4. urodziny DDASZ!

27 Listopad 2014 Dodaj komentarz

Chwała Panu!
Dziś Dzieło Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych obchodzi swoje 4. urodziny.
Kiedy w listopadzie 2010 roku rodził się pomysł i powstawała strona i cała inicjatywa, nie sądziłam, że Dzieło się tak rozwinie, że będzie w ogóle trwało do tego czasu!
W ciągu ostatniego roku wydarzyło się naprawdę wiele i Dzieło bardzo się rozwinęło.
Z tego miejsca chcę podziękować całej ekipie, bez której DDASZ nie działało by tak prężnie.
Dziękuję każdemu z osobna, Tobie – Ulu, Gosi, Mariuszu, Romanie, dziękujemy ks.Andrzejowi za duchową opiekę.
Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób kiedykolwiek angażowali się w Dzieło tworząc jedną wielką dziełową rodzinę. Wielkie DZIĘKUJE za wszystko! Słowa tego nie wyrażą – pamiętam o Was w modlitwie – niech Bóg Was, Nas błogosławi.

Na dzień dzisiejszy mamy prawie 1000 sióstr objętych adopcją, adopcji jest ponad 1150, a największe wrażenie robi liczba adopcji stałych – ponad 900 (od zeszłego roku przybyło 350 stałych adopcji!)

Dziękuję wszystkim, za wszystko!
Jesteście WIELCY!

Dziękujmy Bogu za to, że postawił nam nas siebie na drodze!

Dziś o 19 na DA Maciejówka we Wrocławiu będziemy się modlić w intencji DDASZ. Wszystkich serdecznie zapraszam;) Niech nas tam będzie jak najwięcej;)

Kategorie:ddasz, Podziękowania

Msza urodzinowa DDASZ

20 Listopad 2014 Dodaj komentarz

Serdecznie zapraszam wszystkich na Eucharystię w intencji DDASZ.
A konkretnie msza z okazji 4 urodzin Dzieła.
Czas: 27 listopada br. (czwartek) o godz. 19.00
Miejsce: DA „Maciejówka”,
pl.Nankiera 17a, Wrocław
(róg ul.Szewskiej i pl.Nankiera)

Serdecznie wszystkich zapraszam!

Jeżeli ktoś będzie chciał się spotkać i porozmawiać – po mszy będzie taka możliwość;)

Kategorie:ddasz, Ogłoszenia

ŚMIERĆ DUCHOWA

5 Listopad 2014 Dodaj komentarz

Inspiracją do tego tekstu jest utwór Tomasza Budzyńskiego „Umieraj”.

Niejednokrotnie niedostrzegalna, cicha, niepozorna, ukrywająca się – lubi przebywać w cieniu i dopóki nie zawładnie całością duszy, rzadko kiedy daje o sobie znać. Śmierć. Odmiana: śmierć duchowa. Niczym leniwe, burzowe chmury przychodzi powoli i zawsze zaskakuje.

„Jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz”

Ona ma czas. My – niestety nie. Oczekujemy efektu, szybkiego niczym błysk flesza. Ma być pięknie, spektakularnie i przyjemnie. Także w naszym życiu duchowym – taka wersja instant. Przeczytasz kilka stron mądrej książki, zapamiętasz parę chwytliwych słówek i już uchodzisz za znawcę życia duchowego. Nie ma Prawdy, nie ma korzenia – wszystko wisi na włosku. Wystarczy że jestem – przecież się modlę, przecież odmawiam brewiarz – to wystarczy. Właśnie – „od-mawiasz”, tylko co odmawiasz albo raczej Komu od-mawiasz? Godziny spędzone na adoracji, medytacja nad Słowem, kierownictwo duchowe… to strata czasu. Przecież to Ty jesteś kreatorem rzeczywistości, liczą się Twoje odczucia, Twoja wizja, Twój sposób modlitwy, Twoje rozumienie Pisma. Jesteś tylko Ty – wyrocznia i ostatnia instancja. A Bóg? Tak, jest i znasz Go, i wiesz o Nim wszystko, przecież zawsze „fajnie” się modlisz. Owszem, jesteś poszukiwaczem Boga. Jednak to całe poszukiwanie to biegnięcie za sloganem, karmienie ducha ochłapami. Musisz biec, żeby inni cię nie wyprzedzili w swojej oryginalności… nie masz czasu na okopanie korzeni. A śmierć ma czas.

„Jestem już zmęczony”

Twoje błyszczenie wymaga siły. Trudno tak ciągle trzymać fason, gdy jest się odciętym od Wody Życia. Z przerażeniem zauważasz, że półprawdy i slogany nie dają Ci pożywienia. Chwytasz za Słowo… ale nie rozumiesz… więc je porzucasz. Przecież nie będziesz tracić czasu. A śmierć ma czas. Jesteś zmęczony, tak bardzo zmęczony… w głowie pojawiają się myśli – czy to ma sens? Tracisz czas. Niestety bardzo rzadko dla Boga.

„Słyszę Twój jęk, słyszę Twój płacz.”

Zaczynasz tęsknić, a nie wiedząc za czym, skupiasz się na zagłuszeniu tej tęsknoty. Prawdę mówił św. Augustyn, „że niespokojne serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu”. Jednak Ty tego nie słyszysz, bo pani śmierć skutecznie buduje bunkier Twojego serca. Ona ma czas i buduje dokładnie, już nic się nie przedostanie. Nawet nie zauważysz kiedy staniesz się głuchy i niewrażliwy na Boże wołanie. W sumie, nic Ci już nie potrzeba… Bóg?- tak, Bóg jest… chyba jest. Przecież tyle dla Niego robisz! Wśród wielu jesteś Jego największym aktywistą… zdobywasz rzesze dla Niego. Tylko dlaczego boisz się ciszy? Dlaczego z tego strachu często wyłaniają się łzy?

„Ja nie mam już sił”

Machina przestaje działać. Stajesz przed drzwiami z napisem „pustka i bezsens”. Nie możesz się cofnąć. Wchodzisz. Wita Cię Twoja dobra znajoma, ta, która miała dla Ciebie tyle czasu. Widzisz jak na dłoni pozorność tego, czym żyłeś do tej pory: pozorność modlitwy, brak relacji z Bogiem, to całe udawanie, karmienie ducha byle czym. Nie masz siły by się ruszyć, by coś zrobić. Ty, taki aktywista ciągnący za sobą tylu ludzi. Teraz jesteś bezradny. Zabrakło pokory, zabrakło zakorzenienia w Bogu… śmierć ducha staje się faktem. Bo śmierć duchowa to przesiąknięcie pustką i bezsensem. Słyszysz w końcu: umieraj…

Coś Cię szarpie. Otwierasz oczy. To sen. To tylko sen. Jeszcze nie jest za późno…

Jezus również zaprasza Cię do śmierci. Ale to śmierć dająca Życie. Wymaga ona odejścia od siebie, porzucenia własnej wizji świata, wszystko po to, żeby przyjąć, a przynajmniej starać się przyjąć Boży plan na życie. To śmierć żyjąca zbawczą śmiercią Chrystusa, zakorzeniona w Jego miłosierdziu. Słyszysz wezwanie? :

Nie bój się iść
Nie bój się teraz
Podnieś swoją głowę
Będę tam gdzie ty
Umieraj
Już idź aby żyć.

s. Cypriana od Aniołów CSF

 

Radosna Uroczystość Wszystkich Świętych

1 Listopad 2014 Dodaj komentarz

Jak co roku 1 listopada obchodzimy Uroczystość Wszystkich Świętych, która ma za zadanie upamiętnić i oddać cześć wszystkim znanym i nieznanym świętym, więc jest to uroczystość bardzo radosna, to nie powód do chodzenia ze zbolałymi minami. W końcu wszyscy dziś obchodzimy imieniny i wspominamy naszych patronów!

A skąd wzięła się ta Uroczystość w Kościele Katolickim?
Wywodzi się ona z czci oddawanej męczennikom, którzy nie byli wspominani w kanonie Mszy Świętej i początkowo obchodzono je 13 maja, dopiero później papież Grzegorz III w 731 roku przeniósł tę uroczystość na dzień 1 listopada. W 837 roku papież Grzegorz IV rozporządził, żeby tego dnia wspominać nie tylko męczenników, ale wszystkich świętych i rozszerzył obchody poza Rzym – na cały Kościół Katolicki.

Skoro wspominamy dziś Wszystkich Świętych, to dlaczego wciąż chodzimy ze zbolałymi minami zamiast się cieszyć z naszych świętych patronów, zagłębić się z ich życiorysy i nauczyć się od nich czegoś nowego? Tego radosnego dnia zamień podkówkę na ustach na uśmiech, przypomnij sobie życiorys swojego patrona, przypomnij sobie kim był i co takiego robił. I się ciesz!

Śpieszmy ku braciom, którzy na nas czekają

Na cóż potrzebne świętym wygłaszane przez nas pochwały, na cóż oddawana im cześć, na cóż wreszcie cała ta uroczystość? Po cóż im chwała ziemska, skoro zgodnie z wierną obietnicą Syna sam Ojciec niebieski obdarza ich chwałą? Na cóż im nasze śpiewy? Nie potrzebują święci naszych pochwał i niczego nie dodaje im nasz kult. Tak naprawdę, gdy obchodzimy ich wspomnienie, my sami odnosimy korzyść, nie oni. Co do mnie, przyznaję, że ilekroć myślę o świętych, czuję, jak się we mnie rozpala płomień wielkich pragnień.

Pierwszym pragnieniem, które wywołuje albo pomnaża w nas wspomnienie świętych, jest chęć przebywania w ich upragnionym gronie, zasłużenie na to, aby się stać współobywatelami i współmieszkańcami błogosławionych duchów, nadzieja połączenia się z zastępem patriarchów, ze zgromadzeniem proroków, z orszakiem Apostołów, z niezmierzoną rzeszą męczenników, wspólnotą wyznawców, z chórem dziewic, wreszcie zjednoczenie się i radość we wspólnocie wszystkich świętych. „Kościół pierworodnych” chce nas przyjąć, a nas to niewiele obchodzi, pragną nas spotkać święci, my zaś nie zważamy na to, oczekują nas sprawiedliwi, a my się ociągamy.
Obudźmy się wreszcie, bracia, powstańmy z Chrystusem. Szukajmy tego, co w górze; do tego, co w górze, podążajmy. Chciejmy ujrzeć tych, którzy za nami tęsknią, śpieszmy ku tym, którzy nas oczekują, duchowym pragnieniem ogarnijmy tych, którzy nas wyglądają. A nie tylko trzeba nam pragnąć wspólnoty ze świętymi, lecz także udziału w ich szczęściu. Gdy więc pragniemy ich obecności, z największą gorliwością zabiegajmy również o wspólną z nimi chwałę. Taka gorliwość nie jest zgubna ani też zabieganie o taką chwałę nie jest niebezpieczne.

Drugim pragnieniem, które budzi w nas wspomnienie świętych, jest, aby Chrystus, nasze życie, ukazał się tak jak im również i nam, abyśmy i my ukazali się z Nim w chwale. Teraz bowiem nasza Głowa, Chrystus, objawia się nam, nie jakim jest, ale jakim stał się dla nas; ukoronowany nie chwałą, ale cierniami naszych grzechów. Byłoby rzeczą niegodną, aby ten, kto przynależy do Głowy ukoronowanej cierniami, szukał łatwego życia, albowiem purpura nie jest dlań oznaką chwały, ale hańby. Nadejdzie chwila pojawienia się Chrystusa i jego śmierć nie będzie już głoszona. Wówczas poznamy, że i my umarliśmy, a nasze życie ukryte jest w Chrystusie. Ukaże się Głowa w chwale, a wraz z nią zajaśnieją uwielbione członki. Wtedy to Chrystus odnowi nasze ciało poniżone upodabniając je do chwały Głowy, którą jest On sam.

Do tej chwały podążajmy bezpiecznie i z całą usilnością. Aby zaś dane nam było pragnąć i dążyć do tak wielkiego szczęścia, powinniśmy się starać o pomoc świętych. Za ich łaskawym wstawiennictwem otrzymamy to, co przerasta nasze możliwości.
Kazanie św. Bernarda, opata
(Sermo 2: Opera omnia, Edit. Cisterc. 5 [1968] 364-368)

22 Październik 2014 Dodaj komentarz

Październik jest miesiącem wyjątkowej pamięci o różańcu – w parafiach są nabożeństwa różańcowe, w szkołach, na katechezach również bardzo mocno się zaznacza ten fakt. A dlaczego akurat różaniec? Bo różaniec to modlitwa wyjątkowa w swej prostocie, piękna, nieskomplikowana, a odmawiana z wiarą ma naprawdę wielką moc. Jet modlitwą ewangeliczną. Choć ma charakter typowo maryjny, ale warto zwrócić uwagę na to, że tak naprawdę skupiamy się w tej modlitwie na Jezusie, który jest owocem żywota Maryi, to tak naprawdę tajemnice z życia Jezusa kontemplujemy, co zauważył już Leon XIII:

Ze względu na swą kompozycję różaniec jest najdoskonalszą formą modlitwy. Stanowi mocną obronę naszej wiary, a w tajemnicach, będących przedmiotem naszej kontemplacji, wskazuje nam wzniosły wzór cnót. Pośród licznych form pobożności wobec Maryi najbardziej ceniona i rozpowszechniona jest piękna modlitwa różańca świętego. Przypomina w doskonałym zestawieniu wielkie tajemnice Jezusa i Maryi: ich radości, cierpienia i zwycięstwa.

Modlitwa różańcowa działa cuda, co zresztą widać, po wotach składanych w sanktuariach maryjnych. O czym mówił już papież Urban IV: Co dzień za sprawą różańca spływają na lud chrześcijański wszelkie dobrodziejstwa. Jakie cuda się zdarzają? Obrona miast, wychodzenie z nałogów i mnóstwo codziennych, małych cudów. Różaniec odmawiany z wiarą daje spokój serca, nadzieję, pomaga rozwiązać problemy, działa cuda takie maleńkie i często zauważane. Chwyć za Różaniec i w ten sposób zmieniaj siebie, zmieniaj świat! I to nie tylko w październiku!

Nie ma w życiu problemu, którego by nie można było rozwiązać za pomocą różańca.
Łucja dos Santos

Kategorie:modlitwy, różaniec

„Wiem, Komu zawierzyłam swoje życie”

21 Październik 2014 Dodaj komentarz

Wołał mnie Pan na swoją służbę bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem. Urodziłam się w 1953 roku w wielodzietnej, zwyczajnej rodzinie na Podlasiu. Dzieciństwo moje było bardzo szczęśliwe. Bóg miał w naszej rodzinie swoje najważniejsze miejsce. Każdego dnia rano i wieczorem klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy. Mama pozostała dla mnie wzorem świętej kobiety i matki. Budowałam się zawsze jej głęboką wiarą. Wiara przekazana przez mamę pomaga mi w każdym dniu życia w klasztorze. Niedziele w naszym domu były dniem świętym, z obowiązkowym uczestnictwem we Mszy Św. Starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym rodzeństwem i mądrze nas wychowywało, karcąc i ucząc uczciwości, szacunku do rodziców i sąsiadów. Czasami żyliśmy bardzo skromnie, ale zawsze było rodzinnie, radośnie i szczęśliwie. Gdy miałam 14 lat zmarł nagle nasz tata. Jego śmierć jeszcze bardziej złączyła nasza rodzinę. Wszyscy pomagali mamie w różnych pracach.
Gdy miałam 5 lat, starsza o 11 lat siostra wstąpiła do klasztoru. Zapamiętałam ten dzień, bo wszyscy w domu bardzo płakali. Nie rozumiałam wówczas tego wydarzenia. Nie znałam sióstr zakonnych, bo nigdy nie pracowały w naszej parafii. Siostra rzadko przyjeżdżała do domu, bo przed Soborem Watykańskim II (1962-1965) siostry zakonne nie mogły korzystać z urlopów i wyjazdów do domów rodzinnych. Tylko w wyjątkowych sytuacjach (ciężka choroba lub śmierć rodziców i rodzeństwa) odwiedzały swoją rodzinę. Często pisaliśmy do siostry listy i z wielką niecierpliwością czekaliśmy na odpowiedź. Siostra miała poczucie humoru, pracowała jako katechetka i czasami barwnie opisywała różne historie ze swojego życia zakonnego. Mama z babcią i starszą siostrą jeździła do klasztoru na uroczystości obłóczyn i ślubów zakonnych siostry, a po przyjeździe opowiadała nam swoje przeżycia. Słuchaliśmy wszyscy jej opowiadań z wielkim zainteresowaniem.
W wieku 7 lat rozpoczęłam naukę w szkole podstawowej. Ze starszym rodzeństwem, koleżankami i kolegami chodziłam do szkoły. W starszych klasach, lubiłam wracać nieraz ze szkoły sama. Modliłam się wtedy różaniec.
Gdy byłam w klasie piątej, czasami myślałam o tym, by tak jak moja siostra być siostrą zakonną, ale wstydziłam się mówić o tym komukolwiek. Gdy kończyłam klasę VII, zmarł nagle nasz tata. Siostra przyjechała na pogrzeb w towarzystwie innej siostry. Widok dwóch sióstr zrobił na mnie wielkie wrażenie. Byłam wtedy już w sercu pewna, że także będę zakonnicą. Tęskniłam już wówczas za klasztorem, byłam niezadowolona, że muszę czekać jeszcze rok i obowiązkowo chodzić do kl. VIII. Gdy ukończyłam szkolę podstawową napisałam list do siostry: przyjeżdżaj po mnie natychmiast. Najtrudniej było mi powiedzieć o tym mojej mamie, wiedziałam, że będzie bardzo przeżywać. Gdy jej powiedziałam, długo płakała…Dziś wiem, że były to łzy bólu i radości zarazem. Krawcowa uszyła mi czarną sukienkę, mama kupiła potrzebne rzeczy. Kochana mama na pożegnanie powiedziała mi płacząc: Dziecko, jak ci będzie za ciężko, wracaj do domu. Dziś dziękuję jej za wolność jaką mi pozostawiła w wyborze mojej drogi życiowej, za zaufanie jakim mnie wówczas obdarzyła i za jej radość z mojego szczęścia. Starsze rodzeństwo było bardzo przeciwne mojej decyzji. Wszelkimi sposobami starali się odciągnąć mnie od niej. Stwierdzili, że jedna zakonnica w rodzinie wystarczy. Doradzali mi, bym skończyła jakąś szkołę ponadpodstawową. Im bardziej mi odradzali, tym większy miałam żar w sercu i pewność, że to moja droga, że muszę „tam” jechać. Nie da się tego opisać. W czasie długiej podróży do klasztoru siostra powiedziała mi, że w klasztorze będę mogła kontynuować naukę. Ucieszyłam się z tego bardzo.
Rozpoczęłam formację zakonną w postulacie, następnie odbyłam dwuletni nowicjat i w wieku 18 lat złożyłam pierwszą profesję zakonną. Chciałam uczyć się i pracować z dziećmi w domach prowadzonych przez Zgromadzenie (4 sierocińce prowadzone przez Zgromadzenie w latach 50-tych władze komunistyczne bezprawnie zamieniły na zakłady wychowawcze dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie). Siostry w nich pracujące, musiały mieć odpowiednie kwalifikacje pedagogiczne.
Przełożona prowincjalna chciała wysłać mnie najpierw do Liceum Pielęgniarskiego, lecz warunkiem przyjęcia, postawionym przez dyrekcję szkoły było zdjęcie habitu i kontynuacja nauki „na cywila”. Nie zgodziłam się na to. Były to czasy reżimu komunistycznego. Ze względu na przynależność sióstr do Zgromadzenia i noszony strój zakonny nie przyjmowano ich do szkół państwowych. Pogłębiałam więc swoją wiedzę religijną w 3–letnim Studium Katechetycznym. Dopiero w roku 1974 Opole zaczęło przyjmować zakonnice do LO wieczorowego. Z Katowic, 2 razy w tygodniu jeździłam z dziesięcioma siostrami po wiedzę do Opola. Po roku, już bez przeszkód przeniosłyśmy się do LO w Katowicach.
Po 6–latach formacji, złożyłam śluby wieczyste (na zawsze) 30 VIII 1977 r. Gdy byłam w nowicjacie, najmłodszy brat rozpoczął naukę w Niższym Seminarium Duchownym Ojców Oblatów. Po maturze wstąpił do ich Zgromadzenia. Po święceniach kapłańskich i przygotowaniach, wyjechał na misje do Kamerunu. Dla mamy był to wielki cios. Jeszcze nie zdążyła się nacieszyć jego kapłaństwem a on wyjechał aż do Afryki. Korespondencja zwrotna trwała 3 miesiące. O rozmowach telefonicznych nie było wówczas mowy. Na urlopy przyjeżdżał co 3 lata.
Mama zawsze bardzo dużo modliła się za nas ”trójkę” a szczególnie za brata misjonarza. Gdy spędzałam moje urlopy w rodzinnym domu, gdy mama żyła, często budził mnie w nocy szept jej modlitwy i szelest różańca. Mówiła sąsiadkom: To, że poszli służyć Bogu to mało. Muszę im wymodlić łaskę wytrwania do końca.
Korespondencja z bratem misjonarzem, jego przyjazdy na urlopy, literatura misyjna, zrodziły w moim sercu tęsknotę za pracą na misjach. Długo nad tym myślałam. Mając 34 lata zwróciłam się do Rady Generalnej Zgromadzenia z prośbą o wyjazd na misje. Niestety, zgromadzenie moje nie ma placówek misyjnych i taki wyjazd okazał się niemożliwy. Nie ustawałam w modlitwie w tych intencjach.
Od dnia wstąpienia do klasztoru, przez pierwsze 25 lat pracowałam z dziećmi (chłopcami) w Zakładzie Wychowawczym. Po maturze podnosiłam moje kwalifikacje zawodowe z zakresu pedagogiki. Ukończyłam 4–letnie studia magisterskie z pedagogiki opiekuńczo–wychowawczej. Następnie Studia Podyplomowe z Organizacji i Zarządzania w Pomocy Społecznej i różne inne specjalizacje potrzebne do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie. W wolnych chwilach zajmuję się historią mojego Zgromadzenia.
Byłam inwigilowana przez Służbę Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze SB chcieli mnie podstępnie i perfidnie wciągnąć do współpracy. Do dziś dziękuję Bogu za to, że zesłał mi wtedy swoje Światło, że nie dałam się zastraszyć funkcjonariuszom UB i byłam szczera wobec moich przełożonych, a przełożonym dziękuję za zaufanie jakim mnie wówczas obdarzyły. Pracowałam w placówkach Zgromadzenia (domach dla dzieci), pełniąc w nich różne funkcje.
Z okazji zbliżającego się srebrnego jubileuszu kapłaństwa brata miałam to szczęście odwiedzić go na jego misji w Kamerunie. Była to moja podróż życia. Z bratem przejechałam Kamerun wzdłuż i w szerz, odwiedzając po drodze misje na których pracują polscy misjonarze i misjonarki z różnych zgromadzeń. Miesiąc tam spędzony był najpiękniejszym czasem w moim życiu. Chłonęłam wszystko jak gąbka i zapisywałam głęboko w sercu. Ciężko mi było pakować się i wracać do Polski. Po powrocie ponownie zwróciłam się do Rady Generalnej z prośbą o możliwość utworzenia placówki misyjnej w Afryce i wzięcia mnie pod uwagę jako ochotniczki do tej pracy. Lecz i tym razem misyjny zapał musiałam ostudzić, ale nic nie dzieje się bez woli Bożej. W intencjach misyjnych Kościoła, misjonarzy i misjonarek ofiarowałam Bogu moje dalsze życie. Przez wszystkie lata kapłańskiego i misjonarskiego życia mojego brata staram się być jego „bankiem modlitwy”. Brat po 30-tu latach pracy misyjnej, ze względu na stan zdrowia w roku 2012 wrócił do Europy. Pracuje w Polskiej Misji Katolickie we Francji.
Dwa lata temu przypadkowo na portalu społecznościowym facebook znalazłam informacje dotyczące DDAK. Włączyłam się w jego piękną misję. Mam już kilku kapłanów „zaadoptowanych” na stałe, za których modlę się każdego dnia. Otrzymałam też miłą wiadomość, że moja siostra brat i ja zostaliśmy także „zaadoptowani” i objęci stałą modlitwą.
Po 46 latach spędzonych w klasztorze (2014 r.) dziękuję Mojemu Bogu za łaskę powołania i każdego dnia proszę, by mi dopomógł wytrwać w nim do końca. Nie mam żadnej wątpliwości, że idę dobrą drogą, a Zgromadzenie, w którym jestem, jest moim Zgromadzeniem. Wierzę, że jestem na swoim miejscu. W czasie minionych lat w Zgromadzeniu, Pan Bóg przeprowadził mnie przez wiele różnych trudnych sytuacji i nadal prowadzi przez radość i przez ból, przez to, co piękne, ale i przez to co trudne, na drodze mego życia zakonnego. Każdego dnia pokazuje mi swoją ogromną miłość i miłosierdzie i pozwala mi doświadczać swojej żywej obecności na modlitwie i w szarej codzienności. Wiem, Komu zawierzyłam swoje życie i wiem, że na Niego mogę zawsze liczyć. Wierzę Bogu jak dziecko, Jego Miłość jest wierna i wieczna.

s. Karina Domagała CSSH

Kategorie:powołanie, świadectwa

Św. Siostra Faustyna – wspomnienie

5 Październik 2014 Dodaj komentarz

SONY DSCDziś obchodzimy wspomnienie św. siostry Faustyny Kowalskiej – patronki DDASZ – u. Była to kobieta wyjątkowa, silna oraz pełna pokory i wiary. Zawsze, gdy zaglądam do jej Dzienniczka zadziwia mnie jej uległość względem Woli Bożej oraz jej wielka wiara. Dziś chciałabym się podzielić z Tobą kilkoma cytatami naszej patronki, które szczególnie do mnie przemawiają.

O Jezu, utrzymuj mnie w bojaźni świętej, abym nie marnowała łask. Dopomóż mi być wierną natchnieniom Ducha Świętego, dozwól, niech raczej mi pęknie serce z miłości ku Tobie, aniżelibym miała opuścić choćby jeden akt tej miłości.

O tak, piękne słowa. Tak często marnuję Twoje łaski, Boże, zapominając jak mocno mnie kochasz, jak wiele łask mi wylewasz, jak często tych łask nie zauważam.

O, jak słodko jest trudzić się dla Boga i dusz. Nie chcę spoczynku w boju, ale walczyć będę do ostatniego tchu życia o chwałę Króla i Pana swego. Nie złożę miecza, aż mnie wezwie przed tron swój; nie lękami się ciosów, bo tarczą moją jest Bóg. Lękać się powinien nas wróg, a nie my wroga.

Siostra Faustyna Kowalska jest dla nas świetnym przykładem walki o dobro, szerzenia Dobrej Nowiny, poświęcenia dla zbawienia dusz ludzkich, dla Boga Wielkiego i Miłosiernego. Czyż nie jest ono inspirujące i zachęcające do większej walki o dobro? Czyż to nie działa jak zachęta? Dla mnie na pewno.

O pokoro, piękny kwiecie, widzę, jak mało dusz cię posiada – czy dlatego, żeś taka piękna, a zarazem trudna, aby cię zdobyć? O tak, i jedno, i drugie. Sam Bóg w niej znajduje upodobanie. Nad duszą pokorną są uchylone upusty niebieskie i spływa na nią łask morze. O, jak piękna dusza pokorna; z jej serca wznosi się jak z kadzielnicy woń wszelka i nader miła, i przebija obłoki, i dosięga Boga samego, i napełnia radością Jego Najświętsze Serce.

Zawsze uważałam, że brakuje mi pokory, a siostra Faustyna jest idealną postacią, od jakiej można się tego uczyć! Cały jej Dzienniczek jest przesiąknięty postawą pełną pokory i tego można się od niej uczyć. Całą jej posługę mogłabym opisać w dwóch słowach – pokora oraz Miłosierdzie. Czy Ty też masz takie wrażenie?

Nie byliśmy Ci potrzebni wcale do szczęścia Twego, ale Ty, Panie, chcesz się podzielić własnym szczęściem z nami. Lecz podczas próby nie wytrwał człowiek; mógłbyś go ukarać, jak aniołów, wiecznym odrzuceniem, ale tu wystąpiło miłosierdzie Twoje i wzruszyły się wnętrzności Twoje litością wielką, i przyrzekłeś sam naprawić nasze zbawienie.

Kategorie:Uncategorized
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 1 932 obserwujących.