Bilans zysków i strat

Krzyż na Giewoncie.

Kończy się maj. Juto, rozpocznie czerwiec, miesiąc poświęcony Sercu Pana Jezusa.

Mija pół roku i może warto pokusić się o jakieś połowiczne podsumowanie…
Co przez te pół roku zdążyłam/-łem zrealizować ze swoich planów hucznie ogłaszanych w Sylwestra? Ile z nich odłożyłam/-łem do szuflady zapomnienia, już następnego dnia? Bo zapał wraz z fajerwerkami wypalił się po nocy sylwestrowej? Ile nawet nie drgnęło z miejsca?

A wystarczy tak niewiele – „chcieć”.

W życiu nie chodzi o życie marzeniami, a o ich spełnianie. Wtedy przynoszą zadowolenie i inicjują nasz rozwój. Maryja zechciała zostać Matką Boga i tak jak my, nie wiedziała zupełnie u początku drogi, ile będzie musiała przejść? Dziś wspominaliśmy początek tej drogi, pierwsze 150 km przez góry, które pokonała z radością i pośpiechem, idąc samotnie do krewnej Elżbiety. Ta droga zaprowadzi ją po 33 latach na inny szczyt, pomiędzy inne skały, by czuwać i oczekiwać Zmartwychwstania.

Warto więc wzorując się na Maryi chcieć, zdecydować się, zaufać Bogu, który zachęca. Pamiętać, że krzyż ma zawsze dwie strony: Śmierć i Zmartwychwstanie. My z reguły, uciekamy z pośpiechem, zauważając zaledwie tę pierwszą stronę. Krzyż kojarzy się nam jedynie z cierpieniem, bólem, śmiercią i tak go często odczytujemy zapominając, że dzięki Maryi i Jezusowi krzyż jest dla nas symbolem Zmartwychwstania, odkupienia i życia.

Z jaką łatwością przychodzi nam ufać obcym? Nagminnie dajemy się oszukiwać, okradać, manipulować sobą. Chętnie i bezmyślnie przystawiamy „łapki”, dajemy pozwolenia, stawiamy podpisy, nawet nie czytając tego, co wytłuszczono w druku. Wierzymy często na słowo ludziom, których zupełnie nie znamy. Dlaczego więc tak trudno przychodzi nam uwierzyć i zaufać Bogu, którego znamy i o którym wiemy, że nas nie skrzywdzi? Dlaczego boimy się dobra a chętnie przystajemy na zło w naszym życiu? Mylimy nagminnie te obie wartości, odczytując je zupełnie na opak… Dlaczego?

Żyjmy prawdziwie, realizujemy dobre, wartościowe marzenia, pokonując przeciwności z Jezusem i Maryją za rękę, idąc bez lęku po skalistych bezdrożach naszego życia. Do odważnych duchem i wiarą świat należy.

Kategorie:kryzys wiary, Maryja

„Wpierw trzeba mówić ludziom o Bogu, a gdy Jezus dotknie ich serca, to już później jakoś to pójdzie…”

Obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Ludomira Sleńdzińskiego.
Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego w Kaliszu.

Uciekam się do Twego miłosierdzia, Boże łaskawy, Któryś Sam jeden jest tylko dobry. Choć nędza moja wielka i przewinienia liczne, jednak ufam miłosierdziu Twemu, boś jest Bóg miłosierdzia i od wieków nie słyszano, ani nie pamięta ziemia, ani niebo, by dusza ufająca miłosierdziu Twemu została zawiedziona. O Boże litości, Ty Sam jeden usprawiedliwić mnie możesz i nie odrzucisz mnie nigdy, gdy się udaję skruszona do miłosiernego Serca Twego, u którego nikt nie doznał odmowy, choćby był największym grzesznikiem„.

Św. s. Faustyna Kowalska Dz. 1730

5.04.2022 r. miała miejsce premiera filmu „Powołany”, będącego fabularyzowanym dokumentem mówiącym o mocy, cudach nawrócenia i miłości Boga. Kilka dni temu miałam przyjemność obejrzeć ten film. Potem wracałam do niego przez kilka kolejnych dni. Przytoczone historie z życia ludzi nawróconych, mocno przypomniały mi moją własną historię nawrócenia. Między wierszami dialogów i monologów szukałam słów, które pomogłyby zrozumieć jeszcze bardziej…

Znalazłam stwierdzenie głównego bohatera części fabularyzowanej:
Ja wierzę, że Bóg w odpowiednim czasie wyjaśni nam, dlaczego życie miało taki, a nie inny kształt„. On wierzył, ja jestem tego już pewna! Na przykładzie swojej historii i pięknych historii z ludzkiego życia, przytoczonych w tym filmie. Z pewnością odezwą się głosy w postaci złośliwych komentarzy, jak choćby artykuł na łamach wyborczej.pl zaczynający się od słów: «Scenariusz „Powołanego” napisał rzekomo Duch Święty…» p. Dawida Dróżdża. To przypomina mi ciągle ironizującego ojca rodziny, z części fabularnej filmu. On też powtarzał jak zaprogramowany „Nie wierzę!” i wciąż szukał nowych argumentów na swoją niewiarę.

Dlaczego?

Bo nie zdążył doświadczyć miłości rodzicielskiej, bo nikt mu się powiedział o miłości Boga, nikt nie powiedział 11-letniemu chłopcu, że śmierć jego rodziców nie ma nic wspólnego z jego wyimaginowaną winą czy złośliwością Pana Boga. Przez resztę swojego dotychczasowego życia nosił ze sobą to ogromne zranienie, niezrozumienie, żal, smutek po stracie bezpiecznego dzieciństwa i nienawiść do Boga. Nikt mu nie wyjaśnił, że wypadki, nieprzewidziane tragedie, wojny, choroby, wreszcie sama śmierć fizyczna, nie są dziełem Pana Boga, a jedynie Jego towarzyszeniem w tych trudnych, często niezrozumiałych dla ludzi sytuacjach. Bóg nie jest policjantem, ekonomem, katem, prześmiewcą, który tylko czeka na nasze potknięcie, na trudności życia, by dołożyć jeszcze bardziej, by powalić nas na kolana.

Szkoda, że ów dorosły mężczyzna, ojciec rodziny, nie zdążył zobaczyć radości swoich bliskich, ich serdecznych rozmów po wyjściu kapłana. Wyszedł nagle, pospiesznie, uciekł zmieszany. Być może chciał ukryć swoje zakłopotanie przed dziećmi, uniknąć konfrontacji z poruszonym chwilę wcześniej w filmie tematem: tylko(!) propozycją aborcji i późniejszymi jej skutkami, w odniesieniu do jednego z bohaterów dokumentu. Pozostali domownicy doświadczyli już obecności i miłości Boga, o którą modlili się na początku wizyty.

On może wytłumaczyłby to sobie natchnieniem chwili, wpływem opowieści, oczarowaniem. Ale czy miłość nie jest oczarowaniem, natchnieniem chwili, impulsem, nagłym olśnieniem… Wszyscy nawróceni mówili o takiej chwili, o nagłym impulsie, o czymś, co ich nagle dotknęło, o ogromnej łasce, o sile i niewiarygodnym żarze przeszywającym wszystko. Tym czymś jest miłość i miłosierdzie Boga. To jest Jego głos, o który tak zawzięcie pytał cierpiący na duszy ojciec rodziny. Nie usłyszał głosu Pana Boga, bo go zakrzyczał w sobie, bo zamknął się na Niego, szukając w Bogu jedynie winowajcy i prześmiewcy swojego losu.

Najłatwiej postawić w tym miejscu Boga, bo On nie krzyczy, nie szarpie, nie domaga się, nie ironizuje, nie żąda, nie protestuje, nie szuka zawzięcie prawdy, bo sam jest Prawdą. Mówi cicho, spokojnie, czasem tajemniczo i dlatego niekiedy wolimy odwrócić się do Niego plecami, nie słuchać, nie próbować zrozumieć, nie wysilać się, nie czekać cierpliwie na Jego rozwiązania. To jest właśnie nasza wolna wola, którą dał nam Bóg, której często nie rozpoznajemy, nie identyfikujemy w sobie, nie pielęgnujemy, wyrzucając Bogu, że zabrania nam tego czy tamtego. Dlaczego? Odpowiedź pada w filmie:
»Są rzeczy, które chcemy dla naszych najbliższych już od samego początku ich istnienia i robimy to z miłości!«
Bóg z miłości do nas zesłał swego jedynego Syna, pozwolił Go wyszydzić, skatować na śmierć, poświecił Jego życie, by nas zbawić od śmierci wiecznej, od potępienia. Nikt z nas nie rodzi się grzesznikiem, jak mówił ksiądz — bohater filmu.
Śmierć to jedynie moment powrotu. […] Do tego, który nosił… (nas) w swoim sercu jeszcze przed stworzeniem świata. Jaki będzie ten powrót, zależy tylko od nas”. „Poprzez słowo Bóg ma moc kompletnie zmienić życie człowieka”.
Nasłuchujmy wiec tego słowa, nie zapominając, że żeby je usłyszeć, trzeba czasem zamilknąć choć przez chwilę. Inaczej niczego nie usłyszymy i nie zrozumiemy.
A zrozumieć wystarczy słowa Jezusa Miłosiernego: „Córko, oddaj mi nędzę twoją, bo ona jest wyłączną twoją własnością”.
Dz. 1318

– «Zdążyć złu powiedzieć „nie”.
Albo dobru powiedzieć „tak”.»

Zdążysz dzisiaj… ?
To najlepszy dzień na takie wyznania!

Kategorie:Uncategorized

Chrystus Zmartwychwstał!

17 kwietnia 2022 Dodaj komentarz

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych.

J 20,1-9

Z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzę:
– radości ze zmartwychwstania i spotkania z Chrystusem
– doświadczenia Jego Miłości
– pięknych spotkań, relacji i rozmów
– prawdziwej, silnej i głębokiej wiary

W imieniu Ekipy
Asia

Olejek nardowy…

Wczoraj rozpoczął się Wielki Tydzień. Weszliśmy właśnie w ostatnie dni przed najważniejszym wydarzeniem w Roku liturgicznym. Od Wielkiego Czwartku rozpoczniemy uczestnictwo w Triduum Paschalnym.

Będziemy świadkami Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Mszy świętej i sakramentu kapłaństwa. Potem razem z Piotrem być może zaśniemy, znużeni i zmęczeni przygotowaniami do Świąt. Przegapimy Ogrójec, a nocą zbudzą nas szepty i chrzęst kamieni pod butami skradających się w ciemnościach żołnierzy, by zaskoczyć i pojmać Jezusa. Czy odczujemy na własnej skórze fałszywy pocałunek Judasza? A może uświadomimy siebie jak on, że pieniądze to nie wszystko!

Może pójdziemy w drogę za Jezusem, przepełnieni jak Piotr trwogą, przemykając ukradkiem, by nas nikt nie przyłapał, nie rozpoznał, żeby nie mieć problemów, nie wstydzić się tej znajomości. Może uronimy kilka łez tkliwości jak płaczące kobiety, które mijał na drodze. Czy dostrzeżemy jego rany i sińce pokryte kurzem i zastygłą krwią? Zwrócimy uwagę na obnażone kości, rozdarte fragmenty ciała po biczowaniu, opuchnięte tkanki, popękane z pragnienia usta, wyrwane z ciałem włosy, koronę z ciernia, która wbija się długimi, ostrymi kolcami i przeszywa czaszkę. A może będziemy się buntować, że musimy nieść krzyż czyjejś męki i hańby, jak Szymon? Może spotkamy Maryję i Weronikę… Co im powiemy? Czy spojrzymy im w oczy z odwagą?

Jak daleko od krzyża przystaniemy na Golgocie? Czy będziemy obojętnie przyglądać się obdarciu Jezusa z szat, z godności? Biernie wsłuchiwać się w głuche stukoty młota, który wciska stępiałe grube gwoździe w zdrętwiałe, zmarznięte, obolałe dłonie i stopy, napręża kości, zrywa ścięgna, przeszywa i paraliżuje mięśnie? Jak bardzo blisko będziemy przy naszym Zbawcy w tych dniach… Na tyle blisko by odczuć na własnej skórze mękę, wzgardę i szyderstwo z naszego Króla?

Czy skupimy się jak Marta na przygotowaniach do Świąt, na krzątaniu się po domu i szukaniu w kuchni pomysłów, do realizacji nowych wyzwań kulinarnych? A może jak Maria poświęcimy Chrystusowi to, co dla nas najcenniejsze: czas i uwagę. Może nie zważając na cenę, wydobędziemy to, co najdroższe dla nas, by uczynić z tego największy dar dla Jezusa? Co to będzie? Czy nasz dom stanie się w te dni domem z Betanii, pełnym przyjaciół Chrystusa, czy raczej pustynią pełną naszych wyobrażeń, pragnień i płonnych namiętności na dwa dni Świąt?

Jaka atmosfera zapanuje w naszym domu? Czy cały wypełni się wonnością i miłością Marii, a potem pełnią miłosierdzia w poranek Zmartwychwstania? Czy jesteśmy gotowi namaścić Jezusowi Jego stopy na pogrzeb, publicznie? Bo miłość potrzebuje właśnie takich symboli, a zaufanie może być budowane tylko z wdzięczności. Czy moje zaufanie do Chrystusa jest na tyle ogromne, bym mógł/-a dotrwać w Wielkim Poście do końca Triduum, nie poprzestając ze znudzeniem na „święconce”?
Przebudzić się, pobiec do grobu o świcie i spotkać Jezusa w ogrodzie. Usłyszeć jak z czułością wypowiada Twoje imię…

Nasze zwiastowania…

Leonardo da Vinci – Zwiastowanie

Dziś w Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, Papież Franciszek poświęci Rosję i Ukrainę Niepokalanemu Sercu Maryi. Ojciec Święty dokona tego aktu w bazylice Świętego Piotra w Rzymie, podczas specjalnego nabożeństwa.

Już słychać głosy po obu stronach: Czy to coś zmieni od jutra? Zatrzyma wojnę na Ukrainie ? Niektórzy myślą magicznie: że w momencie Aktu agresor nagle padnie, rozsypie się, udobrucha, zmieni z diabła w aniołka, jak w rysunkowej bajce. Wiara z magią nie ma nic wspólnego. A nawrócenie nie dokonuje się jak za pstryknięciem palca. To długi i żmudny proces. Ten proces powinien dosięgnąć również nas. Sam Jezus mówił o tym, wielokrotnie nawołując do nawrócenia. Zatem czy w sercu każdego z nas płonie już żarliwy ogień wiary, nadziei i miłości? Bo tylko taki zdoła powstrzymać dalszy rozlew krwi! Czy może to raczej nikły płomyk, podsycany od czasu do czasu jakąś formą różnej jakości aktywności religijnej? Czy moja wiara jest jak chwiejna trawa i ugina się, ilekroć zawieje wiatr? A wiatr wieje często. Jak reaguję w życiu na krytykę, obwinianie mnie, niesprawiedliwe traktowanie, pochlebstwa, niespodziewane zwycięstwa i porażki? Czy jestem głęboko wierzący tylko w momencie, gdy życie niesie mnie na rękach jak bohatera? A jeśli nagle postawi mnie na ziemi i spowszednieje, to moja wiara dostosuje się do tego stanu nijakości? Co się stanie, jeśli przyjdzie nagle dramat i będę zmagać się ze stanem wojny w sobie? Też stanę się agresorem wobec innych, bo poczuję nagle zagrożenie, ból, smutek, rozpacz, zazdrość, że inni mają lepiej? Jak się zachowam, gdy nagle przyjdzie stanąć mi na mojej „drodze krzyżowej” w życiu? Gdzie wtedy poszukam wsparcia i z kim się podzielę nadmiarem w różnej postaci?

Łatwo przychodzi nam przypinanie łat innym, ale czy tak samo łatwo umiemy przyjąć swoje? Wojna jest okrutnym złem! Agresja jest drogą prowadzącą do śmierci: duchowej, moralnej, intelektualnej, ekonomicznej, fizycznej. Tak samo, jak miłość ma to do siebie, że narastając traci swoje ramy i rozlewa się dookoła. Prośmy więc każdego dnia przez ręce Maryi Boga, by to nawrócenie świata zaczęło się od naszych serc i umysłów, byśmy myślą, słowem i czynem umieli przekształcać każdego dnia nasze uczucia, poczynając od najdrobniejszych spraw. Bo kto w drobnych sprawach będzie wierny, wszystkim bez wyjątku przykazaniom Boga, ten wiernym pozostanie w wielkich! Jeśli wszyscy będziemy wierni Bogu, wojny ustaną! Bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby atakować. Popatrzmy wokół siebie. Kogo planuję dziś uderzyć lub gdzie szukam zaczepki? Kogo napastuję, bo jest inny niż ja sam i drażni swoją odmiennością? Może oficjalnie nie podnoszę ręki, może stwarzam pozory ciepła, udaję szacunek, zakładam maski, a dopiero za plecami daję upust swoim przekonaniom i odczuciom, wyrzucając potoki lawy niby przebudzony wulkan!

Nikt z nas nie urodził się z gruntu zły i nikt nie rodzi się zbrodniarzem. Więc wcześniej musiał istnieć ktoś, kto w niewinnym dziecku zaszczepił nienawiść i chęć zemsty. Pomyśl dziś, kogo nienawidzisz w swoim sercu i dlaczego? Uczucia same w sobie nie są złe. Są potrzebne, byśmy umieli zauważyć nasze możliwe reakcje. Byśmy poszukali adekwatnej odpowiedzi do deklarowanej wiary, w sobie. Bo to z nich będziemy rozliczani. Mam prawo być zły i oburzony na tę wojnę i inne konflikty toczące się na świecie! Mam takie moralne prawo! Ale mam też prawo mieć szacunek do drugiego człowieka, historii i umarłych. Wojny o pokój nie toczy się nienawiścią do narodu czy zmarłych i pomników postawionych gdzieś, kiedyś z szacunku do poległych. Czy jestem gotów na przemianę serca w sobie, by zapoczątkować ten pokój, którego tak pragniemy?

Dziś Maryja pokazuje nam bardzo wyraźnie, że zaufać Bogu to zgodzić się na wszelkie scenariusze w życiu, nie pytając o ewentualne straty. Ona wypowiedziała „fiat mihi secundum verbum Tuum” („niech mi się stanie według słowa Twego” Łk 1, 38). Czy ja też tak potrafię w każdej sytuacji? Dziś Maryja uczy nas zawierzenia Bogu życia, u jego początku. Wielu z nas ponowi swoje akty Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Może znajdą się też nowi odważni, którzy kierowani łaską Bożą, podejmą wezwanie do trudnej dziewięciomiesięcznej walki o czyjeś życie, godne i szczęśliwe życie po urodzeniu. Bo adopcja nie kończy się z chwilą zakończenia modlitwy. Rodzicem DADP zostaje się często na całe życie duchowe; to w nas pozostaje, jak znamię. Ta modlitwa jest jedynie właśnie takim aktem zawierzenia, zaufania Bogu, że ktoś, gdzieś nie zacznie wojny przeciwko życiu, które się poczęło! Jest początkiem ufności i wiary, że naszą modlitwą rozpoczniemy w czyimś sercu proces nawrócenia. W naszym również.

Dziś podejmę dwudziesty piąty raz ufnie moje „fiat”. Nie chodzi tu o ilość a o wierne powroty, bo nieliczni wiedzą, że pretekstem było moje poronienie. Ten pomysł zaproponował mi Bóg kilka dni później, podsuwając ulotkę o DADP. Wtedy nie rozumiałam zupełnie Jego logiki, ale odczytałam to jako Jego zachętę, zgodziłam się ufnie, pełna bólu i rozpaczy. Dziś wiem, że ta zgoda była pierwszym krokiem do mojego osobistego uzdrowienia i nawrócenia. Wtedy nie widziałam sensu, a raczej wewnętrzną walkę, rozdarcie, beznadziejność sytuacji, niesprawiedliwość, rozgoryczenie. Dziś ta modlitwa okazuje się jednym wielkim prezentem Boga, pełnym nadziei i sprawiedliwości, a to co się z niej zrodziło, jest następstwem mojego ufnego „tak” wtedy, bez żadnych widocznych perspektyw na sprawiedliwość. Straciłam kiedyś jedno życie, by zyskać dwadzieścia pięć i więcej jak Bóg da!, do końca życia.

Stać przy Jezusie…

Tegoroczny wielki post jest dla wszystkich prawdziwym wyjściem na pustynię.

Bo ilu z nas potrafi przewidzieć wydarzenia najbliższego miesiąca? Ilu jest pewnych, że dotrwamy do Zmartwychwstania w pokoju? Ilu jest pewnych, że jeden człowiek o małym egoistycznym rozumku, nie zgotuje „bombowej” niespodzianki reszcie świata? Ilu z nas doświadcza bardzo realnej wizji kuszenia głodem i kryzysem? Wystarczyło popatrzeć chwilę wcześniej na kolejki zdezorientowanych w sklepach i na stacjach benzynowych… Ilu z nas zieje nienawiścią, oglądając kolejne wiadomości z frontu, chęcią zemsty na agresorze Ukrainy? Boimy się o naszą przyszłość, bo nagle historia poprzedniej wojny i teraźniejszość stanęła u progu naszych granic.

Ten czas jest prawdziwą lekcją naszej roztropności, hojności, poszanowania godności i miłości bliźniego. To czas żarliwej modlitwy o pokój i zakończenie działań wojennych u naszych sąsiadów. Czas szukania Wiary, która w dobrobycie ostatnich lat i w pandemii, trochę nam wyschła. Nastał czas, który jak w zwierciadle uwidacznia nasze mocne strony i ludzkie słabości; demaskuje nieżyczliwość, rozwija nagle i niespodziewanie dla nas samych, nasze serca, uwrażliwia i pobudza do życia i szacunku dla tego życia. Świat nie może się nadziwić naszej waleczności serc i hojności, a jeszcze chwilę temu śmiał się nam w twarz i kpił z naszej polityki, Wiary i rzekomego zacofania. Dziś jesteśmy motorem napędowym dla reszty świata i wyrzutem sumienia dla jego skostniałej, zamierającej wiary i polityki ubranej w ładne słowa bez pokrycia. Z pewnością to zasługa naszych korzeni, historii i wielkich ludzi, synów naszego narodu, którzy przez lata wpajali nam, że Bóg, Honor i Ojczyzna, to ponadczasowe wartości. Stajemy więc przy Krzyżu Jezusa umęczonego w ukraińskich braciach i siostrach, by pokazać innym, że stać przy Jezusie, przyznawać się do Niego, prosić Go o łaski, czuwać przy Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie, Adorować Go w drugim człowieku, to nie hańba i nie wstyd.

Dzięki Bogu dajemy radę!

To nasze wielkie narodowe rekolekcje dla całego świata. To także czas dla każdego z nas, by zastanowić się jeszcze raz: jaki obraz Boga noszę w sercu? Jak wypełniam wszystkie Jego przykazania? Jak realizuję w życiu Przykazanie Miłości? Jak bardzo mocno jestem w stanie zaprzeć się samego siebie, by trwać w jedności z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie?

Bóg jest w tym wszystkim razem z nami, kuszony wydany, sponiewierany, opluty, ubiczowany, wymęczony i zabity. Można znaleźć Go na każdej Drodze Krzyżowej, na każdych Gorzkich Żalach i w codziennej Eucharystii czy Adoracji. Można spotkać go w oczach umęczonej Ukrainy, codziennie zabijanej i opuszczonej przez wielkich tego świata, którzy uciekli spod Krzyża, w panice i strachu o własne wartości i interesy. Jednoczyć się z Nim w bólu, udręce i w konaniu.

Czy jesteśmy świadomi, że mimo niebezpieczeństwa, mimo informacji o potwornościach wojny, która toczy się kilkadziesiąt kilometrów stad, Bóg nie oddalił się do człowieka, a jest w tym wszystkim jeszcze „bardziej obecny”. Współcierpi i przelewa swoją krew za każdego człowieka jak przed dwoma tysiącami lat, wtedy na krzyżu, dziś na frontach wojny. Ode mnie i od ciebie oczekuje teraz trwania, zatrzymania się razem z Janem i Maryją, pod Krzyżem. Oczekuje naszej wiary, wytrwałości, uważności i skupienia na bliźnim potrzebującym pomocy. Uczmy się na nowo tej miłości i miłosierdzia, nie myląc ich jednak ze służalczością i pobłażliwością. Tracąc czas na pomoc potrzebującym, tracimy czas dla Niego.

Posypmy głowy popiołem…

Mija Środa Popielcowa. W tym roku jest szczególną bramą do Wielkiego Postu, naznaczoną wojną na Ukrainie, która od kilku dni zmienia realnie nasze spojrzenie na rzeczywistość. Jaki będzie ten Post? Z pewnością inny! Już zdajemy egzamin z jałmużny względem bliźniego, z naszej ludzkiej wrażliwości i miłości. Ta lawina dobrych i uczynnych serc, jaką obserwujemy w walce o życie każdego uchodźcy, nagle obudziła w wielu z nas uśpione pokłady dobroci, szacunku i miłości do bliźniego. Staliśmy się jako naród w tych dniach siłą napędową dla reszty świata w rozdawaniu szacunku, zainteresowania i pomocy dla Ukrainy.
Drugą rzeczywistością, którą obudziliśmy w sobie po pandemii, jest modlitwa. Ile w tych dniach próśb i deklaracji o niej, przewija się między nami? Ilu ludzi nagle przestało bać się, wejść do Kościoła? Przyszła mi myśl, że trzeba było wojny u progu państwa, by zacząć wracać do Boga, by zarazić tą swoją Wiarą, traktowaną w innych krajach często jak relikt, wielu na nowo. Czy będzie też nas stać na post w tym Poście? W jakim wymiarze? Czego sobie odmówię na tyle, by mi brakowało? Bo tylko w sytuacji niedostatku jestem zdolna zauważyć tę różnicę. Nie chodzi więc o rozdawanie tego co mi zbywa, o deklaracje bez pokrycia w miłości i o samo słowo post, dla pokazania, że przed wzrokiem innych jestem zdolna pościć. Chodzi o to, z czego jestem w stanie zrezygnować w obecności Boga, nie pokazując tego ludziom. Istotne jest nie tylko to, co zrobię, ale z również z jaką intencją. Intencji nie widać na zewnątrz, ale ona właśnie nadaje wartość i sens temu, co robimy. Czy jestem w stanie na tyle zapanować nad swoim ego, by zauważyć szerzej potrzeby duszy?
Dziś Kościół daje nam w LG specyficznie brzmiący tekst.
Pieśń (Jr 14, 17-21)
Skarga udręczonego ludu.

Kiedy rano rozważałam te słowa Jutrzni przyszło mi na myśl, jak bardzo wpisują się realnie w obecną sytuację świata. Bo przecież Słowo Boże jest żywe. Trzeba je tylko odczytać z sercem i duszą skorą do współpracy z Bogiem. Na ile będę współpracować przez 40 dni z Tym, którego pojąć nie jestem w stanie…

Moje oczy łzy wylewają *
bezustannie dniem i nocą,
Bo wielki upadek dosięgnie †
Dziewicę, Córę mego ludu, *
klęska przeogromna.
Gdy wyjdę na pole, *
oto mieczem zabici.
Jeśli pójdę do miasta, *
oto męki głodu.
Nawet prorok i kapłan *
niczego nie pojmując błąkają się po kraju.
Czyż nieodwołalnie odrzuciłeś Judę *
albo czy się brzydzisz Syjonem?
Dlaczego dotknąłeś nas klęską *
bez nadziei uleczenia?
Spodziewaliśmy się pokoju, †
lecz nic dobrego nie przyszło; *
czasu uzdrowienia, a nadeszła groza.
Uznajemy, Panie, nieprawość naszą †
i przewrotność naszych przodków, *
bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.
Nie odrzucaj nas przez wzgląd na Twe imię, †
nie poniżaj tronu swojej chwały, *
pamiętaj, nie zrywaj swego przymierza z nami!
Chwała Ojcu i Synowi, *
i Duchowi Świętemu.
Jak była na początku, teraz i zawsze, *
i na wieki wieków. Amen.

Trudne czasy…

To był trudny tydzień, chyba dla większości z nas. Zmagania z kolejnymi podwyżkami, zmagania z niepogodą, zmagania z sytuacją na wschodniej granicy i widmo wojny zaglądające nam do domu, po prawie 80 latach, od końca poprzedniej. W rozmowach zasłyszanych w moim zakładzie pracy przewijały się różne pomysły o tym, jak żyć? Jedni całkiem realistycznie opowiadali o zapasach żywności, jakie zamierzają zrobić na wojnę; inni mówili raczej o drożyźnie i swojej zapobiegliwości w kryzysie, by zyskać; jeszcze inni, wykazując się sprytem, byli już gotowi zmienić miejsce pobytu, uciec z paszportem gdzieś daleko, do lepszego świata, przed wojną.

A mnie przyszło na myśl, jak słabi jesteśmy w naszych zmaganiach z życiem? Jak bardzo jakakolwiek niekorzystna zmiana, niewygoda, potrafi wyzwalać w nas natychmiast zaskakujące i egoistyczne emocje i odruchy? Mówimy o wolności, a jednocześnie dajemy się bardzo szybko manipulować, słysząc o jakichkolwiek przeszkodach, nawet tych nierealnych. Bo czy ktoś z nas może zaopatrzyć się zapobiegawczo na czas całego kryzysu w żywność i benzynę? Czy może przewidzieć, że jego dom oprze się kolejnej wichurze? Czy może być pewny, że wielcy tego świata realistycznie będą podejmować decyzje, spełniając swoje nierealistyczne zachcianki? Kto jest w stanie przewidzieć wszystkie scenariusze?

Zaskakujące jest to, jak szybko schodzimy „do parteru” w takich sytuacjach, myśląc tylko o własnej skórze i ucieczce przed groźną rzeczywistością, przed zagrożeniem. Zachowujemy się instynktownie. Jak bardzo brakuje nam wiary i zaufania Bogu, ludzkich odruchów i miłości. Realnym światem stał się ten świat dyktowany a może raczej narzucany nam ze szklanego ekranu, z komputera. Ze zgrozą można zauważyć wśród większości z nas, to co jeszcze kilka lat temu było żartem wśród pokolenia rodziców wychowanych bez komputera: że dla naszych dzieci, to czego nie znajdą w internecie, nie istnieje! Czy ta znieczulica, o której jeszcze głośno mówiło się kilka pokoleń temu, ta niewiara w istnienie czegoś poza wirtualną rzeczywistością, zaczęła dotykać kolejno wszystkich?
Dziś przestają istnieć takie wartości jak: świętość, wiara, człowieczeństwo, honor, prawda, ojczyzna, rodzina, szacunek, życie, poświęcenie, solidna praca… Wierzymy tylko w to, co namacalne i posiadane, łatwo zdobyte. Z wolna tracimy w sobie wszystkie cechy ludzkie, wrzucając do tego samego worka: cwaniactwo, wygodę, przemoc, spryt, arogancję, egoizm, złodziejstwo i nazywamy to wszystko chlubnie rozwagą, dalekowzrocznością czy zapobiegliwością! Jednocześnie przesunęliśmy wiarę w Boga i nasze człowieczeństwo na dalsze miejsce, może nawet ostatnie i traktujemy Jego obecność w życiu tylko jak ostatnią deskę ratunku?

Kiedyś mówiło się często: Jak trwoga to do Boga. Ile zła musimy jeszcze dopuścić w nas, w naszym życiu, w świecie, byśmy zaczęli się realnie bać o swoje życie duchowe? Ile musi się wydarzyć, byśmy pokornie wrócili do wiary w Boga w Kościele, w modlitwie, na co dzień ? Jak bardzo trzeba upodlić człowieka, zezwierzęcić, by móc powtórnie go nazwać człowiekiem rozumnym? Co musi się stać, byśmy w następnej kolejności wzrokiem się nie pozabijali w tej walce: o ogień?, o kawałek chleba?, o prymat w korporacji?, o uwagę Boga? Co musi się stać, by świat nie zidiociał do reszty?

Ja … Apostoł!


Pan Jezus powołał na początku swojej działalności dwunastu apostołów, wybierając spośród ubogich i niedoskonałych.
Określenie apostoł pochodzi z języka greckiego i oznacza wysłannik. Nazwa ta pojawiła się w Nowym Testamencie, w odniesieniu do najbliższych uczniów Jezusa Chrystusa. Większość z nich pochodziła z Galilei. Wszyscy byli przedstawicielami niższego stanu i przeważnie trudnili się rybołówstwem. Część z powołanej dwunastki wcześniej za nauczyciela miała Jana Chrzciciela.

Nie bez przyczyny Jezus wybrał akurat dwunastu uczniów. Liczba ta odnosiła się do dwunastu pokoleń Izraela i miała stanowić symbol odnowy narodu izraelskiego.
Jezus zgromadził ich wokół siebie, aby w czasie trzech lat swojej publicznej działalności, gdy będą z Nim podróżować i przebywać, przekazać im swoją naukę. Ci wybrani apostołowie otrzymali zadanie kontynuowania dzieła Jezusa po Jego śmierci i głoszenia Jego nauki kolejnym pokoleniom. Wyposażył ich w moc Ducha, dlatego mogli jak On czynić cuda: wypędzać złe duchy, leczyć choroby. Nauczył ich wypełniania przykazania miłości nadając ich wierze nie tylko wymiar prawa. Dzięki temu Jezus miał pewność, że pozostawia po sobie spuściznę, która nie zniknie wraz z jego odejściem z Ziemi, a z której ludzkość będzie mogła czerpać przez wszystkie wieki.

Pan Jezus posyłał uczniów, aby Go zwiastowali, by byli światłem tzn. by ludzie patrząc na nich, na ich czyny, słuchając ich słów mówionych z mocą i świadectwem, mogli dostrzec obecność i działanie Boga, by zrozumieli co jest ważne w Bożych oczach, że prawo i przepisy starego przymierza zostały wyparte przez nowy wymiar, przez przykazanie miłości, by mogli uczyć się Bożej logiki miłości, mogli naśladować samego Jezusa swoim życiem.

Warto zastanowić się dziś czy i jak, ja naśladuję Jezusa? Większość powie nie jestem doskonały, On był! Każdy z nas nie jest doskonały, bo gdyby był, byłby Bogiem. To nie jest dobra wymówka na nasze lenistwo duchowe. Każdy z nas ma wokół siebie bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów i może stać się bez przeszkód apostołem. Nawet jeśli nie czuje się na siłach, by mówić. Spełniamy wszystkie warunki, by nimi być. Nie wszyscy otrzymujemy powołanie, by stać się osobą konsekrowaną. Wielu dopiero po latach małżeństwa, wdowiejąc odnajduje się w tym powołaniu jako samotni: wdowcy i wdowy konsekrowane. Wielu decyduje na podjęcie tej drogi od początku, jako bracia, siostry, dziewice czy ojcowie, czyli bracia zakonni, którzy przyjęli również sakrament kapłaństwa. Są też tacy, którzy zgromadzeni w instytutach życia konsekrowanego, na co dzień pracują, angażując się w różne dzieła, prowadząc z pozoru normalne życie świeckie, niczym szczególnym sie nie wyróżniając.

Na ile z tych osób patrzymy widząc tylko i wyśmiewając ich pobożność, z ilu drwi się, bo drażni ich przywiązanie do modlitwy, do częstej spowiedzi, do życia w ciszy Kościoła, w samotności pozbawionej hałasu tego świata? Ilu niesłusznie osądzamy mierząc tą samą miarą za przykładem jednego „czarnego barana” wśród reszty, który nie bardzo wie, co tam robi, który pomylił wybór i powołanie z własną ambicją?

Może czasem nie mamy jednak odwagi, by zapytać, by spróbować naśladować ten pokój w sercu i życiu? Może we wnętrzu chcielibyśmy przystanąć jak oni, ale nie mamy czasu, bo nauczyliśmy się żyć w biegu, pędzie, w zgiełku, często czyniąc go zamierzenie wokół siebie, by poczuć się zauważonym, dowartościowanym.
Może zatem warto przystanąć, spojrzeć z innej perspektywy i spróbować choć raz na jakiś czas pobyć sam na sam z Bogiem. Wybrać jakąś formę rekolekcji w ciszy np. w ramach urlopu, by zapytać Go: Czego Ty Boże ode mnie chcesz? Gdzie jest moje miejsce? Jak ma wyglądać moje życie? Do czego mnie powołujesz? Może wtedy przestaniemy wybierać to, co dyktują nam inni, może zaczniemy żyć swoim życiem, z pominięciem logiki światowego powodzenia, która polega na urojeniu, na pomyłce, że nasza doskonałość zależy od myśli, opinii i poklasku innych ludzi. Może wreszcie nasze istnienie przestanie być dziwną ironią życia, zawsze tylko w wyobraźni kogoś innego, jak gdyby to było jedyne miejsce, gdzie można wreszcie uzyskać rzeczywistość! Może wtedy znajdziemy taki priorytet w życiu, że nie potrzebne nam będą inne, by zaistnieć, bo nasza pycha, chciwość i żądze nie będą tak natrętne. Może wreszcie wtedy nauczymy się widzieć nie tylko siebie, ale i innych również w przyjaźni, nie mierząc do przeciwnika tylko na zasadzie konkurencji, którą należy pozabijać i wytępić. Może wreszcie wielu znajdzie wyjście z sytuacji po ludzku bez wyjścia i zechce żyć pełnią życia, zamiast skracać je brutalnie przy pierwszej lepszej okazji. Może wreszcie ktoś zauważy, że poza szarością życia, czernią śmierci i nicością jest jeszcze jednak coś, co jest blaskiem, kolorem, który wnosi w życie nadzieję, radość, uśmiech, miłość i ma barwy różne od szarości. Może staniemy się dla drugiego człowieka takim światłem, świecą, która rozjaśni mu drogę. Może będziemy jedynym telegramem Pana Boga, latarnią morską, gwiazdą jak reflektor, jakie Bóg wyśle do kogoś, kto żyje tak, jakby On nie istniał… Zwiastujmy Chrystusa!

Wrócę jeszcze na chwilę do Światowego Dnia Życia Konsekrowanego. Często słyszę wypowiedzi ludzi, którzy zupełnie nie znając smaku takiego życia, nie wiedząc nic o powołaniu zakonnym czy kapłańskim, z góry negują, żałują patrząc z politowaniem, czy wręcz obrażają osoby konsekrowane mierząc ich decyzję życiową, swoją własną miarą sukcesów czy porażek.


…śluby zakonne składa się nie z powodu deficytów, ale nadmiaru. Czystość to pojemność serca, w którym mieści się Bóg i wielu ludzi. Ubóstwo to świadomość bogactwa większego niż pieniądze. Posłuszeństwo to wolność, która oddaje własną wolę, aby być dyspozycyjnym w służbie Kościoła.

Tak podsumował dar powołania konsekrowanych w dniu 2.02.2022 r. ks. Kanonik dr Janusz Chyła. Pozwolę sobie dodać do tej wypowiedzi, że Kościół to my, każdy z nas ochrzczonych, bo zostaliśmy wszczepieni w jego pień – w Chrystusa i jesteśmy jego latoroślami. To od nas zależy czy i ile czerpiemy od Chrystusa; czy chcemy zazielenić się i żyć, czy usychać, pościć duchowo i zwiędnąć nie przynosząc owoców w życiu.

Nowe osoby do Ekipy poszukiwane!

Potrzebujemy rąk do pomocy!

Poszukujemy 2 redaktorów oraz 2 osoby do aktualizacji Księgi Adoptowanych Sióstr.

Poszukiwana osoba powinna:
-być rzetelna i odpowiedzialna
-mieć trochę czasu wolnego czasu
-w miarę nieograniczony dostęp do komputera i Internetu

W wypadku redaktora powinna być to ponadto osoba:
-kreatywna
-mająca wciąż nowe pomysły na nowe artykuły
-pisząca względnie poprawnie po polsku (bez rażących błędów ortograficznych czy językowych i mająca na klawiaturze komputera polskie znaki)

Chętnych proszę o kontakt!
hadziczka13@wp.pl

Kategorie:ddasz, Ogłoszenia