W drogę razem z synem marnotrawnym…

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Ludomir Sleńdziński, Obraz Jezusa miłosiernego (1954)

„Wiedz, ile razy przychodzisz do Mnie uniżając się i prosisz o przebaczenie, tyle razy wylewam cały ogrom łask na twą duszę, a niedoskonałość twoja niknie przede Mną, a widzę tylko twą miłość i pokorę; nic nie tracisz, a wiele zyskujesz…”

Dz. 1293

Jak rozumiesz Miłosierdzie Boże? Czy jest to dla Ciebie tylko wypowiadanie magicznej formułki, a kiedy nie zadziała, obrażasz się i odchodzisz? Czy nadużywanie Twojej wolności, bo przecież Bóg jest miłosierny, i tak mi przebaczy? Czy może puste, bezmyślnie wypowiadane słowa, wyuczone na lekcji religii, dziesiątki lat temu? By zrozumieć lepiej Miłosierdzie Boże spróbujmy prześledzić przypowieść o miłosiernym ojcu i synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32). Znasz pewnie mniej więcej treść tej przypowieści, więc nie będę jej przytaczać. Skupię się na wyjaśnieniach.

Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo młodszy syn zawinił wobec ojca i brata… bo nie znasz realiów tamtych czasów. Otóż nie do pomyślenia i wbrew zwyczajowi żydowskiemu było dzielić majątek za życia ojca. To znaczy, że młodszy syn miał tyle poważania i szacunku dla ojca, co mrówka wagi. Stał się buntownikiem. Popełnił straszną niegodziwość moralną, równoznaczną z pozbawieniem wszelkiej godności i uśmierceniem ojca. To starszy syn miał za zadanie dzielić ten majątek, dopiero po fizycznej śmierci ojca. Więc jemu też dołożył zniewagę. Zlekceważony ojciec spienięża część należną młodszemu synowi, która stanowiła ⅓ całego majątku. Reszta przypadnie starszemu. Kiedy młodszy wyjechawszy roztrwonił wszystko i zaczął cierpieć głód, pomyślał o powrocie do domu. Dopiero wtedy, gdy wszystko stracił i doświadczony przez udręki chciał nawet żywić się odpadkami z paszy dla świń, które przecież były zwierzętami nieczystymi. Postaw się w jego sytuacji… Wszystko przegrane, nie masz nic: domu, pracy, pieniędzy, przyjaciół, załapujesz się do najbardziej parszywej roboty, a głód jest tak dokuczliwy, że pragniesz jeść ze śmietnika, ale Twoje wychowanie, Twoja duma nie pozwala Ci na to. Chciałbyś(-ałabyś), żeby ktoś zaproponował Ci coś do jedzenia, nawet przysłowiowy „chleb dla konia”, ale tu nic się takiego nie wydarza. Możesz umrzeć z głodu i nędzy albo wrócić do domu, do Ojca, może się zlituje nad Tobą i przygarnie? To ostatnia szansa, ostatnia deska ratunku. Młodszy syn też tak pomyślał. Chciał nawet przyznać się do winy, wyrazić prawdziwą skruchę, mówić o swoim grzechu, chciał wrócić na prawach sługi, najemnika. Przygotował nawet mowę. Niespodziewanie, ojciec zauważa go z daleka i wybiegając naprzeciw łamie konwenanse, bo starszemu człowiekowi nie przystawało biegać z podkasaną tuniką. Rzuca się na szyję synowi, obejmuje go i całuje. Syn zaskoczony reakcją ojca pragnie natychmiast usprawiedliwić się, czuje się niezręcznie, bo to ojciec przejmuje inicjatywę, przerywa mu przygotowaną mowę i przyjmuje go po królewsku do domu. Niezwłocznie przynoszą mu najlepszą szatę, wkładają pierścień na rękę i sandały na nogi. Najlepsza szata oznacza przywrócenie godności, pierścień jest własnością rodową, a sandały oznaką domownika. Tak więc w jednej chwili otrzymuje ponownie wszystko, czym wzgardził odchodząc z domu z majątkiem. To nic, że ręce i stopy, i cała sylwetka w łachmanach, umorusana błotem i kurzem z drogi… Ten brud zawsze można zmyć później. Tu najważniejsze jest zrozumienie swojego grzechu, błędu i godności dziecka, które jest wciąż kochane. Tu istotą jest odkrycie miłości i godności własnej w oczach Boga. Ten syn powrócił do domu, aby dać wyraz skrusze, bo na tym polega różnica między wyrzutami sumienia a skruchą. Wyrzuty sumienia są monologiem, a on postanowił porozmawiać, wejść w dialog z ojcem.

Czy wychodząc z domu wziąłeś(-aś) pod uwagę taki powrót? Straciłeś(-aś) dobre imię, ale Twoje pragnienie powrotu może stać się silnym bodźcem do „pokuszenia się” o jeszcze jeden „start”. Czy masz odwagę w sobie, by jak młodszy syn, poznawszy własne przewinienia i grzechy, zawrócić z drogi, do domu Ojca? Tu spotkaniem na drodze będzie konfesjonał. Dziś jest na to spotkanie, najlepszy dzień na świecie! Czy jest w Tobie tyle uczciwości, śmiałości i autentyczności, by szczerze żałować przed Nim wypowiadając słowami swoją winę? Bo jeśli tak, to bądź przygotowany(-a) na Jego przywitanie Ciebie, jak w przypowieści. Wszystko, co otrzymasz (najlepsza szata, pierścień i sandały) teraz będzie darem, za który można tylko dziękować! Bóg przebacza łatwo i chętnie, tylko nam niełatwo przychodzi przyjąć to przebaczenie. Nierzadko lubimy, pomimo wybaczenia, wracać do myśli o odpuszczonym grzechu i rozdrapywać przyschnięte rany. To taka nasza ludzka przypadłość, by być przekornym, zawsze mieć coś w zanadrzu, co będzie nieposłuszeństwem… A Bóg kocha tak samo przed, w trakcie i po grzechu. Jest niezwykle subtelny i delikatny. Stopniowo niekiedy przywraca wzrok duszy. Potrzebuje dyskrecji i czasu oddalenia, od ciekawskich oczu wielu… potrzebuje znaleźć Cię na drodze…

Miłosierdzie zawsze łączy się z Miłością, bo same bez siebie istnieć nie potrafią!

„Miłość i Miłosierdzie Moje nie zna granic.”

Dz. 718

Wspomnienie Dobrego Łotra

Kim był skazaniec, któremu Jezus obiecał na krzyżu: „Dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju”? Zwykłym nieszczęśnikiem, który zmarnował swoje życie? Wybrańcem, który miał niebywałe szczęście, że został ukrzyżowany obok Zbawiciela? Świadkiem wielkiego Miłosierdzia Boga dla potomnych? Nie do końca świadomym wagi wydarzeń, narzędziem ewangelizacji?
Dobry Łotr nie znalazł się w centrum najważniejszych wydarzeń w dziejach ludzkości przypadkowo…

Święty Dobry Łotr to jeden z dwóch łotrów, powieszonych na krzyżu obok Jezusa. Pisze o nim św. Łukasz w Ewangelii. Pisało o nim również wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię: Dyzma (w prawosławiu Rach)- pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. Kiedy drugi z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, Dyzma skarcił go mówiąc, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. Zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi – bo tak go od tego czasu nazywamy – że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał sam Chrystus.

Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia, można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzma jest patronem skruszonych złodziei, więźniów, umierających, skazanych na śmierć i dobrej śmierci oraz kapelanów więziennych, pokutujących i nawróconych grzeszników. Stanowi wzór doskonałego żalu za grzechy.

W ikonografii przedstawiany jest jako młodzieniec lub mężczyzna w wieku dojrzałym, a nieraz też jako starzec. Jego strojem jest opaska na biodrach lub krótka tunika. Atrybutami – krzyż, łańcuch, maczuga, miecz lub nóż.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że dolna (trzecia) ukośna belka prawosławnego krzyża symbolizuje skazańców ukrzyżowanych razem z Chrystusem. Jej prawy kraniec, uniesiony do góry, wskazuje niebo, do którego poszedł Dobry Łotr. Lewy kraniec wskazuje piekło, do którego trafił ten, który nie wyraził skruchy.

W roku 2009 Episkopat Polski zdecydował, że wspomnienie św. Dobrego Łotra obchodzone będzie od tej pory w Polsce, jako Dzień Modlitw za Więźniów.

Postawa Dobrego Łotra prowokuje do bardzo osobistych przemyśleń nie tylko na temat wiary, postawy człowieka grzesznego ale również Miłosierdzia Bożego.

Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

Leonardo da Vinci, Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie (1472-1475)

Kościół czci tajemnicę wcielenia Syna Bożego osobną Uroczystością Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie, dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Święto to obchodzono w Kościele wschodnim 25 marca już w VI wieku. W Kościele zachodnim wprowadzono je w VIII wieku.

Dzień Świętości Życia

Jednocześnie w tym dniu Kościół przeżywa także Dzień Świętości Życia. Patrząc nie tylko na swoje życie, które jest wielkim darem Stwórcy, możemy w sposób szczególny zatroszczyć się o życie tych najbardziej bezbronnych, poczętych, ale jeszcze nienarodzonych, którym grozi aborcja. W intencji dziecka zagrożonego w łonie matki zabiciem możemy podjąć Duchową Adopcję.

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego jest modlitwą w obronie dziecka poczętego, osobistym wypełnieniem Jasnogórskich Ślubów Narodu, pomocą dla osób cierpiących z powodu grzechu aborcji. Jest Modlitwą w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Trwa 9 miesięcy i polega na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy różańcowej (dowolnie wybranej) oraz specjalnej modlitwy w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy można dołączyć dowolnie wybrane dodatkowe postanowienia. Mogą to być np.: regularna lub częsta spowiedź i Komunia Święta, adoracja Najświętszego Sakramentu, czytanie Pisma Świętego, post, walka z nałogami, pomoc potrzebującym, dodatkowe modlitwy…
Należy podejmować postanowienia realne, mając na uwadze indywidualne możliwości ich wypełnienia, można też podejmować adopcję bez zobowiązań dodatkowych.
Duchowa adopcja powstała w Fatimie stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987r. została przeniesiona do Polski. Pierwszy ośrodek Duchowej Adopcji powstał w Kościele oo. Paulinów w Warszawie. Duchowa Adopcja skutecznie leczy głębokie zranienia wewnętrzne spowodowane grzechem aborcji. Pozwala matkom odzyskać wiarę w Boże Miłosierdzie, przynosząc pokój ich sercom. Jako bardzo konkretny, bezinteresowny i osobisty dar pomaga w szczególności ludziom młodym kształtować charakter, walczyć z egoizmem, odkrywać radość odpowiedzialnego rodzicielstwa, uzdalniając do postrzegania miłości i współżycia oczyma Boga. Ucząc systematycznej modlitwy i działania pogłębia kontakt z Bogiem, pomaga odkrywać głęboki sens zaniedbanych praktyk ascetycznych. Adopcję może podjąć każdy (osoby świeckie, konsekrowane, w każdym wieku), również osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. Jedynie dzieci podejmują ją pod opieką rodziców. Można podejmować ją wielokrotnie pod warunkiem wypełniania poprzednich zobowiązań. Podejmując każdą następną, za każdym razem, pierwszego dnia adopcji składamy przyrzeczenie. Każda jedna adopcja dotyczy tylko jednego dziecka. Imię dziecka, narodowość, zna jedynie Bóg. Dla podejmującego jest ono anonimowe. Naszą pewność, że Bóg wysłucha modlitwy opieramy na wierze we Wszechmoc i Miłosierdzie Boże. Bóg jest Dawcą Życia i Jego wolą jest, by każde poczęte dziecko żyło i było otoczone miłością rodziców.
Zapomnienie o modlitwie przez jeden – kilka dni nie jest grzechem. Grzechem jest świadome i dobrowolne zlekceważenie składanego Bogu przyrzeczenia. Przerwę stanowiącą najwyżej klika dni, z powodu zapomnienia, w ciągu 9 miesięcy należy uzupełnić przedłużając o daną liczbę dni adopcję i modlitwę. Długa przerwa, miesiąc i więcej przerywa duchową adopcję. Należy wtedy ponowić przyrzeczenie i starać się je dotrzymać, a zaniedbaniu zadośćuczynić w trakcie spowiedzi. Zwyczajowo przyrzeczenia składane są w Polsce 25.03. bądź 08.12. Wskazane jest, by przyrzeczenie było składane uroczyście, w kościele, w obecności kapłana, chociaż można je złożyć także prywatnie, czy przez radio. Wskazane jest wtedy bycie w stanie łaski uświęcającej i ofiarowanie Panu Bogu najbliższej, możliwej Komunii Świętej w tej intencji. Osoby, które z różnych uzasadnionych przyczyn, jak choroba, niepełnosprawność, sędziwy wiek nie mogą przyjąć adopcji w kościele, mogą podejmować ją prywatnie. Należy wtedy odczytać formułę przyrzeczenia przed krzyżem lub obrazem świętym i od tego momentu przez kolejnych 9 miesięcy odmawiać wybraną tajemnicę Różańca i modlitwę. Dla zapamiętania dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.

Formuła przyrzeczenia Duchowej Adopcji

Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja … postanawian mocno i przyrzekam, że od dnia … biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawian:
— odmówić codziennie modlitwę w intencji nienarodzonego,
— i codziennie odmówić jedną tajemnicę Różańca (wybraną, stałą, przez 9 miesięcy),
— moje dobrowolne postanowienia: …

Modlitwa codzienna

Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś.
Amen.

Być silnym w Nim…

Gdy dopadnie nas cierpienie, naturalną potrzebą człowieka jest podzielić się tym cierpieniem, chociażby poprzez opowiedzenie o tym, przede wszystkim Bogu, w dalszej kolejności naszym bliskim, osobom zaufanym, przyjaciołom. Nie ma w tym nic złego, jeśli wywarzymy nasze słowa, tak by nie przerzucać swojego cierpienia na innych ludzi, nie katować ich, nie uzależniać od siebie i nie terroryzować; bo może okaże się, że ktoś ze słuchaczy zna rozwiązanie naszego problemu, może sam zmagał się z nim w przeszłości, może zna wyjaśnienie, może potrafi pokierować, pomóc, wskazać drogę… Dialog jest właśnie po to, by drugi człowiek wiedział o naszych emocjach i potrzebach, myślach i ich interpretacji. Sam nigdy się nie domyśli! Nie bójmy się rozmawiać. Czasem nie ma dostatecznego wytłumaczenia cierpienia jakie nas spotyka i w takim przypadku nie należy na siłę wysnuwać teorii, gdybać czy obwiniać hipotetycznie kogokolwiek, nawet siebie samego.

Jedyną godną postawą jest wtedy milczenie i sakramenty. Bądźmy więc ostrożni w rozpowiadaniu o swoich cierpieniach z obawy, że można przemienić to w grzech: zarozumiałości, oskarżeń bez podstawy, powierzchowności, interesowności, świętoszkowatości…

Cierpienie uczy nas pokory i cierpliwości. Człowiek pokorny to nie ten, który przyjmuje postawę cierpiętnika, ale ten który nadaje sens cierpieniu, czyniąc z cierpienia cnotę moralną. Uznając własną ograniczoność, nie wywyższa się ponad innych i unika chwalenia się swoimi dokonaniami. Nie fundujmy sobie cierpienia na życzenie, bo skutki takiego cierpienia będą dopiero krzyżem.

Znosić wszystko, nie narzucając innym teorii cierpienia, nie wysnuwając nowej filozofii życia z własnego bólu fizycznego, nie uważając się za męczenników, nie obliczając ceny naszego męstwa, nie pogardzając współczuciem ani też nie szukając go chciwie. Tak jak we wszystkim innym, powinniśmy być szczerzy i w cierpieniu. Musimy przyznawać się do naszej słabości i utrapień, ale nie potrzebujemy robić im reklamy. Dobrze jest uświadomić sobie, że może nie jesteśmy zdolni do cierpienia w wielkim stylu, ale musimy i tę naszą słabość przyjąć z rodzajem heroizmu. Cierpieć dobrze i owocnie jest zawsze rzeczą niełatwą, a trudność ta jest jeszcze większa, gdy nie posiadamy ludzkiej pomocy i oparcia. Dobrze jest też nie kusić Boga w cierpieniu i nie sięgać przez pychę w takie jego dziedziny, których nie bylibyśmy w stanie wytrzymać. Musimy liczyć się z faktem, że jest dużo trudniej znieść długą monotonię niezbyt przykrych cierpień niż przejściowy atak gwałtownego bólu. Ale w każdym z tych dwóch wypadków to, co jest najcięższe do dźwigania – to nasza własna nędza i widok nas samych, stających się coraz bardziej niczym i niejako znikających, zarówno w naszym przekonaniu, jak i w oczach przyjaciół. Musimy zgodzić się też na przyjęcie tej gorzkiej prawdy, że w końcu możemy stać się ciężarem dla tych, których kochamy. Nieraz nieuchronne jest spojrzenie w twarz także i tej konieczności. Pełne przyjęcie naszego upadku i bezradności jest aktem cnoty, mogącym nas samych i nasze otoczenie wzbogacić w łaskę Bożą. Pozwalać się podpierać innym, kiedy już sami absolutnie nie jesteśmy w stanie sobie poradzić, wymaga heroicznej miłości i pokory. Nie możemy owocnie cierpieć, jeżeli nie widzimy wszędzie Chrystusa – i w naszym cierpieniu, i w miłosierdziu tych, którzy pomagają nam w naszej niemocy.

Co robić, ażeby przyczynić się do chwały Bożej i zwyciężyć cierpienie miłością Chrystusową? Cierpieć bez zastanawiania się nad sobą, bez nienawiści, bez nadziei zemsty albo zadośćuczynienia, bez wyglądania z niecierpliwością końca naszych udręczeń. Ani początek, ani koniec cierpienia nie jest ważny. Ani jego przyczyny, ani jego wytłumaczenie również nie mają znaczenia, poza tym jednym wyjaśnieniem, że ono jest wolą Boga. Cierpieć spokojnie, pokornie, nie dodając do cierpień brzemienia bezowocnej i przesadnej uczuciowości to służyć chwale Boga. Żeby móc cierpieć bez ciągłego rozgrzebywania własnych nieszczęść – powinniśmy skierować myśli ku większej boleści i zwrócić się do Chrystusa na krzyżu. Żeby cierpieć bez nienawiści, musimy wyrzucić gorycz z naszego serca, kochając Jezusa. Umiejmy cierpieć bez nadziei odpłaty czy nagrody, znajdując pokój jedynie w przeświadczeniu naszego z Nim zjednoczenia. To wszystko nie są problemy techniki ascezy, ale zwyczajnej wiary; i pozostaną też pustym słowem – bez modlitwy, bez pragnienia i poddania się woli Bożej. Wreszcie musimy starać się o coś więcej niż o bierne przyjęcie tego, co nam przychodzi od Boga. Trzeba nam pragnąć i szukać całkowitego dokonania się we wszystkim Jego woli. I znaleźć w tym wypełnianiu jego woli zjednoczenie z Jezusem, który rzekł: „Gorąco pragnąłem pożywać te Paschę z wami, zanim cierpieć będę” (Łk 22, 15)

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Powoli zbliżamy się do końca Wielkiego Postu. Przyszedł więc czas na podsumowanie cyklu artykułów z Thomasem Mertonem o cierpieniu i krzyżach. Jak każdy finał, mobilizuje do przemyśleń. W jaki sposób przeszliśmy przez ten okres? Jakie postanowienia udało się zrealizować a gdzie na tej drodze polegliśmy, tak po ludzku patrząc? Czy udało się choć po części, niektóre zamiary doprowadzić do końca? Czy założyliśmy je sobie na początku drogi, mierząc siły adekwatnie do kondycji? Czy zniechęcenie przyszło już przy pierwszych niepowodzeniach? A może dzielnie walczyliśmy ze swoimi słabościami, przeciwnościami losu i mimo to nie wyszło, z jakiegoś powodu? Najważniejsze to nie ustawać, próbować walczyć o własną godność bycia dzieckiem Bożym. Bóg zawsze daje następną szansę, póki żyjemy na tej ziemi. Może udało się zauważyć wreszcie własne słabości i niedomagania? No cóż, każdy je ma. Nikt nie jest herosem ani bogiem! Jeśli wiec zdarzyło Ci się znaleźć tę drzazgę czy belkę we własnym oku, nie przerażaj się. Bóg jest zawsze większy, od Twoich słabości! Najgorsze co możesz w tym momencie zrobić to zacząć rozczulać się nad sobą i użalać.

Rozpacz to najwyższa forma miłości własnej. Człowiek osiąga ją wtedy, kiedy z własnej woli odrzuca każdą pomoc, aby delektować się zgniłą rozkoszą świadomości własnej zguby. W każdym człowieku ukryte jest jakieś ziarno rozpaczy, ponieważ w każdym z nas jest pycha, która rozwija się, rozkrzewia w chwasty i bujne kwiaty żalu nad samym sobą, gdy tylko zawodzą nas nasze własne możliwości. A ponieważ te możliwości nieuchronnie nas zawodzą, wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu poddani zniechęceniu i rozpaczy. Rozpacz jest najwyższą formą pychy, tak wielkiej i zatwardziałej, że woli wybrać nędzę potępienia, niż zaakceptować szczęście z ręki Boga i w ten sposób uznać Jego wyższość nad nami, oraz to, że nie jesteśmy w stanie wypełnić swojego przeznaczenia o własnych siłach. Człowiek prawdziwie pokorny nie umie jednak popaść w rozpacz, ponieważ w pokornym człowieku nie ma już miejsca na użalanie się nad sobą.

Thomas Merton, Piękno pustyni, str. 56.

Czy nie łatwiej i lepiej wejść na tę pustynię własnych słabości i poprosić o pomoc samego Boga w dalszej drodze… np. na Adoracji, w Wielkim Tygodniu, w czasie Triduum. On z pewnością czeka na Nasze:
„Proszę pomóż mi!, zrób coś z tym Boże (…), bo ja nie daje rady, nie potrafię”
Zapewniam Ciebie, że jeśli podasz mu swoje obie ręce, by Cię poprowadził, zrobi to z ogromną troskliwością i czułością. Nie znaczy to, że wszystko będzie od dziś wyglądać jak przez różowe okulary, obowiązki i problemy pozostaną, choroby nie znikną jak za jednym pstryknięciem palców, bo Bóg nie jest dobrą wróżką ani czarodziejem. Nie traktuj Go magicznie. Nie zdejmie Twojego krzyża z ramion i nie poniesie za Ciebie. Ale pomoże Ci go dźwigać. A Ty otrzymasz w darze siłę, zapał, nadzieję, poczucie bliskości oraz takiej czułości i miłości, o jakiej można pomarzyć. Stopniowo ujrzysz zmiany na swojej drodze, może kogoś, kto okaże się być Twoim Aniołem stróżem, dobrą duszą, Szymonem lub Weroniką dla Ciebie. Spoglądajcie częściej w niebo a z pewnością zauważycie uśmiech Boga. Zaskoczeni? … Już nieraz go spostrzegliście… bo czy nigdy nie widzieliście promieni słońca przebijających się przez ciemne chmury? Odwzajemnijcie go 😉 a przekonacie sie, że świat i życie nabiorą rumieńców.

Być może jestem silniejszy, niż mi się zdaje. Być może boję się nawet własnej siły i obracam ją przeciw samemu sobie, stając się słabym. Stając się bezpiecznym. Stając się pełnym winy. Być może najbardziej boję się mocy Bożej we mnie. Może wolę raczej być pełen winy i słaby w sobie, niż być silny w Nim, którego pojąć nie jestem w stanie.

Thomas Merton, Domysły współwinnego widza, s. 139.

Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

Obraz św. Rodziny w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu

Ukochany Ojciec, Ojciec czułości, w posłuszeństwie i w gościnności; Ojciec twórczej odwagi, Robotnik, zawsze w cieniu…

Tak w Liście apostolskim „Patris Corde – Z ojcowskim sercem” Ojciec Św. Franciszek opisuje w czuły i poruszający sposób św. Józefa.

Miesiąc marzec jest w Kościele katolickim obchodzony jako miesiąc św. Józefa, męża Maryi, opiekuna Jezusa.

W dniu 19 marca obchodzimy w Kościele katolickim Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny.

Papież Franciszek zaznaczył w liście, że św. Józef konkretnie wyraził swoje przybrane ojcostwo, „czyniąc ze swojego życia ofiarę z siebie w miłości oddanej służbie Mesjaszowi”. W Nim „Jezus widział czułość Boga”, czułość, która „pozwala przyjąć naszą słabość”, ponieważ „to właśnie pomimo naszej słabości i poprzez nią” realizuje się większość Bożych planów. Józef jest również ojcem w posłuszeństwie Bogu: poprzez swoje „fiat” ratując Maryję i Jezusa, i ucząc swojego przybranego Syna „wypełniania woli Ojca”. W ten sposób „współuczestniczy w wielkiej tajemnicy Odkupienia i jest prawdziwie Sługą zbawienia”. Jest również „Ojcem w przyjmowaniu”, ponieważ „przyjmuje Maryję bez uprzednich warunków”. Oblubieniec Maryi jest tym, który ufając Panu, przyjmuje w swoim życiu nawet te wydarzenia, których nie rozumie, pozostawiając na boku swoje dociekania i godząc się z własną historią. Józef w ojcowskiej relacji do Jezusa staje się „cieniem Ojca Niebieskiego na ziemi”. Józef wprowadza Jezusa w doświadczenie życia bez zatrzymywania Go i traktowania jako własności. W tym sensie przysługuje Mu przydomek „przeczystszy”, który jest „przeciwieństwem posiadania. Usunął się, by zostawić w centrum Jezusa i Maryję.” Jego szczęście wynikało więc z „daru z siebie”. Wyrzekł się pokusy życia życiem swojego dziecka i obdarzył to życie szacunkiem i wolnością. Jest jedyną postacią w Biblii, która nie wypowiada na Jej kartach, ani jednego słowa.

8 grudnia 1870 roku bł. Papież Pius IX obdarzył tytułem Patrona Kościoła katolickiego św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Dla uczczenia 150. rocznicy tego wydarzenia Papież Franciszek ogłosił, 8 grudnia 2020 roku, rok 2021 specjalnym Rokiem poświęconym Opiekunowi Jezusa.

Z tej okazji w kościołach zainicjowano nabożeństwa ku czci św. Józefa. Najważniejsze obchody Roku, wśród których swoje miejsce będzie mieć zawierzenie Narodu Polskiego i Kościoła w Polsce, będą się odbywać w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

Z tej okazji również, przez cały miesiąc marzec, codziennie, z Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, transmitowane są konferencje dotyczące obchodów samego Roku oraz osoby przemożnego Patrona. Poniżej pierwsza z konferencji, następne można znaleźć na kanale Dom Józefa, na YouTubie. Konferencje są nadawane na żywo w ramach nabożeństwa o godzinie 20:30 lub można je odsłuchać z jednodniowym opóźnieniem ww. na kanale.

Zachęcamy do odkrywania postaci św. Józefa.

Specjalna strona, przygotowana na Rok Świętego Józefa: https://rokswjozefa.pl/

Najbardziej znana pieśń ku czi św. Józefa. Nagranie pochodzi z Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

Mój własny krzyż i echo tęsknoty Boga

Czy zdaję sobie sprawę, że ciągle powracające w pamięci wspomnienia, są echem tęsknoty Boga? Czy kiedykolwiek dotarło do mnie, że Bóg tęskni za mną, który jestem kochany i godny, jestem dzieckiem Bożym. Spojrzę na Krzyż w duchu Jezusa, jak na proces. Co aktualnie na moim etapie życia mogę określić mianem krzyża?
Do jakiej postawy wobec Krzyża zaprasza mnie dziś Chrystus?

Czy łudzę się, że ucieknę, zabezpieczę się bo jestem sprytny, potrafię postępować nieetycznie, bo celem jest tylko ucieczka. Ale czy przed śmiercią da się uciec?

Czy raczej buntuję się, jestem cyniczny, potrafię złorzeczyć ludziom, sobie, Bogu i z wolna zmierzam do samozniszczenia, autodestrukcji?

A może zawsze biorę krzyż w oparciu o własne siły jak bohaterowie z książek Camusa? Bo sam wiem wszystko najlepiej i tylko ja potrafię zrobić wszystko jak najlepiej.

Albo biorę krzyż w zawierzeniu Bogu i poddaje się jego mocy, ufając że Bóg poprowadzi mnie przez tą czy tamtą sytuację. Zawierzyć znaczy całkowicie oddać swoje życie w ręce Boga, tak, by nie zostało w nim nic prywatnego, wyjętego, nieodnoszącego się do Boga. Jezus nigdy nie wchodzi na siłę, tylko pyta, czy wpuszczę go do swojego serca. Czy jestem w stanie przekroczyć swoje ograniczenia i przeszkody, które sam sobie stwarzam? Czy jest we mnie powracający lęk, który boli najbardziej, bo jest jak nieustannie rozdrapywana rana. Czy nie funduję sobie cierpienia na własne życzenie?

Człowiek nie staje się świętym przez samo cierpienie. Bóg nie stworzył cierpienia. Ból i śmierć przyszły na świat z upadkiem człowieka. I heroizm jest bezużyteczny, jeśli nie rodzi się z Boga. Męstwo wszczepione w nas przez miłość Chrystusową nie jest skomplikowane dumą. Przede wszystkim Bóg nie udziela nam tej siły, póki nie uświadomimy sobie w pełni naszej słabości i tego, że ona nam jest rzeczywiście dana, że jest darem. Męstwo otrzymane od Boga jest wtedy Jego mocą, z którą nic nie może być porównane. A duma rodzi się właśnie z porównania. Wynik naszego cierpienia zależy od tego, co jest naszą miłością. Jeżeli samolubnie i wyłącznie miłujemy siebie, cierpienie jest dla nas wstrętne. Chcemy go uniknąć za wszelką cenę. Wydobywa ono na jaw wszystko zło, które jest w nas. Człowiek, który kocha tylko siebie, popełni każdy grzech i wyrządzi innym każdą krzywdę, byle tylko samemu uniknąć cierpienia. Bywa i gorzej: gdy egoista dowie się, że cierpienie jest nieuniknione, będzie starał się znaleźć w nim jakąś perwersyjną przyjemność, okazując tym samym, że równocześnie i kocha, i nienawidzi siebie. Jeżeli jesteśmy skoncentrowani na sobie, to cierpienie nieuchronnie wydobywa na jaw nasz egoizm, a po ujawnieniu czym jesteśmy, czyni nas jeszcze gorszymi. Jeżeli kochamy bliźnich i cierpimy za nich, to cierpienie daje nam pewną godność i dobroć. Wydobywa wtedy na wierzch to, co w nas jest szlachetne i przyczynia się do chwały Boga. Ale w końcu taki przyrodzony altruizm nie przeszkodzi cierpieniu zniszczyć nas razem z tym, co było naszą miłością. Jeśli jednak kochamy Boga i naszych braci, to będziemy szczęśliwi, że cierpienie niszczy w nas to, co On pozwala mu zniszczyć, bo wiemy, że to co zginie nie ma prawdziwej wartości. Będziemy nawet woleli, żeby przypadkowe rupiecie nagromadzone w naszym życiu spłonęły w ogniu cierpienia by chwała Boga mogła objawić się czystym blaskiem we wszystkim, co robimy. Jeżeli prawdziwie kochamy Boga to cierpienie nie ma dla nas wielkiej wagi. Chrystus w nas, Jego miłość, Jego Męka w nas: oto jest przedmiot naszych starań i troski. Ból nie przestaje być bólem, ale możemy przyjąć go z radością, bo w ten sposób Chrystus może cierpieć w nas i chwalić Ojca przez to, że jest w naszych sercach większy niż każde cierpienie.

Cierpienie jest bezużyteczne, kiedy kręci się wokół nas samych i każe się nam roztkliwiać nad sobą, kiedy przemienia miłość w nienawiść, kiedy wszystko obraca w strach. Bezużyteczne cierpienie nie może być poświęcone Bogu, bo jego bezowocność jest zakorzeniona w grzechu. Grzech i bezowocne cierpienie rosną razem i zasilają się wzajemnie. Im bardziej cierpienie prowadzi do grzechu, tym bardziej grzech odbiera cierpieniu zdolność owocnego ofiarowania się Bogu. Łaska Chrystusowa czyniąc cuda może przemienić cierpienie w coś płodnego. W jaki sposób? Przez nagłe zabliźnienie rany grzechu. Gdy tylko życie przestaje się w nas wykrwawiać przez grzech, cierpienie zaczyna odzyskiwać swoje twórcze możliwości. Ale dopóki wola nie zwróci się do Boga, cierpienie nie doprowadzi nas nigdzie, tylko do zagłady.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

„Weź swój krzyż i naśladuj mnie…”

Krzyż jest tajemnicą powiązaną z naszą drogą. Nigdy nie jest celem samym w sobie i sztuką dla samej sztuki. Jest zawsze tylko etapem życia. Tak powinno się patrzeć na krzyż i cierpienia, by nasze życie nie stało się niezamierzoną drogą krzyżową.
Krzyż może przybierać różne formy w życiu. Czasem na krzyż człowieka złożą się żywioły natury (trzęsienia ziemi, powodzie, susze, wichury). Czasem dla kogoś ciężarem krzyża jest cierpienie związane z przemijaniem życia na ziemi. Bo człowiek może nie zawsze potrafi pogodzić się z tym, co nieuniknione i niemożliwe do zatrzymania, czy powstrzymania (utrata sił witalnych, starzenie się organizmu, przemijanie życia, usamodzielnienie się dzieci). Cierpienie i krzyż może być związany również z wartościami Ewangelii, bo próbując żyć tymi wartościami napotkamy podwójny opór: własnego Ego i tego świata. Bo akceptując Ewangelię stajemy się wyrzutem i kontrastem, niewygodnym dla świata. Stajemy w poprzek wielu wyobrażeniom i modom, ideologiom i zbiorowościom. Bo inność drażni! A może krzyżem będzie miłość, nie tylko ta niespełniona… Jeśli chcemy kochać długofalowo, w pewnym momencie dojdziemy do progu, za którym kochać dalej, oznacza zaakceptować tracenie siebie, swojego czasu i życia dla ukochanej osoby, bez spoglądania na własne korzyści. Warto jednak zauważyć, że miłością nie można nazwać szukania jej w ideologiach i własnych egoistycznych pragnieniach (np. pragnienie posiadania dziecka za wszelką cenę, które staje się obsesją, albo radykalna samotność z obawy i strachu przed małżeństwem, poczęciem i wychowaniem dziecka; by nie stracić sylwetki, urody i wolności, nie podzielić czasu poświęconego tylko sobie). Krzyżem może być każdy trud: praca, studiowanie, zdobywanie wiedzy, brak akceptacji, przypisywanie intencji, których nie mięliśmy… Krzyżem może stać się nagła choroba, choroba nieuleczalna, nałóg czy śmierć kogoś bliskiego. W takich sytuacjach dochodzi jeszcze nasze cierpienie, niemoc, trud opieki, niesienie pomocy; bo często traktujemy chorobę jedynie jak wyrok, bo cierpimy z bezradności, odtrąceni gdy uzależniony nie szuka i nie chce przyjąć pomocy, bo patrzymy na śmierć jak na koniec, a nie na etap życia – tu na ziemi. Albo więc uznamy, że krzyż jest miłością albo stanie się samotnością i przekleństwem: cierpieniem niewykorzystanych szans, konsekwencją grzechu, skutkami poniesionych błędów naszych i innych ludzi. Dlatego krzyż jest tajemnicą. Nikt nie jest w stanie zrozumieć i odczuć realnie ciężaru czyjegoś krzyża. Nie można powiedzieć: Wiem jak cierpisz! Jeśli tak mówimy, to robimy to nieświadomie albo naiwnie sądząc, że takie współczucie jest jakimś wsparciem. W rzeczywistości staje się ironią, kpiną, bo robimy to tylko w celu polepszenia własnego humoru i zagłuszenia wyrzutów własnego sumienia. Bo nikt nie poniesie naszego krzyża lepiej niż my sami. Jest przecież dopasowany indywidualnie do naszych możliwości. Jeśli tak popatrzymy na krzyż i cierpienie, z pewnością zauważymy, że faktycznie jest ono tylko etapem, przez który trzeba jednak przejść, z Bogiem.

Vincent van Gogh, Stary człowiek w smutku (1890)

Samo w sobie cierpienie, bezużyteczne i wstrętne, bez wiary staje się przekleństwem. Społeczeństwo, którego całym ideałem jest wyeliminowanie cierpienia i danie wszystkim możliwie największej wygody i przyjemności, jest skazane na zagładę. Nie rozumie bowiem, że nie każdego zła trzeba unikać za wszelką cenę. Cierpienie, wbrew mniemaniu świata, nie jest złem jedynym. Jeżeli będziemy uważać je za największe zło, a przyjemności za największe dobro, to zostaniemy zalani falą jedynego wielkiego zła, którego powinniśmy unikać bez kompromisów – grzechu. Czasem trzeba absolutnie zmierzyć się z cierpieniem, które jest mniejszym złem, w celu uniknięcia lub przezwyciężenia większego zła, to jest grzechu. Jaka jest różnica między fizycznym złem, zwanym cierpieniem, a moralnym złem, czyli grzechem? Pierwsze nie ma władzy przenikania głębiej niż powierzchnia naszej istoty. Może atakować ciało, umysł, wrażliwość, ale nie może szkodzić duchowi bez współdziałania tego drugiego zła, będącego grzechem. Jeżeli cierpimy z odwagą, cierpliwością, spokojem i bezinteresownie; to samo, co nas niszczy zewnętrznie, jednocześnie doskonali nas duchowo, oraz czyni bardziej i pełniej sobą, bo pozwala nam wypełnić nasze przeznaczenie w Chrystusie. Grzech uderza w sam rdzeń naszej osobowości. Niszczy tę rzeczywistość, od której zależy nasz prawdziwy charakter, nasza tożsamość i nasze szczęście, wynikające ze skierowania całej naszej istoty ku Bogu. Zostaliśmy stworzeni, żeby chcieć tego, czego On chce, poznać to, co On zna i kochać to, co On kocha. A istotą grzechu jest wola robienia tego, czego Bóg nie chce, poznania tego, czego On nie zna i kochania tego, co jest Mu przeciwne. Każdy grzech jest wystąpieniem przeciwko prawdzie, posłuszeństwu i miłości. A we wszystkich tych trzech dziedzinach grzech okazuje się także niesprawiedliwością, krzywdą wyrządzoną przede wszystkim nam samym i Bogu. Jaki jest więc cel poznania tego, czego Bóg nie zna? Jest to znajomość tego, co nie istnieje. I po cóż kochać to, czego On nie kocha? Jest to miłość obejmująca jakieś nic – bo Bóg kocha wszystko, co jest. Naszym przeznaczeniem jest kochać wszystko, co On kocha i tak, jak On je miłuje. Upodobanie w tym, czego nie ma, jest zarazem odmową kochania tego, co istnieje. Dlaczego mielibyśmy niszczyć siebie, chcąc tego, czego Bóg nie chce? Chcieć wbrew Jego woli, to zwracać własną wolę przeciwko sobie. Bo to, czego Bóg chce dla nas, odpowiada naszym najgłębszym potrzebom. Chcieć czegoś innego, to pozbawiać się życia. Tak więc, kiedy grzeszymy, dusza zamiera z zagłodzenia. Chrześcijanin powinien zrobić wszystko, aby w każdy godziwy sposób ulżyć cierpieniom bliźnich, a także nie zaniedbywać starań o zmniejszenie niektórych cierpień własnych, jeśli są okazją do grzechu. Możemy odczuwać współczucie dla innych, bo cierpienie jest same w sobie rzeczą złą. Takie współczucie jest dobre, ale nie staje się automatycznie prawdziwą miłością, chyba, że w osobie cierpiącej potrafimy zobaczyć Chrystusa i ulitować się nad nią miłosierdziem Chrystusowym. Cierpienie idzie na marne, jeżeli jesteśmy w nim zupełnie osamotnieni, jak ci, którzy nie znają Chrystusa. Ich ból nie jednoczy ich z nikim i z niczym. Co może nam dać wspólczucie ludzkie w samotności śmierci? Kwiaty są nieprzyzwoitością wobec śmierci bez Boga. Służą jedynie do przykrycia ciała. Jak smutna jest miłość ludzka zakończona ze śmiercią! Jeszcze smutniejsza, gdy w żałosny sposób pragnie się uzyskać jakiś kontakt z umarłym. Gorzka jest taka miłość, gdy nie może złączyć się w cierpieniu z tymi, których kochamy. Jak boleśnie jest stać w niemym bólu, przy naszych najbliższych i patrzeć na ich mękę, nie mając im nic do powiedzenia. Strasznie jest wyznać, że nasza miłość nie jest dość silna, aby przezwyciężyć cierpienie. Dlatego jesteśmy zmuszeni do walki z nim, dopóki się da, bo inaczej stanie przed nami i zagrodzi drogę naszej miłości, na zawsze. Jeżeli boimy się śmierci i każdego cierpienia, nieuchronnie skazujemy siebie na wiele udręczeń. Imię, Krzyż i Krew Jezusa odmieniły to wszystko. W Jego Męce, w sakramentach, które Ją wszczepiają w nasze życie, bezradność ludzkiej miłości przetwarza się w boską potęgę, dźwigającą nas ponad wszelkie zło. Ona zwyciężyła wszystko. Taka miłość nie zna rozstania. I nie więcej lęka się cierpienia, niż młode zboże obawia się wiosennej ulewy. Takiej miłości i takiego zjednoczenia nie można znaleźć w samej doktrynie. Chrześcijanin jest wyposażony w coś więcej niż pewną filozofię cierpienia i ma w sobie pokój człowieka, któremu nic już grozić nie może. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo to Chrystus żyjący w nas, On wszystko zwyciężył i jednoczy nas wszystkich w sobie. Wszyscy żyjemy zespoleni mocą Jego śmieci, która zwyciężyła śmierć. W Nim jesteśmy nierozłączni; wolno więc nam szukać owocnej samotności, jeśli czujemy jej potrzebę. Bo będąc zjednoczeni z Chrystusem jesteśmy też w Nim złączeni z tymi, których kochamy. I chociaż słusznie martwimy się widomym rozstaniem z najbliższymi (bo mamy również kochać ich ludzką obecność), radujemy się także z ich śmierci, bo świadczy o sile naszej wzajemnej miłości. Mocne przekonanie i niewzruszona nadzieja złączenia się z naszymi zmarłymi w Chrystusie, ciągle mówi nam; że on żyją, że On żyje i że my żyjemy. To jest nasze wielkie dziedzictwo. Męstwo otrzymane od Boga jest Jego mocą, z którą nic nie może się równać. A duma rodzi się właśnie z porównania. Poznać Krzyż – to nie tylko poznać własne cierpienie. Bo Krzyż jest także znakiem zbawienia, a nikt nie został zbawiony mocą własnej boleści. Poznać Krzyż, to wiedzieć, że zostaliśmy zbawieni przez cierpienie Chrystusa i pojąć miłość Chrystusową, która przyjęła Mękę i śmierć, żeby nas zbawić. To więc poznać samego Chrystusa i historię Jego miłości, której doświadczamy.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

W Krzyżu cierpienie…

Czy zastanawiałeś(-aś) się kiedykolwiek, jak odbieramy Krzyż Chrystusa, z czym kojarzymy, jaki obraz krzyża funkcjonuje w naszym życiu codziennym? Czy krzyż jest dla Ciebie tylko biżuterią i akurat nie pasuje do tego sweterka, więc dziś zamienisz go na ulubiony naszyjnik z cyrkoniami, a może uwielbiasz kolczyki w kształcie krzyża, breloki albo ozdobne wisiory na szyi, bo fajnie się prezentują? Czy raczej jest znakiem Twojej wiary, symbolem Zmartwychwstania noszonym z godnością i szacunkiem dla Pana Jezusa. Czy dopuszczasz ten krzyż w swoim życiu, jako np. swoistą polisę ubezpieczeniową, na wypadek śmierci? A może jest takim przyjacielem rezerwowym, na wszelki wypadek, gdy wszyscy pozostali zawiodą i nie ma się komu wyżalić? Albo nie wydaje Ci się, że stanowi jakąś formę okupu za Twoje zbawienie? Czy nie traktujesz krzyża jako swoistego rodzaju zapłaty z góry za Twoje winy, bo przecież Jezus Ci to załatwił! Czy autentycznie Jezus i Krzyż jest dziś dla Ciebie Drogą, Prawdą i Życiem? Jak to jest? Czy wierzysz, że On wziął na siebie Twój krzyż? Nie każe Ci być drugim Szymonem, poświęcać się wystawiając na widok publiczny, przyjmować razy od zdziczałego rządzą śmierci – ludu, pocić się ze strachu krwią… Ty masz tylko wziąć swój krzyż, i nieść przez życie, w wymiarze dostosowanym w sam raz dla Ciebie! Twój krzyż nie jest Jego Krzyżem, to dwa różne krzyże. Ten Twój jest dopasowany do wzrostu, postury i wpleciony w Twoją historię życia, jest Twoim powołaniem nadanym Tobie indywidualnie na Chrzcie świętym. Krzyż Jezusa był i jest Krzyżem życia dla wszystkich żyjących, jest wybawieniem Ciebie i mnie od kary wiecznej. Co to znaczy wziąć swój krzyż i naśladować Mistrza? To unieść chwilowe cierpienia i swoje „Ego”, i ponieść tak przez własne życie, by w tym życiu naśladować Jezusa, również w ciszy znoszenia ich ciężaru. Czy to tak wiele, że jest nie do zniesienia? A jeśli tak, to zwróć uwagę, czy przez sposób eksponowania swojej obecności w tym cierpieniu, nie stajesz się egoistycznie krzyżem w czyimś życiu? Czy nie obdzielasz tym swoim krzyżem wszystkich dookoła, tak dla zasady: żeby wszyscy nieśli po równo, żeby poczuli się współwinni, żeby wzbudzić zainteresowanie i litość nad sobą. Może Twój własny krzyż wydaje Ci się zbyt ciężki, mocno uwiera, ma za dużo wystających drzazg, jest zbyt długi i plącze się pod nogami, zbyt szeroki i styka się ramionami z krzyżem kogoś bliskiego? Może niesiesz go w samotności, może tylko tu Twoja droga jest podobna do drogi Twojego Mistrza… Tylko, że on niósł swój Krzyż w samotności i ciszy; nie narzekał, nie szukał współczucia i zainteresowania sobą wśród innych. Przyjmował Go z godnością, zgadzał się na ten ciężar i na to co się zdarzy na tej drodze. Bał się tak samo jak Ty – panicznie! Powiesz: „ale On wiedział, co Go czeka”. Tak! Wiedział, że musi umrzeć i Ty też to wiesz. Z tą różnicą, że Jezus umarł oddając swoje życie dobrowolnie, z miłości za każdego z nas. Udowadniając Ci, że jest największym Twoim przyjacielem, który kocha miłością szaleńczą, zdolną do największych poświęceń. Przez swoją śmierć wybawił Ciebie od śmierci wiecznej, tzn. dał Ci w prezencie życie wieczne. Teraz tylko od Ciebie zależy, w jakiej rzeczywistości i miejscu znajdziesz się po śmierci fizycznego ciała. To jest ta Twoja wolność i twoja niezależność, to jest ten dar od Boga. Co z nim zrobisz? Wśród wielu niesprawiedliwości jakie Cię spotkały w życiu, to jedno będzie sprawiedliwe. Wszyscy umrzemy, wcześniej czy później. Powiesz: „do noszenia ciężkiego krzyża trzeba być świętym… ja nie jestem!” Otóż Jesteś! Otrzymałeś tę świętość na Chrzcie świętym.

Święty nie jest człowiekiem, który przyjmuje cierpienie, ponieważ je lubi i głosi to upodobanie przed Bogiem i ludźmi, aby za to pozyskać wielką nagrodę. On nienawidzi cierpienia tak samo jak każdy z nas, tylko jednocześnie tak kocha Chrystusa, że pozwala na wypróbowanie tej miłości każdym rodzajem cierpienia. Robi to nie dlatego, żeby uważał je za jakieś szczególne osiągnięcie, ale ponieważ żąda tego miłość Chrystusowa, wypełniająca jego serce. Święty jest człowiekiem zestrojonym z duchem i sercem Chrystusa tak bardzo, że czuje się przynaglony, by z wdzięcznością odpowiedzieć żądaniom miłości Bożej miłością własną, podobną do Chrystusowej. Może się nieraz wydawać, że święci jakoś niejasno i abstrakcyjnie pragnęli cierpienia. W rzeczywistości każdy człowiek jest uprawniony do pragnienia tylko tych osobistych, ściśle wybranych cierpień, jakie w zamiarach Opatrzności zostały przeznaczone jego życiu. Niektórzy z nas zostali jakby szczególnie wybrani, żeby dawać świadectwo miłości Chrystusowej – życiem przytłoczonym utrapieniami. Ale nie powinno to utwierdzać nas w przekonaniu, że aby stać się świętym, trzeba się zaprawiać do cierpienia, tak jak zawodnik zaprawia się do sportu wyczynowego. Nie ma bowiem dwóch ludzi na świecie, którym przyszłoby znosić w identyczny sposób te same nieszczęścia. Nikomu Bóg nie każe cierpieć, jedynie dla samego cierpienia. Cóż w gruncie rzeczy może być bardziej osobistego niż cierpienie? Przerażająca daremność naszych wysiłków, ażeby uprzytomnić rzeczywistość naszego bólu innym ludziom, i tragiczna nieadekwatność ich współczucia, są aż nazbyt oczywistym dowodem, że cierpieniem nie można się z nikim podzielić. Człowiek jest najbardziej samotny w cierpieniu. Dlatego ono jest jego testem i sprawdzianem jego osoby. Jak możemy stawić czoło temu straszliwego badaniu? Co odpowiemy na zapytanie o ból, o jego rozmiar? Bez pomocy Boga przestajemy być wtedy osobą przeżywającą swoje człowieczeństwo. Pod jarzmem cierpienia przemieniamy się w tępe zwierzęta, szczęśliwi, jeśli możemy być niemi jak one i umierać spokojnie. Kiedy cierpienie pyta nas: „Kim jesteś?” – musimy nauczyć się odpowiadać mu wyraźnie i wypowiedzieć nasze własne imię. W ten sposób wyrażamy najgłębszą treść tego czym jesteśmy, czym pragnęliśmy być i czym staliśmy się naprawdę. Wszystko to zostaje w nas przesiane przez cierpienie i wówczas przekonujemy się, że te dane są nieraz sprzeczne ze sobą! Jeżeli w życiu będziemy postępować jak chrześcijanie, to nasze imię, nasza praca, i nasza osobowość uzgodnią się z prototypem wyciśniętym na naszych duszach, przez otrzymany na Chrzcie charakter sakramentalny. Ten święty sakrament nadaje nam imię, ponieważ dno naszej duszy zostaje wtedy naznaczone piętnem nadprzyrodzonej tożsamości, która będzie wieczyście świadczyć, kim jesteśmy dla Boga. Poprzez Chrzest zanurzający nas w śmierci Chrystusa, wszystkie cierpienia naszego życia, stają się wartością, której posłannictwem jest wspomaganie nas do wypracowania wzoru naszej tożsamości, otrzymanego w tym sakramencie. Jeżeli więc pragniemy dorosnąć do tego, czym powinniśmy być, i kiedy staniemy się tym, czym mieliśmy się stać, odpowiemy na pytanie cierpienia – zarówno naszym imieniem, jak i Imieniem Jezusa. I odkryjemy, że zaczęliśmy wypracowywać nasze przeznaczenie polegające na tym, iż mamy być jednocześnie sobą i Chrystusem. Nie można dobrze zrozumieć cierpienia ani uświęcającej je ofiary poza kontekstem Chrztu. Chrzest bowiem nadając nam piętno tożsamości, obdarza nas też boskim powołaniem do odnalezienia siebie w Chrystusie. Właśnie ta łaska i charakter Chrztu nadają naszej duszy duchowe podobieństwo do Chrystusa w Jego cierpieniach. Chrzest wszczepia nas w mistyczny krzew winny, którym jest Ciało Chrystusowe, i sprawia, że żyjemy Jego życiem i dojrzewamy niby grona rozpięte na Jego Krzyżu. Zostajemy podłączeni do Jego krwiobiegu, by czerpać ze Zdroju Zbawienia. Łączy nas ze społecznością świętych, których życie wypływa z Męki Jezusa. Ale każdy sakrament zjednoczenia jest także sakramentem zróżnicowania. Czyniąc nas członkami jednego ciała, Chrzest również wyraźniej nas określa i odróżnia nie tylko od tych, co nie żyją w Chrystusie, ale również, a nawet osobliwie, pomiędzy sobą. Wlewa w nas bowiem osobiste i nie dające się przekazać powołanie do odtwarzania w naszym życiu życia, miłości i cierpień Chrystusowych w sposób niepowtarzalny, nieznany żadnej innej ludzkiej istocie na ziemi. Cierpienie może więc być prawdziwie poświęcone Bogu tylko jako owoc Chrztu. Ma dopiero wtedy sens, kiedy jest zanurzone w wodach tego sakramentu. Tylko one dają mu władzę obmywania i oczyszczania. Kiedy spojrzę na własne cierpienie nie jako na ścieranie się mojego życia ze ślepą maszyną zwaną losem, ale jako na sakramentalny dar miłości Chrystusowej, dany mi przez Boga Ojca razem z moją tożsamością i moim imieniem – wówczas będę mógł je Bogu poświęcić i ofiarować wraz z całym swoim życiem. Bo wtedy zdam sobie sprawę, że to nie są moje cierpienia. Są Męką Chrystusową, która niby krzew winny zapuściła swoje gałązki w moje życie, żeby tam mogły wydawać bogate grona, upajając moją duszę winem miłości Chrystusowej i rozlewając na cały świat to wino mocne jak ogień.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Stacja druga
Modlitwa

Wiem, Drogi Jezu, jak powstają krzyże. Twoja wola jest belką pionową; moja wola jest poprzeczną belką. Gdy kładę moją wolę w poprzek Twojej woli, konstruuję krzyż. Aż do tej pory, Panie Jezu, zajmowałem się jedynie formowaniem krzyży, okazując nieposłuszeństwo Twemu świętemu prawu i broniąc moich własnych, samolubnych pragnień. Pozwól, abym nie budował Ci już więcej krzyży, lecz abym odtąd kładł belkę mojej woli wzdłuż belki Twojej woli, tworząc jarzmo, które zawsze będzie słodkie i ciężar, który zawsze będzie lekki.

abp Fulton J. Sheen, Droga Krzyżowa, Sandomierz 2018

Święto Katedry świętego Piotra

* Oryginalna „katedra” św. Piotra po raz ostatni została publicznie wystawiona w roku 1867.

Święto katedry św. Piotra, zwane od IV wieku jako łac. Natale Petri de cathedra – to święto liturgiczne obchodzone 22 lutego w Kościele rzymskokatolickim. W tym czasie katolicy wspominają z czcią tron św. Piotra Apostoła uznawanego za pierwszego papieża. Święto to przypomina, że Stolica Piotrowa jest podstawą jedności Kościoła.

W 1558 roku papież Paweł IV ustalił na 18 stycznia, pamiątkę wstąpienia na tron rzymski św. Piotra, a 22 lutego obchód święta objęcia stolicy w Antiochii. Oba święta obchodzone początkowo w Rzymie, Paweł IV rozszerzył obowiązkowo na cały Kościół łaciński.

Do roku 1962 Kościół obchodził oba święta. Po reformie Jana XXIII zostały one połączone w jedno, pod brzmieniem ogólnym: święto „Katedry św. Piotra”.

Dzięki założeniu przez św. Piotra stolicy biskupiej i papieskiej w Rzymie, miasto to stało się ośrodkiem całego chrześcijaństwa. W bazylice św. Piotra na watykanie przechowuje się drewnianą « katedrę », czyli przenośny tron biskupi, który miał służyć św. Piotrowi.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1963, s. 793

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: « Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? » A oni odpowiedzieli: « Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków ». Jezus zapytał ich: « A wy za kogo Mnie uważacie? » Odpowiedział Szymon Piotr: « Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego ». Na to Jezus mu rzekł: « Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie ».

Mt 16, 13-19

1. Na Boży rozkaz opadły kajdany, *
które więziły Piotra Apostoła, *
bo Chrystus jego wyznaczył na stróża *
swojej owczarni i nauczyciela, *
by chronił owce przed wilkiem drapieżnym.

2. Cokolwiek odtąd zawiąże na ziemi, *
będzie i w niebie mocno zawiązane, *
a co swym słowem na ziemi rozwiąże, *
także w niebiosach rozwiązane będzie *
i on w wieczności osądzi narody.

3. Niech będzie Ojcu majestat i chwała, *
Jego Synowi cześć i panowanie, *
pokorne hołdy Duchowi Świętemu; *
Kościół wzniesiony na skale Piotrowej *
niech Boga w Trójcy wysławia z wdzięcznością.
Amen.

W cieniu Krzyża

W minioną środę rozpoczął się Wielki Post. Większości ludzi kojarzy się z cierpieniem, ukrzyżowaniem i śmiercią Jezusa. To od nas zależy, czy spojrzymy na te 40 dni jak na historię i z rozrzewnieniem powspominajmy Drogę Krzyżową, Mękę i Śmierć Jezusa, kolejny raz! Czy może odważymy się tym razem potowarzyszyć Chrystusowi realnie. Zostaliśmy przecież włączeni w tę tajemnicę na Chrzcie Świętym. Czy znajdziemy w sobie tyle odwagi i zaciekawienia, by spróbować zrozumieć prawdziwie Krzyż? Nie chodzi o to by w jakiś sobie znany sposób pocierpieć, ograniczyć swoje życie i pomniejszyć jego sens. Bóg jest przecież przeciwnikiem cierpienia i nie ma obsesji cierpienia. Bóg uzdrawia i uwalnia od zła. Jest raczej niepoprawnym, niezwykle delikatnym i bardzo cierpliwym optymistą, pełnym miłosierdzia, czekającym ciągle za nami na drodze; podczas gdy człowiek lubi zbaczać, zatrzymywać się, opóźniać, zbierać pamiątki, kolekcjonować przyzwyczajenia, smakować nieznane doznania z ciekawością, snuć się po manowcach życia angażując przy tym swoją wolną wolę, jaką otrzymał od Boga i rozmieniając cały podarowany czas na drobne. Zegar życia tyka nieubłaganie, odliczając sekundę po sekundzie, czas jaki nam pozostał. Ile go jeszcze masz? … bo może się nagle okaże, że to ostatni taki Wielki Post. I nie wymawiaj się: „mnie to nie dotyczy”, bo dotyczy sprawiedliwie wszystkich, tylko jeszcze nie wiesz jak bardzo! Zagłębiając się w Post poszukajmy tym razem takiego działania Boga w nas, które doprowadza do pełni życia, uzdrawia i oczyszcza, sprowadza prosto, z lokalnych dróg i bezdroży na autostradę do Nieba. By nasza radość ze Zmartwychwstania okazała się pełna. Krzyż Jezusa jest tajemnicą związaną z naszą drogą i kładzie się w poprzek ilekroć chcemy żyć autentycznie z Bogiem. Ale jednocześnie krzyż nie jest celem samym w sobie, jest tylko etapem życia. Spróbujmy przez tegoroczne niedziele Wielkiego Postu spojrzeć na krzyż i cierpienie w duchu Jezusa, jak na pewien proces, parafrazując słowa o Krzyżu, z bez wątpienia najbardziej znanej książki Thomasa Mertona „Nikt nie jest samotną wyspą”.

W słowie Krzyża jest coś więcej niż przyjęcie cierpienia albo praktykowanie ascezy. Krzyż jest czymś pozytywnym – to coś więcej niż śmierć. Słowo Krzyża jest głupstwem dla tych, którzy giną, ale dla tych, którzy zbawienia dostępują, „jest mocą Bożą”. (1 Kor 1, 18). Samo przyjęcie cierpienia może bardzo łatwo stać się czymś wprost przeciwnym świętości. Cierpienie, które się przyjmuje powinno być uświęcone, ponieważ samo w sobie, nie przynosi żadnej korzyści naszej duszy, nadaje jej tylko twardość. Samo znoszenie cierpienia nie jest jeszcze jego uświęceniem. Prawdziwa asceza nie jest jedynie kultem męstwa. Możemy najsurowiej wyrzekać się czegoś z fałszywych pobudek i w rezultacie odczuwać duże zadowolenie z siebie, z powodu poniesionej ofiary. Cierpienie można uświęcić i ofiarować Bogu jedynie przez wiarę w Boga. Samo przyjęcie cierpienia ze stoicyzmem, dźwiganie brzemienia fatalnej, nieuniknionej i niezrozumiałej konieczności – jest odwagą, ale to nie jest jeszcze uświęcenie cierpienia. Niektórzy wierzą w samoistną moc i wartość cierpienia. Ale ich wiara jest iluzją. Ono nie posiada własnej wartości i mocy. Ma wartość jedynie jako test, jako próba wiary. A jeśli nasza wiara nie wytrzyma tej próby, czy i wtedy cierpienie będzie rzeczą dobrą? Czy wtedy nas nie zniszczy? Wierzyć w cierpienie – to objaw pychy; ale cierpieć i wierzyć w Boga – to akt pokory. Cierpienie samo przez się, nie udoskonala nas, ale umożliwia nam stanie się lepszymi. I tak jeśli cierpiąc, składamy coś w ofierze Bogu, to w istocie ofiarowujemy Mu nie cierpienie, tylko samych siebie. Śmierć Jezusa na Krzyżu ma nieskończoną wartość i znaczenie nie przez to, że jest śmiercią, lecz że jest śmiercią Syna Bożego. Krzyż Chrystusowy nic nie mówi o władzy cierpienia i mocy śmierci. Głosi tylko moc Tego, który je zwyciężył, zmartwychwstając z grobu. Nie po to, byśmy żyli czcią ran Chrystusa, gdyby umarł nie zmartwychwstając! Jego miłość dla nas jest niezmierzoną miłością Boga, mocniejszą od wszelkiego zła, której śmierć dotknąć nie może. Cierpienie może więc być ofiarowane Bogu tylko przez człowieka wierzącego, że Jezus żyje! Bo samą istotą Chrześcijaństwa jest stawienie czoła cierpieniu i śmierci, nie dlatego aby one były dobre i same w sobie stanowiły jakąś wartość, ale dlatego, że zmartwychwstanie Chrystusa zmieniło całe ich znaczenie.

Thomas Merton, Nikt nie jest samotną wyspą, Poznań 2017

Więc Krzyż ma jeszcze jedną stronę – Zmartwychwstanie…

Dla tych, którym nie było dane zetknąć się do tej pory z Thomasem Mertonem, kilka słów o nim samym.

Czytaj dalej…