko chwili, w której będę mogła być Twoją na zawsze.

Najdroższy Piotrze, Ty wiesz, że pragnę widzieć Cię szczęśliwym; powiedz mi, jaką powinnam być i co powinnam zrobić, aby Cię takim uczynić. Pokładam wielką ufność w Panu i jestem pewna, że On pomoże mi być godną Ciebie małżonką.

Sprawia mi przyjemność medytowanie fragmentu czytań ze Mszy Świętej o św. Annie: <<Niewiastę dzielną któż znajdzie? Serce małżonka jej ufa… nie czyni mu źle, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia>>.
Piotrze, obym mogła być dla Ciebie niewiastą dzielną z Ewangelii! Niestety, wydaje mi się, że jestem osobą słabą- to znaczy, ze będę się wpierać na Twoim mocnym ramieniu. Czuję się tak pewna przy Tobie! Proszę Cię o jedną przysługę: od dzisiaj, Piotrze, jeśli zobaczysz, ze czynię coś, co nie jest właściwe, powiedz mi o tym- popraw mnie, rozumiesz? Będę Ci za to zawsze wdzięczna.

Z wielką serdecznością Cię obejmuję
i życzę Ci świętej Paschy.

Twoja Joanna

(Podarunek miłości. Listy z okresu narzeczeństwa- św. Joanna Beretta Molla i Piotr Molla
Kraków 2015)

images