O spowiedzi słów kilka…

Dziwna rzecz, że jest tak mało takich kapłanów, którzy umieją w duszę wlać moc i odwagę, i siłę, że dusza, nie męcząc się, idzie zawsze naprzód. Pod takim kierownictwem dusza, nawet przy słabych siłach, wiele może dla chwały Bożej uczynić. I poznałam w tym jedną tajemnicę, to jest, że spowiednik, czyli kierownik, nie lekceważy drobnych rzeczy, które mu dusza przedstawia.
A kiedy dusza spostrzeże, że jest w tym kontrolowana, zaczyna się ćwiczyć i nie opuszcza najdrobniejszej sposobności do cnoty i także unika najdrobniejszych błędów…
I przeciwnie: jeżeli dusza spostrzeże, że spowiednik lekceważy te drobne rzeczy, więc i ona zaczyna je lekceważyć, przestanie z nich zdawać sprawę spowiednikowi, co gorsza, zacznie się zaniedbywać w drobnych rzeczach – i tak, zamiast naprzód, idzie się pomału wstecz. I dusza się dopiero spostrzeże, jak już wpadnie w rzeczy poważniejsze…

Dz. 937

Chcę podzielić się dzisiaj z tobą czytelniku(-czko), kilkoma spostrzeżeniami, jakie nasunęły mi się w czasie kilku lat własnych, regularnych spowiedzi. Być może zmagasz się właśnie z niezrozumieniem, niechęcią czy celowością częstych spowiedzi, czy w ogóle spowiedzi, bo znajomi sugerują, że to nie modne, że przecież nikogo nie zabiłem, do kościoła chodzę (czasem), pacierz mówię (ten sam od Pierwszej Komunii, bo tak mnie wtedy nauczono), więcej grzechów nie pamiętam! No i już… kolejny raz „odbębnione” na święta. A właściwie to, po co będę księdzu gadał do ucha o tym czego się wstydzę, nadwyrężał Swój wizerunek?!

W jaki sposób pojmujemy sakrament pokuty? Co tak naprawdę o nim wiemy? Czy jest dla mnie tylko wymuszoną, wstydliwą powinnością, kilka razy do roku? Czy po drugiej stronie konfesjonału widzę tylko człowieka, który tam siedzi fizycznie? Może podejrzewam go o niegodziwe intencje, o wścibstwo? Czy jestem pewny, że skoro to sakrament, to kapłan jest tylko szafarzem, tym który z mocy święceń pośredniczy w tym darze, a dawcą jest Bóg? Co otrzymuję?

A co z regularnością, bo dwa razy do roku z przyzwyczajenia na święta, to stanowczo zbyt minimalistycznie! Przesada w jedną i w drugą stronę jest zdecydowanie niewskazana. Przyjmuje się, że raz w miesiącu (najlepiej w okolicy pierwszego piątku miesiąca), to zdroworozsądkowe podejście do tematu. Nie mówię tu o osobach konsekrowanych, kapłanach czy rozeznających powołanie, bo ich obowiązują inne reguły: zakonne lub zwyczajowe. Skupmy się na osobach żyjących w normalnym otoczeniu. Więc raz w miesiącu oraz w czasie ważnych uroczystości, sakramentów przyjmowanych przez najbliższe nam osoby, czy w momencie, gdy nagle nasze sumienie zaczyna powracać co chwilę, do czegoś i solidnie wyrzuca nam, że trzeba trochę wyczyścić duszę z tego, co nam się przytrafiło przypadkowo, czy w związku ze słabością, by świadomie nie brnąć dalej i nie udawać, że nic się nie stało. By nie oszukiwać samych siebie a przede wszystkim Boga. To jest właśnie ta podstawowa granica, bo jeśli zaczynam siebie usprawiedliwiać to znaczy, że uświadomiwszy sobie swoje zaniedbanie, przewinienie, szukam wymówki, bronię się porównując z innymi, wybielam siebie i świadomie zaczynam popadać w kolejne grzechy. Uruchamiam kaskadę błędów. Nie będę skupiać się na ciężarze gatunkowym, bo rodzaj grzechu, tzw. materia jest wyraźnie oznaczona w dobrych rachunkach sumienia. Wystarczy wiec poszukać, by nie mieć wątpliwości. Dość wiedzieć, że grzesząc świadomie i dobrowolnie odwracam się od Boga i pozbawiam się łaski uświęcającej. Sam wprowadzam swoje sumienie w stan odrętwienia i obojętności, w którym kolejne grzechy przestają mieć znaczenie i ciężar, bo jeden w tą czy w tamtą, to przecież już żaden ciężar. Zaczynam wchodzić świadomie w coraz większe bagno i czas zacząć uważać, by się nie utopić, czas najwyższy zawrócić, bo chodzenie po śliskiej krawędzi bez asekuracji, zawsze kończy się dotkliwym upadkiem. Pozostaje tylko kwestia czasu, kiedy poczujemy nagle zdarte kolana i łokcie, a może i twarz, o ile przeżyjemy sam upadek? Warto wspomnieć też ważną kwestię, że grzechy świadomie zatajone lub wyspowiadane bez należytej dbałości co do wyjaśnienia przyczyny, ilości i okoliczności (mowa tu o grzechach ciężkich) czynią spowiedź nieważną(!) i każda przyjęta Komunia po takiej spowiedzi jest świętokradztwem(!).

Spowiedź może być uznana za nieważną z trzech powodów:
1) ze względu na brak uprawnień kapłana do spowiadania i rozgrzeszania
2) ze względu na popełnione przez penitenta świętokradztwo
3) ze względu na jego brak dyspozycji.

W Kościele katolickim wyłącznie kapłan jest szafarzem sakramentu pokuty. Same święcenia nie dają mu jednak prawa do odpuszczania grzechów. Kapłan, aby zostać spowiednikiem, potrzebuje jeszcze dodatkowego upoważnienia. Warto tu jednak wspomnieć, że to upoważnienie w dużej mierze dotyczy konkretnego terytorium, np. każdy biskup ma prawo do spowiadania ludzi na całym świecie, o ile nie spotka się ze sprzeciwem biskupa diecezjalnego.
Ponadto każdy kapłan ma prawo do odpuszczenia win osobie czy grupie osób, (w czasie katastrofy czy kataklizmu), znajdującej się w bezpośrednim niebezpieczeństwie śmierci, niezależnie od tego, czy posiada wymagane upoważnienia. Tu przypomnę o takiej wyjątkowej sytuacji, w czasie szalejącej burzy nad Giewontem ponad rok temu, gdy życie 5 osób zostało nagle tragicznie przerwane. Mówimy wtedy o absolucji zbiorowej. Nigdy jednak takie prawo nie przysługuje osobie świeckiej!

Spowiedź może być też nieważna, w znaczeniu świętokradzka, jeżeli penitent świadomie zataił przed spowiednikiem grzech ciężki bądź celowo umniejszył swoją winę (np. nie podając wszystkich okoliczności, w czasie których doszło do popełnienia grzechu, lub w taki sposób mówił o winie, by zmylić czy dezinformować spowiednika, co do istoty popełnionego grzechu np. z powodu strachu, nieufności w tajemnicę spowiedzi czy wstydu). Przy czym trzeba zaznaczyć, że świętokradztwo jako takie, również stanowi grzech ciężki, z którego trzeba się wyspowiadać. Najlepiej wrócić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji jak najszybciej, nie czekając na następną spowiedź wg grafiku. Takie przyznanie się do winy jest dużo lepsze niż notoryczne przeciąganie, kamuflowanie, tworzenie tajemnicy przed szafarzem i usiłowanie mataczenia przed Bogiem. Bo z czasem nabierzemy przekonania, że jesteśmy tajemnicą dla samych siebie, a wina i grzech zaczną przybierać w naszym mniemaniu odcienie dobra i szacunku dla własnej intymności? Czy dobrem i szacunkiem jest zabijanie własnej duszy i utrata możliwości życia wiecznego? Tu dochodzimy do absurdu jak w głodzeniu się anorektyka, obżeraniu bulimika, czy upijaniu alkoholika itd. Bo często o sakramentach myślimy wyłącznie po ludzku, zupełnie zapominając, że to również albo przede wszystkim, materia duchowa. Błędem jest myślenie, że przecież to tylko jakiś mały grzeszek, nic nieznacząca błahostka, może nawet przyjemność, jakieś niewyjaśnione od lat spory, urazy, wojny rodzinne… bo przecież wszyscy je mają. Gromadzone latami, zabijają w nas poczucie dziecka Bożego (…jak często wmawiasz sobie potem, że Bóg mnie nie kocha i ciągle zsyła na mnie gromy i dlatego nic mi w życiu nie wychodzi…), pomniejszają naszą samoocenę, każą myśleć i narzucają, że jesteśmy jakimś wybrakowanym produktem ubocznym, niszczą naszą psychikę, stają się ciężarem nie do zniesienia, monotonią i szarzyzną życia, krzyżem, poniżeniem i już tylko śmierć na końcu drogi ulży naszym cierpieniom, wiec może skrócić te męki samemu i jakiś sznur, rzeka albo pociąg…!!! Jak łatwo można od błahostki przejść do targnięcia się na własne życie?!

Osoba, która popełniła świętokradzką spowiedź, powinna przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania ponownie jak najszybciej i wyspowiadać się zarówno z faktu zatajenia grzechu, jak i z samego zatajonego grzechu, oraz ze wszystkich innych grzechów (pojedynczych, lekkich, nagminnych i ciężkich), które popełniła od poprzedniej ważnej spowiedzi. Bo w przypadku spowiedzi świętokradzkiej żadne(!) grzechy nie zostają odpuszczone!

Jeśli więc sytuacja trwała miesiącami bądź latami, z pełną naszą świadomością, to należałoby przystąpić do tzw. spowiedzi generalnej obejmującej cały ten okres. Trzeba znaleźć kapłana, który zgodzi się na taką spowiedź i podpowie jak się do niej przygotować. Rachunek sumienia w tym przypadku powinien być bardzo solidny i dokładny. Bo mamy przypomnieć sobie wszystkie(!) przewinienia, nawet te najmniejsze, szukając w pamięci również okoliczności i ilości, co do grzechów ciężkich. Po co taka skrupulatność? Bo trzeba sobie uświadomić, że żaden z grzechów popełnionych w tym okresie nie został odpuszczony(!) Wszystkie nasze spowiedzi przypadające na ten okres były nieważne(!).

Natomiast w sytuacji, gdy nie wyjawiliśmy grzechu ciężkiego, bo o nim zwyczajnie zapomnieliśmy przez roztargnienie, pośpiech, spowiedź świętokradzka nie ma miejsca. Należy wtedy przy następnej spowiedzi powiedzieć o tym fakcie w pierwszej kolejności.

O co chodzi z tym brakiem dyspozycji? Chodzi o nasze przygotowanie się do sakramentu i o naszą postawę przed Bogiem, o dbałość i należyte pamiętanie o wszystkich warunkach spowiedzi! Bo o nieważnej spowiedzi mówi się również w przypadku, kiedy penitent nie żałuje szczerze za grzechy i nie postanawia poprawy, bagatelizuje rachunek sumienia, robiąc go niedbale, naprędce, w drodze, między drzwiami wejściowymi kościoła a konfesjonałem. Wówczas – nawet jeśli kapłan wypowie formułę rozgrzeszenia – wierny nie otrzymuje odpuszczenia win(!). Bez właściwej dyspozycji (wewnętrznego przygotowania) niemożliwe jest bowiem przyjęcie sakramentu świętego, rozumianego jako widzialny znak i sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez samego Chrystusa.

Jeśli trudno jest Ci się zdecydować na wypełnienie wszystkich tych zasad i czujesz się słaby, masz trudności, masz wątpliwości, czujesz się zaskoczony tyloma warunkami do spełnienia, to warto poszukać dla siebie patrona dobrej spowiedzi, by w codziennej modlitwie prosić go o wstawiennictwo i pomoc w trudnościach. Może masz takiego ulubionego świętego? A może nie wiesz kogo wybrać? To powinien być ktoś szczególny, już za życia znany jako dobry pasterz, wyśmienity spowiednik, troskliwy kierownik duchowy jak choćby św. Jan Maria Vianney proboszcz z Ars, św. o. Pio, bł. ks. Michał Sopoćko, św. Leopold Mandić, czy sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo. Warto mieć swojego osobistego orędownika przed Bogiem i nauczyciela spowiedzi świętej, by powierzać mu codziennie w modlitwie swoje trudności ze spowiedzią i prosić o należyte kształtowanie sumienia.

Dla mnie właściwe odkrycie i zrozumienie wszystkich warunków dobrej spowiedzi i materii grzechów było swego czasu niezłym szokiem. Wydawało mi się, że wszystko już wiem, po szkolnych lekcjach religii i regularnym chodzeniu do kościoła, ze spowiedzią było trochę gorzej, coraz gorzej. Ciągle powtarzałam, że „wiem”!, kwitując czyjeś wypowiedzi. W rzeczywistości nie wiedziałam prawie nic, a większość słów, określeń, związanych z sakramentem spowiedzi była dla mnie symboliczna czy zupełnie pusta, albo wręcz mylnie rozumiana. Podjęłam pewnego dnia walkę i nadal ją prowadzę, pod okiem kolejnego, towarzyszącego mi od kilku lat stałego spowiednika. Bo warto mieć takiego zaufanego kapłana, który zna Twoją duszę na wylot. Wtedy, wychodząc od spowiedzi nie ma się poczucia, że byłem kolejnym anonimowym penitentem, którego nie zrozumiano, którego nie wysłuchano, który zajął kolejne 2 minuty. Nie ma się wrażenia, że wyszedłem i niczego nie rozumiem z nauki, którą kapłan każdemu anonimowemu penitentowi powtarza jak wyklepaną na blachę regułkę. Warto poszukać, popytać i zasięgnąć informacji, poobserwować, szczególnie stałe konfesjonały czy zakonników. Sprawdzić, czy potencjalny stały spowiednik mówi zrozumiałym dla mnie językiem, czy nie jest to tylko maska niedostępnego erudyty, który nigdy się nie myli. Warto zastanowić się kogo szukam i na jakim spowiedniku mi zależy. Może początki będą trudne, może okaże się, że będzie trzeba zacząć wymagać od siebie więcej, może trzeba będzie powalczyć i poszukać siebie w ukryciu, bardziej skupić się na własnych myślach, czynach czy doznaniach, albo poszperać w historii życia, czasem bolesnej, by znaleźć przyczyny pewnych swoich zachowań, naleciałości, konsekwencje zranień, by dotrzeć do miejsc w duszy najbardziej ciemnych i schorowanych, ukrytych przed światem i Bogiem, zrobić to razem z Jezusem Miłosiernym codziennie, by nauczyć się zauważać pokusy i podjąć walkę z nimi. Warto zawalczyć o siebie, póki jest jeszcze czas(!), by sakrament pokuty stał się sakramentem pojednania i radości, a nie kolejną kpiną i parodią w życiu duchowym, której konsekwencje będą śmiertelnie poważne i tragiczne.

Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co Ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Drzewo przenajszlachetniejsze…

Święto dzisiejsze ustanowiono na pamiątkę znalezienia Krzyża świętego przez cesarzową Helenę i konsekracji bazyliki wzniesionej na Golgocie 14 września 335 roku. Później wspominano w tym dniu odzyskanie Krzyża świętego zrabowanego przez Persów. 3 maja 630 roku w uroczystej procesji cesarz Herakliusz osobiście wniósł odzyskany Krzyż do bazyliki Grobu Chrystusowego. Krzyż święty jest najdostojniejszą pamiątką Męki Pańskiej, dlatego zajmuje poczesne miejsce w świątyniach i domach katolickich.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1963

Był człowiek, który narzekał na swoje życie. Skarżył się, że jest mu ciężko, bo mieszkanie niewygodne, za ciemne, za ciasne, że dochody za małe, że jego rówieśnicy, którzy podobne szkoły ukończyli, zarabiają daleko więcej niż on. Mówił, że innym jest łatwiej żyć, że lepiej dają sobie radę ze złymi ludźmi, z trudnymi okolicznościami, że im wszystko układa się korzystnie, a jemu jest źle i to z roku na rok coraz gorzej. Twierdził, że gdyby się urodził kilkadziesiąt lat wcześniej albo kilkadziesiąt lat później, to wtedy na pewno byłoby wszystko inaczej. Chodził wciąż smutny, skwaszony, zniechęcony.

     Razu pewnego, gdy spał, śniło mu się, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył postać stojącą koło jego łóżka. Chociaż nigdy Anioła nie spotkał, wiedział, że to jest Anioł. Nie czuł w sobie żadnego lęku. Anioł stał nad nim, jakby czekając na jego przebudzenie. A gdy spostrzegł, że on już nie śpi, łagodnym zapraszającym ruchem dał mu znak, aby wstał.

     – Wstań, proszę – powiedział.

     Człowiek ów, wcale tym niezdziwiony, podniósł się z łóżka. Stanął obok tajemniczego gościa. Popatrzył pytająco na niego. A wtedy Anioł z uśmiechem powiedział:

     – Pójdź, proszę, ze mną.

     Człowiek spytał go nieśmiało:

     – Dokąd chcesz, żebyśmy poszli?

     – Zaraz zobaczysz – odpowiedział Anioł.

     Podążył więc za nim. Anioł wiódł go przez jego mieszkanie, wyprowadził go na klatkę schodową i zaczął wstępować po schodach na górę. Człowiek wciąż nie wiedział, dokąd idą i co to ma wszystko znaczyć, ale nie śmiał pytać. Był tylko pewny, że to chodzi o jakąś bardzo ważną sprawę, która go bezpośrednio dotyczy. Postępował w milczeniu za Aniołem coraz bardziej ciekawy, dokąd wiedzie go ten wysłannik Boga. Szli długo po schodach, aż stanęli przed drzwiami. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się, dokąd drzwi prowadzą, ale za moment poznał, że to drzwi wiodące na jego strych. Anioł otworzył drzwi i weszli do wnętrza. Wtedy człowiek zobaczył, że to wcale nie jest strych jego domu. To była wielka sala, pod której ścianami stały nagromadzone krzyże – tysiące, dziesiątki tysięcy, nieprzeliczona ilość; krzyże były różne, dziwne: ogromne, małe i całkiem maleńkie, proste i ozdobne, ze złota i z drewna, malowane, heblowane, wysadzane drogimi kamieniami i całkiem zwyczajne, cięte z brzozy. Przyglądał się uważnie tym krzyżom. Każdy z nich był inny. Czasem zdawało mu się, że znalazł dwa identyczne, ale później zauważał, że tak nie jest, że różnią się pomiędzy sobą przynajmniej jakimś szczegółem.

     Po chwili człowiek, przełamując nieśmiałość, spytał Anioła:

     – Skąd tu tyle krzyży? Po co tu stoją? Do kogo należą?

     Usłyszał jego głos:

     – To są ludzkie krzyże.

     – Ludzkie krzyże? – powtórzył człowiek, niewiele z tego rozumiejąc.

     – Każdy musi jakiś nieść – mówił dalej Anioł.

     – Ach tak. Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych krzyży i dlaczego każdy z nich jest inny. Ale po co przyszliśmy tutaj?

     Anioł odpowiedział:

     – Pan Bóg polecił mi, abym ciebie tu przyprowadził.

     – Pan Bóg? – zdziwił się ów człowiek. – Dlaczego?

     – Narzekasz na swój krzyż. Mówisz, że ci bardzo ciężko z nim iść. Bóg zezwolił, abyś tu przyszedł i wybrał sobie inny krzyż, jaki tylko zechcesz i żebyś z tym nowym krzyżem szedł dalej przez życie, nie narzekając.

     Człowiek słuchał tego, co Anioł mówił, prawie nie wierząc swoim uszom. W końcu powiedział:

     – Czyż to jest możliwe, żeby Wielki Bóg chciał się zajmować takim człowiekiem jak ja?

     – Pan Bóg naprawdę przysłał mnie do ciebie – potwierdził Anioł.

     – Będę mógł wybrać krzyż taki, jaki tylko zechcę? – spytał wciąż jeszcze nieufny.

     – Tak. Naprawdę – powtórzył Anioł jego słowa. – Możesz wybrać taki krzyż, jaki tylko zechcesz.

     – I będę mógł z nim iść przez całe życie? – pytał człowiek, chcąc się upewnić.

     – Tak. Będziesz mógł iść z nim, jeżeli tylko zechcesz, przez całe twoje życie – odpowiedział mu Anioł.

     Człowiek wiedział już, który krzyż wybierze. Piękny, złoty krzyż przyciągał jego wzrok od pierwszej chwili. Pomyślał: „Wreszcie będę miał wspaniałe życie”. Spytał nieśmiało Anioła, wskazując na ten krzyż:

     – Czy mogę go wziąć?

     Anioł skinął głową:

     – Tak.

     Uradowany człowiek podbiegł do upatrzonego krzyża, objął go mocno, aby go włożyć na swoje ramiona, ale nadaremnie. Nie potrafił go nawet ruszyć. Krzyż był bardzo ciężki. Mimo to człowiek nie chciał z niego zrezygnować. Wytężył wszystkie siły. Nic nie pomogło. Krzyż nawet nie drgnął. Zaskoczony tym i rozczarowany powiedział do Anioła:

     – Za ciężki.

     – Spróbuj znaleźć inny, który będzie lepszy dla ciebie – powiedział spokojnie Anioł.

     Człowiek rozejrzał się po sali i skierował w stronę innego krzyża, również złotego, choć nie tak dużego, który też wcześniej już spostrzegł. Krzyż ten był wysadzany wspaniałymi kamieniami, ozdobiony wyszukanym ornamentem. Podszedł do niego, z trudem położył go sobie na ramiona. Zrobił z nim parę kroków i przekonał się, że niestety ten też jest za ciężki, a poza tym dokuczliwie gniotą go w ramiona te wspaniałe ozdoby i drogie kamienie, które go tak zachwycały. Odezwał się trochę do siebie, trochę do Anioła:

     – Jest niemożliwe, żebym mógł z nim iść dłuższy czas.

     – Znajdziesz na pewno krzyż bardziej dla ciebie odpowiedni. Tylko nie zniechęcaj się – pocieszył go Anioł.

     Człowiek rozglądnął się w poszukiwaniu i po chwili podszedł do krzyża też złotego, który był o wiele mniejszy. Faktycznie, był on również o wiele lżejszy, ale za krótki. Gdy ułożył go sobie na ramionach i zaczął z nim iść, krzyż ten tłukł go po nogach i plątał mu krok. Odłożył go na miejsce. Wziął inny krzyż, ale ten mu też nie odpowiadał. Potem spróbował nieść inny i znowu inny. Coraz bardziej nerwowo, już nie chodził, ale biegał po tej ogromnej sali, szukając krzyża dla siebie. Czas płynął, a on wybierał i wybierał bez końca. Wciąż nie mógł znaleźć krzyża, z którego byłby zadowolony. Bo były za długie albo za krótkie, za ciężkie, albo zbyt uciskały go ozdoby, albo po prostu nie podobały mu się w kształcie lub kolorze. Już zdawało mu się, że nie zdecyduje się na żaden, że nie znajdzie dla siebie odpowiedniego. Przyszło mu nawet do głowy, że może przez zapomnienie czy przeoczenie nie zrobiono stosownego krzyża dla niego. I gdy był na skraju rozpaczy, że będzie musiał wziąć jaki bądź, pierwszy lepszy, wtedy wreszcie znalazł taki, który był odpowiedni dla niego. Wszystko mu się w nim podobało: i ciężar, i długość, kolor, ozdoby. Wszystko było takie, jak chciał. Był świetny, najlepszy. Uszczęśliwiony podszedł z tym krzyżem do Anioła i powiedział:

     – Znalazłem.

     – Cieszę się, że znalazłeś – odrzekł Anioł.

     Człowiek ów, jakby z obawy, by mu tego krzyża nie odebrano, powtórzył:

     – Tak, ten mi odpowiada. Proszę cię, pozwól mi z tym krzyżem iść przez całe życie.

     Anioł uśmiechnął się tajemniczo:

     – Dobrze. – A potem dodał: – A czy ty wiesz, że to jest twój krzyż?

     Człowiek patrzył z niepokojem na Anioła, nie rozumiejąc, o co chodzi. Wreszcie zapytał:

     – Nie wiem, o czym mówisz?

     Wtedy Anioł powiedział mu wyraźnie:

     – Ten krzyż, który znalazłeś, to jest twój krzyż. To jest ten sam, który od początku życia niesiesz na swoich ramionach.

ks. M. Maliński, Ludzkie krzyże
Tekst oryginalnyPrzekład polski
Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis,
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

Dulce lignum, dulces clavos,
Dulce pondus sustinet. 

Pange, lingua, gloriosi,
Proelium certaminis,
Et super Crucis trophaeo,
Dic triumphum nobilem,
Qualiter Redemptor orbis,
Immolatus vicerit. 

Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis:
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

De parentis protoplasti,
Fraude Factor condolens,
Quando pomi noxialis,
Morte morsu corruit,
Ipse lignum tunc notavit,
Damna ligni ut solveret. 

Dulce lignum, dulces clavos,
Dulce pondus sustinet. 

Hoc opus nostrae salutis,
Ordo depoposcerat,
Multiformis proditoris,
Ars ut artem falleret,
Et medelam ferret inde,
Hostis unde laeserat. 

Crux fidelis, inter omnes
Arbor una nobilis:
Nulla talem silva profert,
Fronde, flore, germine. 

Aequa Patri Filioque,
Inclito Paraclito,
Sempiterna sit beatae
Trinitati gloria,
Cuius alma nos redemit,
Atque servat gratia.

Amen.
Krzyżu święty, nadewszystko,
Drzewo przenajszlachetniejsze,
W żadnym lesie takie nie jest,
Jedno na którém sam Bóg jest:

Słodkie drzewo, słodkie gwoździe,
Rozkoszny owoc nosiło.

Skłoń gałązki, drzewo święte,
Ulżyj członkom tak rozpiętym;
Odmień teraz onę srogość,
Którąś miało z przyrodzenia:
Spuść lekuchno i cichuchno
Ciało Króla niebieskiego.

Tyś samo było dostojne
Nosić światowe zbawienie,
Przez cię przewóz jest naprawion
Światu, który był zagubion:
Który święta krew polała,
Co z Baranka wypłynęła.

W jasłkach leżąc, gdy tam płakał,
Już tam był wszystko oglądał:
Iż tak haniebnie umrzeć miał,
Gdy wszystek świat odkupić miał;
W on czas między zwierzętami,
A teraz między łotrami.

Niesłychanać to jest dobroć,
Za kogo na krzyżu umrzeć:
Któż to może dziś wykonać,
Za kogo swoją duszę dać?
Sam to Pan Jezus wykonał,
Bo nas wiernie umiłował.

Nędzneby to serce było,
Coby dziś nie zapłakało:
Widząc Stworzyciela swego,
Na krzyżu zawieszonego,
Na słońcu upieczonego
Baranka wielkanocnego.

Marya Matka patrzała
Na członki, które powiła:
A powiwszy całowała,
Z tego wielką radość miała;
Teraz je widzi zczerniałe,
Żyły, stawy w Nim porwane.

Nie był taki, ani będzie
Żadnemu smutek na świecie,
Jaki czysta Panna miała
W on czas, kiedy narzekała:
Nędzna ja sierota dzisiaj,
Do kogoż się ja skłonić mam?

Jednegom Synaczka miała,
Com Go z nieba być poznała:
I tegom już postradała,
Jednom się sama została;
Ciężki  ból cierpi me serce,
Od żalu mi się rozsieść chce.

W radościm go porodziła,
Smutku żadnegom nie miała;
A teraz wszytkie boleści
Dręczą mnie dziś bez litości:
Obymże ja to mogła mieć,
Żebym mogła zaraz umrzeć.

Byś mi Synu nisko wisiał,
Wzdybyś z mnie jaką pomoc miał:
Głowębym Twoję podparła,
Krew zsiadłą z lica otarła;
Ale Cię nie mogę dosiądz,
Tobie, Synu, nic dopomódz.

Anielskie się słowa mienią,
Symeonowe się pełnią;
On mówił: pełnaś miłości,
A jam dziś pełna gorzkości;
Symeon mi to powiedział,
Iż me serce miecz przebóść miał.

Ni ja ojca, matki, brata,
Ni żadnego przyjaciela;
Skądże pocieszenie mam mieć?
Wolałabym stokroć umrzeć
Niż widzieć żołnierza złego,
Co przebił bok Syna mego.

Matki, co synaczki macie,
Jako się w nich wy kochacie:
Kiedy wam z nich jeden umrze,
Ciężki ból ma wasze serce;
Cóż ja, com miała jednego,
Już nie będę mieć inszego.

O, niestetyż, miły Panie!
Toć niemałe rozłączenie;
Przedtém było miłowanie,
A teraz ciężkie wzdychanie:
Czemuż, Boże Ojcze, nie dbasz,
O Synaczku pieczy nie masz.

Którzy téj Pannie służycie,
Smutki jéj rozmyśliwajcie:
Jako często omdlewała,
Często na ziemię padała;
Przez te smutki któreś miała,
Uprośże nam wieczną chwałę.

Amen.

We wnętrzu miłosierdzia…

Po wakacyjnym cyklu o św. Ignacym z Loyoli i tym wcześniejszym, dotyczącym modlitwy serca postanowiłam wrócić jeszcze na chwilę do kilku istotnych spraw dotyczących poruszanych tematów.

Jeśli twoja przeszłość jest dla ciebie ciężarem, jeśli masz o to do kogoś pretensje, pamiętaj, że samo wskazanie winnych niczego nie zmieni; usprawiedliwianie swojego zachowania trudnym dzieciństwem jest jakąś formą ucieczki od odpowiedzialności; twoja przeszłość nie jest dla ciebie wyrokiem, ale wyzwaniem!
Ważne jest nie tylko to, co życie zrobiło z tobą; równie ważne jest to, co ty zrobisz z tym, co życie zrobiło z tobą.

Te słowa wypowiedziane kiedyś w mojej obecności przez pewnego kapłana, stały się kroplą drążącą skałę.

Przez ostatnie lata składałam swoje życie duchowe w ponowną całość. Jakże wielu rzeczy nie wiedziałam i jak wiele przeoczyłam wcześniej. W poszukiwaniu samej siebie pomogły Rekolekcje ignacjanskie, praca nad sobą, nad przywracaniem własnej godności, szacunku do samej siebie, odnajdywanie fragmentów drogi życia, które kiedyś źle rozpoznałam i pomyliłam przyjaciół z nieprzyjaciółmi, a nie miałam dość odwagi i siły, by naprawić sama swój błąd. Teraz z pomocą stałego towarzyszącego spowiednika, krok po kroku, uczę się właściwej oceny rzeczy i przyjaźni. Bo to, że czujemy się skrzywdzeni przez kogoś w życiu, to tylko zewnętrzny obraz nas samych widziany w lustrze codziennie, ilekroć patrzymy na siebie, widzimy smutną twarz jak maskę, oczy zagubione gdzieś w oddali, ukryte przed wzrokiem tłumu, zaciśnięte milczące usta, bruzdy na czole tak napięte i wyżłobione, aż bolą od stresu, usta gotowe do skoku, do ataku i kąsania, tak na wszelki wypadek, zawczasu. Bo cierpiąc nieświadomie, często czujemy się źle oceniani, słyszymy przykre słowa, zauważamy wywołujące strach gesty czy kojarzymy natychmiast paraliżujące nas sytuacje, wchodzimy w schemat odruchów, jak psy Pawłowa.

Największe spustoszenie jednak dzieje się zawsze w środku nas, w sercu, w duszy, w umyśle. Te zmiany pozostają w nas latami, czasem na całe życie, zakorzenione, wrośnięte w pamięć, wryte w serce i dające natychmiastowe schematyczne reakcje. Motywują nas one do charakterystycznego działania, ilekroć spotkamy się w życiu z analogiczną sytuacją. Same Rekolekcje nie wystarczą by tę niszczącą, obronną postawę przerwać. Rekolekcje trwają tylko 5-8 dni. Mogą być jedynie dla nas sygnałem do pracy nad sobą cierpiącym. Tu potrzebny jest ktoś, kto przez cały czas będzie czuwać, będzie blisko, kto w trudnym momencie pomoże, nauczy nas stopniowo wychodzenia ze schematu, wskaże właściwą drogę, pomoże rozróżnić nasze pomyłki od prawdy, pozna i scharakteryzuje nasze przyzwyczajenia, doda otuchy, podtrzyma, będzie wyrazistym lustrem z kryształu, w którym będziemy mogli się przejrzeć, ilekroć najdą nas wątpliwości. A będą nachodzić nas nieustannie. Ktoś, kto stanie się zaufanym przyjacielem, wskaże drogę do Bożej miłości i Miłosierdzia, zaopatrzy krwawiące rany, zasugeruje odpowiednie leki na nasze dolegliwości. Potrzeba stałego spowiednika i kierownika duchowego. Kapłana rozsądnego, pełnego Ducha, odważnego, rozważnego, mądrego, wybranego z polecenia, wśród osób godnych i zaufanych, po głębokim zastanowieniu i po solidnej modlitwie.

Jeśli ktoś doświadczył już stałego spowiednictwa i kierownictwa, tym bardziej szanuje i docenia ten dar od Boga. Jeżeli nigdy nie korzystał do tej pory z pomocy stałego spowiednika, nie będzie umiał należycie ocenić tej formy pomocy. Można taką osobę kapłana przyrównać trochę do specjalisty lekarza, u którego leczymy konkretną ciężką chorobę od lat, mamy zaufanie, dostrzegamy poprawę, rozumiemy, znamy, nie mamy przed nim tajemnic. Tu jest podobnie. Wtedy taka współpraca z łaską owocuje. To nie ma być ktoś, kto będzie chciał z nas uczynić swój obraz, odcisnąć w nas swój styl, ideologię – siłą. Chodzi raczej o towarzyszenie i delikatne, ale i stanowcze upominanie, prowadzenie czy pokazywanie nam tego, czego nie widzimy, nie dostrzegamy, nie realizujemy. Przede wszystkim towarzyszy nam w sakramencie spowiedzi. Ponieważ wszystkie najważniejsze zmiany w życiu, rozpoczynają się od spowiedzi. Od odkrycia kilku istotnych rzeczy, o których niby wiemy, a tak naprawdę okazuje się, że nie mamy zielonego pojęcia. Chcę się z Wami podzielić kilkoma uwagami, które dla mnie okazały się bardzo istotne i odkrywcze, a dotyczyły m.in. szczególnej formy sakramentu pojednania – spowiedzi generalnej.

Może dla kogoś też okażą się pomocne…

Wakacyjne rozstania

Dobiegają końca wakacje i przyszedł czas na zakończenie cyklu artykułów o św. Ignacym Loyoli. Mam nadzieję, że choć trochę i w miarę zrozumiały sposób udało mi się przybliżyć postać i reguły Ćwiczeń duchownych, stworzonych przez św. Ignacego. Jeśli udało mi się kogoś z Was namówić w ramach wakacyjnego wypoczynku, choćby na przeczytanie „Opowieści Pielgrzyma”, to Bogu niech będą dzięki. Jeśli nie, będę dalej próbować innym razem. Zmiany zawsze zaczynają się od pierwszych, maleńkich kroczków.

Doświadczenie uczy nas, że tam, gdzie napotyka się na liczne przeszkody, można zazwyczaj spodziewać się większych owoców.

… jak mawiał Ignacy.

Rozpoczynając ten cykl dwa miesiące temu, obiecałam opowiedzieć o mojej przyjaźni z Ignacym. Wszystko zaczęło się z końcem lata 2016 r. Jak to mówią stał się cud, a może rzeczywiście się stał… (dziś wiem, że się stał 😀). Mój świat wewnętrzny nagle stanął na głowie i ruszyła lawina dziwnych zbiegów okoliczności (a może raczej łask), by w ciągu tygodnia zacząć zdzierać ze mnie maski nagromadzone latami, zacząć kruszyć mury, którymi się odgrodziłam, by stopniowo zacząć uwalniać od przywiązań. Nie powiem, bolało bardzo, ale i paradoksalnie zaczęłam zdrowieć. Odbyłam spowiedź generalną i próbowałam korzystania z pierwszego w życiu kierownictwa duchowego. Po kilku tygodniach pewnego rodzaju walki, z której ja niewiele jeszcze rozumiałam, a spowiednik nie wiele mógł wyjaśnić, bo niewiele rozumiałam, usłyszałam od niego o rekolekcjach ignacjańskich. (I nie był to jezuita!).

Początkowo próbowałam znaleźć informacje i poczytać: co to za Fundamenty i Tygodnie? A kiedy dotarłam do warunków owocnego uczestnictwa w rekolekcjach i zobaczyłam, że muszę zdecydować się na całkowite milczenie, na brak dostępu do telewizji, radia, internetu (to jeszcze było do przeżycia) i telefonu (niemożliwe, niewykonalne) przez okres pełnych pięciu dni stwierdziłam kolokwialnie: „porąbało go!” i na długie trzy miesiące odsunęłam myśl o rekolekcjach od siebie. Najbardziej zabolała wizja braku kontaktu z bliskimi, zastanawianie się jak sobie poradzą beze mnie? A jeśli coś się stanie? A jeśli będą potrzebować rady, pomocy? A jeśli ktoś umrze, zachoruje? I wymyślałam bez przerwy, przez te trzy miesiące setki nowych powodów, dla których muszę zrezygnować…

Aż wreszcie nowe pomysły wyczerpały się i zrozumiałam zmęczona walką ze samą sobą przerażoną, że wreszcie chyba dorosłam do rekolekcji ignacjańskich. Na wszelki wypadek zapisałam się na Fundament w styczniu – na lipiec, wmawiając sobie samej, kolejno… że to lato, wakacje, dzieci w domu, brak infekcji, ciepło… ale tak naprawdę to był dodatkowy okres na przemyślenia, na oswojenie się z myślą i poszukiwania jeszcze kilku wymówek, czekania na to, co się może jeszcze wydarzyć, bo wtedy zawsze przecież można się jeszcze wycofać. Nic się nie wydarzyło! Nic, co mogłoby pokrzyżować plany.

Za to chwilę przed wyjazdem, wszystko sprzysięgło się przeciwko. Wszystkie błahostki urosły nagle do rozmiarów wieloryba… a to żelazko zaczęło wysiadać, a to walizka się skurczyła, a to nagle żołądek odmawiał posłuszeństwa, i napięcie rosło jak temperatura za dnia, na środku pustyni. Przecież wybierałam się na pustynię! (Wtajemniczeni wiedzą, że właśnie ta cisza jest niezbędna, by w trakcie rekolekcji wyjść samotnie na pustynię serca i poszukać siebie i Boga, nauczyć się Go słyszeć i słuchać). Po następnych kilku wyjazdach mogę powiedzieć, tak jest zawsze! Zawsze coś przeszkadza, utrudnia, komplikuje, odciąga, do ostatniej chwili. Kiedy przejdzie się przez furtę domu zakonnego i zamknie drzwi, nagle to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i odczuwa się tylko błogi pokój. A z ciszą można się zaprzyjaźnić tak bardzo, że zostaje naszą najlepszą powierniczką i to tak miłą, że już godzinę po rekolekcjach tęskni się za nią, do następnych rekolekcji, za rok. Nie wiem, czy inni mają tak samo, ale u mnie to wejście po rekolekcjach w codzienność, w normalny świat, okupione jest przez kilka dni bólem uszu, z powodu hałasu. To jest ta istotna różnica. Cisza wcale nie jest męcząca, nie dobija, nie przeszkadza, nie zagłusza. To hałas, w którym żyjemy nieustannie każe tak myśleć i zakrzykuje wszystkie nasze myśli skierowane przeciwko sobie. W ciszy można się zatrzymać, pobyć, pomyśleć, zagłębić się, mieć czas na przyjrzenie się tym wszystkim rzeczom, o których chcielibyśmy porozmawiać z Bogiem, czasem również wykrzyczeć je lub wypłakać, ale w codzienności nie mamy czasu i zagonieni, zaszczuci, zapominamy o tym, co chcieliśmy przemyśleć, odkładamy to w nieskończoność. Gnamy nie wiadomo gdzie i po co, by przy końcu czyjegoś życia, gdy przyjdzie nam stanąć nad grobem bliskiej czy znajomej osoby, niejako z przymusu zwanego przyzwoitością, dopiero wtedy znaleźć czas na refleksję o tym, czego nie zdążyliśmy zrobić. Za późno! Szkoda, że zaraz potem, przestępując bramę cmentarza, znów wpadamy w wir, dajemy się bezwiednie wciągnąć i manipulować, żyjąc pod presją czasu. Żyjemy często bezrefleksyjnie.

Po kilku takich szybkich wizytach na cmentarzu przyjdzie kiedyś czas na spacer, może w listopadzie, na przejście nostalgicznie alejką, by odgarnąć liście i poczytać napisy na nagrobkach. Czy zdążysz ze wszystkimi sprawami nim odczytasz tam swoje imię i nazwisko, rok urodzenia, datę śmierci? I ze zdziwieniem usłyszysz, „oh patrz jak się szybko zwinął”, „nawet nie zdążył pożyć”, „nawet nie zdążyła uporządkować wszystkich spraw”, „zmarła nawet nie wiadomo kiedy”? I to nie będzie sen!

Dziś, po pięciu latach wspólnego kroczenia z Ignacym wiem, że nie zamieniłabym tego czasu za nic w świecie, na coś innego. To on uczy mnie smakowania wartości życia, pomaga odnaleźć samą siebie, zrywać kolejne maski, zdejmować ciężary noszone latami, uczy mnie właściwego spojrzenia na życie i doceniania rzeczy ważnych, smakowania życia i dokonywania właściwych wyborów. Wciąż mnie tego uczy! A przede wszystkim uczy mnie nie bać się rozmawiać, spotykać się z Bogiem, być przed Nim szczerą, autentyczną, odczuwać realnie Jego obecność i nie wstydzić się przed Nim własnych słabości.

Dziś wiem, że nie jestem produktem ubocznym, kimś gorszym, wybrakowaną wersją samej siebie. Nie muszę walczyć o prestiż, o dowartościowanie siebie, rywalizować o względy, bo mam pewność, że jestem wartościowym człowiekiem, że uczę się kochać, być wdzięczną, nadawać wartość własnemu życiu, odnajdywać i pielęgnować otrzymane talenty, rozdawać je ludziom.
Bo Miłość jest największą wartością człowieka. Miłość jest rozdawaniem siebie, bez liczenia strat i zysków.

Chcę wspomnieć o jeszcze jednej refleksji poruszanej na Ćwiczeniach duchownych. Często jest tak, że poranieni, zgorzkniali i zagniewani na drugiego człowieka, nie potrafimy przełamać się i zdobyć na rozmowę, próbę przebaczenia, zrozumienia siebie i intencji krzywdzącego. Najłatwiej przychodzi nam wtedy przerzucać ten gniew, noszony w sobie często latami, na Boga i winić Go za wszystkie krzywdy i niepowodzenia w życiu. Czujemy się wtedy niejako usprawiedliwieni, bo przecież to nas skrzywdzono.

Heraklit z Efezu mówił:

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Tylko ze względu na to, że po pewnym czasie ta rzeka nie jest już tą samą rzeką… Woda i ryby z tamtych lat już dawno przepłynęły. Konary zbutwiały, zgniły i rozsypały się. Zmieniła się roślinność, zmienił się nurt, brzegi zyskały nowe żłobienia, wiry zmieniły miejsce a piasek oczyścił się i wygładził dno i kamienie. Jest to zupełnie nowa rzeka, nowa rzeczywistość. Wiec tak naprawdę nie chodzi tu jak mylnie często interpretuje się, o odwrócenie się plecami do winowajcy, a o ponowne zwrócenie się do niego sercem, mając nadzieję, że czas, który upłynął był błogosławionym czasem na poprawę, zrozumienie błędów i zastanowienie się jak je naprawić, jak się zmienić. Jest to czas drugiej szansy, może ostatniej, na pojednanie.

Życzę wszystkim odwagi w pokonywaniu lęków przeszłości i odwagi w odnajdywaniu samych siebie i Boga, pod rękę z Ignacym. On zna właściwy kierunek drogi, poprowadzi. Wystarczy tylko zacząć współpracować z łaską.

Rozeznawanie duchów

Pojęcie „rozeznawania duchów” brzmi co najmniej dziwnie i na pierwszy rzut oka kojarzy się z egzorcyzmami, okultyzmem lub innymi wywołującymi strach praktykami. Rzadko komu przywodzi na myśl św. Pawła, Orygenesa czy Ojców Pustyni, chociaż to oni jako pierwsi umieszczali w listach i innych pismach rzetelne informacje na ten temat. Jeszcze rzadziej kojarzy się z psychologią czy filozofią, mimo że to m.in. w nich należy szukać rozwinięcia tematu. Tytułowe rozeznawanie duchów ma bowiem długą i pasjonującą historię. Co więcej, walka duchów – czy chcemy tego, czy nie – wciąż trwa, a jej polem staje się każde kolejne ludzkie życie. I tylko czasem, bardzo wyraziście można zauważyć skutki tej walki, bo z reguły jesteśmy mistrzami kamuflażu. Ostatnie słowo w tej kwestii jeszcze nie padło. Świat wciąż oczekuje na paruzję. By dowiedzieć się więcej, wróćmy do postaci św. Ignacego Loyoli i zagłębijmy się w jego regułach rozeznawania duchów, które po dziś dzień stanowią podstawę wielu wytrawnych ćwiczeń duchownych.

Dla Ignacego wszystko zaczęło się podczas monotonnej kuracji w sierpniu 1521 r. w rodzinnej posiadłości – Loyoli. W czasie rekonwalescencji roztrzaskanej armatnią kulą nogi, nudził się strasznie i z braku innych zajęć często przyglądał się własnym myślom i uczuciom. Pozornie nic wielkiego nie odkrył, bo stwierdził tylko, że „jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym” Głębokie intuicje miewają jednak skromne początki. Nowość kryła się nie w treści, ale w metodzie. Co takiego odkrył Ignacy Loyola? Jak sam mówi w Autobiografii, odkrył działanie duchów w swoim wnętrzu, tj. wewnętrzne poruszenia i ich decydujący wpływ na życie. Oczywiście sam Ignacy znacznie później zrozumiał głęboki sens tych pierwszych duchowych doświadczeń. To niepozorne odkrycie okazało się pierwszym krokiem na drodze, która doprowadziła do radykalnego przewrotu w jego życiu: do nawrócenia.

Chcąc z pożytkiem wejść w lekturę tekstów Ćwiczeń duchownych Ignacego, konieczne jest powielenie jego drogi, to znaczy, że trzeba odkryć realność duchowych poruszeń we własnym wnętrzu. W przeciwnym razie lektura rozczaruje i zmęczy. Tekst Ćwiczeń duchownych trzeba czytać ze świadomością. Wielkie odkrycia nie zawsze znajdują łatwe zastosowanie. Podobnie było w życiu Ignacego i zapewne będzie w naszym! Pierwsze próby rozeznawania duchów nie uczyniły z niego duchowego mistrza czy specjalisty od trudnych wyborów. Jedną z pierwszych decyzji, która dotyczyła obrony czci Najświętszej Maryi Panny, „podjęła” za niego…samica muła, której dosiadał 😉 Rozbrajająca szczerość, z jaką o tym później opowiadał, z pewnością doda otuchy tym, którzy z tematem rozeznawania zmagają się od dawna, tracąc czasem cierpliwość do samych siebie. Jednak ma za zadanie też przestrzec, wszystkich „w gorącej wodzie kąpanych”. Mistrzem rozeznawania duchów staje się stopniowo, z ogromnym poszanowaniem praw duchowego wzrostu i pod kierunkiem doświadczonych kierowników, jeśli nie samego Boga. To jest stopniowy proces. Studiując więc reguły, trzeba uwzględniać wewnętrzną logikę Ćwiczeń duchownych.

W uproszczeniu można powiedzieć, że pierwsza seria reguł dotyczy walki duchowej, która toczy się w obszarze dobra i zła, zaś druga seria – już samego dobra. Logika Ignacego jest więc odzwierciedleniem klasycznej drogi duchowej doskonałości i prowadzi od oczyszczenia przez oświecenie, ku zjednoczeniu z Bogiem. Reguły rozeznawania duchów Pierwszego Tygodnia mają za cel doprowadzenie człowieka do życia w łasce uświęcającej, czyli w wolności od grzechu. Utrzymaniu człowieka w tym stanie służą teksty Ignacego o różnych duchach, o pocieszeniu i strapieniu duchowym oraz o różnych sposobach postępowania w tych stanach. Ignacy cierpliwie wyjaśnia sprawy proste, powoli przechodząc do coraz trudniejszych i złożonych. Co więcej, on uczy tego, czego doświadczył sam. Dlatego obowiązkową lekturą uzupełniającą do reguł rozeznawania powinna być Autobiografia Ignacego. W przeciwieństwie do wielu współczesnych mistrzów duchowości, on nie ukrywa własnych błędów i nie chroni się za jakąś wypracowaną metodą. Jest szczery do bólu. Jedną z takich poruszających ilustracji do reguł może być moment duchowego udręczenia skrupułami w Manresie. Był tak zdesperowany, że gotów był pobiec „za szczenięciem, żeby od niego otrzymać pomoc”, gdyby tylko Bóg zalecił mu takie lekarstwo, na jego skrupuły. To strapienie było tak dojmujące, że często nachodziła go gwałtowna pokusa, by odebrać sobie życie i w taki sposób przerwać wewnętrzne męki. Po takim przykładzie inaczej czyta się reguły o cierpliwości w znoszeniu strapienia i pokornym oczekiwaniu na pocieszenie.

W ignacjańskich opisach nie brak barwnych i dobitnych określeń na zachowanie „nieprzyjaciela” człowieka, czyli ducha złego. Ignacy porównuje je kolejno do taktyki kobiecej mściwości, do zachowań uwodziciela lub wodza wojsk oblężniczych. Niewątpliwie jest to echo wcześniejszych doświadczeń Ignacego, dworzanina i żołnierza, które przemyślane z psychologiczną wnikliwością, tym razem służą jako wyjaśnienie wewnętrznych poruszeń. Praktyczna lekcja, którą dają te reguły, dotyczy roli samoświadomości i wiedzy na własny temat oraz podejścia do własnych słabości.

Druga seria reguł rozeznawania duchów dotyczy walki duchowej w obszarze samego dobra. Człowiek Pierwszego Tygodnia Ćwiczeń – czyli oczyszczony z przywiązania do grzechu – powołany jest do głębszego poznania Boga i zjednoczenia z Nim przez naśladowanie Jezusa Chrystusa. Wyższy poziom oznacza jednak wyższy stopień trudności, dlatego reguły stają się subtelniejsze, a działanie duchów bogatsze i bardziej zróżnicowane. Po frontalnych bitwach Pierwszego Tygodnia, gdzie zło i dobro były jasno i wyraźnie określone, teraz mamy do czynienia z wojną podjazdową, w której nie zawsze wiadomo, kto swój, a kto wróg. Zły duch wyrzucony za drzwi wraca z siedmioma gorszymi od siebie, gdzie w logice zła gorszy znaczy bardziej podstępny, chytry, przewrotny, cyniczny itp. Myśl Ignacego wraca do tych samych tematów, np. działania dobrego i złego ducha, do pocieszenia i strapienia, ale odsłaniając nowe i ukryte do tej pory znaczenia.

Cel działania różnych duchów radykalnie się różni, ale ich metody działania chwilami niebezpiecznie się nakładają. Śladami dobrego ducha są wciąż te poruszenia wewnętrzne, które pociągają człowieka do większej miłości Boga i życia Ewangelią. Pojawia się nowy rodzaj pocieszenia: „pocieszenie bez przyczyny uprzedniej” Zaś znakiem obecności ducha złego są te poruszenia, które hamują człowieka na drodze wzrostu lub przynajmniej mu przeszkadzają. Jest to możliwe między innymi dlatego, że zły duch zna i stosuje techniki kamuflażu i „przemienia się w anioła światłości”, który „idzie razem z duszą pobożną (stopniowo i delikatnie zmieniając tor drogi), a potem stawia na swoim”. Na tym etapie drogi można łatwo ulec zaślepieniu i poddać się bezwiednie działaniu złego ducha, które choć nie prowadzi wprost do zła lub grzechu, to owocuje pozorem dobra lub jego zaniedbaniem. Barwnym przykładem z Autobiografii może być wizja tajemniczego węża z wielką ilością błyszczących punktów, która dawała Ignacemu wiele pociechy i estetycznych doznań, ale nic ponadto. Dopiero po swojej najważniejszej mistycznej wizji nad rzeką Cardoner, Ignacy rozpoznał, że było to pocieszenie szatańskie i choć wizja ta nawiedzała go jeszcze później wiele razy i przez długi czas, to „na znak pogardy odpędzał ją kosturem”.

U Ignacego nie brak też rozeznawania w sprawach prozaicznych, dotyczących jedzenia i picia, snu i wypoczynku, nauki i pracy itp. To dzięki takiej pokornej praktyce, zapewne związanej z codziennym rachunkiem sumienia, nauczył się rozpoznawać nie tylko podstępy złego ducha, ale i złe skłonności własnej natury. Potomek Loyolów był bowiem w gorącej wodzie kąpany i co pomyślał, od razu wcielał w życie. Tej gwałtowności swojej natury zawdzięczał początkowe przesadne praktyki ascetyczne. Zgubnych skutków zdrowotnych stosowanych głodówek i wyczerpania fizycznego doświadczał już do końca życia. Dlatego, kiedy później zaleca uważne badanie przebiegu myśli, ich początku, środka i zakończenia, to wie, o czym mówi. Może nawet przy spisywaniu tych reguł, zniszczony przesądnymi postami żołądek podpowiadał mu, że duchowe treści należy trawić dłużej i dogłębniej badać, by nieopatrznie nie zatruć własnej duszy. Wszelki pośpiech jest synonimem niepokoju i zamieszania, czyli oznak działania złego ducha.

W jednym ze współczesnych komentarzy do reguł rozeznawania duchów – a dokładniej do następstw pocieszenia bez przyczyny uprzedniej – można przeczytać, że „należałoby się upewnić, czy zmiany, jakie zaszły i utrzymują się u człowieka, nie są raczej wynikiem gratyfikacji jego społecznej roli lub obrazu samego siebie, aniżeli bezpośrednim skutkiem działania łaski Bożej” Autor tego komentarza Luigi M. Rulla oraz jego współpracownicy i uczniowie od kilkudziesięciu już lat potwierdzają niepokojącą statystykę, że aż 60-80% osób zaangażowanych w realizację powołania zakonnego lub kapłańskiego stymulowanych jest przez własne nieuświadomione potrzeby, a nie przez wartości powołania. Sztuka rozeznawania duchowego Drugiego Tygodnia ma więc wciąż wielkie zadanie i warto, by posłużyła się przy tym nowoczesnymi technikami, pozwalającymi lepiej dotrzeć do osoby, którą świetnie funkcjonujące mechanizmy obronne, utrzymują w stanie błogiej niewiedzy.

Na koniec warto dotknąć jednego z najważniejszych problemów związanych z rozeznawaniem duchowym, tj. kwestii pewności i nieomylności nabytej wiedzy. Z praktycznego punktu widzenia problem jest oczywisty: chcemy mieć pożytek z przyglądania się sobie, by podejmować trafne i nieomylne decyzje w życiu. Jeśli więc słyszymy o regułach rozeznawania duchowego, to oczekujemy, że te zasady będą całkowicie sprawdzone i pewne. Tę palącą potrzebę i towarzyszący jej niepokój można wyczytać nawet w poważnych, naukowych opracowaniach tego tematu. Paradoksalnie, poszukując pewności w rozeznawaniu duchowym, możemy rozminąć się z prawdą.
Spróbujmy spojrzeć na nierozwiązywalny dylemat z perspektywy św. Ignacego, który w praktyce pokazał, jak przy użyciu rozeznawania duchów dochodzić do prawdy, ale niekoniecznie drogą weryfikowanej naukowo pewności. Dobitnie widać to w sposobie, w jaki pisze on Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, dokument o ogromnym znaczeniu nie tylko dla jezuitów, ale wielu innych zgromadzeń zakonnych. Otóż każdy ich punkt był owocem racjonalnego namysłu i duchowego rozeznawania wszystkich racji za i przeciw. Następnie taki punkt Ignacy przedkładał na modlitwie samemu Bogu i od Niego oczekiwał znaku potwierdzenia. Znakiem było ustalone uprzednio pocieszenie. Takim sposobem, w sercu jednego człowieka zapadły decyzje o formie życia i pracy wielu tysięcy ludzi. Trudno o lepsze potwierdzenie praktycznego personalizmu Ignacego. Co więcej, Ignacy również ufał rozeznawaniu współbraci. Bo choć Konstytucje pełne są ściśle określonych norm postępowania, to jednocześnie otwarte pozostają na możliwe modyfikacje i doprecyzowania ze strony konkretnego człowieka: prawowitego przełożonego. Ignacy głęboko wierzył, że człowiek wolny od nieuporządkowanych przywiązań i szczerze miłujący Boga – a takim powinien być przełożony – jest najlepszym źródłem rozeznawania woli Bożej.

Czerpiąc m.in. z artykułu.

Poruszenia duchowe

Kochać i odnajdywać Boga we wszystkim, do czego przyłożę rękę.

Być może dane było Ci drogi czytelniku(-czko) zetknąć się z określeniem „poruszenia duchowe”. Nie bez przyczyny rozpoczęłam cytatem, który jest pewną wskazówką. Ile razy zdarzyło Ci się płakać w czasie filmu, użalać się nad czyimś losem, współczuć komuś po stracie, przeżywać z kimś chorobę tak mocno, że wydawało Ci się, że masz takie same objawy, współodczuwasz…? Ile razy zastanawiałeś(-aś) się, dlaczego spotykają Cię same utrapienia a innym się powodzi? Czy nie spotkało Cię nigdy głębokie odczucie smutku, takiego żalu jakby świat miał się za chwilę skończyć? A może wędrując w czasie wakacji, ujrzałeś(-aś) nagle tak piękny widok, że zaparło Ci dech w piersi i pomyślałeś(-aś), że mógłbyś/mogłabyś patrzeć nań przez resztę życia? Bóg, który jest nieustannie przy Tobie też tak współodczuwa Twoje troski i kochając Cię bezgranicznie, pokazuje Ci rozwiązania, bo chce trochę ułatwić Ci życie.

Bóg objawia swoją wolę na różne sposoby. Najczęściej czyni to za pośrednictwem poruszeń wewnętrznych. Wiadomo, nie zrobi wszystkiego za Ciebie ale i nie pozostawia Ciebie bez pomocy. Spotykasz ludzi, którzy nagle podpowiadają Ci rozwiązania, są jak posłańcy, dobre Anioły, nagle coś się samo rozwiązuje, ni stad ni zowąd rodzi się w Twojej głowie pomysł i już wiesz, że to jest najlepsza myśl, najrozsądniejsze wyjście z sytuacji. Czy zdarzyło się również Tobie mieć takie natchnienia, w stosunku do bliźnich? Co z nich wynikło: dobro a może zło? Każdy z nas podlega poruszeniom duchowym. Czasem to czego szukasz, widać dopiero w dłuższej perspektywie spojrzenia, czasem wymaga to od Ciebie poprawy ostrości widzenia poprzez modlitwę, poświęcenia bezinteresownie czasu, umiejętności, może również dóbr, ale przykładając właśnie te ręce do wszystkiego co dobre i ma zapach Boga, jesteś pewny(-a), że będąc Jego posłańcem, roznosisz wokół nie tylko Jego zapach ale i miłość.

Poruszenia nie odnoszą się tylko do sfery racjonalnej, ale obejmują również wyobrażenia, fantazje, uczucia. Ignacy Loyola mówiąc o poruszeniach, zwraca uwagę na przepływ różnych myśli, wyobrażeń, skojarzeń, a także uczuć, takich jak miłość, lęk, pokój, smutek, radość. Jedne z tych poruszeń zapalają, jednoczą, uspokajają, wyjaśniają, a inne przeciwnie, oziębiają, dają odczucie samotności, ciemności i niepokoju. Wszystkie mają jednak wpływ na Ciebie: pozytywny lub negatywny, na Twoje życie wiary, nadziei i miłości. Są impulsami skłaniającymi Ciebie do działania, odczuwalnymi i przeżywanymi na płaszczyźnie: przed decyzją.


W Ćwiczeniach Duchownych poruszenia pozytywne Ignacy nazywa pocieszeniem, a negatywne – strapieniem. Dokładnie opisują te doświadczenia i pomagają w ich rozeznaniu reguły o rozeznawaniu duchów. (O tym spróbuję wspomnieć za tydzień, na koniec cyklu wakacyjnego.)

Wszystkie te poruszenia trzeba odczuć, czyli doświadczyć ich uczuć, stać się ich świadomym w swoim życiu, poznać je czyli zrozumieć to, czego dana osoba doświadcza i co oznaczają te poruszenia, jakie jest ich źródło, cel, charakterystyka; a następnie przyjąć dobre, a złe odrzucić. W przeżywaniu poruszeń bardzo ważne jest ich odczucie, doświadczenie, uświadomienie sobie i właściwe zrozumienie. Jest to warunkiem wstępnym ale i nieodzownym rozeznania i poznawania woli Bożej.
Ignacy, opisując doświadczenie rozeznawania, odwołuje się nie tylko do języka duchowości, ale używa określeń antropologicznych. Dokonuje się ono bowiem nie tylko na płaszczyźnie duchowej. Jest także przeżywane dzięki pewnym procesom psychicznym, emocjonalnym, które pozwalają osobie rozeznającej zauważyć i zrozumieć poruszenia wewnętrzne. Podczas rozeznawania spotykają się ze sobą i współdziałają: wymiar naturalny, osobowy, psychiczny i wymiar duchowy człowieka.

Ignacy w numerze 32. Ćwiczeń duchowych, wprowadzając w metodę Ignacjańskiego Rachunku Sumienia, pisze:

..są we mnie trzy rodzaje myśli, a mianowicie jedna myśl moja, to jest powstająca z mojej tylko wolności i woli, dwie zaś inne przychodzą do mnie z zewnątrz, jedna od dobrego ducha, druga zaś od ducha złego.

Potrzeba też odróżnia trzech rodzajów poruszeń emocjonalnych. Pierwszy to stan pocieszenia, drugi strapienia a trzeci to stan naturalnego spokoju, na który składają się światła, poruszenia, uczucia, które są podobne do doświadczenia pocieszenia duchowego, ale nim nie są. Są one efektem naturalnych cech i przymiotów oraz działań osoby. Jest to rodzaj poruszeń pochodzących od nas samych. Powodowane są nastrojem, uwarunkowane typem osobowości, sytuacjami zewnętrznymi, które później pobudzają wyobraźnię, uczucia i rozumowanie. Oznacza to, że wewnętrzne poruszenia pochodzą nie tylko od dobrego lub złego ducha. Niektóre mogą pochodzić „ode mnie” i mogą mieć charakter niekoniecznie duchowy. Przykład! Ignacy wspomina, że wielkie pragnienie szukania woli Jezusa, było u niego uwarunkowane także wychowaniem, zwyczajami, charakterem, osobistą dumą i honorem. Widać tu, że wymiar ludzki i uwarunkowania przeszłością miały wpływ nie tylko na jego myślenie, ale także na jego poruszenia, odczucia, emocje, pragnienia, decyzje i rozeznawanie pragnień Pana.

Pocieszenie, a wiec stan radości, pokoju, nadziei, doświadczenia, obrazów, które cieszą, jest uwarunkowane przez różne przyczyny, nie tylko duchowe, ale także materialne, psychiczne i emocjonalne. Pocieszenie natury nieduchowej może pochodzić z zaspokojenia naszych potrzeb psychicznych: sukcesu, akceptacji, uznania, dowartościowania lub fizycznych: jedzenie, wypoczynek, przyjemność fizyczna. Mogą one nieraz prowadzić lub podprowadzać pod pocieszenia duchowe, ale niekoniecznie. Pocieszenie duchowe jest wtedy, gdy bezpośrednio wpływa na nasze życie wiary, pomaga poznać wolę Boga i otwiera na nią. W języku Ignacego pocieszenie duchowe jest tylko dziełem dobrego ducha, a nie naszych wysiłków, czy odczuć.

Także strapienie może być nieduchowe, a więc pochodzić „ode mnie”. Mamy z nim do czynienia, gdy u podstaw naszych odczuć i przeżyć znajduje się niezaspokojenie naszych potrzeb psychicznych lub frustracja: brak sukcesu, akceptacji, znaczenia. Także doświadczenie bólu fizycznego lub psychicznego może prowadzić do strapienia, które może nieraz przyjąć formę duchowego. Dwuznaczność strapienia wynika z tego, że najczęściej w przeżywaniu strapienia duchowego jesteśmy uwarunkowani nie tylko doświadczeniem duchowym, ale także osobowym. Podejmując pewne decyzje, można szukać Jezusa i równocześnie osobistego dowartościowania. Gdy zabraknie uznania ze strony innych, można doświadczać smutku, strapienia, ale nie ze względu na brak bliskości Boga, ale z powodu braku uznania i bliskości ze strony ludzi. Nie zawsze jesteśmy smutni tylko z powodu pokus i doświadczanych strapień duchowych. Niezaspokojona potrzeba znaczenia, uczucia, daje nam wiele powodów do odczucia smutku, przygnębienia czy beznadziei. Osoba głęboko uwarunkowana poczuciem niższości, prawie każdą porażkę przeżywa jako strapienie, z którym nie potrafi sobie poradzić i z którego nie umie wyjść samodzielnie. U Ignacego strapienie służy oczyszczeniu nas z innych motywacji, niż tylko Jezusowe. Chodzi o czystość i uporządkowanie intencji innych, niż tylko świadomych. Trudne jest to do zrozumienia dla kogoś, kto siebie nie zna i nie rozumie motywacji ukrytych, podświadomych swoich działań. Te dwa doświadczenia nie muszę się wzajemnie wykluczać.

Podczas rozeznawania w poruszeniach wewnętrznych na ogół koncentrujemy naszą uwagę na tym, że zajmujemy się poruszeniami pochodzącymi z zewnątrz. Za mało miejsca i czasu poświęcamy tej części rozeznawania, w której jest mowa o poruszeniach pochodzących ode mnie. Jest to często powodem błędnego rozeznania. Podobnie jest z dobrymi poruszeniami. Często pochodzą tylko od nas, czyli są uwarunkowane naszą osobowością, uczuciowością. Nie są zatem pocieszeniem dawanym nam przez Boga.

Ignacy lubił często powtarzać i przypominać, by „się przespać z tymi myślami i pragnieniami” i dopiero później podejmować decyzje. Ze wszystkich reguł rozeznawania ta wydaje się być najbardziej istotna, by nigdy nie podejmować żadnych decyzji w strapieniu. Należy je przeczekać z cierpliwością. Bo każda decyzja podjęta w stanie wzburzenia, żalu, smutku czy złych emocji, będzie złą decyzją. Skutków jednakże doczekamy się później, czasem zbyt późno, za późno.


Czerpiąc m.in. z artykułu.

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

Peter Paul RubensAssumption of the Virgin Mary

Maryja jest zapowiedzianą w Raju Niewiastą, która całe życie pozostawała w nieprzyjaźni z szatanem. Dzięki przywilejowi Niepokalanego Poczęcia odniosła zwycięstwo nad grzechem i dlatego została wyjęta spod powszechnego prawa rozkładu grobowego. Nie musiała, jak my, czekać aż do końca świata na wskrzeszenie i uwielbienie swojego ciała, lecz została od razu wzięta do nieba z duszą i ciałem. Wniebowzięcie Matki Bożej, to Jej ostateczny tryumf nad szatanem, grzechem i śmiercią, i spełnienie się proroctwa, które wyśpiewała, w kantyku Magnificat.

Święto Wniebowzięcia jest najważniejszym i najstarszym świętem Matki Bożej. Na Wschodzie obchodzono je już w VI wieku. Od IX wieku poświęca się w tym dniu kłosy i owoce. Są one symbolem dojrzałości duchowej Najświętszej Dziewicy.

Mszał Rzymski, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1963

Dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny znajduje potwierdzenie w macierzyńskiej opiece jakiej nam udziela nieustannie. Bo Maryja wyprasza nam łaski nieustannie orędując do Swojego Syna. Jest gwarantką pełni zbawienia. Jest przewodniczką do Nieba. Jest wreszcie nauczycielką cierpliwości w działaniu i pokory. Ktoś może powie to przecież nie te realia, nie te czasy… Czasy i realia są zawsze nie w porę. Jeśli ktoś koniecznie chce znaleźć przeszkodę, zawsze ją znajdzie. Jeśli ktoś nie zważa na przeszkody i zawsze chce kroczyć za Maryją, również znajdzie drogę i czas, by to robić. Mamy wśród wielkich Polaków co najmniej kilka postaci, które w czasach nie tak bardzo odległych pokazywały nam jak iść za Maryją by dojść do Nieba. Wspomnę tylko św. Maksymiliana Marię Kolbego, św. Jana Pawła II czy Sługę Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego, którego beatyfikacja odbędzie się za kilka tygodni. Pierwszy założył „Rycerstwo Niepokalanej”. Drugi obejmując na ziemi najwyższy urząd kościelny zawierzył siebie i Kościół Maryi „Totus Tuus” (z łac. „Cały Twój”) to była Jego dewiza na cały pontyfikat. Trzeci przez całe życie kapłańskie dziwnie złączony losem z osobą Maryi, dokonał Aktu Osobistego Oddania się Matce Bożej, by następnie uwięziony w Komańczy, w łączności z pielgrzymami zebranymi na Jasnej Górze złożyć Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego. To wzorce z których możemy śmiało czerpać by nie zatracić kierunku.

Ciebie na wieki wychwalać będziemy,
Królowa nieba Maryja;
W twojej opiece niechaj zostajemy,
Śliczna bez zmazy lilika;
Wdzięczna Estero o Panienko święta!
Tyś przez Aniołów jest do nieba wzięta,
 Niepokalanie poczęta!

Ponadczasowy wzorzec…

Czy św. Ignacy z Loyoli może być wzorem dla współczesnego świata, przykładem wojownika dla burzliwych naszych czasów? Czy ma wystarczające cechy potrzebne, aby imponować? „Był człowiekiem wielkich pragnień, nie bał się stawiać czoła wyzwaniom, kochał ludzi i charakteryzował się wielką duchową głębią” – powiedział w jednej z rozmów na falach Radia Watykańskiego o. Jesús Zaglul Criado SJ.

Ignacy był niepoprawnym marzycielem. Jak większość z nas. Ale nie ograniczał swoich pragnień tylko do marzeń. Mając na uwadze trudności, które mogą pojawić się na drodze do ich realizacji, szukał nowatorskich rozwiązań. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby niezauważenie przeżyć życie, wykonując jakieś zwyczajne zajęcia i poprzestać tylko na tym, marzyć tylko o samych marzeniach. „Jego celem zawsze było podbicie całego świata. Niezależnie czy na danym etapie chciał być rycerzem, czy później, po nawróceniu, prześcignąć wszystkich świętych” – powiedział jezuita z Dominikany.
Działał zawsze „Na większą chwałę Bogu” wg hasła, które stało się dewizą Towarzystwa Jezusowego: „Ad maiorem Dei gloriam”.

Kolejną cechą Ignacego była umiejętność stawiania czoła wyzwaniom. W realizację swoich pragnień wkładał całą pasję, serce i umiejętności. Napotykał wiele trudności, związanych ze specyfiką współczesnych sobie czasów, również z powodu nowatorstwa swoich propozycji, ale nigdy nie poddawał się, nawet w obliczu groźby śmierci, w czasie oskarżeń i procesów inkwizycji. Określał siebie mianem pielgrzyma, który cały czas jest w drodze, w poszukiwaniu realizacji woli Bożej. Na pewnym etapie odkrył, że misja, do której jest powołany, musi być realizowana w grupie, we wspólnocie. Pierwszych towarzyszy Ignacego połączyła przyjaźń i wspólne doświadczenie miłości Boga. Ćwiczenia duchowe, przeżyte pierwotnie przez samego Ignacego i spisane, a potem dawane sobie wzajemnie, pozwoliły współbraciom wejść w postawę rozeznawania, aby wiedzieć gdzie, w jakich miejscach i do czego Bóg ich wzywa, zaprasza.

Ignacego charakteryzowała także niezwykła głębia duchowa, zdolność do refleksji na temat własnego życia i patrzenia na świat oczyma Jezusa, odkrywania miłości Boga i tego, w jaki sposób Bóg komunikuje się z nami, w jaki sposob do nas mówi. Dzięki medytacji i kontemplacji oraz rozeznawaniu działania duchów dobrych i złych na człowieka, stworzył niepowtarzalne metody wejścia w relację człowieka z Bogiem, który się nam objawia, tu i teraz, by człowiek mógł się lepiej skoncentrować na wielkości Boga, Miłości i nią konsekwentnie żyć. Bez odniesienia do Boga życie nie ma swej właściwej wartości. To wejście w świat miłości Boga, ma być bowiem inną nazwą spełnienia siebie, dojrzałości ludzkiej, znalezienia sensu życia i szczęścia.

Św. Ignacy nazywał zakon minima societas – najmniejsze towarzystwo. Robił to nie dla kokieterii ani z fałszywej skromności. Pragnąc czynić wszystko wg zasady, która stała się podstawą ćwiczeń i duchowości jezuitów: „MAGIS” — z języka łacińskiego „bardziej”, „więcej” i nie pragnął tych wielkich dzieł, tylko dla wzbudzenia podziwu. Nawet szkolnictwo, w wielu regionach świata „markowy produkt jezuitów” nie leżało w polu jego priorytetowych zainteresowań. Św. Ignacy po prostu reagował na potrzeby czasów, apele papieża i hierarchów. Był dyspozycyjny i dyspozycyjności uczył.

Ignacy podkreślał znaczenie dialogu, rozmowy duchowej. Widział tu uprzywilejowany środek w trosce o ludzkie dusze. Ćwiczenia duchowne, które spisał to najważniejsze narzędzie, w tych rozmowach. To nie zbiór kazań i konferencji, lecz praktyczna metoda uczenia dialogu z Bogiem, poznawania Boga i siebie samego.

Rok Ignacjański to świetny czas by przypomnieć i nauczyć wielu genialnych rozwiązań św. Ignacego Loyoli, do których dochodził metodą rozeznawania. Dziś tak wiele mówi się w świecie o kryzysie, który dotyka praktycznie wszystkich dziedzin. Może warto byłoby siegnąć i zacząć wykorzystywać mądrości „mistrza zarządzania kryzysami”. Lubimy marzyć o lepszym świecie, spróbujmy go znaleźć w sobie samym i wokół nas. Być walecznym jak rycerz, cierpliwym jak pielgrzym i wytrwałym jak wędrowiec na pustyni. Bo wg Ignacego trzeba wyjść na pustynię własnego serca, by móc posłuchać Boga. Wyjść na pustynię z Bogiem, to znaczy zmierzyć się z własną przeszłością, uporządkować, to co jest jeszcze możliwe do uporządkowania i w ciszy tej pustyni usłyszeć Jego szept, rozpoznać Go i pójść za tym głosem z ufnością. Bo moje serce, moje wnętrze jest Ziemią Świętą. Moje życie jest Jego darem. Tu się objawia sam Bóg. Czy mam tyle odwagi w sobie i zdejmę sandały przed moim wnętrzem i stanę przed Bogiem? Czy chcę doświadczyć Jego obecności? On jest życiem, nie pustynią. Trzeba powyrzucać przysłowiowe papierki po dawnych prezentach od życia, czasem bardzo trudnych i zadających rany, które często skrzętnie kolekcjonujemy, by móc rozkoszować się wciąż, własną ułomnością i przywiązaniem do krzywd dawno minionych, oglądając je jak kolorowe bibeloty. Może warto poczuć, że – A JEDNAK ŻYJĘ! Może przyszedł już czas na porządki w Twoim życiu i wyrzucenie wszystkich zbędnych opakowań, zbieranych i kolekcjonowanych latami, które przywiązują, zmuszają do wspomnień, nie dają przestrzeni do życia, zabijają, duszą i tłamszą, wywołują smutek, żal i może poczucie przegranej. Są jak pustynia wokół. SĄ PUSTYNIĄ!

Zakończenie preludium…#7

Doszliśmy do imienin a właściwie uroczystości św. Ignacego Loyoli. Jeśli oglądając te poszczególne materiały, poczułeś Drogi czytelniku dziwne kłucie w sercu, doświadczyłeś nagłego wzruszenia czy chęci zmiany, nie rezygnuj, tylko pójdź za głosem serca. Może właśnie doświadczasz niepowtarzalnej łaski, która zmieni Twoje życie, tak jak zmieniła kiedyś moje. Ale o tym szerzej opowiem w sierpniu 😉

Preludium do imienin…#6